poniedziałek, 4 lipca 2016

Rozdział.13.

Rozdział dedykuję Patrycji Bębenek, dzięki której znów mam ochotę pisać :*      
       Następnego dnia Arivan obudziła się w miękkiej pościeli swojego łóżka. Nie wiedziała jak się przeniosła z parapetu na łóżko, ale podejrzewała, że pomógł w tym Samuel, bo teraz nie było go obok niej. Zlękła się, ale patrząc w okno i widząc, że słońce jest prawie w samym szczycie, to pomyślała, że poszedł coś zjeść. Dochodziło już południe.
Niechętnie podniosła się i usiadła na kołdrze, rozglądając się po sali. Zobaczyła piękną czerwono-czarną sukienkę, przewieszoną przed krzesło, a obok niej na stoliku swój naszyjnik, bransoletkę i nóż, który wczoraj dostała z okazji urodzin. Ucieszyły ją one.
Powoli przeciągnęła się, rozciągając mięśnie,a  wtedy z łazienki wyszedł Samuel. Miał na sobie czarną koszulę i eleganckie spodnie. Włosy były ułożone w modną fryzurę, przez co wyglądał jeszcze przystojniej i seksowniej.
- Wstałaś śpiochu  - powiedział z uśmiechem na ustach i usiadł obok niej na łóżku. Objął ją jedną dłonią i przyciągnął do siebie.
- Jak znalazłam się na łóżku? I co to za okazja? Urodziny były wczoraj - zapytała Arivan, zerkając na niego i uśmiechając się lekko.
- Przeniosłem cię nad ranem. Dlaczego nie obudziłaś mnie jak wstałaś?
- Nie chciałam, abyś się martwił. Musiałam ochłonąć i pomyśleć - odpowiedziała obojętnie i spuściła wzrok na swoje dłonie, ułożone płasko na kolanach.
- Nad czym?
- Nad wszystkim co się teraz dzieję. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam karę i zesłano mnie na ziemię, gdzie poznałam ciebie. Teraz jestem Wybraną i mam pokonać Lucyfera, który w dodatku jest twoim ojcem - powiedziała, a w jej głosie słychać było jakąś ostrość. Chłopak nie dziwił się temu i rozumiał ją całkowicie. Chciał zapomnieć, że Pierwszy Upadły to jego tata, ale niestety ta świadomość cały czas powracała.
- Ej nie jesteś sama. Pomogę ci jak tylko mogę, ale nie możesz się ode mnie oddalać. Jesteśmy razem i musimy się wspierać tak? - zapytał Samuel, a ona od razu skinęła głową, ale nie patrzyła mu w oczy. Dopiero po chwili podniosła głowę i zerknęła na niego.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, czemu się tak wystroiłeś - przypomniała, a on uśmiechnął się szerzej i pogłaskał ją po włosach.
- Dzisiaj będzie koronacja Emilii i to ty masz jej dokonać,  pamiętasz? Przyniosłem ci sukienkę, którą wybrała Marlena. Nie zostało dużo czasu, więc powinnaś zacząć się szykować - powiedział spokojnie, a ona westchnęła i skinęła głową, po czym wstała i ruszyła w kierunku łazienki, zbierając po drodze sukienkę i czystą bieliznę z szafy.
- Za chwilę wracam - powiedziała, zanim zamknęła za sobą drzwi toalety. Nie chciała brać długiej kąpieli. Zamiast tego szybko wykąpała się pod prysznicem i nałożyła czystą bieliznę. Wiedziała, że po mimo koronacji trzeba być czujnym, dlatego założyła także wygodniejszy kostium w razie walki. Dopiero na to założyła piękną czerwoną sukienkę, która kończyła się przed kolanem i była na ramiączkach. Jej czarne serca nadawały lekko mroczny i poważny ton, ale to w niej najbardziej zachwycało.
Stanęła przed lustrem i rozczesała włosy, po czym upięła je w wysoki kok i wpięła w niego ładną czarną różę, która leżała na umywalce. Nie malowała się, bo uważała to za zbędne.
Wyszła z łazienki i nie spojrzała nawet na Samuela. Założyła szybko czerwone baleriny i dopiero podeszła do łóżka, patrząc na chłopaka.
- Wyglądasz pięknie - pochwalił i wstał. Objął ją w pasie i pocałował mocno w usta, a ona założyła dłonie na jego szyję i przysunęła się jeszcze bliżej do niego.
- Zaraz rozpoczynamy zebranie - usłyszeli głos zza drzwi, należący do Marka. Oderwali się od razu od siebie i westchnęli niemal równocześnie.
- Już idziemy! - odpowiedział głośno Samuel i uśmiechnął się do Arivan.
- No to musimy iść - zwrócił się do niej i splótł jej dłoń ze swoją. Dziewczyna odpowiedziała mu tylko uśmiechem i ruszyła do drzwi, ciągnąc go za sobą.
         Szybko doszli na plac przed zamkiem i ujrzeli mnóstwo osób. Na samych jednak środku stał Lukas, który był ubrany w elegancki garnitur, trzymał w dłoniach koronę fearie, która dawniej była własnością Semiry, ale ta rzadko ją nosiła. Był to tylko symbol władzy. Tuż obok Blackwella stał Valentaine ubrany jak zwykle po staroświecku i mierzący wszystkich podejrzliwym wzorkiem. Po drugiej stronie Nienarodzonego stał Magnus z bladym uśmiechem na twarzy, zerkający na Emilię i Marka, którzy stali co prawda wśród reszty, ale na przodzie rzędu.  Dziewczyna miała upięte włosy z wplecionymi czarnymi różami oraz elegancką bordową sukienkę na ramiączkach. Wyglądała na bardzo zestresowaną i nie było jej się, co dziwić. Arivan posłała jej pocieszający uśmiech, po czym ruszyła do przodu na miejsce obok Lukasa. Krok za nim stała Marlena, która wyglądała na zmartwioną. Nie wiadomo było czym, ale widać to było gołym okiem.Wybrana nie zwróciła na to większej uwagi, ponieważ szukała jednej osoby wśród tłumów. Powinien być przy ojcu, ale nigdzie nie było go. Zmartwiła się tym, ale zdawała sobie sprawę, że musi się skupić na swoim przemówieniu, aby nie zasiać w armii paniki, niepewności i kłótni.
Stanęła tuż obok Blackwella, a zaraz za nią ustawił się Samuel, kładąc jej na moment dłoń na ramieniu. Arivan wzięła głęboki oddech, czując się nieco lepiej i zerknęła na mężczyzna obok siebie, który uśmiechnął się zachęcająco i rozpoczął, aby uspokoić tłum.
- Witajcie. Wiemy, że się niepokoicie i pewnie macie wiele pytań do Wybranej, ale pozwólcie jej najpierw coś powiedzieć. Wyjaśni również sprawę, która zapewne trapi zwłaszcza fearie - powiedział Nienarodzony i wskazał gestem dłoni, aby dziewczyna wystąpiła do przodu. Zrobiła tak, ale czuła jak w jej gardle rosie coraz większa gula. Rozejrzała się po zebranych i widząc ich przeróżne miny, czuła w sercu wielkie poczucie winy. Ilu już umarło na tej wojnie? Ilu bezbronnych dzieci straciło życie, rodziców, całe rodziny? Ilu rannych cierpi katusze w szpitalu? Ile umarło już w agonii?
A za to wszystko ona obwiniała siebie.
- Wiem, że wielu z was jest na mnie złych i nie dziwię się im. Ja... nie wiem co powiedzieć tym, którzy stracili bliskich lub są ranni. Jedyne co to, że przepraszam was i mam nadzieję, że mimo wszystko jakoś mi wybaczycie i dalej będziecie walczyć po naszej stronie. Nie chodzi mi oto, że boję się stawić im czoła sama, choć tak jest, ale oto że ta walka to nie moja osobista sprawa. To sprawa nas wszystkich. Dobrze wiecie jacy są Upadli i że na mojej śmierci się to nie skończy. Wymordują wszystkich, bo uważają ich za gorszych od siebie. Chociaż wcale tak nie jest. Wszyscy jesteśmy równi. Wilkołak czy wampir. Fearie czy czarodziej. Każde z nas choć różni się od drugiego to jest jedno co nas łączy i co powinno zawsze być w naszych głowach, sercach, a jest to mianowicie nasza rodzina. Każdy z nas ją ma i chcę chronić. Dlatego nie mordujmy się, nie kłócimy, nie bijmy, ale współpracujmy. Traktujmy się na równi, wspierajmy, brońmy i bądźmy jedną armią. A tedy ta armia pokona Upadłych i przywróci spokój na naszych krainach. Ja jestem tego pewna - powiedziała pewna siebie Arivan, nie wierząc samej sobie, że potrafiła wygłosić taką mowę. Czuła jakby wychodziło to z jej głębi. Zupełnie nie myślała co mówiła. Po prostu pozwoliła, aby to jej serce ją wyręczyło. I chyba się udało, bo wszyscy milczeli i patrzyli na nią skupionym wzrokiem. Niektórzy wręcz płakali, a inni uśmiechali się.
Cisza trwała zaledwie kilka sekund, bo zaraz ktoś zaczął klaskać, a za nim wszyscy inni. I tak Arivan zupełnie nie wiedziała, co powinna zrobić. Ludzie klaskali, krzyczeli i gwizdali w jej stronę, mówiąc że będą z nią do końca. Wybranej jedna łza spłynęła po policzku ze wzruszenia.
- Dobrze, dobrze ale już się uspokójcie - powiedziała po chwili, chcąc opanować tłum. Zamilkli wszyscy, słysząc jej słowa i czekając co dalej przemówi.
- Cieszę się, że jesteście i będziecie walczyć ramię w ramię ze mną, ale jest jeszcze jedna sprawa dotycząca fearie - Ari zamilkła na moment i zerknęła na Emilię, która skinęła tylko głową i uśmiechnęła się blado, chociaż była cała spięta.
- Pewnie już wiecie, że królowa Semira umarła po ranach jakie odniosła, walcząc przeciwko tym potworom razem ze swoim ludem. Wykazała się wielką odwagą i siłą, a my będziemy o niej pamiętać. Jest jednak sprawa kto powinien po niej objąć władzę. I nie martwcie się nie będę to ja. Uważam, że powinna to być także fearie. Moją propozycją jest Emilia, która jest córką Semiry. Jest cudowną, mądrą dziewczyną i wiem, że sobie poradzi. Chcę jednak, aby była to zgoda tłumu. Mam nadzieję, że podejmiecie dobrą decyzję - powiedziała Wybrana poważnym tonem i rozejrzała się po wszystkich zebranych z rasy fearie, po czym wzięła głęboki oddech i zapytała:
- Kto jest za, niech podniesie rękę? - Nie musiała czekać nawet kilku sekund, a wszyscy już podnieśli dłonie z spokojem na twarzy i lekkim uśmiechem, zerkając na Emilię, która patrzyła na swoje nogi, chcąc uniknąć tych wszystkich ciekawych spojrzeń. Na jej twarzy pojawił się rumieniec.
- Widzę, że nikt nie jest przeciw, więc proszę Emilio podejdź - przemówiła spokojnie po chwili Wybrana i wskazała gestem na rudowłosą dziewczynę. Ta wyprostowała się i ruszyła w jej stronę.
Kiedy tylko znalazła się tuż przed nią, to Ari uśmiechnęła się, aby ją wesprzeć. Sama dokładnie nie wiedziała jak miała przebiegać koronacja, ale słyszała już o kilku i na dwóch była, więc dosyć wiedziała jak to zrobić i co powiedzieć.
- Emilio Lee córko królowej Semiry, władczyni Morskich Błękitów i ludu fearie, przyrzekasz godnie nosić koronę i sprawować władzę? - zapytała Emilię, która już wcześniej klęknęła jak przystawało na koronacji. Patrzyła skupiona na Nienarodzoną.
- Przyrzekam
- Obiecujesz sprawiedliwie sądzić swój lud i bronić go przed złem?
- Obiecuję
- Czy wyrzekasz się oszustwa i zdrady swojej rasy?
- Wyrzekam się
- Czy jesteś gotowa przejąć po swojej matce władzę i dalej rządzić Morskimi Błękitami tak samo dobrze jak ona?
- Tak - odpowiedziała Emilia, której głos lekko drżał z emocji. Patrzyła na brunetkę, która odwróciła się i przyjęła od Marleny koronę, po czym znów zwróciła się twarzą do Emi.
- Z mojej mocy i woli ludu mianuję cię królową Morskich Błękitów i ludu fearie aż po kres twoich dni - powiedziała głośno Arivan, nakładając na głowę dziewczyny koronę.
- A teraz wstań królowo Emilio - dodała, a rudowłosa momentalnie wstała. Jak na zawołania tłumy fearie zaczęły wiwatować i krzyczeć jej imię ze szczęścia. Na ten gest królowa się uspokoiła i widocznie rozluźniła. Machała do nich i próbowała uspokoić, ale chwilę to trwało.
- Dobrze skoro to załatwione to myślę, że możemy.... - zaczęła Arivan, gdy tłum uspokoił się już i znów był posłuszny.
- A co jeżeli zaatakują to miejsce? Raz już to zrobili - odezwał się obcy głos wśród zebranych. Wiadomo tylko było, że należał do mężczyzny.
- Wtedy będziemy się bronić i wygnamy ich - odpowiedziała natychmiast Wybrana, szukając tego kto był autorem pytania.
- A nie możemy znaleźć Pół Raju? - spytał ktoś inny. Tym razem kobieta.
Arivan zerknęła na Lukasa, który wydawał się być zaskoczony, że ktoś w ogóle o tym wspomniał. Na moment trwała cisza, a dziewczyna szukała w umyśle czegoś na temat miejsca, które wymieniła kobieta. Znalazła po chwili urywek tekstu Księgi Mędrców, którą ostatnią czytała. Pół Raj to miejsce, gdzie wszystkie rasy mogły znaleźć schronienie przed swoimi wrogami. Nikt nie wiedział, gdzie ono było, bo dostęp do bramy, która pozwala tam przejść mieli tylko Mędrcy. Tylko oni potrafili to zrobić. Niestety dziewczyna nie mogła znaleźć zaklęcia, które otworzyłoby przejście.
- Staram się odnaleźć sposób na przejście tam i otworzenie tej bramy, ale na razie nie mam nic konkretnego - powiedziała po dłuższej chwili Wybrana i skupiła wzrok na tłumie, który przysłuchiwał jej się odważnie.
- Czyli ono istnieje? Będziemy tam bezpieczni? - zapytało jakieś dziecko, które wychyliło się na sam przód rzędu i patrzyło na dziewczynę z wielkim strachem i bólem w swoim ślicznych dziecięcych oczach, które widziały już tylko śmierci.
- Istnieję i odnajdę je - odpowiedziała, patrząc dziecku w oczy. Był to chłopiec, który miał może sześć lat i zaszytą ranę na policzku.
- A jeżeli będzie za późno? Jeżeli wcześniej Lucyfer zaatakuję nas wszystkimi siłami Piekieł? - zapytała ostro kobieta, stojąca za chłopczykiem i patrząca nieufnie na wszystkich zebranych na środku koła.
- Nie mogę wam obiecać,  że odnajdę Pół Raj, ale obiecuję, że zrobię wszystko, abyście byli bezpieczni. Jestem Wybraną z przepowiedni i dlatego oddam życie za was i za naszą wolność. Nie pozwolę, aby Upadli zwyciężyli. Prędzej skonam - powiedziała twardo Arivan i rozejrzała się po zebranych, którzy słuchali jej słów uważnie. Dziewczyna nie oczekiwała żadnych reakcji, ale nagle kilka osób wyrwało się uniosło dłoń zamkniętą w pięść, po czym uderzyło się nimi w pierś. Zaraz za nimi zawtórowała reszta. Był to wyraz hołdu i szacunku dla Arivan, która wzruszyła się na ten gest i uśmiechnęła pod nosem, sama do siebie.
                                          ***************************
                 Młody wampir chodził po ulicach Los Angeles, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia przechodniów. Miał w nosie, co sobie pomyślą i tak kiedyś umrą, a on nie. Ubrany był w swój ulubiony czarny sweter i jeansy. Wyszedł z domu wczoraj i nie chciał tam wracać. Nie potrafił patrzeć na Arivan u boku Samuela. Uważał go za potwora i dlatego usunął się zupełnie na bok. Nie obchodziła go złość taty, bo i tak nie interesował się nim. Chłopak pragnął po prostu odpocząć chwilę od tego całego bajzlu. Jak tylko odnalazł się Samuel to Ari zupełnie odrzuciła go na bok. Skupiła się tylko na synu Lucyfera, chcąc go odzyskać. Nie zauważyła, że to Vlad był przy niej, pomagał jej, troszczył się i próbował chronić. Ona jednak wolała tego bruneta, który nie raz targnął na jej życie. Mogła go tłumaczyć, że nie panował nad sobą, bo miał w sobie krew najgorszych książąt piekieł, ale dla wampira to nie było żadne usprawiedliwienie.
 -Gdyby ją kochał to by się powstrzymał - mruknął do siebie pod nosem i kopnął puszkę, leżącą na chodniku. Był wkurzony i coraz bardziej spragniony. Tylko, że nie wody.
     Zatrzymał się przy jednym z zaułków, gdzie stała jakaś młoda blondynka w krótkiej sukience. Miała mocny makijaż i gdy tylko spojrzała na Vladimira, wiadomo było, że spodobał jej się od razu. To był ten urok wampirów, któremu ciężko się było oprzeć. Chłopak uśmiechnął się krzywo i podszedł do niej. Nie zaczynał nawet rozmowy. Przyparł ją po prostu do ściany i zaczął się z nią namiętnie całować. Nie były to usta Arivan, ale obudziła się w nim dzika żądza nad którą nie umiał zapanować.
Na początku blondynka opierała się, ale zaraz uległa i pozwoliła mu, aby muskał jej szyję, nie wiedząc co zaraz się stanie. Vlad coraz mocniej przygryzał jej skórę, czując pulsującą żyłę na jej szyi. Miał wielką ochotę na jej krew i przestawał się już hamować.
Jego dłoń znalazła się pod niej sukienką i podciągnął ją do góry, po czym zaczął macać jej kobiecość. Dziewczyna oddychała głośno i pojękiwała, co chwile, a chłopak stracił zupełnie kontrolę. Momentalnie wbił się w jej szyję i zaczął ssać jej krew. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, ale zaraz umilkła, tracąc siły. Vladimir coraz mocniej pieścił jej koleżankę, ssąc słodką ciecz z jej żył i czerpiąc z tego radość.
 Gdy napił się już dostatecznie, puścił ją, a ta osunęła się na ziemię, nie przytomna. Nie przejmował się nią, bo wiedział, że przeżyję. Będzie po prostu słabsza przez kilka dni. Wampir chciał już wyjść z powrotem na chodnik, gdy usłyszał na sobą szyderczy śmiech. Rozpoznał go od razu i momentalnie odwrócił się na pięcie, stając w oko w oko z dwójką Upadłych.
- Zawsze musisz wykorzystywać dzi*wki ? - zapytał jeden z nich, patrząc na niego uważnie.
- Nie twój interes - syknął tylko Vlad, bacznie ich obserwując. Domyślał się, po co tutaj przyszli i czego chcieli, ale nie należał do osób, które się poddawały. On walczył zawsze do końca i teraz nie miał zamiaru postępować inaczej.
- Co tak ostro do starych kumpli. Ostatnim razem byłeś milszy, jak przyszedłeś z Arivan. A właśnie co u niej?... A no tak zapomniałem wybrała Samuela. Widzisz dla niej potwór z Piekła jest lepszy od ciebie. Och biedulku - powiedział Upadły Anioł, podchodząc do niego i klepiąc w polik. Chłopak wzdrygnął się i odsunął od niego.
- Spadaj. Nie mam nastroju do rozmowy
- Ale za to my tak - wtrącił się drugi mężczyzna, stając obok swojego brata.
- Czego chcecie? - rzucił oschle Vlad, patrząc na nich z pod rzęs.
- Nie my, a nasz pan. Chciałby cię zobaczyć, a ja myślę, że jesteś mądry i pójdziesz z nami po dobroci - powiedział demon z Piekła, uśmiechając się do niego chłodno i pokazując mu swój miecz, który trzymał w dłoni. Wykonany był z materiału, który potrafił ranić wampiry i to śmiertelnie.
- To się mylisz - syknął wampir i pokazał mu swoje kły, napinając mięśnie i szykując się do ataku.
- No cóż... to twój błąd - powiedział i zamachnął się. Vladimir jednak był szybszy i wzbił się w powietrze, po czym odbił się od muru i wylądował na plecach brata Upadłego, chwytając go za kark. Uśmiechnął się krzywo w stronę tamtego i zatopił kły w szyi potwora, który zawył z bólu i zaczął się szarpać, aby zrzucić wroga z siebie. Jednak chłopak doskonale się trzymał i chociaż ich krew była ohydna to ssał dalej. Jego brat patrzył na niego, starając się dotrzeć od niego, ale było za późno. Vlad uchylił się od ostrza miecza i momentalnie skręcił kark Upadłemu, który padł na ziemię nie żywy. Jego ciało zaczęło zamieniać się w popiół i znikać. Vlad wiedział, że to wyjątkowo bolesny proces, co sprawiło mu satysfakcję.
- Skończysz jak twój braciszek - rzucił z szyderczym uśmiechem i spojrzał na Upadłego, który wydawał się być zbyt zszokowany tym co się przed chwilą stało. Jednak nagle ocknął się i ruszył na wampira, z dziką furią. Zaczął go bardzo szybko atakować, a Vlad nie zawsze uchronił się od ciosu. Starał się wbić w szyję wroga, ale nie miał do niej dostępu. Próbował jak tylko szło.
W pewnym momencie potknął się o coś i zachwiał, a wtedy ostrze Upadłego Anioła przebiło jego bok. Wampir zawył z bólu i w tej agonii, wbił się w szyję potwora, która była akurat odsłonięta. Nie zwracał uwagi na miecz w swoim ciele. Złość była w jego żyłach i zapanowała nad nim. Momentalnie wyssał całą krew, po czym kopnął martwe ciało i spojrzał na niego. Splunął z pogardą w jego stronę, a następnie spojrzał na ostrze w swoim boku. Wyciągnął je jednym szybkim ruchem i poczuł jak miękną mu nogi. Nie był w stanie ustać, więc opadł na kolana pod ścianą i przycisnął dłoń do rany, chcąc zatamować ranę na brzuchu. Wiedział, że bez pomocy nie przeżyję i będzie łatwym celem dla reszty Upadłych. Nie chciał jednak wzywać ojca, bo dowiedziałaby się o tym Arivan, a on nie miał ochoty jej widzieć. Nie po tym jak go zraniła.
Została mu więc ostatnia osoba, która mogła mu pomóc, nie miał jednak pojęcia czy to zrobi. Była jednak tylko ona, a on nie miał czasu do zastanawiania.
Wolną dłonią wyjął telefon i wybrał numer do starej przyjaciółki. Odebrała po trzech sygnałach.
- Słucham?
- Katarina? Musisz mi pomóc...
                                        **************************
Hej! Witam was przy nowy rozdziale. Mam nadzieję, że się wam spodobał i wrócicie do komentowania :* Czekam na to, bo brakuję mi motywacji. Myślę o zamknięciu, więc potrzebuję was. Proszę uaktywnijcie się :* Czekam na was i do zobaczenia :* (oby)
     - Dont Cry To Me

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz