niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział.12.

  Lucy szła wolnym krokiem, ubrana w krótkie, niebieskie spodenki i czarną bluzkę na ramiączkach. Jej krótkie, blond włosy były rozpuszczone, a twarz bez makijażu. Wilkołaki nie lubiły się malować i ona nie stanowiła wyjątku. Wolała swoje osobiste piękno, a do brzydkich nie należała.
W dłoniach miała małe pudełeczko,owinięte papierem ze wzorem małych piesków. Urocze i chyba miało odzwierciedlać ich rasę.
Dziewczyna miała dobry humor pomimo ostatniej bitwy i kolejnego pogrzebu, który zakończył się godzinę temu. Nienawidziła takich uroczystości zwłaszcza, że pochowano kilkunastu likantropów, a w tym trzech jej przyjaciół. Było jej ciężko, smutno i miała ochotę zemścić się na Upadłych, ale ojciec nauczył ją, że cierpliwość popłaca. Dlatego czekała i starała się myśleć pozytywnie, aby nie zepsuć tego dnia Wybranej. Chociaż pewnie ona nie miała teraz do tego głowy to Lucy poszperała w odpowiednich źródłach i znalazła datę urodzenia Ari. Wypadało to dokładnie dzisiaj i dlatego razem z resztą stada znaleźli odpowiedni prezent i szła teraz do sali ćwiczeń, aby jej go wręczyć.
Przechodziła akurat przez korytarz, gdzie większość mieszkańców to wampiry. Zaraz zaczęła się jeżyć i zrobiła się bardziej czujna. Może i był rozejm w trakcie wojny, ale ona i żaden inny likan nie ufały Dzieciom Nocy i dlatego zawsze spodziewali się najgorszego. Próbowała nie zwracać uwagi na wścibskie spojrzenia mężczyzn, aż natrafiła na jedno, które znała. Brunet stał przy ścianie i zerkał na boki. Widziała, że był zdenerwowany i dlatego podeszła do niego
  —  Samuel, coś się stało? — zapytała Lucy, stając przed nim. Podniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się lekko.
— Nie. Ten bufon wkurza mnie gadaniem  — odpowiedział szorstko, zaplatając ręce na piersi i zerkając na bok, jakby czekał tylko aż ktoś wyjdzie zza drzwi.
— Valentaine? On każdego doprowadza do furii, ale trzeba to przemilczeć. Nie możemy pogorszyć teraz sytuacji i tak mamy za dużo problemów - powiedziała i uśmiechnęła się miło, odgarniając kosmyk włosów z twarzy. Chłopak skinął tylko głową i zamilkł na chwilę.
  — Co tam masz?  — zapytał nagle, patrząc na jej rękę, w której była paczka.
  — Prezent dla Arivan  — odpowiedziała od razu weselej i pokazała mu pudełko. Samuel otworzył szeroko oczy i wpatrywał się w nią, jakby chciał usłyszeć, że to tylko żart.
  — Nie pamiętasz o jej urodzinach?  —  spytała zaskoczona Lucy.
  — Wypadło mi z głowy. Dzisiaj 13 września?  — zapytał dla pewności, a gdy ona skinęła głową uderzył się otwartą dłonią w czoło.
  — Jaki ze mnie głupek? Jak mogłem zapomnieć?  — pytał sam siebie i zaraz przeprosił Lucy, po czym pobiegł korytarzem bez słowa. Musiał jak najszybciej dać Arivan coś, co było dosyć piękne, aby dorównać jej w jakimś procencie.
Lucy patrzyła za nim chwilę, kiwając głową na boki z lekkim uśmiechem. Rozśmieszyło ją jego zdenerwowanie i zakłopotanie. Myślała, że wiedział i pierwszy wręczył jej prezent, a tu się okazało, że nie. Zdziwiło ją to, ale nie chciała tam dłużej stać, dlatego ruszyła dalej do sali ćwiczeń, która była już niedaleko.
Zobaczyła duże drzwi na końcu korytarza i nie zapukała nawet. Otworzyła je po prostu i weszła do środka. Od razu uderzyło ją jasne światło dnia, które wpadało przez szklane ściany. Następnie ujrzała młodą Nienarodzoną, która cała spięta stała na środku sali, a wokół niej wzrastały coraz wyżej korzenie drzew. Miała przymknięte oczy, a dłonie wyciągnięte przed sobą. Szeptała coś do siebie pod nosem i starała się równo oddychać. Naprzeciw niej stał Magnus, przyglądając jej się uważnie. Jego niebieski płacz miał przypalony dół, ale prócz tego był cały i zdrowy. Jego czarne włosy, postawione na żel miały dodatkowy brokat, a usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu, kiedy zobaczył młodą córkę Luki, swojego dawnego przyjaciela.
  — Arivan możesz skończyć  — zarządził Bane i natychmiast Wybrana opuściła dłonie i otworzyła zdziwione oczy, a korzenie momentalnie wrosły z powrotem w podłogę. Czarownik zerknął na niepewną liknatropkę i zaraz w jego ślady poszła Arivan.
— Co tutaj robisz? — zapytała spokojnie dziewczyna, ale nadal oddychała szybciej. Zużyła sporo energii na ćwiczenia i teraz ciężko jej było ustać na nogach bez zachwiania.
  — Chciałam ci złożyć najlepsze życzenia od całego stada  — odpowiedziała po chwili Lucy i podeszła do Nienarodzonej. Przytuliła ją, chociaż tamta była zaskoczona i chyba nie wszystko rozumiała. Wzięła pudełko od blondwłosej i uśmiechnęła.
— Nie mów mi, że zapomniałaś o swoich urodzinach? — spytała, przyglądając jej się uważnie. Nagle Ari uderzyła się w czoło i zaśmiała nerwowo.
  — Zapomniałam, że dzisiaj jest 13  — przyznała i zerknęła na Magnusa, który już wyjmował coś z kieszeni płaszcza. Podszedł do niej i wręczył paczuszkę.
  — Nie miałem czasu, aby zapakować — powiedział i przytulił ją mocno, składając życzenia. Podziękowała mu, po czym usiadła na ławce pod jednym ze szklanych ścian. Najpierw otworzyła prezent od wilkołaków, a Lucy przyglądała jej się uważnie. W środku był stary sztylet. Jego ostrze były jednak bardzo dobrze naostrzone. A na krawędzi wyryto napis w obcym języku "Se luchar hasta que gane"
  — Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą — powiedziała po przetłumaczeniu i spojrzała z szerokim uśmiechem na dziewczynę. — Piękny  — pochwaliła, a Lucy wydawała się być zachwycona jej opinią. Wybrana włożyła go do pochwy, która była przyczepiona do jej pasa z bronią. Przyda się i to na pewno.
  — Zobaczymy co nasz czarownik wymyślił  — skomentowała, biorąc do rąk woreczek od niego.
  — Uwierz mi przyda ci się, ale dowiesz się do czego w odpowiednim czasie i to sama musisz odgadnąć kiedy  — odpowiedział z uśmiechem i zachęcił, aby zobaczyła co było w środku. Posłała mu zdziwione spojrzenie, ale otworzyła woreczek. W środku był niebiesko-czerwony pył, który miał zapewne jakieś magiczne zdolności.
  — Wyjawisz mi do czego służy?
  — Mówiłem ci. Dowiesz się w swoim czasie  — odpowiedział zagadkowo i posłał jej szeroki uśmiech. Pokiwała tylko głową  i westchnęła, po czym schowała zamknięty woreczek do kieszeni przy pasie.
  — Oho chyba się spóźniliśmy  — odezwał się Lukas w drzwiach. Zaraz po nim pojawiła się Marlena, która w dłoniach trzymała tort w kolorze może. Na górze był napis "Sto lat", a na obrzeżach piękne czerwone różyczki.
  — Nie no, wy też? — zapytała ze śmiechem Wybrana, wstając, gdy podszedł do niej mężczyzna. Przytuliła go i podziękowała za życzenia, a następnie przyjęła prezent. Był to spory miecz owinięty w ozdobny papier.
  — Nie wiedziałem, co ci kupić  — wytłumaczył się, a ona uśmiechnęła się w jego stronę i przyjrzała uważniej ostrzu. Wygrawerowane na nim były gwiazdy przeplatane kolcami róży. Nie miała pojęcia, co to oznaczało, ale skądś kojarzyła ten wzór.
— Gwiazdy i kolce róż to znak rodu twojej matki. Kiedyś się urodziłaś, zamówiła go i kazała wręczyć ci na siedemnaste urodziny. Wiedziała, co się wydarzy i chciała, abyś miała jej cząstkę ze sobą  — wyjaśnił i zobaczył, jak w oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Wszyscy spoważnieli i nagle zamilkli, patrząc na Wybraną.
  — Zobacz napis na dole  — dodał po chwili, a ona obróciła miecz, aby widzieć dokładniej rączkę.
  —" Nigdy nie sprzymierz się z piekłem. Jego pokusy są chwilowe, a cierpienie wieczne" — wyrecytowała na głos, po czym przytuliła mocno Lukasa.
  — Dziękuje - wyszeptała cicho w jego stronę. Objął ją mocno i przycisnął do siebie. Chwilę tak trwali. Arivan opanowywała emocje i próbowała się nie rozpłakać.
  — No dobrze koniec smutasów. Kto chcę tort? - Ciszę przerwała Marlena, która postawiła ciasto na stole i czekała z nożem w ręce na resztę. Wszyscy spojrzeli na nią, a Ari oderwała się od Nienarodzonego, po czym z uśmiechem podeszła do kobiety. Stanęła obok stołu i szybko przypięła miecz do pasa razem z pochwą od Lukasa.
— Ja chcę ten z różyczką - zażyczyła sobie dziewczyna i wzięła jeden z talerzyków, ustawiony obok tortu. Nie chciała myśleć o nie obecności ukochanego, ale miała złe przeczucia. Bardzo się o niego martwiła, a nie widziała go już od kilku godzin.
— Tak zaczynacie bez nas?  — Do uszu Arivan dotarł wesoły głos Emilii. Dziewczyna odwróciła się w jej stronę z uśmiechem i talerzykiem w dłoniach.
  — Jakbyśmy śmieli  — odpowiedziała brunetka i przyjrzała się przyjaciółce. Miała na sobie czarną bluzkę z krótkim i spódniczkę w tym samym kolorze z powodu żałoby po śmierci matki. Blondyn obok niej miał również ciemne spodnie. ale jego koszula była w kolorze błękitu, co podkreślało oczy chłopaka.
Rudowłosa szybko podeszła do jubilatki i przytuliła ją, składając życzenia, po czym wręczyła małe pudełeczko. Wybrana otworzyła je powoli i zobaczyła złote kolczyki w kształcie księżyca w nowiu. Były piękne i przez sekundę widziała w nich biały blask. Zupełnie jakby zmieniały kolor.
— Piękne
  — To kolczyki fearie. Są nie tylko ładne, ale również magiczne — zmieniają kolor - wyjaśniła z uśmiechem Emilia, a jej przyjaciółka uśmiechnęła się i podziękowała, po czym szybko założyła je i odgarnęła włosy, aby były widoczne.
  — Czy ktoś spróbuje mojego tortu, bo nie wiem czy jest dobry  — odezwała się nagle Marlena lekko rozdrażnionym tonem, a wszyscy spojrzeli w jej stronę.
— Jak ty robiłaś to będziemy zdychać trzy dni, albo zamienimy się w żaby - powiedział Magnus z szerokim uśmiechem, a kobieta posłała mu ostrzegawcze spojrzenie i wyciągnęła dłoń z nożem w jego kierunku.
  — Uważaj. Wiesz, że jestem tak dobra jak ty  — ostrzegła z chytrym uśmieszkiem.
  — No no, bo się przestraszę
  — Nie pozabijajcie mi się tutaj — wtrącił się Lukas, zerkając raz na jednego raz na drugiego.
  — Właśnie nie na moich urodzinach - dodała Arivan i zjadła kawałek tortu. - Jest pyszny - powiedziała szczerze do Marleny i zachęciła resztę, aby spróbowali. Posłuchali jej i przez chwilę zapanowała cisza, po czym zaczęli chwalić wypiek kobiety. Humor chyba wszystkim dopisywał, a impreza powoli się rozkręcała. Nawet Ari zapomniała na moment o Samuelu i nieobecnym Vladzie. Chciała po prostu po świętować w swoje urodziny.
****************************
Przyjęcie trwało już dwie godziny, a Wybrana odczuwała coraz większy niepokój. Nie przyszedł żaden z chłopaków. Był król wampirów, ale nie miał pojęcia co działo się z jego synem. Podobno wyszedł gdzieś na spacer o świcie, ale nie wrócił do tej pory. Valentaine nie przejmował się jednak tym za bardzo. Wkurzyło to Arivan, ale nie chciała wywoływać kłótni, dlatego sama postanowiła ich poszukać. Przeprosiła tylko Lukasa i oznajmiła mu, że wychodzi zaczerpnąć świeżego powietrza. Zostawiła większość prezentów i po prostu opuściła salę, ale mając przy sobie miecz po rodzicach. Trzymała na nim jedną dłoń, ale nie ze strachu. Po prostu uspokajało ją to i wprawiało w taki spokój. Czuła jakby jej mama stała tuż obok i kładła swoją smukłą dłoń na jej, po czym zerkała na nią z pokrzepiającym uśmiechem. Niemal namacalny był także dotyk ręki jej taty na swoim ramieniu, który chciał dodać jej otuchy i siły, przed tym co czekało ją w najbliższym czasie. Niedawno zakończyła się bitwa, a niebawem miała rozpocząć ostateczna wojna.
Doszła do jednego z okien, wzdłuż korytarzy i zatrzymała się. Wyjrzała przez jedne z nich. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak samo, ale kiedy dokładniej się przyjrzała to zobaczyła coś, co sprawiło, że na ustach pojawił się jej uśmiech. Przez plac, gdzie ćwiczyli młodzi żołnierze jej armii, ujrzała Samuela. Szedł szybkim krokiem do drzwi, a dłonie trzymał schowane za sobą. Arivan nie zastanawiała się długo nad tym co robi. Ruszyła po prostu biegiem do głównych drzwi, aby zobaczyć ukochanego chłopaka. Mijała po drodze sporo osób, ale nie zatrzymywała się. W biegu dziękowała tym, którzy składali życzenia. Powinna z nimi porozmawiać, ale teraz myślała tylko o spotkaniu z brunetem. Nie widziała go tylko kilka godzin, ale bardzo stęskniła się za nim. W dodatku miała od rana jakieś złe przeczucia. Nie potrafiła stwierdzić czego to dotyczyło, ale przez cały ten stres i sprawę z Upadłymi, mogła być po prostu przewrażliwiona.
Biegła tak szybko, że nie zauważyła przed sobą  chłopaka. Wpadła na niego i gdyby nie silne ramiona, to leżałaby zapewne na ziemi poobijana.
—  Spokojnie, po sobie coś zrobisz — odezwał się Samuel z uśmiechem, trzymając ją mocno w swoich ramionach. Uniosła głowę i spojrzała na jego twarz, po czym rzuciła mu się na szyję i pocałowała mocno, pod wpływem chwili.
— A to za co? — zapytał wesoło. dotykając jej policzka, gdy już oderwała swoje wargi od jego.
— Gdzie byłeś? Martwiłam się — powiedziała szybko i spoważniała odrobinę.
— Musiałem zapakować prezent dla jubilatki — odpowiedział bez żadnych tajemnic i pokazał jej pudełko owinięte czerwonym papierem ozdobnym. Wybrana uśmiechnęła się i wzięła je w ręce, po czym spojrzała w jego oczy.
— Dziękuję, ale nie musiałeś — powiedziała i zaczęła drzeć papier.
— I po co ja się tak starałem — zażartował i objął ją jedną dłonią, patrząc na jej twarz, która nie odrywała wzroku od pudełeczka. Otworzyła je powoli, a jej usta zastygły na wpół otwarte z wrażenia. W środku znajdował się śliczny naszyjnik. Słońce połączone z księżycem, a pomiędzy nimi małe, czerwone serduszko, które pod odpowiednim kątem mieniło się niczym diament. Arivan nie potrafiła powstrzymać zachwytu i pisnęła ze szczęścia, przenosząc wzrok na chłopaka.
— Podoba ci się?
— Jest piękny. Skąd go masz? — zapytała od razu i zapięła go szybko, po czym ułożyła na swoim dekolcie.
— Dostałem go jak byłem małym chłopcem od mamy. Mówiła, że pewna pani dała mi go w szpitalu po urodzeniu. Teraz wiem, że to moja biologiczna matka. Miał mnie chronić, a teraz chcę aby chronił ciebie — wyjaśnił powoli i spokojnie, a dziewczyna wpatrywała się w niego nieco zbita z tropu.
— Ale skąd go masz?
— Wróciłem na chwilę do dawnego domu — odpowiedział od razu.
— Przecież to nie było bezpieczne. Mógł tam być Lucyfer — powiedziała przestraszona na samą myśl Arivan i przytuliła go mocno, bojąc się że zaraz zniknie.
— Nic mi nie jest. Nie bój się — uspokoił ją i mocno objął, aby się uspokoiła.
— Nie mogę cię ponownie stracić — wyszeptała w jego bluzkę i przymknęła oczy, aby powstrzymać łzy.
— Nie stracisz kochanie — powiedział jej prosto do ucha, a następnie pocałował  ją w sam środek czoła. Uśmiechnęła się nieznacznie i wtuliła z powrotem w niego, będąc spokojniejszą, mając go przy sobie.
Stali tak dłuższą chwilę, aż wreszcie Ari uniosła głowę i spojrzała w jego oczy.
— Wracamy na imprezę? — spytała z uśmiechem i położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz zorientowała się, że miał na sobie elegancką czarną koszulę i ciemne jeansy. Wyglądał bosko przez co jeszcze bardziej miała na niego ochotę. Nie chciała jednak wyjść na nie wiadomo kogo i zmuszać go do czegoś. Spędzili ze sobą upojne chwile i niby było lepiej między nimi, ale nadal nie było całkowicie jak dawniej. Samuel wciąż miał momenty, że musiał opanowywać atak i dziewczyna widziała to. Jednak zawsze udawało mu się to. Przez to Arivan z powrotem uwierzyła, że on jest dawnym sobą. Jej ukochanym chłopcem. Już nie bała się mówić jak mocno go kochała i ile dla niej znaczył.
— Tak. Co to za impreza urodzinowa bez jubilatki  —  odpowiedział chłopak i wyrwał dziewczynę z chwilowej zadumy. Spojrzała na niego zdziwiona, ale zaraz ogarnęła się i skinęła głową, po czym chwyciła go za rękę i ruszyli drogą powrotną do sali. Teraz się nie spieszyli, ponieważ mieli siebie nawzajem.
Wybrana bawiła się nowym naszyjnikiem, podziwiając jego piękno i magię, którą w sobie nosił. Wyglądał tak cudownie i sprawiał, że niemal czuła na sobie jego ogromną moc i jakiś czysty blask, który bił od niego.
Do sali doszyli dosyć szybko. Kiedy znaleźli się już w niej, impreza rozkręcała się na dobre. Pojawiło się jeszcze kilka osób, które Ari znała tylko przelotnie. Lukas rozmawiał o czymś z Magnusem pod oknem. a obok niego stała Marlena, którą nieznacznie obejmował jedną ręką. Dziewczyna uśmiechnęła się na ten widok, bo twierdziła, że Blackwellowi brakuje kobiety i to bardzo. Cały czas odkąd go znała był sam i nie widać go był nawet przelotnie z jakoś panną. Może ukrywał związki w sekrecie, a może po prostu ich nie było.
Emilia i Mark tańczyli przytuleni do siebie w rytm wolnej muzyki i szeptali coś do siebie cicho. Rudowłosa wydawała się walczyć sama ze sobą. Raz na jej twarzy był uśmiech, a zaraz poważna mina i łzy w oczach. Łatwo się było domyślić, że spowodowane było to stratą matki.
Król wampirów jak zwykle obracał się  tylko w towarzystwie swojej rasy, która pogardliwie zerkała na Luka i Lucy, którzy stali kawałek dalej i śmiali się z żartu młodego likantropa. Nie przejmowali się Dziećmi Nocy. Przyzwyczajeni byli do takiego zachowania, a ich przywódca uczył ich, aby nie dawać się sprowokować. Nie potrzebne nam spory i awantury w tych trudnych czasach - mówił zawsze swojemu stadu.
Cała impreza wydawała się być świetnym oderwaniem od strasznej rzeczywistości i tragedii, które były coraz częstsze.
— Pozwoli pani, abym porwał panią na jeden taniec? - Usłyszała obok siebie znajomy głos i od razu odwróciła się uradowana, rzucając się na szyję młodemu wampirowi. Objął ją mocno i rzucając tylko ostre spojrzenie Samuelowi, odwzajemnił uścisk.
— Gdzie ty byłeś Vlad? - zapytała od razu brunetka i spojrzała w jego ciemne oczy, chcąc wyczytać z nich prawdę. Po ostatniej kłótni bała się, że straciła go na zawsze, a potrzebowała go bardzo w swoim życiu. Był dla niej jak brat. Teraz jednak była tak uradowana jego widokiem, że zapomniała o tamtej rozmowie i pocałunku.
— Szukałem prezentu dla ciebie — odpowiedział bez wahania i wyjął z kieszeni marynarki czarne pudełko, przewiązane białą wstążką.
— Nie trzeba było —  powiedziała, ale przyjęła je z uśmiechem i szybko otworzyła.
W środku była srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie kła wampira. Wyglądała przepięknie, a Arivan od razu rozpoznała jaki to kamień.
— Diament — szepnęła pod nosem, dotykając kła. Był chłodny i mroczny, a zarazem piękny. Tak jak same Dzieci Nocy.
— Najczystszy, tak jak ty — powiedział Vladimir z tym niesamowitym uśmiechem na swoich krwistych ustach. Na policzkach Wybranej pojawiły się rumieńce, gdy usłyszała komplement. Zapięła szybko bransoletkę i przyjrzała jej się na swoim nadgarstku.
— Czy zasłużyłem na taniec? — spytał niby swobodnie Vlad, ale ona wyczuła w jego głosie nutę napięcia. Zupełnie jakby bał się odmowy.
Arivan zerknęła tylko na Samuela, który uśmiechnął się nieco sztucznie i skinął głową na zgodę. Pocałowała go szybko w polik i pozwoliła, aby Vlad pociągnął ją na środek sali, gdzie leciała wolna piosenka. Jedną dłoń położył na jej talii, a drugą splótł z jej na wysokości ich uszu. Przysunęła się trochę do niego, tak że dzieliło ich może kilka centymetrów. Wampir był doskonałym tancerzem, więc dziewczyna nie musiała się o nic martwić. Poruszali się zgrabnie w rytm muzyki, a on co chwilę obracał ją i sprawnie przysuwał ją do siebie.
  — Wracając do naszej rozmowy. Nie chcę, abyś źle się z tym czuł Vlad - zaczęła Arivan, patrząc w jego oczy. Przez pierwszy moment nie odpowiedział i wydawał się stać jakiś obcy. Jakby oddalił się od niej, chociaż był bardzo blisko.
— Nie wracajmy do tego
— Ale ja chcę. Jesteś dla mnie jak brat. Najlepszy przyjaciel i kocham cię, ale nie tak jak ty byś chciał — nie dawała za wygraną brunetka. Nie zwracali uwagi na pozostałą resztę, która zaczęła na nią zerkać. Samuel stał pod ścianą i również obserwował ją bacznie. Nie chciał tego okazywać, ale był zazdrosny o nią i to bardzo. Uczucie, które dawniej do niej darzył powracało i to sprawiało, że bał się ją stracić.
— Dlaczego? Przecież pomagam ci jak tylko umiem, a ty i tak wolisz jego —  syknął ostro Vladimir, zaciskając mocniej dłoń na jej talii.Zabolało ją to, ale nie okazała nic.
  —  Serce nie sługa — szepnęła cicho, bojąc się jego reakcji.
Prychnął tylko i obrócił ją szybko, po czym przycisnął do siebie z całej siły.
— To czemu twoje pokochało potwora? — zapytał twardo i nie pozwolił jej się odsunąć.
— Nie jest potworem
— Jest, a ty się oszukujesz. Uważasz go za dobrego chłopca, ale prawda jest taka, że to syn Lucyfera, Upadły Anioł. Antychryst według chrześcijan, a ty nadal jesteś ślepa na to — powiedział cicho, ale od jego tonu dziewczynę przeszły dreszcze po skórze. Uścisk zimnych dłoni sprawiał jej nie przyjemne uczucie i próbowała się odsunąć, ale Vlad trzymał ją mocno i nie pozwalał na to.
— Puść mnie Vlad — poprosiła spokojnie, ale czuła jak rosły w niej nerwy. Nienawidziła, gdy ktoś obrażał Samuela, nie znając go.
— Dobrze, ale pamiętaj, że ja cię ostrzegałem i chociaż żyję wiecznie to nie będę czekał tyle na ciebie —  powiedział tylko i puścił ją. Ukłonił się jak dżentelmen i odszedł powoli, uśmiechając się. Jednak Ari wiedziała, że to fałszywy uśmiech. Zrobiło jej się przykro, a zarazem była zła. Nie zrobiła nic czym by sobie zasłużyła na takie traktowanie. Nie miała wpływu na uczucia, ani swoje ani jego. Dlaczego więc on obwiniał o to ją. Nie potrafił zrozumieć, że ona traktowała go jak brata, a nie ukochanego.
Dziewczyna otrząsnęła się po chwili i odeszła z środka sali. Stanęła przy stoliku, gdzie stało jeszcze kilka małych pudełek z prezentami. Nie zwracała za bardzo na nie uwagi. Starała się powstrzymać łzy, które pojawiały się w oczach.
Oparła dłonie na blacie stolika i oddychała głęboko, patrząc przed siebie. Wtedy dostrzegła jedno pudełko, które szczególnie przyciągnęło jej uwagę. Było złoto czarne i miała dziwną aurę. Od razu wyczuła kłopoty i dlatego sięgnęła po nie. Okazało się większe od reszty i cięższe. Nie miała zamiaru fatygować Magnusa, aby sprawdził, czy było z nim wszystko w porządku. Nie chciała popsuć mu zabawy. Dlatego sama postanowiła się z nim uporać.
Wzięła je w ręce i skierowała się do wyjścia. Nie patrzyła na nikogo innego. Chciała sama pobyć przez chwilę i dowiedzieć się, co było w środku pudełka.
Szybko znalazła mały pokój, w którym była tylko kilka razy. Należał do Lukasa i to tutaj spędzał on najwięcej czasu. Myślał, planował i starał się rozwiązywać problemy.
Arivan usiadła na jasnej sofie i zaczęła otwierać prezent. Czuła jak kropla potu pojawiła jej się na czole, a wszystkie mięśnie się napięły. Wiedziała, że było to coś złego. Od razu wyczuła, że to od nikogo z jej armii. To należało do kogoś innego. Wstrzymała oddech, gdy zobaczyła czarną tkaninę. Wyjęła ją powoli i ujrzała czarną sukienkę, która sięgała może do jej kolan. Miała spory dekolt i złote zakończenia. Wyglądała ładnie i pewnie Wybrana od razu by ją założyła, gdyby nie mała karteczka, która wypadła z pod sukienki. Była w szarym kolorze, zaś litery miały krwistoczerwony kolor. Widząc pierwszą literę podpisu, już przeszły ją dreszcze, a gdy sięgała po nią to dłoń jej drżała.
" Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Mam nadzieję, że prezent się podoba i na pewno będziesz wyglądać w tym przepięknie. Obyś ubrała ją na nasze spotkanie, a ono nastąpi już wkrótce
Lucyfer"
Na moment dziewczyna zapomniała jak się oddycha. Z całej siły ściskała kartkę. W oczach miała łzy i czuła przeraźliwy strach, który pojawiał się w całym jej ciele. Nie z powodu całego listu,a ostatnich słów, które były tam napisane. To zapowiedź ostatecznego starcia, które miało nadejść niebawem. A ona strasznie bała się tego spotkania. Jego wynik przesądzić miał o losach całego świata. Bała się zawieść swoich bliskich i całą resztę armii. Nie wytrzymałaby tego. Już  dosyć było bólu. Dosyć łez, krwi i śmierci niewinnych. Miała zamiar skończyć z tym jak najszybciej, ale wciąż nie wiedziała do końca jak.
  — Mogę wejść? — usłyszała znajomy głos zza drzwi. Uśmiechnęła się, zerkając na Samuela i skinęła głową, aby wszedł. W czasie, kiedy on zamykał drzwi to ona spaliła szybko kartkę w swoich dłoniach, aby nie było dowodu. Nie chciała go martwić i niepotrzebnie denerwować. To był jej problem.
— Wszystko gra? - — zapytał chłopak, siadając obok niej. Odłożyła sukienkę do pudełka i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem na ustach.
— Tak. Jestem tylko trochę zmęczona - odpowiedziała Arivan i pozwoliła, aby objął ją jedną dłonią i przysunął do siebie.
— Wiem, ale mam nadzieje, że dzisiejszy dzień był dobrą odskocznią od całego bajzlu — powiedział, a ona skinęła głową. Nie miała ochoty odpowiadać, bo miał rację, ale mimo wszystko ona nadal myślała o zbliżającym się starciu z Lucyferem. Szczególnie po prezencie od niego.
— Powinnaś balować do rana, a nie siedzieć tutaj sama — dodał po chwili, a dziewczyna uśmiechnęła się blado.
— Nie mam ochoty. Wolę z tobą tutaj posiedzieć
— Jestem do usług — odpowiedział od razu, a Wybrana wtuliła się w jego klatkę piersiową. Tylko wtedy zapominała o strachu, bólu czy poczuciu winy. W jego silnych ramionach czuła się bezpieczna i spokojna. Nic nie było jej straszne.
— Na pewno dobrze się czujesz?  — zapytał zmartwiony i zaczął głaskać ją po plecach.
— Tak — bruknęła cicho, ale nie chamsko. Nie chciała być nie miła dla niego.
 Przez chwilę panowała cisza. Do momentu, gdy Samuel zobaczył pudełko koło jej nóg, a w nim czarną kreację. Od razu wziął ją do rąk i spojrzał na dziewczynę, unosząc jedną brew.
— Od kogo to? — spytał z uśmiechem, ale w jego głosie od razu słychać było nerwowość.
— Nie wiem, nie było karteczki — skłamała, wzruszając obojętnie ramionami i zabierając mu pudełko. Odłożyła je z powrotem na podłogę, po czym uśmiechnęła się i spojrzała  mu w oczy. Nienawidziła kłamstwa i unikała go jak ognia, ale teraz czuła, że tak będzie lepiej. Samuel miał dosyć zmartwień.
— A nie od Vlada? Pewnie chciałby cię w tym zobaczyć  — rzucił niby swobodnie, ale słychać było jego zgryźliwość. Ari uśmiechnęła się krzywo, widząc to.
— A ty zazdrosny jesteś? — zapytała żartem, patrząc na niego z lekko przechyloną głową na bok, przez co wyglądała zabawnie.
— Nie... to znaczy... oj tak, bo widzę jak na ciebie patrzy — powiedział ostro, unikając jej wzroku. Dziewczynie schlebiało to jak był zazdrosny, ale bała się kolejnych kłótni. Starczyła jej ostatnia z Vladimirem. Był dla niej jak brat, a robił jej wyrzuty o coś czemu nie była winna.
— A wiesz jak ja na ciebie? — zapytała z uśmiechem, dotykając jego podbródka i zmuszając, aby na nią spojrzał. Skrzyżował z nią spojrzenie swoich niebiesko-szarych tęczówek, w których krył sie strach mieszany z miłością.
— Wiem, ale wiem też co on do ciebie czuję Widzę to i nie jestem ślepy, że dla ciebie jest równie ważny
— Jest dla mnie jak brat to fakt i kocham go jak brata, ale to ciebie kocham nad życie — przerwała mu spokojnym tonem. Widziała jak Samuel powstrzymuję swoje nerwy, aby nie wybuchnąć. Doceniała to, ale znała sama siebie i doskonale zdawała sobie sprawę, że długo tak się nie pociągnie. W końcu się nie wytrzyma i wybuchnie.
— Po prostu jestem zazdrosny — odpowiedział Samuel i opuścił głowę, patrząc na swoje dłonie, które teraz leżały płasko na jego kolanach.
— To nic złego tylko zaufaj mi, że ja chcę być z tobą. Nie z nim — powiedziała spokojnie, ale w głębi poczuła się dziwnie. Jakby była wredna i zdradziła Vlada, chociaż wcale z nim nie była. Jednak miała poczucie winy, że tak powiedziała.
Chłopak skinął tylko głową i objął ją z powrotem jedną dłonią, po czym przysunął jeszcze bliżej siebie. Położyła głowę na jego ramieniu i wpatrzyła się w jeden punkt przed sobą.
— Vladimir mnie nienawidzi i chętnie rozerwałby mnie na strzępy —  powiedział zamyślony brunet, głaszcząc ramię dziewczyny. Ta przez pierwszą chwilę nic nie odpowiedziała. Sama dokładnie nie wiedziała, co brzmiałoby odpowiednio w tamtej chwili.
— Mnie także nienawidzi — bruknęła pod nosem oschle, czując jak w oczach pojawiły jej się łzy. Bolało ją to,że traciła przyjaciela, ale nic nie potrafiła na to zaradzić.
— Nie nienawidzi cię. Kocha cię
— Ale ja nie kocham go tak jak on by chciał — powiedziała sucho, nie odrywając wzroku od punktu na ścianie. Zamyśliła się i nic już nie odpowiedziała. Samuel również. Siedzieli przytuleni do siebie i po prostu myśleli. Każde coś innego. Arivan o wiadomości od Lucyfera i tym jak szybko przyjdzie ostateczne starcie, a Samuel o Vladimirze i jego uczuciach do Wybranej. Nie dziwił mu się ani trochę i gdyby nie to jak mocno mu na niej zależało to pozwoliłby, aby była z nim, ale nie umiał. Po prostu kochał ją i umierał bez niej. Będąc potworem stworzonym przez Upadłych pragnął jej śmierci, ale w środku zawsze była jakaś mała część, która powstrzymywała go przed tym. Dawniej tego nie rozumiał, ale teraz wiedział, że to jego serce. Mogli zmienić jego umysł, lecz serce zawsze pamięta o swoich uczuciach i ranach. Tego najsilniejsze tortury nie potrafią zmienić.
Siedzieli tak jakiś czas, gdy nagle drzwi się otworzyły i wszedł przez nie Lukas. Miał lekki uśmiech na twarzy i widząc parę młodych chciał się wycofać, ale Samuel uśmiechnął się lekko, po czym zaprosił go gestem do środka.
— Nie chciałbym wam przeszkadzać, ale powinniście wypocząć przed jutrem - powiedział spokojnie i oparł się plecami o biurko, zerkając na nich. Arivan uniosła zdziwiona brew i zadała mu nieme pytanie.
— Jutro ma się odbyć koronacja Emilii i to ty masz jej dokonać — wyjaśnił z uśmiechem na ustach, chociaż w jego oczach krył się niepokój. Z resztą w tamtych czasach to nie było dziwne uczucie i towarzyszyło im praktycznie cały czas.
— A nie może ktoś inny? — zapytała Wybrana. Widać była na niej zmęczenie gołym okiem. Miała worki pod oczami, wychudła sporo, ale przez treningi wzmocniła sobie jeszcze bardziej mięśnie. Miała bledszą cerę, a jej zielone tęczówki, wydawały się jakby lekko zamglone. Wszyscy mieli ciężko, ale przecież to ona dźwigała największy ciężar. Obwiniała się o śmierci tych ludzi na bitwach, toczyła walkę z samą sobą, próbując opanować moce, chcące przejąć nad nią władzę. A przede wszystkim to ona została wybrana to stanięcia oko w oko z Lucyferem i walkę z nim. A jak wiadomo pierwszy Upadły Anioł był najsilniejszym demonem i mogła przypłacić życiem, sprzeciwienie się mu. Już wielu tak skończyło. Niestety  nie było już możliwości, aby się wycofała. Za dużo zależało od tego starcia. Życie wszystkich ras. Istnienie ich świata i tego, w którym wychował się Samuel. Jednak dla niej głównie chodziło o bezpieczeństwo i spokój jej najbliższych, którzy może nie byli jej krewnymi przez DNA, ale kochała ich jeszcze mocniej. To oni byli przy niej cały czas. Walczyli z nią, chronili i byli gotowi oddać życie w jej sprawie.
— Emilia nalegała abyś była to ty — powiedział Lukas, a ona potrząsnęła głową wyrywając się z zamyślenia. Nadal miała w głowie słowa Lucyfera i nie myślała o niczym innym.
— Zgoda zrobię to
— To dobrze, bo chyba by mnie zabiła, jakbyś odmówiła — zażartował Blackwell, uśmiechając się szerzej i patrząc na nią z troską w oczach. - A i przed tym musisz wygłosić kilka słów. Nie będę ci mówił o co chodzi, bo ty doskonale wiesz i radzisz sobie z takimi sprawami. Nawet lepiej ode mnie - dodał po chwili namysłu i wyprostował się. Zamierzał wyjść z pokoju i zostawić parę samą, ale kiedy był już przy drzwiach zatrzymał go głos Arivan:
— Masz mi coś za złe? Albo ukrywasz coś? — Zdziwiony jej pytaniami odwrócił się i spojrzał na nią, bacznie się jej przyglądając. Niby była spokojna, ale coś w jej postawie mówiło o podejrzliwości.
— Nie i nie. Dlaczego tak myślisz?
— Bo zachowujesz się inaczej. Zawsze byłeś poważny,a ostatnio zmieniłeś się i to na dobre, ale teraz... teraz znów robisz się ostry. O co ci chodzi? Zrobiłam coś źle? To mi powiedz — powiedział sucho dziewczyna. Nie spuszczała go z niego wzroku, jakby chciała przebić go na wskroś i dowiedzieć się wszystkiego. Lukas uniósł jedną brew i zerknął na Samuela, ale ten tylko zaprzeczył skinieniem głowy, również nie rozumiejąc wybuchu Wybranej.
— Ari jesteś zmęczona...
— Nie jestem i niech odpowie — przerwała swojemu ukochanemu, gdy tylko zaczął bronić starszego Nienarodzonego.
  — Samuel ma rację. Jesteś zmęczona i powinnaś wypocząć.
— Nie dopóki mi nie powiesz
— Ale naprawdę nie jestem o nic zły. Po prostu teraz mamy tak trudny czas, że staram się wszystko ogarnąć i pomóc ci jak umiem - wytłumaczył, ale jej ta odpowiedź chyba nie wystarczyła, bo wstała i podeszła bliżej niego.
— Zmieniłeś się o moim wybuchu w Morskich Błękitach. Uważasz, że nie dam sobie rady z Lucyferem i chcesz stanąć za mnie tak? - spytała ostro, mierząc go wzrokiem.
— Nie... to znaczy chciałbym zastąpić cię w tej walce — powiedział spokojnie i wziął głęboki wdech, zastanawiając się co powiedzieć dalej. — Ale nie dlatego, że myślę, że jesteś za słaba. Zastąpiłbym cię, gdybym mógł, bo nie chcę aby stała ci się krzywda — dokończył, a przy ostatnich słowach głos minimalnie mu się załamał, co od razu zauważyła Arivan. Dziewczyna poczuła się głupio, że tak wybuchła i opuściła głowę.
— Nie wiem co mi jest. Nie chciałam tak się zachować — szepnęła sama do siebie i poczuła dłoń Blackwella na swoim ramieniu.
— Nic się nie stało. Rozumiem, że jesteś zdenerwowana, ale pamiętaj jedno - Przerwał i uniósł jej głowę, trzymając za podbródek. - Nie jestem twoim wrogiem. Będę zawsze za tobą stał i obronię cię w każdej chwili. Jesteś wszystkim co mam i nie pozwolę aby stała cie się krzywda - powiedział poważnie, po czym uśmiechnął się, pocałował ją w czoło, jak robił to jej zmarły tata, po czym otworzył drzwi.
— Dobranoc — powiedział do nich, po czym wyszedł z pokoju i zostawił ich samych.
Arivan stała otępiała i wpatrywała się w drzwi. Samuel od razu wstał i podszedł do niej, obejmując ją od tyłu i zamykając w szczelnym uścisku,
— Idziemy spać? — zapytał, a ona tylko skinęła głową i ruszyła do wyjścia, chwytając go za rękę.
Całą drogę do sypialni Arivan szli w milczeniu. Żadne nie umiało zacząć rozmowy i byli zmęczeni dzisiejszym dniem. Kiedy już znaleźli się w sypialni to od razu przebrali się w piżamę, po czym weszli do łóżka i położyli się.
— Wszystko gra? — zapytał Samuel, leżąc na plecach. Dziewczyna skinęła tylko głową i przytuliła się do jego piersi, zamykając oczy.
— Nie chcę cię po prostu stracić — szepnęła, jeżdżąc palcem po jego nagim torsie.
— Nigdy już cię nie zostawię —  obiecał, po czym objął ją mocniej i zamknął oczy.
Obaj byli tak zmęczeni, że zasnęli już po kilku minutach, jednak Arivan szybko się obudziła. W pokoju panowała ciemność, a jedyne światło dawał blask księżyca, przebijający się przez okna. Dziewczyna spojrzała na chłopaka, ale tak uroczo spał, że nie miała serca go obudzić. Wyślizgnęła się najciszej jak umiała z pod kołdry, po czym wyszła z łóżka. Podeszła do okna i usiadła na parapecie, podciągając nogi pod brodę. Oparła głowę o szybę i zapatrzyła się na jasny księżyc, który był na niebie. Chciałaby być tak wolna i jasna jak on. Móc zapomnieć o wszelkich problemach i zmartwieniach i po prostu świecić na niebie dając ludziom spokój i jakąś dziwną radość.
Ona natomiast czuła się ciężka i zmęczona. Cały czas miała w głowie treść listu od Lucyfera i bała się tego starcia. Bała się stanąć przed nim i strasznie przerażała ją myśl o przegranej. Wciąż widziała twarz tego demona, na której był ten przerażający uśmiech.
Rozmyślając tak o ostatnich wydarzeniach poczuła się strasznie senna. Oczy same jej się zamykały, aż w końcu zapadła w głęboki sen, czując chłód na skroni od zimnej szyby.
                                    ********************************
Cześć i czołem! Witam was po tej dłuuuugiej przerwie i przepraszam za nie obecność, ale niestety krucho było u mnie z czasem. Miałam wyjazd na drugi koniec polski, ale już wróciłam i teraz postaram się dodawać już częściej te rozdziały. Mam nadzieję, że nie opuściliście jeszcze mnie i będzie nadal czytać o losach Arivan i jej bliskich. Jest to już ponad połowa drugiej części  i bardzo się cieszę, że było tutaj was aż tyle. Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nie obecność. Nie będę się usprawiedliwiać. Mówię tylko przepraszam i mam nadzieję, że wrócicie tutaj i będzie ze mną do końca, dając mi motywację do pisania :* 
Do zobaczenia wkrótce :*
 - Dont Cry To Me
Ps. Pamiętajcie o grupie. Będą tam informacje :* Czytelnicy Nienarodzeni 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz