poniedziałek, 9 maja 2016

Rozdział.11.

Pod wierzbą, pomimo że dochodził już wieczór, wciąż było ciepło. Gałęzie sięgające ziemi stanowiły szczelną osłonę przed zewnętrznym światem. A w środku niej była para zakochanych: chłopak o brązowych włosach i niebiesko-szarych oczach, które miał akurat przymknięte. Jego wyrzeźbiony tors był odkryty, a koszulka leżała kawałek dalej. Miał na sobie tylko spodnie, ale nie wydawał się skrępowany. Zaś na jego klatce piersiowej leżała głowa dziewczyny, której włosy były czekoladowe, a tęczówki w kolorze świeżej trawy. Wpatrywała się z nieśmiałym uśmiechem na ich splecione dłonie, które leżały na brzuchu Samuela.
Każde z nich było pogrążone we własnych myślach i wspominało wydarzenia z przed parunastu minut. Arivan nadal miała rumieńce na swojej twarzy, a jej bluzka była założona na odwrót. Nie przejmowała się tym jednak. Była szczęśliwa, że wyznał jej miłość. Po raz pierwszy od odbicia go Lucyferowi, zobaczyła w jego oczach blask, który tak uwielbiała. Nic więcej jej nie było potrzeba. Żadnych słów ani nic. Wystarczył ten wzrok. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Całowali się namiętnie, on pieścił jej ciało i sprawiał, że co chwilę jęczała z rozkoszy. Był delikatny, czuły i kochający. Nie sprawił jej bólu. Kochali się długo i zapomnieli o wszystkim innym. W tamtej chwili nie liczyła się wojna, upadli czy śmierć. Byli tylko oni dwoje zatraceni w sobie.
Arivan brakowało tego, odkąd straciła chłopaka. Myślała, że nigdy więcej nie doświadczy jego miłości i przygotowała się na to. Samuel jednak zaskoczył ją i widziała, że był pewny. Nie zawahał się. Ani razu nie zaatakował jej, więc zupełnie zapomniała, że w jego żyłach krążyła krew najgorszych demonów z Piekła. Był po prostu chłopcem, którego tak mocno kochała i za którego gotowa była oddać swoje życie.
Uniosła głowę do góry i spojrzała na bruneta, który miał przymknięte oczy, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Wydawało się, że myślami odpłynął gdzieś daleko. Arivan nie potrzebowała żadnych słów. Wystarczyła jego obecność i możliwość patrzenia na niego bez żadnego strachu czy niepokoju.
— Co jest? — zapytał nagle Samuel, otwierając oczy i skupiając je na niej. Uśmiechnęła się uroczo i pocałowała go szybko w policzek. Wydawał się zawstydzony i zrobił jeszcze bardziej czerwony, ale może to tylko  z wrażeń. Sama dziewczyna również była rozgrzana i wciąż nie uspokoiła do końca rozszalałego serca, któremu nadal było mało.
— Nic. Nadal nie dotarło do mnie, co się przed chwilą stało — odpowiedziała nieśmiało, a on tylko wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, po czym zapatrzył się na liście drzewa nad nimi. Wydawał się zaniepokojony, zmartwiony czymś.
— Do mnie także — wyszeptał po dłuższej chwili milczenia, ale nie zerknął nawet na Wybrana, która czuła się przez to dziwnie skrępowana. Nie wiedziała, co powinna zrobić. Odsunąć się od niego? A może przytulić mocniej? Znów pojawił się mętlik w jej głowie, a w skroniach nieprzyjemne pulsowanie.
— Samuel, powiedz mi, o co chodzi. Nie chciałeś tego? — spytała twardo Arivan i podniosła się do pozycji siedzącej, zasłaniając nagie piersi dłońmi i nie spuszczając wzroku z chłopaka, który również wpatrywał się w nią z tym samym uczuciem, co przed paroma minutami. Mimo wszystko coś go dręczyło i ona widziała to od razu.
— Chciałem, ale... — zaczął, jednak przerwał. Nie miał pomysłu, jak spleść odpowiednie zdanie i nie wyjść na kretyna. Bał się zrobić jej krzywdę i omal nie zrobił tego już wiele razy. Nie potrafił wybaczyć sobie tego i męczyło go to długi czas. Wolałby, aby była z innym i czuła się bezpieczna, niż z nim i narażona na ciągłe ataki, które mogły skończyć się jej śmiercią. Nie darowałby sobie tego, ale Wybrana nie miała zamiaru go zostawić. Był zbyt ważny dla niej i obiecała sobie walczyć o niego do samego końca.
Dotknął delikatnie jej mokrych włosów i gładził je dłonią. Arivan uśmiechnęła się słabo i przysunęła jeszcze bliżej niego. Czując ciepło jego ciała, miała wrażenie zupełnego spokoju i bezpieczeństwa, a tego brakowało jej od długiego czasu.
— Ale? Samuel powiedz mi. Martwię się — powiedziała dziewczyna, widząc, że sam nie zamierzał kontynuować tematu, więc ona go podjęła.
— Nie chcę cię skrzywdzić...
— Nie kończ nawet. Nic mi się nie stało. Zrozum, było cudownie, przynajmniej mi, ale nie skrzywdziłeś mnie, rozumiesz? — powiedziała, chwytając jego twarz w swoje dłonie i przysuwając ją do siebie.
— Ale mogłem i prawie to się stało — wyznał cicho chłopak, a ona uniosła pytająco brew, nie wiedząc, o co mu chodziło. Samuel westchnął i również usiadł, okrywając jej nagie ramiona swoją bluzą.
— Było kilka takich chwil, gdzie miałem ochotę cię zabić — przyznał się brunet, a Wybraną na chwilę zamurowało. Nie miała pomysłu, co mu odpowiedzieć. Nie gniewała się, ale przestraszyła lekko. Myślała, że skoro odważył się na to, to był pewny, że nic jej się nie stanie, a tu się okazało, że miał chwilę zawahania. Jednak nie zrobił jej krzywdy i to się dla niej liczyło.
— Ale nic mi nie zrobiłeś, a to jest ważne — odezwała się po dłuższej chwili, patrząc w jego szaro-niebieskie oczy i uśmiechając się szeroko.
— Jesteś cudowna, ale nie chcę ryzykować, rozumiesz? — zapytał, na co ona skinęła tylko głową i pochyliła się w jego stronę. Ich usta dzieliły może dwa centymetry i czuł jej oddech na swoich policzkach. Serce mu przyspieszyło. Wiedział, że powinien się pohamować i trzymać na dystans, ale nie umiał. Oszalał na jej punkcie i wróciły wszystkie uczucia, które dawniej do niej czuł. Również w głowie pokazywało mu się coraz więcej prawdziwych wspomnień i łatwiej rozróżniał je od tych wpojonych przez Lucyfera. Jedyne, co nie ustępowało, to ból w głowie. Za każdym razem, kiedy powstrzymywał atak, myślał, że pęknie jak balon i zostanie tylko mnóstwo krwi. Jednak nie stało się to nadal i dlatego nie odpuszczał. Nie miał zamiaru dopuścić, aby kolejny raz zaatakować Arivan i zrobić jej krzywdę.
— Nic mi nie będzie — zapewniła go i chwyciła go za kark, żeby przysunąć jeszcze bardziej. Nie opierał się ani chwilę i natychmiast złączył ich usta w pocałunku. Poczuła nagły przypływ gorąca. Nie myślała o ryzyku, tylko o tym uczuciu w sercu, które teraz chciało wyrwać się z piersi i wlecieć do jego, aby zostać tam na zawsze.
— Kocham cię — wyszeptała nagle Ari, przerywając pocałunek i patrząc mu w oczy. Samuel nie odpowiedział od razu, tylko dotknął delikatnie jej policzka i uśmiechnął się blado.
— Ja ciebie też — powiedział w końcu i musnął jej czoło, przyprawiając o dreszcze. Przymknęła oczy i przytuliła się do jego nagiego torsu. Nie myślała o niczym innym jak on. Tylko to się wtedy liczyło. Nie straty po bitwie na dworze, ani wojna z Lucyferem. Nie żaden z jej armii i pogrzeb, który miał się niebawem zacząć. Zapomniała o tym wszystkim i chociaż wiedziała, że nie powinna tego zrobić jako Wybrana, to teraz nie miała głowy do bałaganu wokół niej i wszystkich innych.
— Wiesz, że powinniśmy wracać? — odezwał się po chwili Samuel, ale nadal głaskał ją plecach i wpatrywał się w liście drzew. Uniosła wzrok na niego z lekkim uśmiechem.
— Wiem, ale nie chcę tam wracać
— Ari, wiesz, że zostałaś Wybraną i nie masz wyjścia. Nikt nie chciałby być na twoim miejscu, ale odwrotu nie ma. Musisz sobie poradzić — powiedział poważnie, zwracając wzrok w jej stronę. Dziewczyna skinęła tylko głową i usiadła prosto, czując jak wzrastały w niej nerwy. Nie rozumiała, dlaczego tak zareagowała na jego słowa, ale nie umiała tego powstrzymać.
  — Łatwo powiedzieć. To nie ty dźwigasz na sobie życie mnóstwa osób, które zginęło i tych, którzy jeszcze żyją. Nie ty masz ich na sumieniu — syknęła przez zaciśnięte zęby i odwróciła od niego wzrok, szukając bluzki.
Gdy zobaczyła ją obok siebie, to sięgnęła po nią i założyła przez głowę, zakrywając nagie ciało. Straciła humor i chociaż nie powinna wybuchać przed nim, bo nie zrobił nic złego, to nie umiała tego powstrzymać.
— Masz rację, ale nie dźwigasz ich żyć, tylko nadzieję na lepszy świat, wolny od zła i przemocy. Pełen spokoju, szczęścia i zgody. To nosisz na swoich barkach, a nie ich i każdy, który ginie, nie ma ci nic za złe. Wiedzą, na co się piszą i doskonale znają ryzyko — wytłumaczył spokojnie chłopak i również usiadł. Niepewnie wyciągnął dłoń w stronę Arivan, kładąc na jej ciepłej ręce. Nie odepchnęła go, lecz splotła ich palce ze sobą.
— To nie jest takie łatwe, jak ty mówisz. Chcę tak myśleć, ale nie potrafię. Widząc tyle martwych osób, mam ochotę z tym skończyć i uciec, ale nie mogę, bo wtedy zginą wszyscy. I dlatego tu jestem. Poza tym nie chcę was zostawiać i skazywać na śmierć — powiedziała twardo, ale jej głos się załamał na moment. W oczach pojawiły się łzy, które chciały wypłynąć, ale ona nie dała im ujść. Zdusiła to w sobie.
— Nie twierdzę, że to łatwe, ale jeżeli nie zaczniesz tak myśleć, to osłabisz się i nie dasz rady przy ostatecznym starciu. Widziałaś, co było na dworze. To nie może się powtórzyć — odpowiedział Samuel i chwycił ją delikatnie za podbródek, zmuszając, aby spojrzała w jego szaro-niebieskie tęczówki, które były pełne miłości. Uśmiechnęła się blado i opuściła wzrok na jego tors.
— Wiem i zrobię wszystko, aby do tego nie dopuścić, ale sama sobie nie poradzę...
— Nie jesteś sama — powiedział od razu Samuel. — Masz mnie i zawsze będę przy tobie, Lukasa i Marlenę, którzy stoją za tobą murem, Vlada i Magnusa, Emilię i Marka. Żadne z nas cię nie zostawi i zostaniemy z tobą do samego końca — zapewnił chłopak i przysunął się do niej, nie odrywając wzroku od jej twarzy.
Arivan nie potrafiła nic powiedzieć. Może i zdawała sobie z tego sprawę, ale kiedy usłyszała to z jego ust, zrobiło jej się lepiej i poczuła się odrobinę lżej. Przytuliła go po prostu i zamknęła oczy, powstrzymując fale łez.
— Pamiętaj, że masz nas — szepnął jej na ucho i pocałował w czoło. Skinęła tylko głową i pogrążyła się we własnych myślach. W głowie miała ostatnie chwile z nim. Wcześniejszą bitwę i śmierć tylu ludzi. Okrutność Upadłych, słowa Lucyfera, które kiedykolwiek usłyszała i wszystkie inne rzeczy, które się wydarzyły, odkąd została wysłana na ziemię. Obrazy przewijały się w jej głowie, jak spójny film. Nieraz wywołując radość, a nieraz ból. Taka mieszanka, które bywała czasem męcząca. Zresztą dużo rzeczy ją wykańczało, ale były też takie, które dawały jej nową siłę i energię do działania i dlatego nadal się nie poddawała. Musiała walczyć i zrobić wszystko, aby uratować swoich najbliższych. Gotowa nawet była do oddania życia na tej wojnie, aby tylko zakończyć tą niepotrzebną śmierć niewinnych.
                                           ***************************
  W sali panowała nadal napięta atmosfera. Magnus z powrotem wrócił do nich i teraz zajmował miejsce przy stole, naprzeciw Lukasa, który wydawał się już znudzony ciągłym gadaniem Valentain'a, stojącego przy biurku i cały czas starającego  się ich przekonać, że byłby lepszym dowódcą od Arivan. Obaj mężczyźni mieli dość słuchania wampira, ale musieli mu to ostatecznie wybić z głowy. Inaczej mógł zasiać jakieś wątpliwości i kłótnie w armii, a to było w tamtym czasie niedopuszczalne. Oznaczałoby osłabienie równoznaczne z klęska.
— To jest jeszcze dziecko. Straciła młodo rodziców i nie mieli okazji jej porządnie wyszkolić. Jak może zostać dowódcą całej armii i wszystkich ras? Nie poradzi sobie — powiedział chłodno król wampirów, mając nadzieję, że ich przekonał.
Magnus jednak tylko westchnął i przeczesał dłonią swoje czarne włosy, które wciąż były mokre po szybkim prysznicu. Po tym, jak zdrzemnął się chwilę, został wezwany przez jednego z fearie, który dostał polecenie od Lukasa, aby przyprowadzić go do sali obrad, bo sam nie mógł ogarnąć Valentain'a. Czarownik od razu się zgodził i wziął tylko odświeżający prysznic, po czym ruszył szybko do pomieszczenia z Lukasem, a gdy tylko znalazł się w środku, od razu do jego uszu dobiegł zdenerwowany głos wampira, który cały czas próbował przekonać Blackwella.
— Jest młoda to fakt, ale i świetnie wyszkolona. Sam ją pilnowałem i wiem, że jest gotowa, a to, że jest tylko nastolatką, to nie jest problem. Zwłaszcza, że przepowiednia i Księga Mędrców się nie mylą. Ona jest Wybraną i nie ma w tym żadnego „ale” — rzekł stanowczo Lukas i zerknął tylko na Valentain'a.
Był już znudzony i miał ochotę wyjść stamtąd, ale niestety wampir cały czas nie odpuszczał tematu i poddawał coraz nowsze powody, które już nawet nie denerwowały Nienarodzonego, tylko bawiły. Miał już tyle lat, a nadal nie potrafił przetrawić odmowy. Fakt, nie przywykł do tego, będąc władcą swojej rasy, ale teraz sytuacja uległa zmianie. Ponad każdym z nich była Arivan, która miała ostateczne słowo i nie podlegało ono dyskusji. Większość osób to zaakceptowała i przyjmowała z pokorą. Niektórzy tylko kłócili się, jak ten stary wampir i nie mogli ustąpić.
— Ale przecież ona nic nie wie o Upadłych. Dowiedziała się o nich przez przypadek. Nie zna ich siły, zagrywek. Nie wie kompletnie niczego o nich, a ma nami pokierować na wojnie. Czeka nas zagłada — powiedział znów Valetaine, nie odpuszczając i zaciskając coraz mocniej dłonie na rancie blatu biurka.
Buzowały w nim nerwy i najchętniej rzuciłby się na mężczyzn i wygnał z pałacu. Niestety obiecał dać schronienie armii Wybranej i podporządkować się jej rozkazom. O ile z pierwszym nie było problemu, bo zamek był ogromny i miał wiele komnat, których nie szło zliczyć i ci, którzy byli tutaj po raz pierwszy, nie ruszali się bez przewodnika,  to z drugim było gorzej. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nastoletnia dziewczyna miała nim rządzić i prowadzić ich do bitwy z Lucyferem. Spodziewał się jej lekkomyślności i przegranej. Nie znał jej i nie miał zamiaru poznawać. Chciał władzy dla siebie i nie miał zamiaru nikomu innemu pozwalać rządzić.
— Skończ już. Ona wie, jacy oni są. Spotkała się z jednym w oko w oko i go zabiła. Przebywając na dworze także pokonała jednego z nich. Teraz na bitwach również udowodniła, jak ich nienawidz i tego, jak traktowali chłopaka. Pierwsza wyciągnie miecz, aby odciąć głowę Lucyferowi i nie mam co do tego wątpliwości — powiedział spokojnie Magnus, patrząc na swoje dłonie. Nie miał ochoty wdawać się kłótnie z kimkolwiek, ale było to nieuniknione przy wampirze.
Król chciał się już odezwać, gdy drzwi sali się otworzyły i stanęła w nich dwójka fearie. Blondyn obejmował jedną dłonią dziewczynę, której rude włosy były w nieładzie, a na twarzy widać było ślady łez. Jej oczy były czerwone i opuchnięte, a całe ciało trzęsło się. Cała trójka mężczyzn przypatrywała się jej i czekała na jakieś wyjaśnienia. Żadne z nich nie wiedziało, dlaczego Emilia była w takim stanie. Jedynie Magnus przeczuwał coś, ale milczał, czekając cierpliwie.
Dwójka młodych podeszła do stołu, a Mark posadził dziewczynę na krześle, pilnując, aby nie upadła.
— Powiedzcie, co się stało. Dlaczego ona wygląda jak trup — odezwał się wreszcie Valentaine takim tonem, że blondyn posłał mu ostre spojrzenie.
— Królowa Semira nie żyje — powiedział z trudem Mark, zerkając na reakcję Emilii, która tylko siedziała i patrzyła na swoje dłonie, ułożone przy sobie na stole. Wciąż nie dotarła do niej informacja o stracie matki. Nie mogła w to uwierzyć. Kochała ją pomimo wszystko i strasznie bolało ją to, co się przed chwilą stało. Serce ledwo biło, a dziewczyna chciała tylko móc się położyć i wypłakać, jakoś przetrawić to wszystko.
— Jak to? — wydusił z siebie Magnus wyraźnie zaskoczony. Nie mógł uwierzyć, że ta silna, rudowłosa kobieta umarła.
— Rany były zbyt ciężkie. Te demony zabrały mi matkę. Nie daruję im tego — powiedziała ledwo słyszalnie Emilia, której głos był ochrypły od krzyku w sali szpitalnej. Z trudem te słowa przeszły jej przez gardło, ale gdy jej się to udało, zabrzmiało, jak skrzeczenie przejawiające się ogromem bólu i gniewu w głosie.
Lukas nadal był w szoku i nie umiał wydusić żadnego słowa. Starał się wszystko przeanalizować i znaleźć jakieś wyjście. Fearie nie mogło być bez królowej. Natychmiast zaczną się kłótnie i ich lud się podzieli, a to nie było konieczne w tamtych czasach. Musieli coś wymyślić i to szybko.
— Przykro mi Emilio. Możesz na nas liczyć — powiedział Valentaine z udawanym żalem, ale  ledwo powstrzymywał złośliwy uśmiech. W głowie miał jedną myśl: zostanę władcą fearie.
Dziewczyna spojrzała na niego z pod rzęs i rzuciła mu krótki uśmiech, który wcale nie był szczery. Domyślała się, co już sobie planował i miała ochotę mu za to przyłożyć. Była jednak zbyt słaba w tamtym momencie.
Zapanowała niezręczna cisza, którą przerywał tylko krótki oddech księżniczki,a ona starała się powstrzymywać wybuch łez. Mark cały czas gładził ją po włosach i próbował  pocieszyć, ale znał to, co teraz czuła i dlatego wiedział, że musiała po prostu to przeżyć. Z czasem ból się zmniejszy i będzie do zniesienia, jednak nigdy nie zniknie i na to musiała się przygotować jego ukochana.
Każde z nich miało inne myśli. Wampir o tym, jak sprawnie przejąć kontrolę na ludem Emilii. Czarownik, jak pomóc dziewczynie i co zrobić w sprawie władzy w jej rasie. Dla niego najlepszym wyjściem było przekazanie jej córce Semiry. Podobnie myślał Lukas, tylko nie wiedział, jak zacząć temat, aby nie dodawać jeszcze więcej bólu młodej księżniczce.
— Fearie nie mogą zostać bez królowej  — powiedziała nagle Emilia, ale jej głos brzmiał, jakby odbity od szkła. Wszyscy zwrócili na nią wzrok i myśleli, co jej odpowiedzieć. Pierwszy głos zabrał Valentaine:
— Myślę, że najlepiej, aby był to ktoś doświadczony
— Chyba nie myślisz o sobie, co? — zapytał ostro Blackwell, który posłał mu ostrzegawcze spojrzenie i zwrócił się w stronę dziewczyny. Ta patrzyła na wampira nienawistnym spojrzeniem, a w oczach nadal miała świeże łzy.
— Możesz pomarzyć, że przejmiesz władzę nad moją rasą — syknęła przez zaciśnięte usta i zerknęła na Nienarodzonego, który nie spuszczał z niej wzroku.  Miał zamiar się odezwać i powiedzieć, co myślał, ale wtedy drzwi otworzyły się po raz kolejny i pokazała się jego oczom uśmiechnięta Arivan, która trzymała za rękę Samuela i mówiła do niego cicho. Wszyscy zamilkli i spojrzeli na nich, a oni zaraz umilkli  i podeszli do stołu. Wybrana od razu zauważyła stan przyjaciółki i zadała nieme pytanie swojemu dawnemu przełożonemu.
— Semira zmarła  — powiedział spokojnie Lukas, unikając wzroku rudowłosej. Brunetka od razu podeszła do dziewczyny i przytuliła ją mocno. Emilia odwzajemniła gest i cicho zaczęła płakać w koszulkę Arivan.
— Będzie dobrze, zobaczysz. Kiedyś przestanie tak boleć, a twoja matka zawsze będzie z tobą w sercu — szepnęła na ucho księżniczce i pogłaskała ją po plecach, aby zapewnić swoje wsparcie. Załamana dziewczyna pokiwała tylko głową, po czym odsunęła się od niej i otarła szybko łzy, aby zachować powagę.
— Właśnie mówiliśmy, że to ja przejmę władzę  — odezwał się wesoło wampir, a wszyscy nagle posłali mu takie samo, ostre spojrzenie. Najgorsze było chyba jednak to u Arivan, która podeszła do niego bliżej i chwyciła mocno za przód koszuli.
— Powtórz to jeszcze raz, a pożałujesz. Jesteś królem wampirów i na nic więcej nie licz, rozumiesz? — zapytała ostro, nie odrywając wzroku od jego czarnych tęczówek, które miały w sobie mnóstwo gniewu, a ten wciąż narastał. Miał zamiar coś powiedzieć, ale Wybrana nie dała mu takiego prawa.
— Myślę, że oczywiste jest, kto przejmie władzę — powiedziała już spokojnie, odwracając się twarzą do reszty zebranych na sali.
— Królowa przekazała tron Emilii — odezwał się Mark, lekko niepewnym głosem, myśląc, że brunetka sama chciała rządzić. Nie mógł się bardziej mylić.
— Miałam to na myśli. Nie będzie lepszej królowej od ciebie — zwróciła się do przyjaciółki ze spokojnym uśmiechem.
— Nie jestem tego taka pewna  — skomentowała tylko rudowłosa dziewczyna i wstała powoli. Od razu pojawił się koło niej Mark, który ją przytrzymał i ustabilizował na nogach.
— Wszystko będzie dobrze. Ale jedno pytanie: Czy się zgadzasz? — zapytał Lukas, który stał się, o dziwo, małomówny i nie miał ochoty na rozmowy.
Emilia wyprostowała się i uniosła głowę, ocierając łzy z policzków. Wyrażała postawą pewność siebie. Nie mogła podjąć innej decyzji.
— Zgadzam się dla mojej matki i mojej rasy. Nie pozwolę, aby im się coś stało i będę ich królową  — rzekła poważnym tonem, nie spuszczając wzroku z Arivan, która na jej słowa uśmiechnęła się szerzej i mrugnęła do niej.
— No to mamy jedną sprawę z głowy. Z koronacją się dogadamy, a ty idź wypocząć — powiedział Magnus, który martwił się również o córkę Semiry, bo znał kobietę i lubił ją, pomimo ciężkiego charakteru. Śmierć zabolała również jego, ale jako nieśmiertelny wiedział, że to normalna kolej rzeczy.
— Magnus ma rację. Mark zabierz ją i zadbaj, aby odpoczęła — zgodziła się Arivan i podeszła do Emilii, która sprawiała wrażenie, jakby była w transie. Skinęła tylko głową, odwróciła się i ruszyła do wyjścia ze swoim chłopakiem u boku. Cała reszta patrzyła na nich ze współczuciem wymalowanym na twarzy. Tylko Valentaine ledwo hamował wybuch złości i nie potrafił tego ukryć.
— Pewnie, od razu dajmy całą władzę dzieciom. Będzie szybciej i prościej w zagładzie — syknął wampir, gdy za fearie zamknęły się drzwi. Lukas tylko westchnął, natomiast Arivan, która miała w sobie nową energię, była gotowa na kłótnię. Spojrzała tylko na Samuela, który uśmiechnął się krzywo i ścisnął jej dłoń, po czym usiadł na krześle obok Magnusa.
— Zamknij się lepiej! Nie masz prawa decydować o innej rasie jak swojej. A tak poza tym, to nad tobą jestem ja, więc radzę ci uważać — powiedziała twardo Wybrana, patrząc mu w oczy. Nie hamowała swojej złości, bo nie cierpiała ojca Vladimira za jego zachowanie i egoizm. Nigdy nie przejmował się niczym innym, jak swoim dobrem. Jedynie swoim synem, ale i tego odtrącał. Nie wiedział nawet, gdzie obecnie był i co robił, ale nie interesowało go to za bardzo.
— A ty uważaj, jak się do mnie zwracasz...
— Bo co? Nic mi nie zrobisz! Może i jesteś królem wampirów, ale nie masz prawa decydować o nikim innym, a nawet wampiry mogą i powinny same o sobie decydować — powiedziała oschle dziewczyna i nie zwracała uwagi na żadne z nich. Mogli być na nią źli, albo uważać za chamską, ale ktoś musiał utemperować tego wampira.
— Ja... ja...
— O? Nie słyszę. Słów ci zabrakło? Radziłabym upewnić się, czy masz język podłączony do mózgu, zanim coś powiesz — dodała tylko, po czym wzięła głęboki oddech i usiadła obok Lukasa, który przyglądał jej się uważnie z lekkim uśmiechem na ustach.
— No, no, potrafisz przygadać — skomentował Magnus, widząc szok na twarzy Valentin'a, który odwrócił się na pięcie i podszedł do okna, nie patrząc na nich.
— Ktoś musi go ogarnąć. Nie możemy mieć buntu w tych czasach — powiedziała spokojnie i zerknęła na mężczyznę, siedzącego obok niej.
— Masz rację, ale następnym razem bądź delikatniejsza. Uraziłaś jego ego — odezwał się nagle Blackwell i posłał jej szczery uśmiech. Mimo to widziała, jak bardzo był zmęczony i wykończony tym wszystkim.
— Dobrze, będę milsza, ale ty idziesz spać natychmiast i to jest rozkaz — powiedziała poważnie i nie pozwoliła mu się wymigać. Pokazała na drzwi, ale i tak nie wstał.
— Za niesubordynację będzie kara.
— Dobra dobra, ale nie bij, Wybrana — poddał się Lukas, unosząc dłonie do góry i wstając z krzesła. Spojrzał tylko na Magnusa, który wzruszył ramionami i zgodził się z Arivan.
Poddał się więc, westchnął i ruszył do drzwi. W głębi duszy dziękował za słowa dziewczyny, bo naprawdę chciał odpocząć i móc w spokoju pomyśleć. Marzył o tym od kilku dni, ale całe to zamieszanie i ostatnia bitwa uniemożliwiały mu to. Teraz wreszcie miał okazję i skorzystał z niej.
— Zaczynam się ciebie bać. Zrobisz się nam jeszcze żandarmem — powiedział żartem Samuel i mrugnął do niej z uśmiechem.
— Spokojnie, nie rozstrzelam was za błędy i sprzeciw — zapewniła Arivan.
— Mam nadzieję, bo źle by wyglądało moje ciało z dziurami od kul — skomentował chłopak. Wybrana uśmiechnęła się tylko i zamyśliła na moment.
Może była zbyt ostra, ale miała dosyć wampira i jego ciągłego gadania, że była za młoda na dowódcę armii. Słuchała tego wystarczająco dużo i wystarczyło jej. Sama nie była pewna, czy da sobie radę, ale nie miała zamiaru powierzyć tego zadania jemu. Jedynie Lukasowi lub Samuelowi. Gdyby mogła, pewnie by im to powierzyła, ale byłoby to egoistyczne, bo obarczyłaby ich wielkim ciężarem. Wolała sama go dźwigać i z nim umrzeć. Ich pragnęła tylko chronić i uszczęśliwiać.
— Okej, skoro napięcie opadło, to mam do ciebie sprawę, Ari — odezwał się nagle Magnus, a ona spojrzała na niego i czekała na ciąg dalszy. Jego ton był swobodny, więc nie zdenerwowała się.
— Musimy zacząć trening. Tym razem sama praktyka. Jesteś gotowa? — zapytał, a Wybrana uśmiechnęła się i skinęła głową, czując w sobie nową energię i siłę walki, którą zyskała dzięki swojemu ukochanemu.
— A Samuel?
— Ja sobie znajdę zajęcie. Muszę potrenować w sali. Znajdę cię później — odpowiedział od razu brunet i uśmiechnął się spokojnie, patrząc w jej zielone oczy.
— Na pewno?
— Tak, nie bój się o mnie — zapewnił i dotknął jej dłoni, która leżała na stole.
— No to idziemy — przerwał im Magnus, wstając. Arivan poszła w jego ślady, ale jeszcze szybko pocałowała Samuela i szepnęła mu coś na ucho. Dopiero potem skierowała się za czarownikiem do drzwi sali. Nim jednak zniknęła za nimi, odwróciła się, uśmiechnęła i posłała buziaka do chłopaka. Złapał go i przyłożył dłoń do serca z szerokim uśmiechem. Dzięki temu Wybrana wyszła spokojna i pełna energii na trening z Magnusem, który nie należał do prostych.
                                              ****************************
       Na korytarzu Samuel spotkał Lukasa, który szedł do swojej komnaty. Nie chciał go zagadywać i denerwować, ale to Blackwell sam się odezwał.
— Wszystko w porządku, Samuel? — zapytał spokojnie, a chłopak uśmiechnął się.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Fizycznie czuł się trochę zmęczony, ale i zadowolony z chwil spędzonych razem z Arivan. Psychicznie natomiast miał mętlik. Nie mógł rozgryźć swoich myśli. Plątały mu się znowu i czuł narastający ból w głowie. Demony nie dawały za wygraną, ale on walczył z nimi. Był pewien jednego – kochał Wybraną i nie miał zamiaru z niej zrezygnować. Nie ważne, ile zatrutej krwi przetoczył mu Lucyfer, jakie wspomnienia wpoił. Wszystko było nieważne, bo i tak nie umiał zdusić w sobie uczucia do niej. Próbował, aby zapewnić jej ochronę, ale poszło to na marne. Szalał za nią i musiał być obok niej. Inaczej czuł, jakby umierał i znikały jego wszelkie siły do życia. Stawał się tym, kim był w Piekle.
— Na tyle, na ile to możliwe w obecnych czasach — odpowiedział wreszcie chłopak i spojrzał w oczy Lukasowi,  który uśmiechnął się lekko.
— Zdaję sobie z tego sprawę, a jak z atakami?
— Lepiej, ale to wciąż ciężkie do powstrzymania — powiedział obojętnie, zerkając na obraz, który wisiał na ścianie.
Przedstawiał jedną z bitew, jaką stoczyły Dzieci Nocy i Księżyca. Było to straszne, ale i miało w sobie jakąś przestrogę. Przynajmniej dla niego. Nie chciał rozlewu krwi, a szczególnie w tych czasach, gdzie w każdej chwili mógł nastąpić atak Upadłych, a oni musieli być jednością. Niestety Valentaine ciągle to utrudniał.
—A czy twój ojciec się kontaktował z tobą? — zapytał nagle Lukas, a Samuel zdziwił się i przez pierwszą chwilę nie mógł wydusić słowa. Sam nie znał odpowiedzi na to pytanie. Niby Lucyfer próbował wejść do jego głowy, ale on skutecznie go blokował, a od kilku dni Pierwszy Upadły chyba ustąpił i dał sobie spokój.
— Nie. Próbuje wejść w moją głowę, ale nie udaje mu się to, a prócz tego nic — odpowiedział szczerze i westchnął tylko.
— Dobrze, w razie czego, powiedz mi, tak? Możesz na mnie liczyć — powiedział Blackwell i chciał już odejść w głąb korytarza, kiedy coś mu się przypomniało. Odwrócił się, więc na pięcie i podszedł z powrotem do chłopaka, kładąc dłoń na jego ramieniu.
— Pamiętaj jedno. Arivan to wrażliwa dziewczyna, więc uważaj, aby jej nie zranić, bo ja się dowiem i wtedy będzie z tobą źle — powiedział oschle, ale nie brzmiał surowo. Bardziej jak ojciec, który martwił się o swoją córkę.
Samuel przez pierwszą chwilę nie mógł pojąć jego słów. Nim jednak zdążył coś odpowiedzieć, Lukas już odszedł i nie wydawał się zdenerwowany. Chłopak uśmiechnął się pod nosem z jego słów i ruszył do swojego pokoju. Wziął to na poważnie, ale nie zamierzał zranić Wybranej. Kochał ją i chciał tylko jej szczęścia. Nic nie liczyło się tak, jak to.
Kiedy tak sobie szedł, usłyszał czyjś zdenerwowany głos. Nie powinien podsłuchiwać, ale nie umiał się powstrzymać. Stanął więc przed drzwiami i pochylił głowę w ich stronę, nasłuchując.
— To są jakieś żarty. Nie dość, że trzymamy tutaj syna Lucyfera, który mógłby nas pozabijać, to jeszcze to. — Rozpoznał ten głos od razu. Wezbrał w nim gniew, ale pohamował go, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Musiał zachować stoicki spokój.
— Wzięli Arivan na dowódcę, a to zwykła małolata, która nawet nie umie powstrzymać emocji i co chwilę ryczy! Jak taka dziewczyna ma nas poprowadzić na wojnę i zapewnić na zwycięstwo!? — Samuel coraz bardziej się złościł, ale zastanawiał także, z kim on rozmawiał, ponieważ nie słyszał drugiego głosu. Może było aż tak źle, że mówił do siebie samego? To prawdopodobne.
— Zginiemy przez tę gówniarę. W dodatku królową fearie ma zostać Emilia. Ta ruda to zwykła małolata i nie zasługuje na ten tytuł. Czy tylko ja tutaj zachowałem zdrowy rozsądek i myślę racjonalnie? — powiedział Valentaine, a chłopak za drzwiami ledwo powstrzymał wybuch śmiechu. Wampir wychodził na kompletnego świra i dupka po tym, co mówił, a on miał ochotę wejść do tego pokoju i powiedzieć, co o nim myślał. Powstrzymywał się jednak i tylko stał, zerkając na boki czy nikt nie szedł. Wolał nie zostać przyłapanym na podsłuchiwaniu króla Dzieci Nocy.
— Uspokój się, ojcze. Nic ci to nie da. Nie możesz przeczekać, przyjdzie odpowiedni moment i wtedy uderzymy — odezwał się drugi głos, który również rozpoznał Samuel. Młody książę wampirów — Vladimir. Po głosie wydawał się być znudzony i zdenerwowany gadaniem swojego rodzica.
— Nie ma czasu na to, synu. Musimy podjąć kroki i to szybko — powiedział Valentaine, a chłopak wstrzymał oddech, zaciskając dłonie w pięści. Czuł, że nerwy osiągały w nim kres i mógł już dłużej nie wytrzymać. Mimo to stał tam i słuchał słów króla, które sprawiły, że znienawidził go do samego końca i miał ochotę przebić serce kołkiem, aby nie zatruwał ich świata.
—  Musimy pozbyć się Arivan i reszty, a potem przejąć zupełną władzę...
                                           *****************
Chciałam dać wam poprawiony, ale to jeszcze kilka dni, więc daję taki. I tak już długo czekacie. Mam nadzieję, że nie jest najgorszy i podoba wam się. Czekam na wasze opinie i przepraszam za tak długą przerwę. Trochę się u mnie porobiło, ale teraz już wracam i kolejny powinnam dodać do następnej środy. Zależy jak z testami i weekendem będzie. Życzcie mi powodzenia i mam nadzieję, że nadal ze mną jesteście.
Buziaki i czekam na opinie :*
   - Dont Cry To Me
Beta: Agrat bat Machlat