wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział. 10.

         Przez moment Arivan nie wiedziała, jak powinna zareagować. Miała skrytą ochotę odwzajemnić pocałunek i chociaż przez chwilę poczuć czyiś nacisk ust na swoich. Niestety, ale prawda była taka, że nie chodziło o wargi Vlada. Oszukałaby samą siebie, gdyby go pocałowała. W ostatniej chwili odsunęła głowę, choć zdawała sobie sprawę,że strasznie go zrani. Postąpiła jednak słusznie. 
    Vladimir spojrzał na dziewczynę z zawodem w oczach i nadal trwał pochylony w jej stronę, przez co robiło się Arivan jeszcze bardziej niezręcznie.
       — Czemu nie potrafisz, przyznać tego, co ja? — zapytał ostro, a ją aż przeszły dreszcze. Wpatrywała się w jego oczy, nie wiedząc, co odpowiedzieć na pytanie. Serce bolało ją z powodu miny Vlada i miała ochotę przeprosić go za wszystko, ale nie zrobiła tego. W duszy Wybrana czuła, że nie zrobiła nic złego i dlatego szukała odpowiednich słów, żeby wyjaśnić mu wszystko jasno, ale tym samym nie ranić zbytnio jego uczuć. W pewnym momencie wzięła głęboki oddech, a dłonie zaplotła razem na swoich nogach.
      — Vlad ja cię kocham, ale nie tak jakbyś chciał. Jesteś dla mnie najlepszym przyjacielem — powiedziała i niepewnie zbliżyła się do wampira, kładąc dłoń na jego chłodnym policzku. Nie poruszył się, ale zobaczyła błysk nadziei w ciemnych oczach.
       — Jesteś dla mnie jak brat i  owszem kocham cię, ale nie w taki sposób. Przykro mi, Vlad — dodała po chwili drżącym głosem. Przez chwilę Vladimir patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Myślała, że zrozumie i powie coś, co ją uspokoi, ale tak się nie stało. Zamiast tego powoli zabrał jej dłoń ze swojej twarzy, przez chwilę trzymając ją w swoich zimnych rękach. Zaraz jednak puścił ją, wstał i zamierzał wyjść. Nie od razu to zrobił, bo spojrzał na Arivan z nieukrywaną złością.
        — Nie idź, proszę — szepnęła łamiącym się głosem, czując jak w oczach pojawiły jej się łzy. Wciąż była obolała, a przez to serce bolało ją bardziej niż zwykle. Nie chciała stracić przyjaciela. Był dla niej ważny, wspierał ją w trudnych momentach.
         — Jesteś naiwna... — zaczął, ale zamilkł na chwilę. Nie miał zamiaru już nic mówić, lecz kiedy doszedł do drzwi i położył dłoń na klamce, nie potrafił po prostu wyjść i zostawić dziewczynę zupełnie samą. Zależało mu na niej i nie zamierzał zrobić jej krzywdy. Nie potrafił jednak, ukrywać dłużej swoich uczuć. Miał skrytą nadzieję, że Arivan również go kochała, ale chyba się przeliczył. Powinien to zaakceptować i pozostać jej przyjacielem, ale ból, który mu zadała, był zbyt wielki, aby był do tego zdolny. Potrzebował pozostać na chwilę sam i móc wszystko w spokoju przemyśleć, a potem ustalić, czy będzie nadal walczyć o Wybraną, czy odpuści i zostanie jej „bratem”.
        — Ari, zawsze będę po twojej stronie, ale powinnaś zdjąć klapki z oczu. Samuel nigdy już nie będzie sobą, a ty go tylko męczysz, gdy starasz się przywrócić jego dawne zachowania. To ci się nie uda i powinnaś ukrócić mękę chłopaka, wiesz o tym — powiedział ostro Vlad i nie czekał na odpowiedź, nawet nie zerknął w stronę dziewczyny. Wtedy zawahałby się i zapewne został, aby wyjaśnić wszystko i może udawałby znów, że wszystko było w porządku. Nie chciał już tak i dlatego otworzył drzwi, a następnie wyszedł, zostawiając Arivan z szeroko otwartymi oczami, w których kryły się łzy.
              Gdy zamknął za sobą drzwi, nie potrafiła wydusić słowa, aby go zatrzymać. Zdawała sobie sprawę, iż było za późno na cokolwiek. Powiedział, co chciał, a ona powinna to uszanować. Jednak to było strasznie dotkliwe i trafiło w sam środek jej serca. Nie myślała do tego momentu o tym, jak mógł męczyć się Samuel. Tak bardzo pragnęła go odzyskać, że zapomniała o jego uczuciach. Może on chciał być jak dawniej? Może życie w Piekle podobało mu się i chciał pozostać Upadłym Aniołem?
Szybko potrząsnęła głową, besztając samą siebie za takie myśli. Mówił jej, że nienawidzi tamtego świata i był po ich stronie. Zabijał demony w walce i nie wahał się przy tym. Jak mogła pomyśleć, że chciałby być z nimi. Ale słowa młodego wampira podziałały na nią i spowodowały zamęt w jej zmęczonej głowie. Miała odpoczywać, a zamiast tego znów miała natłok myśli, zupełnie nie wiedziała, do kogo pójść po radę. Chyba musiała zostać sama na chwilę. W zupełnym odosobnieniu.
             Wstała na chwiejnych nogach i podeszła do krzesła, gdzie była jej bluza. Założyła ją na siebie, po czym wcisnęła nogi w buty. Zastanawiała się przez moment, czy nie zostawić kartki z informacją, ale uznała to za zbędne. Przez kilka godzin i tak nikt nie powinien zaglądać do jej sypialni. Dlatego też Arivan skierowała się do drzwi i wyszła przez nie najciszej, jak potrafiła. Od razu ruszyła w kierunku schodów, aby wyjść przez główne wejście prowadzące do ogrodu. Tam o tej porze nie powinno być nikogo, więc mogłaby spokojnie pomyśleć i powdychać świeże powietrze, które pomagało jej się wyciszyć.
Starała się opanować nerwy, idąc korytarzami, na wypadek, gdyby spotkała inne osoby z zamku. Jako Wybrana nie powinna okazywać słabości. To wada, którą wykorzystywali wrogowie.
            Szła dość szybkim krokiem. Kiedy znalazła się na zewnątrz, odetchnęła głęboko i od razu skierowała się do jednego drzewa. Wśród wszystkich w ogrodzie była jedna wierzba i to do niej podeszła. Jej długie gałęzie i liście tworzyły koronę, która w środku dawała pustą przestrzeń, dokładnie osłoniętą. Idealna kryjówka przed wszystkimi.
             Powoli odgarnęła część gałęzi i weszła do środka. Było tam ciemniej niż na zewnątrz, ale i odrobinę cieplej. Usiadła pod pniem, opierając się o niego plecami i przymykając zmęczone oczy. Kolana podciągnęła pod brodę i oplotła jej dłońmi, po czym oparła na nich głowę i odetchnęła głęboko, czując, jak nachodzi ją fala łez. Nie powstrzymywała jej i pozwoliła słonym kroplom spłynąć po jej policzkach. Wszystko ją przerastało, przez moment nie mogła już udawać silnej. Wydarzenie z Dworu wyprowadziło ją z równowagi. Była przerażona tym, że nie umiała opanować ognia. Myśl o śmierci nie sprawiała jej bólu, ale to że mogła zranić bliskich już tak. Dlatego udało jej się ugasić płomienie – dzięki słowom ukochanego, którego potem odtrąciła. Nie miała takiego zamiaru, ale bała się go jeszcze bardziej zranić. Może egoistyczne było proszenie Lukasa, ale do niego nie pałała takiej miłości jak do syna Lucyfera. Był dla niej ważny, ale to Samuel wprawiał jej serce najszybsze bicie. Dlatego też wolała nie zbliżać się do niego, póki nie uspokoiła się. Teraz znów czuła, jak moce starały się przejąć nad nią kontrole, ale potrafiła je powstrzymać.
          Otarła łzy wierzchem dłoni, ale one wciąż leciały. Miała przed oczami twarz Vladimira, gdy stał w jej drzwiach i mówił słowa, które ją zabolały, choć nie miała mu tego za złe. Był dla niej jak brat i powiedziała mu prawdę zgodnie ze swoimi uczuciami. Zdawała sobie sprawę, że go zraniła, ale musiała to zrobić. Fałszywa nadzieja była o wiele gorsza, niż szczera, bolesna prawda. Jednak teraz żałowała, bo mogła stracić go na zawsze, a miała już dość takich sytuacji w swoim życiu. Ostatnio za dużo osób umarło za nią i jej przeznaczenie, dlatego nie chciała, aby i on do nich dołączył. Może i by żył, ale ją traktowałby jak umarłą, a to o wiele gorsze. Do tego przypomniał jej się koszmar senny, który dotyczył wampira. Wtedy czuła wszystko tak dokładnie i realistycznie, że na samo wspomnienie wracał tamten ból, a na policzkach pojawiały się kolejne krople. 
          Wyobrażenie sobie straty któregokolwiek z jej bliskich było zbyt trudne i przytłaczało ją. Straciła rodziców, kiedy była jeszcze dzieckiem. O wujku nie miała żadnych wiadomości. Przez kilka miesięcy myślała o Samuelu, jak o zmarłym. W dodatku te wszystkie martwe i zmasakrowane ciała osób po bitwie przy pałacu, ich pogrzeb i rozpacz zebranych... Dla Arivan było tego za dużo. Obwiniała się za te zgony, a poczucie winy odbierało jej siły. Wiedziała, że ludzie sami zgłosili się do armii, ale Arivan obiecała im opiekę, ochronę, a zamiast tego, co wielu dostało? Konanie w katuszach.
          Chciała oddać się w ręce Lucyfera, aby oszczędzić takich sytuacji, ale znała Pierwszego Upadłego i zdawała sobie sprawę, że zawieranie z nim umów miało zawsze jakiś haczyk. Zostawiłby  wszystkie rasy w spokoju, ale na ile? Dopóki Wybrana wciąż mogłaby wrócić, a potem co? Znów by ich terroryzował. Nienawidził wszystkich na tych światach, bo uważał ich za wygnańców.
           Wampiry za zimne istoty, które delektowały się krwią, co go brzydziło, lecz nie zastanawiał się, jak innych brzydziły jego postępy i zabawy Upadłych. Wilkołaki miał za zwykłe zwierzęta, które powinno się odstrzelić, bo za dużo ich się pojawiało w lasach. Tylko, że to demony zachowały się jak jakieś nierozumne istoty i zabijały z okrucieństwem, przy czym nie raz wykorzystywały ofiary. Fearie traktował dosyć obojętnie, bo miały zarówno krew aniołów, jak i demonów, więc uważał je w jednej setnej podobne do siebie. Mimo wszystko i tak zaatakował ich królestwo i wypowiedział otwartą wojnę. Czarowników miał za sługusów, którzy wykonywali jego polecenia, a gdy któryś się sprzeciwiał, to zsyłał go do Tartaru. Twierdził, że skoro ich ojcem był demon, to muszą mu być posłuszni. Oczywiście niektórzy byli. No i Nienarodzeni. Ich nienawidził najbardziej i nie tylko dlatego, że z tej rasy wywodziła się dziewczyna zdolna go pokonać. Nie potrafił znieść tego, że pochodzili od anioła i człowieka. Od ich krwi. 
            Gdy pierwszy Nienarodzony napił się krwi archanioła i dał początek rasie, otrzymał wiele darów i łaskę Bożą. Przez setki lat uważali za najwyższy priorytet służbę Jemu i robili wszystko, aby nie zawieść Pana. Gdy jednak zaczęła się era nowożytna, zaczęto podejmować zmiany,  nie zawsze na lepsze. Powstała Rada Starszych, która  teraz miała już ponad tysiąc lat i, jak się okazało, zrzeszała w sobie przez wieki zdrajców, którzy spiskowali przeciw Stwórcy. Dawniej było to najgorszym wykroczeniem – przeciwstawić się Bogu i archaniołom. Teraz? Najlepszym przykładem był Albus, z którym nie wiadomo co się działo, bo nie było go na bitwie w Morskich Błękitach.
            Arivan denerwowało to, jak Nienarodzeni zapomnieli o swoich obietnicach, które złożył pierwszy z nich i jakie oni później składali w wieku dziesięciu lat, gdy zaczynali szkolenie. Dla niej tamten dzień był jednym z najważniejszych i pamiętała go doskonale. Ubrana w elegancką długą sukienkę, stała przed Radą w sali i słuchała słów Albusa z takim zamiłowaniem, że wszystko inne znikało. Nie drgnęła przez cały ten czas, ani nie zerkała na nikogo innego. Słowa, które odczytywał z Księgi Praw, były dla niej tak groźne i piękne zarazem. W pewnym momencie mężczyzna zamilkł, a ona wzięła głęboki wdech, aby wydeklamować swoją część.
          — Przysięgam być godną Nienarodzoną. Strzec naszych sekretów i słusznie wymierzać prawo. Przestrzegać go absolutnie, a za każdy błąd z pokorą ponosić karę. Obiecuję chronić swoją rasę i świecić dla niej przykładem. Przysięgam być obrońcą dla słabszych i potrzebujących. Bronić ludzi i stać na straży porządku wśród ras. Przysięgam walczyć w imię naszego Pana, po stronie Nienarodzonych i nigdy nie podnieść ostrza na jednego z nas. Jeżeli złamię moją przysięgę, niech dosięgną mnie bramy Piekieł, a moje ciało spłonie tam wieczną męką. Tak mi dopomóż najświętszy Panie wraz z wszystkim zastępami aniołów, na czele z archaniołem Gabrielem na czele!— powtórzyła cicho swoją  obietnicę i poczuła chłodny wiatr na twarzy. 
          Wtedy była dzieckiem i słowa była dla niej najważniejsze. Teraz w praktyce okazały się o wiele trudniejsze do przestrzegania. Broniła ras i słabszych, ale czuła, że zawodzi. Nie zabijanie tej samej rasy? Jak miała tego dokonać, skoro niektórzy z nich zdradzili, a ona miała szczerą ochotę ich rozerwać na strzępy? Niestety, póki co nie nadarzyła się okazja. A co do strzeżenia sekretów? Przecież powiedziała Samuelowi, kim jest. Uważała to za złamanie obietnicy, ale nic jej się nie stało. Nie spłonęła w Edomie, chociaż to by było łatwiejsze, ale też tchórzliwe, a ona do tchórzy się nie zaliczała. Po stracie rodziców nauczyła się być samodzielna i sama ukształtowała swój charakter. Oczywiście nie zapomniała o wuju Willu, ale on zszedł na boczny plan w całym tym zamieszaniu. Gdy teraz przypomniała sobie o tym, to zapragnęła go zobaczyć i razem z córką zabrać w bezpieczne miejsce. Miała nadzieję, że wciąż żyli i niedługo ich spotka.
          Rozmyślając tak, oderwała się od świata zewnętrznego. Wróciła do niego, gdy usłyszała kroki, które stawały się coraz wyraźniejsze. Zdziwiło ją to, bo o tej godzinie nie powinno być nikogo w ogrodzie. Ci, którzy mieli dość sił, to zajmowali się tymi, co przeżywali męczarnie po zadanych ranach, a reszta sprawdzała zwłoki i odnajdywała bliskich, aby móc wyprawić pogrzeb, a bliscy mogli ostatni raz pożegnać się z nimi.
           Arivan napięła wszystkie mięśnie, prostując plecy i patrząc przed siebie. Pod gałęziami widziała męskie buty. Osoba wahała się przez moment, jakby na coś czekając, a Wybrana wstrzymała oddech. Pragnęła, aby nieznajomy sobie poszedł. Nie chciała rozmawiać. Potrzebowała pobyć sama, czy nawet tego nie mogła otrzymać?
          Kiedy jednak gałęzie się odsunęły, a ona ujrzała brązowe włosy i ciemną koszulkę, która była czysta, odetchnęła z ulgą. Akurat jego by się tutaj nie spodziewała. Skąd wiedział o tym miejscu?
          Samuel stał przez moment niepewnie, patrząc na Arivan, a ona siedziała pod drzewem i wydawała się szczerze zaskoczona jego przybyciem. Martwił się o nią, a gdy nie spotkał jej w pokoju, przestraszył nie na żarty. Postanowił jej poszukać i dosyć szybko zorientował się, gdzie była. To miejsce pasowało do niej. Otaczająca ją natura, osłona przed światem i spokój od całego zgiełku na zewnątrz – idealna kryjówka, aby pomyśleć. Zdawał sobie sprawę, że mogła zostać sama, ale nie chciał, aby obwiniała się o wszystko. Po ostatnich wydarzeniach zrozumiał ważną rzecz i pragnął jej o tym powiedzieć.
         Chłopak uśmiechnął się niepewnie i podszedł do niej, po czym usiadł obok i zerknął w jej stronę. Wybrana odsunęła się minimalnie, czując jak serce przyspieszyło o połowę. Bała się stracić kontrolę i zranić go, dlatego zachowywała dystans.
         — Co tutaj robisz? — zapytała niepewnie, patrząc w jego szaro-niebieskie oczy, w których krył się strach i coś jeszcze, czego nie widziała od bardzo dawna, co sprawiło, że jej zrobiło się cieplej. Nie powinna robić sobie nadziei, ale inaczej się nie dało.
         — Martwiłem się o ciebie i chciałem z tobą porozmawiać — odpowiedział spokojnie, nie odrywając od niej wzroku. Jego dłonie płasko leżały na ziemi, a klatka piersiowa unosiła się równomiernie. Gdyby dziewczyna go nie znała, powiedziałaby, że wszystko z nim gra, ale ona czuła, że tak nie było. Coś go trapiło i pragnął to powiedzieć, ale coś go hamowało, a tym czymś był strach.
         — Nic mi nie jest. Nie musisz tutaj siedzieć. Powinieneś odpocząć — odezwała się po dłuższej chwili ciszy.
         — To ty miałaś odpoczywać. Nie pamiętasz, co stało się na dworze? Ari, muszą ci wrócić siły — powiedział trochę za ostrym tonem, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Miał prawo się na nią złościć za wszystko, co przez nią przeszedł. Tyle, że nie o to był zły, a o to, że omal jej nie stracił.
       — Czuję się lepiej.
       — Nie kłam. Znam cię…
       — Skąd? — zapytała nagle, przerywając mu. Nie chciała zabrzmieć tak sucho, ale z nerwów zaczęło się w niej gotować. Nie panowała nad tym i dlatego zacisnęła dłonie w pięści.
      — Po pierwsze oddychaj, bo czuję jak robisz się cieplejsza niż zwykle, a po drugie może znaliśmy się krótko, a ja potem zniknąłem, ale poznałem cię dosyć dobrze i wiem, kiedy się cieszysz, kiedy smucisz, a kiedy denerwujesz. Teraz czuję, jak obwiniasz się o śmierć tych na Dworze, ale to nie jest twoja winna. Starałaś się im pomóc i uratowałaś wielu, poświęcając siebie, to nie było samolubne, a bohaterskie — powiedział, jakby czytając jej w myślach. Zaskoczona Arivan uspokoiła się i rozluźniła dłonie, patrząc na niego z lekko rozchylonymi ustami. Na usta cisnęło się tylko jedno pytanie:
     — Skąd to wiesz? 
        Samuel uśmiechnął się lekko i przysunął do niej, nie odrywając wzroku od jej zielonych oczu, które jeszcze przed chwilą były pełne łez. Teraz zostały tylko zaschnięte ślady na policzkach. Nie wiedziała, kiedy przestała płakać.
     Wziął jej dłoń delikatnie i splótł ze swoją, unosząc i kładąc na sercu.
      — Bo jesteś dla mnie ważna. Kiedy przebywałem w Piekle nauczyli mnie jak rozpoznawać zachowania ludzi, po prawie nie widocznych objawach. Powiedzieli, jak wyczuć czyjeś nastawienie i słabości, nawet jak opanować moce, ale nie dlatego ci pomagałem i chcę pomagać. Nie mówiłem ci tamtych słów na Dworze, aby po prostu mówić. Arivan, ja zrozumiałem to, gdy ty tam leżałaś ledwo żywa na posadzce, a ja czułem, jak ogień zabierał twoje życie... — Zamilkł na moment, a ona poczuła jak jej serce stanęło, z wyczekiwaniem na dalszą część. Samuel uśmiechnął się rozmarzony i spojrzał na ich splecione dłonie. Przysunął się bliżej niej i pochylił w jej stronę tak, że czuła jego ciepły oddech na swoich policzkach, przez co przechodziły ją dreszcze.
        — Gdy przeszła mi przez głowę myśl, że mogę cię stracić, nie potrafiłem tego znieść. Serce tak bardzo zaczęło mnie boleć. Pierwszy raz od powrotu z Edomu coś takiego poczułem i teraz już rozumiem, co to jest. Arivan, nie ważne, co by się stało. Czy bym nie widział cię sto lat czy tysiąc. Czy wypraliby mi mózg jeszcze bardziej, wstrzyknęli nie wiadomo ile jadu. Strzelali do mojego serca albo próbowali je wyrwać, ono nigdy nie zmieni się w sprawie jednej rzeczy. Nigdy nie przestanie cię kochać — wyznał, a na ostatnich słowach załamał mu się głos. 
          Zobaczyła łzy w jego oczach. Czuła jakby jej serce miało wyskoczyć w piersi. Tak długo czekała, aż znów to powie, a jego wszystkie piękne słowa sprawiły, że zupełnie zapomniała o kontroli. Momentalnie przysunęła się od niego i złączyła ich usta w namiętnym pocałunku. Tęskniła za smakiem tych warg. Za gorącem, jakie wywoływał jego dotyk. Za oszalałym sercem, które wyrywało się do tego bruneta.
         Chwyciła go za szyję jeszcze mocniej, pogłębiając pocałunek. Nie opierał się jej, a wręcz oddawał. Chwycił ją mocniej w talii i jeszcze przysunął do siebie. Tak długo nie czuł tego uczucia, że teraz chciał je wchłonąć całym sobą. Zapamiętać na zawsze i odnawiać w każdej możliwej chwili, a taka nadarzyła się właśnie wtedy. Nie liczyło się dla nich nic prócz siebie. Żadne obowiązki Wybranej, ani wojna, która się zbliżała. Żaden Lucyfer, ani nikt inni. Zostali tylko oni, a cała reszta przestała istnieć.
        Arivan przewróciła się na plecy, ze śmiechem, ciągnąc za sobą Samuela. Ten zaraz znalazł się nad nią, uśmiechając się szeroko i dysząc z powodu wrażeń, jak ona. Pochylił się nad nią i przejechał dłonią od jej policzka, przez szyję, dekolt, brzuch aż do ud. Poczuła, jak wzrosło w niej podniecenie i zaczęła drżeć.
        — Proszę — szepnęła tylko i więcej mu nie było trzeba. Pochylił się i złączył ich usta w namiętnym pocałunku, czując jak ociera się o niego, przyprawiając o kolejne doznania. Oszalał na jej punkcie i ledwo się powstrzymywał. Nawet demony w nim nie miały teraz znaczenia. Zupełnie je odegnał, przynajmniej na tamtą chwilę i skupił się na Arivan. Ona była najważniejsza.
                                           ****************************
             W sali obrad nie było już prawie nikogo. Po tym, jak Valentaine i Lukas wydali rozkazy, większość się rozeszła. Zostali tylko oni i czarownik, który znudzony opierał się plecami o regał z książkami i zerkał na Lukasa. Nienarodzony był zamyślony i najchętniej wróciłby do Arivan, sprawdzić, co się z nią działo. Ona jednak chciała spokoju i dlatego uszanował jej zdanie. Każdy czasem potrzebował chwili samotności, a po krótkiej rozmowie z Samuelem, wiedział, że on zaraz pójdzie do niej. Uspokoiło go to, bo wiedział, że chłopak potrafił o nią zadbać i ochronić. W końcu uratował ją przed własnym żywiołem. Lukas nie dowiedział się wciąż jak, ale liczyło się, że przeżyła i czuła się już lepiej. Wybrana musiała odzyskać siły, a potem zacząć porządny trening z Magnusem, aby opanować żywioły i nie powtórzyć sytuacji z ostatniej bitwy. I tak pośród armii rozniosły się wątpliwości, a - co najciekawsze – większość rozprzestrzeniła się wśród wampirów. Lukas podejrzewał, że sami nie mieliby mieszanych uczuć, gdyby nie ich władca, który siał zamieszanie. Co prawda Valentaine obiecał pomoc, ale migał się od tego i dosyć opornie godził sięna to, że  rządziła Arivan, a nie on. Uważał siebie za najlepszego władcę i dlatego chciał przejąć stery. Nie pozwalał jednak na to ani Blackwell, ani Magnus, którzy byli zawsze wierni dziewczynie i wierzyli w nią całym sercem.
         — Powinniśmy przeprowadzić egzekucję na Samuelu, to osłabi Lucyfera — odezwał się nagle Valentaine, a obaj mężczyźni myśleli, że się przesłyszeli. Bane zerknął na dawnego znajomego, następnie na wampira, ze złością na twarzy. Zwykle zachowywał stoicki spokój, ale to go wyprowadzało z równowagi.
         — Chyba się przesłyszałem. Pogięło cię do reszty, Valentaine?! Po pierwsze, moglibyśmy tym go tylko zdenerwować albo zostałby obojętny, ale co ważniejsze, zranilibyśmy Arivan, która by zapewne już nie chciała pomóc. Pomyśl trochę czasem, co? — powiedział twardo, prostując się.
       — Nie masz prawa się tak do mnie odzywać ! — ostrzegł go król Dzieci Nocy, pokazując kły i idąc w jego stronę. Nim jednak pojawił się przed czarownikiem, drogę zastąpił mu Lukas.
        — Uspokój się, bo cię wyprowadzę. Magnus ma rację, a z resztą chłopak nie zrobił nic złego. Jest po naszej stronie — odezwał się spokojnie, nie odrywając wzroku od ciemnych oczu wampira.
      — Skąd mamy to wiedzieć? Jest potomkiem najsilniejszego z Upadłych i tak samo zepsutym, jak on! — krzyknął Valentiane, a Blackwell nawet nie drgnął. Nie bał się go i potrafił mu stawić czoła. Już nie raz to zrobił.
        — Uspokój się, powtarzam, bo inaczej porozmawiamy. Nie tkniemy Samuela, bo jest ważny dla Wybranej, a ja sam za niego ręczę. Jeżeli zdradzi, to pozwolę ci się wyssać do dna — powiedział poważnie Lukas, a Valentaine uśmiechnął się krzywo i skinął tylko głową, robiąc krok w tył. Od dawna miał ochotę na krew tego Nienarodzonego, która pachniała inaczej od reszty. Niestety nie miał nigdy okazji, aby jej skosztować. Mężczyzna nie był chętny do zostania workiem z krwią. Nawet samego króla.
       — Dobra, może skończmy ten temat. Musimy dogadać się, co z treningami Ari — odezwał się Magnus, już spokojny, a obaj mężczyźni spojrzeli na niego.
        — Masz rację. Jak szybko może opanować dary? — zapytał z udawaną troską wampir, siadając przy stole i sięgając po kieliszek ze specjalnym trunkiem. Pozostałą dwójkę przeszły dreszcze obrzydzenia, gdy napił się krwi jak soku.
        — To zależy. Nie mogę jej za bardzo narazić, bo może nie dać rady. Posiadła Księgę Mędrców, a to zabrało jej sporo energii i zaraz potem ta bitwa. Na jej wiek i tak cud, że wytrzymała taką dawkę ognia — odpowiedział Bane i również usiadł do stołu, naprzeciw Valentaine, a Lukas zajął miejsce obok czarownika. Jakoś lepiej dogadywali się ze sobą niż dawniej i może to z powodu obecnej sytuacji. Jednak każdy z nich miał cichą nadzieję, że stosunki po tym wszystkim się nie zepsują.
        — Ucz ją tak, aby nic jej nie groziło, a ja zajmę się szkoleniem armii. Valentaine, ty wiesz o swoich obowiązkach, tak? — zapytał dla upewnienia Blackwell, zerkając na niego. Władca tego zamku skinął tylko głową i na moment zamilkł, myśląc na kieliszkiem z krwią.
       — Może to ja powinienem przejąć zupełną władzę? Znam się na tym — zaproponował niby obojętnie, ale oni wiedzieli, o co mu chodziło tak naprawdę. Chciał władzy tylko dla siebie i nie skończyłoby się to dobrze dla żadnej innej rasy poza wampirami. Valentaine nienawidził nie tylko likantropów, ale i wszystkich innych. Traktował ich jako pożywienie lub wrogów, co nie podobało się żadnemu z pozostałej dwójki.
Lukas i Magnus równocześnie prychnęli, patrząc na niego, i powiedzieli niemal jednocześnie:
       — Dobre żarty. — Te słowa widocznie zdenerwowały króla, bo nagle wstał, a krzesło za nim upadło z hukiem.
       — Jestem królem wampirem i to mój pałac! Mam prawo do władzy nad tymi, którzy tutaj są! — wrzasnął wściekły, a Blackwell skinął głową na czarownika, po czym również wstał i podszedł spokojnie do wampira, który aż buzował z nerwów.
      — Władzę masz tylko na wampirami. Nad likanami ma Luka, nad fearie Semira, a nad czarownikami Magnus, ale nad tym wszystkim jest Arivan i nie podlega to dyskusji! Każdy, kto wstąpił do armii, sam się na to zgodził i ty również! — powiedział oschle Lukas, nie odrywając wzroku od Valentain'a.
         Przez moment trwała głucha cisza, a władca spojrzał na Bane'a, który skinął tylko głową na zgodę ze słowami Nienarodzonego. W pewnym momencie wampir westchnął i odwrócił się na pięcie, po czym podszedł do okna, unikając wzroku pozostałej dwójki. Nie mógł się pogodzić, że ktoś miał nim rządzić. To on pragnął zostać królem wszystkich, a wciąż mu się to nie udało. Jego rasa mu nie wystarczała i chciał więcej. Nigdy nie było mu dość, dlatego Blackwell musiał go temperować i ostro pilnować, aby nie doprowadził do rozpadu armii.
     — I tak będę królem — szepnął, myśląc, że go nie usłyszeli. Niestety mieli dobry słuch. 
      Tym razem odezwał się Magnus, który już widocznie miał dosyć tej dyskusji i był zmęczony po bitwie. Podszedł bliżej wampira i wziął głęboki oddech, aby nie dać upustu negatywnym emocjom do rozmówcy. Musiał zachować opanowanie i potrafił to, dlatego, gdy się odezwał, brzmiał niemal miło, ale w jego głosie słychać było minimalny jad do Valentaine'a.
      — Jesteś królem samego siebie i swojej rasy, ale niczego więcej nigdy nie będziesz.
       Po tym odwrócił się, uśmiechnął do Lukasa i ruszył do drzwi sali. Marzył tylko o odpoczynku i przywróceniu swoich sił. Kolejna walka szykowała się niedługo i musiał być w pełni gotów.
                                          ************************
                 Rudowłosa dziewczyna chodziła wokół łóżek, podając bandaże sanitariuszom. Kawałek dalej widziała swojego ukochanego, którzy właśnie opatrywał jednego strażnika. Widocznie się znali, bo rozmawiali o czymś bardzo zacięcie. Pacjent miał rozciętą do kości dłoń, ale nie przejmował się bólem, gdy blondyn nakładał mu maść, która powinna zasklepić ranny. Jego czarne włosy miały zaschniętą krew, a twarz, która zwykle przypomniała wyciętą w kamieniu, teraz widocznie pokazywała ekscytację. Mark starał się go słuchać i odpowiadać, ale ważniejsze było zadbanie o ranę. Znał rannego, nazywał się Melior. Był w jego oddziale razem z dwójką bliźniaków i Arivan, która podawała się za Dianę. Pamiętał ich wspólną misję i atak demonów w mieście. Walka z tym fearie byłaby bardzo trudna, bo znał się na tym i potrafił doskonale posługiwać się bronią. Teraz jednak został zraniony przez jednego z Upadłych i na tym powinien się skupić młody chłopak, a nie na wspomnieniach, jak Melior rozpłatał ciało demona na pół w pionie.
       Emilia na moment zamyśliła się nad widokiem jej chłopaka jako sanitariusza, po czym podała kolejny bandaż kobiecie zajmującej się małym chłopcem z połamaną nogą i zranioną głową.
       — Gdzie moja mama? — pytał co chwilę, a żadna z nich nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. W końcu jednak księżniczka Dworu uklękła przed nim i spojrzała w zielone oczka dziecka.
       — Znajdzie się, ale najpierw musimy zająć się twoją nóżką, tak? — powiedziała z miłym uśmiechem Emilia, chociaż w środku przewracało jej się w żołądku z powodu kłamstwa. Jego mama mogła już nie żyć, a ona dawała mu nadzieję. Jednak nie potrafiła tak zranić niewinnego dziecka. Dotknęła go okrutna wojna, ale mógł jeszcze chwilę żyć marzeniami, potem dorośnie szybciej, tak jak każde dziecko, które żyło w czasie wojny z Upadłymi. 
        Niestety taka była prawda. Musieli szybciej dorastać i przestać się bawić, a chwytać za broń lub umierać. To straszne, ale innej rady nie było. Starsi zdawali sobie z tego sprawę, lecz chronili dzieci przed tym jak długo mogli. Nikt nie miał do nich o to pretensji. Każdy rodzic chce, aby jego potomek miał piękne i długie dzieciństwo. Przykre było to, że tym dzieciom to odebrano.
        Chłopiec skinął tylko głową, ocierając łzę z policzka i patrząc na starszą kobietę, która trzymała jego nogę.
        — Niech pani ją naprawi — powiedział pewny siebie, nie spodziewając się bólu, jakiego zaraz dozna. Emilia nie mogła na to przetrzeć, więc wstała i ruszyła dalej do kolejnych potrzebujących. 
           Gdy dochodziła właśnie do ciemnowłosej dziewczynki na łóżku, usłyszała krzyk chłopca. Serce jej się złamało, ale już po chwili to ucichło i wiedziała, że jego noga powinna się zagoić. Ona natomiast podeszła do kilkuletniej dziewczynki, która leżała przykryta po szyję i patrzyła na sufit. Po jej policzkach ciekły łzy, a ciało całe się trzęsło. Na pierwszy rzut oka wyglądała tylko na przerażoną, ale gdy Emilia przyjrzała się jej dokładniej, zobaczyła jak materiał kołdry przesiąka czerwoną cieczą, a ona była cała blada jak marmur. Momentalnie dziewczyna podeszła do niej i dotknęła jej czoła, aby uspokoić małą. Drugą dłonią odkryła kołdrę i zobaczyła, jak na samym środku brzuszka była duża rana zadana nożem. W pierwszej chwili zrobiło jej się niedobrze od tego widoku. Zaraz jednak się pohamowała i zabrała do zatrzymania krwotoku.
      — Powiedzieli, że i tak umrę — odezwała się słabym dziecięcym głosikiem brunetka i chwyciła jej dłoń. Emilia spojrzała na jej niewinną twarz i aż zabrakło jej słów. Kto mógł tak powiedzieć dziecko? Przecież to okrutne.
      — Nie umrzesz. Będzie dobrze — zapewniła ją drżącym głosem rudowłosa i zabrała się do opatrywania. Zajęło jej chwilę, nim powstrzymała krwotok, ale udało się i teraz potrzebowała natychmiast przetoczenia krwi i operacji. Niestety, gdy wołała wyspecjalizowanych lekarzy, ci udawali, że jej nie słyszą i szli dalej. Zdenerwowała się i gdy wreszcie jeden podszedł do nich, rozkazała, jako księżniczka, aby się nią zająć. Ten, przerażony, obiecał jak najszybciej zebrać zespół i operować dziewczynkę. Już spokojniejsza Emilia usiadła na krześle obok jej głowy i pogłaskała ją po mokrych włosach.
      — Wiesz, że nie wróci tak? — zapytała z bladym uśmiechem, jakby nie zwracając uwagi na ból. Mogłoby się wydawać, że go nie czuła, gdyby nie świeże łzy na jej policzkach, które co chwila się pojawiały,
     — Wróci na pewno — zapewniła ją z uśmiechem i spojrzała na bandaże, które już przesiąkały krwią. Potrzebowała szybkiej operacji.
     — Nie boję się śmierci — wyznała twardo.
     — Ale nie umrzesz!
     — Dlaczego tak ciężko ci się z tym pogodzić, pani? Każdy kiedyś umiera, a skoro Bóg chce, abym teraz ja to zrobiła, to tak będzie — przerwała jej spokojnie, z lekkim uśmiechem i znów zapatrzyła się w sufit, jakby było tam coś, czego nikt inny nie widział. A może było?
       Emilia nie potrafiła przez pierwszą chwilę wydusić słowa. Zaskoczył ją spokój i dojrzałość tego dziecka, które mogło mieć może siedem lat. Mówiła tak pewnie i spokojnie, jakby chodziło o wybór jakieś zabawki, a nie śmierć.
     — Wiesz, co? Tata i mama są już w Niebie, a ja zaraz do nich dołączę. Bardzo się cieszę i nie zatrzymuj mnie proszę — odezwała się znów z szerokim uśmiechem dziewczynka, zerkając na nią tymi dziecięcymi oczami. Nowe krople pociekły po jej policzkach, a w kąciku jej ust pojawiła się krew. Emilia wiedziała, co się działo i chciała krzyczeć jakoś to powstrzymać. Niestety było za późno i mogła tylko patrzeć. Poczuła drżącą dłoń małej na swojej ręce i splotła ją, trzymając z całej siły, aby dodać jej otuchy.
      — Widzę Pana. Jest piękny i uśmiecha się. Mogę do niego iść? — zapytała nagle, nie zerkając nawet na nią. Rudowłosa przez pierwszy moment nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, podążając za wzrokiem dziecka. Ona widziała tylko sufit.
      — Możesz — wyszeptała z trudem przez zaciśnięte gardło i poczuła jak po jej policzku ciekną pierwsze łzy, które przestały pojawiać się u pacjentki. Dziewczynka jeszcze chwilę oddychała chrapliwie, po czym całkiem znieruchomiała. Jej rączka zrobiła się sztywna, a oczy zupełnie jakby zgasły. Całe ciało zrobiło się zimne.
       Emilia wpatrywała się w nią jeszcze moment ze ściśniętym sercem, po czym delikatnie odłożyła dłoń na jej klatkę piersiową. Wstała na miękkich nogach i, ocierając łzy, zamknęła jej oczy, pocałowała w czoło, mówiąc:
      — Teraz będziesz aniołkiem ze skrzydłami. 
Następnie wyprostowała się i ruszyła przed siebie. Była jak zamroczona, a gdy zobaczyła wcześniej wybranego lekarza ze sprzętem, zatrzymała go na chwilę i z drżącymi dłońmi spojrzała w oczy.
      — Nie ratujcie jej. Odeszła — powiedziała tylko łamiącym się głosem i skierowała do środkowego łóżka. Po tym, co powiedziała jej mała dziewczynka, kompletnie nie umiała się pozbierać i chciała tylko zobaczyć swoją matkę. Upewnić się, że miała dobrą opiekę i nie umierała.
          Gdy do niej szła, unikała patrzenia na rannych. Było to dla niej zbyt trudne. Wcześniej widziała śmierć nie raz, ale nie tak małego dziecka, które nic nie zawiniło, a w dodatku nie miało do nikogo pretensji. Była taka czysta i niewinna, jak mały aniołek, którym zapewne się stała.
       — Moi poddani! — Usłyszała nagle znajomy głos i zastygła, podnosząc głos. Na środkowym łóżku zobaczyła swoją matkę. Siedziała z trudem, ale miała dumną postawę. Jej rude loki były w nieładzie, ale i tak wyglądała pięknie, nawet z zabandażowanym brzuchem i całą klatką piersiową. Emilia wpatrywała się w nią tak, jak wszyscy, czekając co powie.
        — Broniliście dzielnie naszego królestwa i jestem wszystkim dozgonnie wdzięczna. Każde z was jest bohaterem i ma prawo się tym szczycić. Wierzę, że staniecie po stronie Wybranej i zniszczycie wspólnego wroga, aby zapanował wieczny pokój. Ja zapewne nie będę z wami, ale zostanie tutaj moja najdroższa córka — powiedziała głośno i spokojnie królowa, pokazując na rudowłosą, która wydawała się wciąż zamroczona. Patrzyła w oczy swojej matki i nie potrafiła przetrawić tego, co się działo.
       — Mnie już z wami nie będzie, ale ona tak i to jej przekazuję władzę! Oto nowa królowa Morskich Błękitów! Bijcie jej pokłony! — krzyknęła radośnie Semira, na tyle, na ile miała sił.
         Nagle wszyscy, którzy byli w stanie, uklękli i pochylili głowy nisko w stronę księżniczki. Ona sama nie miała pojęcia, co zrobić. Musiała natychmiast porozmawiać z matką po tym, czego się dowiedziała. Nie patrzyła na spojrzenia wszystkich, tylko ruszyła do kobiety, która z powrotem położyła się na łóżku i kazała zasłonić się parawanem. Emilia nie dała się spławić lekarzowi i siłą weszła do mamy. Kiedy nagle ją zobaczyła z bliska, zabrakło jej słów. Miała sine usta, twarz szarą, a  bandaże znów przesiąkały  krwią. Wszyscy byli bezradni i czekali tylko na cud.
       — Mamo? — szepnęła niepewnym głosem, zbliżając się do łóżka. Kobieta uśmiechnęła się, a w kącikach usta dziewczyna dojrzała zaschnięte krople krwi.
Na chwiejnych nogach usiadła obok niej i wzięła jej chłodną dłoń, która przypominała tą     dziewczynki.
        — Nie chcę być królową. Nie teraz. Nie zostawiaj mnie —szepnęła łamiącym głosem, nie powstrzymując łez. Ból był zbyt duży, a ona strasznie wrażliwa.
        — Córeczko, dasz sobie radę. Nie będziesz sama. Inni ci pomogą, a ja będę nad tobą czuwać — odpowiedziała Semira z uśmiechem, głaszcząc jej włosy.
       — Nie chcę bez ciebie. Proszę nie odchodź
       — Zawsze będę przy tobie, o tutaj — powiedziała, kładąc dłoń na jej sercu. Emilia uśmiechnęła się lekko przez łzy, ale zaraz znów spojrzała w zmęczone oczy matki, która ukrywała cierpienie, jak umiała, ale córka wyczuwała prawdę, przez co jeszcze mocniej cierpiała.
       — Jestem za młoda na królową! Proszę, nie teraz — wyszeptała, opuszczając głowę.
Poczuła jak Semira przyciąga ją do siebie i przytula. Położyła głowę na bandażach, nie przejmując się krwią. Wciąż czuła zapach mamy i to było ważne.
      — Wcale nie. Jesteś mądra, rozważna i dobra. Wiesz, co robić i poradzisz sobie. Na pewno Mark ci pomoże — zapewniła, ale to nie uspokoiło jej córki. Sprawiło tylko, że mocniej się rozkleiła, bo nie chciała jej stracić i zostać sierotą.
      — Przepraszam cię za wszystkie moje błędy. Mam nadzieję, że mi wybaczysz — odezwała się nagle drżącym głosem Semira, a Emilia uniosła głowę i spojrzała w jej oczy, w których blakł  blask.
      — Wybaczyłam dawno temu. Kocham cię, mamo — powiedziała i z powrotem się w nią wtuliła. Nie obchodził ją tłum innych ludzi, którzy czekali na jej słowa. Liczyła się tylko mama i jej cierpienie. Nie mogła zostawić kobiety samej w takiej chwili.
     — Ja ciebie też córeczko i pamiętaj... Zawsze będę z tobą — wyszeptała ostatnie słowa kobieta, z ogromnym trudem, po czym przymknęła oczy. Wzięła ostatni oddech ze świstem, a następnie znieruchomiała. Emilia poczuła, jak jej matczyne dłonie luźno opadły na łóżko, a ciało zaczęło robić się chłodne. Spojrzała na martwą twarz kobiety, która urodziła rudowłosą dziewczynę i nagle naszedł ją tak potworny ból, że nie potrafiła się powstrzymać i krzyknęła na cały głos tak, że zapewne usłyszało ją całe królestwo. Nie przejęła się tym jednak. Zsunęła się z łóżka i opadła na kolana, uderzając o twardą posadzkę. Schowała twarz w dłoniach i poczuła, jak po policzkach płynie strumień łez, a ona zaczynała tracić świadomość.
        — Nie!!! — krzyknęła po raz kolejny, a na całej sali zapanowało milczenie. Wszyscy wiedzieli, co się stało i nikt nie drgnął nawet. Czas jakby stanął i tylko głośny szloch Emilii przerywał tę makabryczną ciszę po śmierci królowej.
                                             *************************
Witam! Oto świeży rozdział. Przyznam się, że był już weekend, ale chciałam aby beta go sprawdziła, także macie go dzisiaj. Mam nadzieję, że się wam spodoba i nie zanudziłam was na śmierć :D Wiecie, że mam teraz egzaminy i ci co teraz piszą, wiedzą jaki to stres. Ale mimo wszystko chciałam was uszczęśliwić i mam nadzieję, że się udało. Czekam na wasze opinie i naprawdę proszę uaktywnijcie się, bo teraz może być trudniej z dodaniem rozdziału, ale mam nadzieję, że się uda w następny weekend :*
Do zobaczenia i czekam na was *.-
Beta: Agrat bat Machlat 
- Dont Cry To Me
PS. Pamiętajcie o grupie : Czytelnicy Nienarodzeni

środa, 13 kwietnia 2016

Informacja!!!

Ważne! Dla tych, którzy są chętni, a mam nadzieję, że jest was sporo :D 

Założyłam grupę o blogu i każdy kto jest chętny niech wyślę prośbę o przyłączenie się do grupy. Na pewno nie odrzucę, a im nas więcej tym lepiej. Myślę, że będzie łatwiej z nowymi rozdziałami i w ogóle ;D No cóż nie przynudzam więcej i zapraszam na grupy, wszystkich którzy czytają losy Arivan :*Buziaki *.-        Link -  https://www.facebook.com/groups/1726231074319744/

Zapraszam Dont Cry To Me :*

niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział.9.

    Wszyscy z przerażeniem czekali na to, co się stanie i myśleli, jak powstrzymać ogień, który nie miał zamiaru zgasnąć. Bali się, że Arivan umierała, a ogień zacznie trawić wszystko inne. Niektórzy cofali się w tył, inni szeptali pomiędzy sobą i nie wiedzieli, co robić.
        Wśród nich wszystkich stał Lukas, który wpatrywał się w ogień nieprzytomnym wzrokiem. Był zły na siebie, że dopuścił do tego. Jak mógł nie zauważyć, że Wybrana nie umiała panować całkowicie nad darami? Powinien to zobaczyć, a nie być ślepo pewnym, że była gotowa i wszystko umiała. Miała przecież niecałe siedemnaście lat i potrzebowała jeszcze czasu, aby nabrać doświadczenia w posługiwaniu się darami. Niestety, tego czasu nie miał już nikt. Mimo wszystko powinien bardziej się jej przyglądać. Więcej pytać i bardziej interesować się jej nauką, a nie skupiać na sojuszach i trenowaniu armii. Chciał dobrze, ale wyszło źle. Teraz był wściekły na siebie, że Arivan była w tym kręgu, a on nawet nie wiedział, czy ona jeszcze w ogóle żyła. Miał jednak nadzieję, że tak. W przeciwnym razie ich wszystkich czekała śmierć. Bez niej nie pokonają Lucyfera i jego armii.
         Nie o to mu jednak chodziło, a o jej bezpieczeństwo. O jej życie, które było zagrożone. Obiecał sobie w dniu narodzin dziewczyny, że zrobi wszystko, aby była bezpieczna i robił to przez szesnaście lat jej życia w ukryciu. Teraz, gdy mógł jawnie o nią dbać, to zawiódł ją. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Mógł oddać za nią życie, aby tylko była szczęśliwa oraz bezpieczna i uczyniłby to bez wahania, gdyby była taka możliwość. Arivan była jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Nie mógł jej stracić. Nie przeżyłby tego.
      Wyrwał się do przodu, aby przejść przez ogień, chociaż wiedział, że to samobójczy krok. Mimo wszystko wolał zaryzykować. Nie potrafił stać bezczynnie. Dla Lukasa bezczynność równała się z poddaniem, przegraną. A on miał swój honor.
          Gdy był już prawie przy słupie ognia, zatrzymała go chłodna dłoń.
      Jeżeli zginiesz, nie pomożesz jej już w niczym — ostrzegł. Lukas spróbował wyrwać z uścisku wampira. Ten jednak nie dawał za wygraną i chwycił go mocniej, po czym pociągnął do tyłu, gdy słup ognia znów się uniósł, a Blackwell poczuł gorąco na swojej twarzy.
       Myślisz, że ona tego by chciała? — zapytał ostro Vlad, a Nienarodzony westchnął i przestał się wyrywać. Wiedział, że chłopak miał rację i pewnie tak samo martwił się o nią, jak on. Czuł, jak wampirowi zależało na Wybranej i nie potrafił pogodzić się z faktem, że ona kochała tylko Samuela. Niestety, musiał to przetrwać. Po tym, co widział Lukas, to wątpił, aby Arivan zmieniła zdanie. Serce nie sługa. Zawsze tak mówił i uważał to za bardzo mądre.
     Na pewno nic jej nie jest — dodał Vladimir, ale chyba chciał uspokoić bardziej siebie, niżeli jego.
      Lukas skinął tylko w głową i wpatrywał się w rosnący płomień, czując jego gorąco oraz odliczając kolejne sekundy. Za każdym razem miał nadzieję, że płomień zniknie ,a za nim pojawi mu się przed oczami cała i zdrowa Arivan z Samuelem u boku. Trzymał się tylko tej myśli, nie pozwalając, aby jakakolwiek inna pojawiła się w jego głowie. Zdawał sobie sprawę, że wtedy nie umiałby się powstrzymać przed wskoczeniem w ogień za Wybraną.
      Nagle rozległ się wielki huk i odruchowo wszyscy cofnęli się przed płomieniem, który jeszcze bardziej urósł. Lukas patrzył, jak dosięgał ogromnego sufitu, a potem w kilka sekund całkowicie zniknął, zostawiając jeszcze przez chwilę szary dym, który ograniczył widzenie.
       Wszyscy zaczęli się krztusić, ale Nienarodzony nie zwracał na to uwagi. Starał się dostrzec w dymie przed sobą dwie postacie. Miał o wiele lepszy wzrok od pozostałych, dlatego szybko dojrzał parę nastolatków. Samuel, cały w sadzy, trzymał Arivan w dłoniach, a ta patrzyła niewidzącym wzrokiem w bok. Wydawało się Lukasowi, że widziała go i przywoływała w myślach. Nawet jeżeli nie był pewny to i tak podszedł do nich
       Wszystko z nią w porządku? — zapytał lekko zdenerwowany Blackwell, patrząc na chłopaka, który wydawał się zarówno uspokojony, a zarazem przerażony całą sytuacją.
     Tak, ale jest wycieńczona — odpowiedział drżącym głosem, zerkając na Arivan. Ona natomiast nie obdarzyła go nawet jednym spojrzeniem. Zupełnie jakby brzydziła się go, bała. Ale to nie była prawda. Była przerażona, ale tym, że zrobiła mu krzywdę. Widziała czerwone ślady na jego rękach i kawałki spalonego ubrania. To ona mu to zrobiła i dlatego nie chciała, aby jej dotykał, żeby nie zrobić mu kolejnych ran.
      Dym przerzedzał się i coraz więcej osób widziało Arivan na rękach Samuela. Jedni zaczęli się cieszyć, inni stali zdrętwiali, a jeszcze inni starali się ukryć łzy w oczach. Pierwsza dobiegła do nich Emilia, która, mimo sprzeciwu Marka, bez obaw dotknęła spoconych włosów Wybranej i pogłaskała je w uspokajającym geście.
      Więcej nam tego nie rób — szepnęła łamiącym się głosem i szybko otarła jedną łzę, która spływała po jej policzku. Wiedziała, że nie powinna pozwalać sobie na histerie, ale nie umiała inaczej. Arivan była dla niej jak siostra i myśl, że mogło jej się coś stać, była zbyt bolesna. Po prostu nie do zniesienia.
        Poczuła, jak Mark objął ją jedną dłonią w pasie i delikatnie przysunął do siebie. Nie opierała się, ale cały czas patrzyła na twarz Arivan, która była szara i wyglądała na wychudzoną, chociaż nie było tak przed przejściem na Dwór. Domyślała się, że ogień to sprawił. Miała sine usta, a jej zielone oczy, które wpatrywały się w Lukasa, jakby wyblakły albo zostały zakryte szarością. Emilia bała się, że coś poważnego stało się Wybranej.
         Potem pojawił się przy nich Vlad z ojcem, który wyglądał na złego.
      Co jej zrobiłeś? — zapytał z wyrzutem Valentaine, a zdziwiony Samuel uniósł brew. Nie rozumiał króla wampirów, ale zdawał sobie sprawę, że ten za nim nie przepadał. W odwrotnej sytuacji nie było różnicy.
       Nic jej nie zrobiłem. Ogień omal jej nie spalił — odpowiedział spokojnie, chociaż w środku trząsł się ze strachu. Zależało mu na Arivan i nie wyobrażał sobie jej straty. Nie umiałby przeżyć bez niej, ani jednej chwili i teraz to zrozumiał.
     Kłamiesz, to przez ciebie — zarzucił mu wampir, a chłopak tylko westchnął, zerkając na dziewczynę, która zaczęła się wiercić w jego ramionach . Próbowała coś powiedzieć, ale usta miała całkowicie suche i było to strasznie trudne, zwłaszcza, że straciła mnóstwo sił.
           Wszyscy spojrzeli na Arivan, ale ona skupiła się tylko na Lukasie, który również wpatrywał się w nią z nieskrywanym lękiem na twarzy.
          Zab... zabierz mnie... stąd... proszę — odezwała się z trudem Arivan i czekała, aż wykona ruch.
        Oczywiście to Vlad chciał ją zanieść do pałacu, lecz ona się nie zgodziła. Spojrzał na nią zdziwiony, ale uszanował jej zdanie. Nie chciał jej robić wyrzutów, gdy była w takim stanie.
           Proszę... Lu..kas — powiedziała, a jej głos brzmiał, jakby ktoś włożył jej w struny głosowe papier ścierny.
          Dobrze — odpowiedział w końcu i podszedł, aby odebrać ją od chłopaka. Ten wpatrywał się w Wybraną, ale ona nie zerknęła nawet na niego, więc oddał ją w pewne ręce mężczyzny i opuścił swoje.
        Zabierzcie go do zamku i nie wypuszczajcie z pokoju. Macie cały czas go pilnować — rozkazał dwóm wampirom Valentaine, którzy od razu chwycili Samuela pod ramiona i unieruchomili, chociaż on się nie opierał i poszedłby dobrowolnie. Blackwell wiedział, że powinien go obronić, ale bardziej liczyła się Arivan i to, że potrzebowała w tamtej chwili spokoju i dobrej opieki. Zamierzał potem wszystko wytłumaczyć wampirowi.
         Odwrócił się z dziewczyną na rękach i ruszył w stronę bramy, którą otworzył Magnus. Wszyscy rozstępowali się, aby zrobić im drogę. Co odważniejsi zerkali na dziewczynę, a reszta odwracała wzrok. Nie zwracał na to uwagi i szedł szybkim krokiem, aby już znaleźć się na zamku i zapewnić Wybranej opiekę magów.
      Żyje? — zapytała zmartwiona Marlena, doganiając go i zerkając na Arivan, która miała przymknięte oczy, ale oddychała równomiernie, co uspokajało niosącego ją mężczyznę.
         Tak. Marlena, mam prośbę. Zostań z nimi i dopilnuj, aby nic nie zrobili Samuelowi. Ona nie wybaczy mi jak stanie się mu krzywda — odpowiedział spokojnie, a ona spojrzała na jego twarz, która teraz wyglądała na zmęczoną i zmartwioną. Rzadko go takim widywała i wiedziała, że ta brunetka była dla niego naprawdę ważna.
          Zgoda, ale jak tylko wrócimy, przyjdę opatrzyć Wybraną. Przypilnuje ich, aby nic nie zrobili — powiedziała z lekkim uśmiechem, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła w tłum w kierunku Samuela i reszty.
        Lukas natomiast doszedł do bramy i zatrzymał się przed nią, gdy Magnus chciał przyjrzeć się dziewczynie.
      Jest ledwo żywa. Musi jak najszybciej znaleźć się na zamku i dostać dawkę energii — stwierdził Magnus, dotykając jej czoła, które było lodowate tak, jak cała skóra. Blackwell skinął głową i minął go, aby wejść w bramę.
      Zajmie się nią twój znajomy, ale wolałbym, abyś jak najszybciej dołączył do nas — powiedział na pożegnanie, a Bane uśmiechnął się krzywo i skinął tylko głową, patrząc, jak Lukas wchodzi w błyszczący, fioletowy wir z Wybraną na dłoniach i przenosi się do zamku. Westchnął tylko i odwrócił się do tłumu, który wydawał się wciąż zszokowany. Wszyscy patrzyli na Magnusa, czekając na zgodę, na przejście przez portal.
         Przenosicie się na główny plac i tam zajmą się rannymi, a ci, co mogą, niech im pomogą  — zakomenderował, po czym usunął się z drogi.
       Wszyscy szybkim krokiem zaczęli się zbliżać do bramy i przenosić, a on musiał utrzymywać przejście, aby nie znikło, chociaż zabierało mu to sporo siły. Potrzebował solidnego wypoczynku, ale niestety w tamtej chwili nie było to możliwe.
       Czemu nie chciała, abyś ty ją niósł? — zapytała Emilia, gdy Samuel stał, trzymany przez dwójkę wampirów.
         Ten wzruszył tylko ramionami, patrząc na bramę, przez którą przed chwilą Lukas przeniósł Arivan. Cieszył się, że była w dobrych rękach, ale sprawiło mu przykrość, jej odmowa na jego próbę pomocy. Myślał, co mógł zrobić źle, ale nie potrafił nic stwierdzić. Chciał jej tylko pomóc, a tak mu się odwdzięczyła.
            Dlatego, że wie, iż to potwór, którego powinniśmy zabić — odezwał się Valentaine, niemal sycząc, a rudowłosa dziewczyna wydawała się zbita z tropu. Nie znała za dobrze Samuela, ale nie był taki zły. Miał ataki złości, ale to z powodu tego, co przeszedł. Sam nie chciał taki być i dlatego nie oceniała go jako demona, takiego jak Lucyfer. Był inny i ona to widziała. Tylko te wampiry nie potrafiły myśleć inaczej.
       Nie jest potworem. Uratował ją, nie rozumiecie? — zapytała zdziwiona, patrząc na zebranych. Szczególnie skupiła się na Vladzie, który wydawał się ich nie słuchać.
           Gdyby nie wszedł w ogień, nie wiadomo czy, by przeżyła, a wy jesteście źli i jeszcze go obwiniacie? To chore — dodała ostro i patrzyła, jak Valentaine jeszcze bardziej zrobił się zły.
        Król nie przywykł do sprzeciwu i miał ochotę rzucić się na dziewczynę za to, że się tak odezwała.
            Nic nie wiesz, smarkulo...
        Nie jestem smarkulą i wiem dużo — przerwała mu sucho. Nie bała się go. Znała swoją wartość, honor i nigdy nie pozwalała nikomu siebie obrażać.
         Miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy przybiegł jeden ze strażników fearie i zatrzymał się tuż przed nią. Na zbroi miał krew, ale nie był ranny. Za to jego emocje świadczyły o przerażeniu i strachu, co przestraszyło Emilię.
        Pani — zaczął, kłaniając się w pas przed nią. — Królowa jest ranna — powiedział spokojnie, a dziewczyna poczuła jakby ktoś uderzył ją z otwartej dłoni w twarz. Zupełnie zapomniała w bitwie o matce i myślała, że ta była gdzieś schowana. Nie podejrzewała, że wzięła udział w tej masakrze, a teraz została ranna. Czuła, jak narastał w niej lęk i panika. Nie mogła jej stracić. Nie teraz. Nie poradziłaby sobie sama z dworem. Była za młoda.
       Gdzie ona jest? — zapytała otępiale, myśląc tylko o tym, aby jak najszybciej dotrzeć do matki i sprawdzić, jak poważne była ranna. Niby fearie były nieśmiertelne, ale istniały sposoby na uśmiercenie ich w strasznych katuszach, a te sposoby znały Upadłe Anioły i demony.
       Zaprowadzę cię, pani — powiedział tylko strażnik, a Emilia skinęła głową i ruszyła biegiem za nim, nie patrząc, czy Mark był za nią, bo wiedziała, że na pewno jej nie zostawi. Wiedział, kiedy go potrzebowała i nigdy jej nie zawiódł. Był dla niej wszystkim.
         Biegła jak najszybciej, przepychając się przez tłum, aby dotrzeć do Semiry. Serce biło jej coraz szybciej ze strachu. Bała się zobaczyć matkę ranną, ale nie chciała też zostawiać jej samej. Była jej jedyną córką i rodziną. Musiała ją wesprzeć, nie ważne, co miało się stać. To jej matka i kochała ją pomimo wszystko.
          Vladimir patrzył, jak rudowłosa dziewczyna zniknęła w tłumie, po czym zwrócił się do ojca. Miał mieszane uczucia i najchętniej to by pobiegłby za Arivan, aby sprawdzić, co z nią się działo.
          Ona ma rację. Gdyby nie Wyklęty, byłoby po Wybranej. Nie możesz go karać. — Słowa wampira zdziwiły Samuela i nie był w stanie nic powiedzieć. Nigdy nie myślał, że będzie go bronił. Prędzej sam by mu wbił nóż w serce. Chyba źle go ocenił.
            I ty, synu, przeciw mnie?
        Nie ojcze, ale ona ma rację. Przestań przekładać emocje nad panowanie, bo źle się to skończy. Nic nie zrobił i nie masz prawa go karać — powiedział twardo Vlad i zerknął tylko na bruneta  z krzywym uśmieszkiem, po czym zwrócił wzrok na ojca. Ten tylko westchnął i machnął na strażników, aby puścili Samuela. Uczynili to od razu, a on rozmasował ramiona i spojrzał na młodego wampira.
            Dzięki  — powiedział lekko zbity z tropu.
           Nie dla ciebie to zrobiłem — syknął, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do bramy, nie patrząc za ojcem, ani za nikim innym.
          Był wściekły na Samuela, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby coś mu zrobili, to Arivan by ich znienawidziła. To Vlad był w stanie znieść, ale nie cierpienie, które by jej wyrządzili zabiciem chłopaka. Liczyła się tylko ona i chciał uchronić ją przed wszelkim złem, dlatego bronił chłopaka, chociaż i tak go nie lubił. Uważał go za takiego samego Upadłego, co Lucyfer i był zdania, że ogień powinien jego również zabić. Nie akceptował tego, ale domyślił się, że chroniła go Wybrana. Czasem miał ochotę zatopić w jego szyi kły i wyssać krew do samego końca, ale powstrzymywał się ze względu na nią. Tylko dlatego. Gdyby nie było Arivan, już dawno by go zabił.
                                        ***********************
         Po tym jak Lukas zaniósł Arivan do sali szpitalnej i zbadali ją magowie, dziewczyna poprosiła o przeniesienie do jej pokoju. Twierdziła, że źle się tam czuła i wolała być w swojej sypialni. Blackwell nie potrafił jej odmówić i po podaniu jakiegoś trunku, który wzmocnił siły, pozwolił, aby wróciła do siebie. Oczywiście odprowadził ją, cały czas trzymając, aby nie upadła. Była mu wdzięczna za wszystko, co robił.
       Pomyśleć, że kiedyś mnie nienawidziłeś  — odezwała się w pewnym momencie, gdy szli korytarzem. Mogła już mówić, ale wciąż sprawiało jej to ból, dlatego unikała dłuższych wypowiedzi.
     Nigdy cię nie nienawidziłem — odpowiedział z bladym uśmiechem, zerkając na obrazy zawieszone na ścianach zamku. Były mroczne, ale i na swój sposób piękne. Wyrażały naturę wampirów i ich nawyki, w każdy sposób.
         To czemu tak się zachowywałeś? — zapytała, a on zatrzymał się przed drzwiami jej pokoju. Otworzył je i pomógł jej wejść. Zaprowadził dziewczynę do łóżka i pomógł się położyć. Patrzyła na niego, czekając na odpowiedź. Zaśmiał się krótko, po czym usiadł na skraju łóżka.
Bo musiałem zachować dystans, jako twój przełożony. Ale naprawdę lubiłem cię  — odpowiedział, a ona uśmiechnęła się słabo, oddychając głęboko. Lekko zabolały ją żebra.
Zawaliłam dziś, co ?
Nie. Spisałaś się świetnie. Wygraliśmy — powiedział od razu.
I omal nie spaliłam siebie żywcem  — dodała z krzywym uśmieszkiem, wpatrując się w sufit.
Musisz nauczyć się panować nad darami. Magnus ci pomoże — zapewnił, a ona skinęła tylko głową i spojrzała na okno, gdzie słońce miało się już ku zachodowi. Wiedziała, że pewnie reszta już wróciła z dworu i opatrują rannych. Czuła się winna, że kolejne osoby zginęły, ale nie miała nawet dosyć siły, aby myśleć o tym długo.  Miała wrażenie jakby jej umysł się wyłączył.
Zapanowała niezręczna cisza, przerywana tylko ich oddechami. Żadne nie wiedziało ,co jeszcze powiedzieć i zagłębiło się we własnych myślach. Lukas o wydarzeniach na bitwie i tym, jakie straty ponieśli. Martwił się, że w szeregi armii wda się niepokój albo panika. A to nie pomogłoby im przy kolejnych walkach, bo – nie było się co oszukiwać – stoczą ich jeszcze dużo.
Blackwell nie miałby nic przeciwko, ponieważ przywykł do takiego życia, ale na tych bitwach nie pojawiał się Lucyfer, a to o niego głównie chodziło. Jego musieli zgładzić, aby zakończyć to wszystko. Niestety nie spieszyło mu się, aby wyjść z Edomu i ryzykować własną skórą w walce. Zachowywał się jak tchórz – tak mówili pewnie wszyscy w armii, ale on za dobrze znał Poranną Gwiazdę. Wiedział, że miał swój plan i wszystko było doskonale przemyślane. Upadły nie lubił odpuszczać sobie okazji do mordu. Dlatego Lukas wiedział, że miał w tym ukryty interes. Tylko jaki? To wiedział tylko on i... może jego syn, ale ten twierdził, że nic nie pamiętał. Nienarodzony wierzył mu, ale obawiał się też, że coś ukrywał. W końcu miał w sobie krew najpotężniejszego demona, a to już coś znaczyło. Zwłaszcza, że przetoczono mu także krew innych potężnych Upadłych. Dziwił się, że chłopak to zniósł i w ogóle przeżył. On, jako były Upadły, nie wiedział czy dałby radę, a co dopiero taki nastolatek. Musiał mieć ogromną siłę w sobie.
Jego samotne rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Osoba za nimi nie czekała na odpowiedź, tylko pewnym krokiem weszła do środka, trzymając w dłoni kubek z jakąś miksturą.
Arivan spojrzała na Magnusa, który był już przebrany. Miał na sobie czyste spodnie oraz koszulę, a na to narzuconą ciemno-niebieską pelerynę, która świeciła się, posypana brokatem. Miał go nawet na czarnych włosach, które ułożył z pomocą żelu.
Witam naszą pacjentkę. Przyniosłem ci coś na wzmocnienie  — przywitał się wesoło Bane i podał jej kubek.
Powoli podniosła się do pozycji siedzącej. Nie obyło się bez grymasu bólu na jej twarzy. Mimo wszystko dała radę i w chłodne dłonie złapała kubek. Powąchała ciepłą ciecz w środku i stwierdziła, że miała przyjemny zapach wiosennych kwiatów. Nie tak jak to, co dali jej w sali szpitalnej. Tamto pachniało tak, że miała odruchy wymiotne. Niestety musiała wypić, bo chociaż trochę jej pomogło.
Pij do dna. Przywróci ci szybciej energię — poradził czarownik, a Arivan uśmiechnęła się słabo i przechyliła kubek do ust. Poczuła słodki smak w przełyku i od razu wypiła całość, bo była o wiele lepsza, niż cokolwiek, co wcześniej piła.
Chyba mi się udało — skomentował Magnus, widząc jak odstawiła pusty kubek na szafkę nocną i spojrzała na niego. Wyglądała trochę lepiej. Twarz przestawała być tak szara, a oczy znów miały ten blask. Uspokoiło to chyba wszystkich. Nadal jednak dziewczyna powinna odpoczywać i porządnie zjeść.
Lepsze od tego w sali szpitalnej — powiedziała z bladym uśmiechem. Wciąż bolało ją gardło, ale coraz mniej.
Bo ja dbam o moich pacjentów. Mimo wszystko musisz odpoczywać. Nieźle nas nastraszyłaś — powiedział już spokojniej i bardziej poważnie Magnus. Zbliżył się do łóżka, nie spuszczając wzroku z Wybranej.
Miałaś rację, aby szybciej zacząć praktyczne zajęcia. Musisz opanować żywioły. Przyznaję ci się, że popełniłem błąd — dodał po chwili ze smutną miną, a ona poczuła, jak zrobiło jej się go żal. Nie chciał dla niej źle. Po prostu nie przewidział tego.
To nie twoja wina. Sama jestem sobie winna
Wcale nie. Masz szesnaście lat, to normalne, że wielu rzeczy jeszcze nie umiesz — odezwał się nagle Lukas, zerkając na dziewczynę z krzywym uśmieszkiem na twarzy. Rozbrajało ją jej zachowanie i dlatego tak zareagował.
Arivan widziała, jak martwił się o nią i jaki był zmęczony tym wszystkim. Zastanawiała się, czy w ogóle odpoczywał. Zajmował się wszystkim, co powinna robić ona i ani razu nie narzekał. Bronił ją zawsze i chronił. Stał murem za nią i widziała, jak się bał o nią. Po części nie rozumiała tego, ale czuła się lepiej, wiedząc, że zależy mu na niej. Traktowała go jak wujka.
Ale i tak wiele potrafisz. Nie spotkałem jeszcze żadnej Nienarodzonej czy czarownicy, która w tak szybkim tempie opanowałaby dary — dodał Bane, patrząc na Aivan z miłym uśmiechem.
Nie opanowałam ich  — skomentowała sucho, patrząc na swoje dłonie, które nabierały znów kolorów.
Obydwaj mężczyźni chcieli już odpowiedzieć, ale przeszkodził im w tym Valentaine, który, nie pukając, otworzył drzwi i wszedł do pokoju.
Witaj, Wybrana. Już ci lepiej? — zapytał, udając zatroskanego, biorąc jej dłoń i ściskając. Skinęła tylko głową i wyrwała dłoń. Nie przepadała za tym wampirem i nie cierpiała fałszywych uczuć, które teraz on jej okazywał.
Martwiliśmy się o ciebie, a ten potwór zostanie ukarany — powiedział, nie zrażając się jej gestem.
Arivan myślała, że się przesłyszała.
Potwór? Mówisz o Samuelu? On nic złego nie zrobił — odpowiedziała, starając się nie wpaść w furię, bo mogła nie opanować się. Zacisnęła dłonie na pościeli, aby gdzieś wyładować złość.
Przecież przez niego nie umiałaś opanować ognia. Omal cię nie zabił — powiedział ostro król, a Wybrana myślała, że zaraz spali go wzrokiem. Nie rozumiała, jak mógł tak mówić i miała zamiar dobitnie mu wytłumaczyć prawdę.
Arivan...  — zaczął ostrzegawczo Lukas, ale ona nie zwróciła uwagi na niego, skupiając wzrok na wampirze, który jak gdyby nigdy nic, patrzył na nią z lekkim uśmiechem na twarzy.
Posłuchaj mnie. Jeszcze raz nazwiesz go potworem, a przysięgam, że spalę cię na popiół, nie zważając na to, że jesteś królem wampirów! — powiedziała ostro, prostując się.
Arivan uspokój się  — ostrzegł Magnus, widząc, jak dziewczyna traci nad sobą kontrolę. Nie chciał powtórki z dworu.
Nie mam zamiaru się uspokajać. Nie masz prawa nazywać go potworem! Jeżeli chcesz kogoś osądzać za tamto zdarzenie, to tylko mnie. To ja nie zapanowałam nad ogniem! Pożerał mnie!— krzyknęła, czując jak w jej żyłach znów pojawił się ogień, który chciał przejąć kontrolę. Ona jednak umiała, póki co, zapanować nad sobą.
Ale gdy on do ciebie poszedł ogień, uniósł się w górę. Pogorszył tylko sytuację  — powiedział Valentaine, zbity z tropu jej wybuchem.
Nie pogorszył, a uratował mnie! Gdyby nie on, spłonęłabym żywcem, a wy nie mielibyście Wybranej! Dlatego jeśli jeszcze raz usłyszę o karze dla niego, to spotka ona ciebie! — krzyknęła głośno i dobitnie, nie spuszczając wzroku z wampira, który wydawał się również kipieć złością, ale powstrzymywał ją.
         Trójka mężczyzn stała, nic nie mówiąc, a gdy już głos zechciał zabrać starszy wampir, to Arivan przerwała mu.
Nie chcę już nic słyszeć. Wyjdźcie i zostawcie mnie samą! Natychmiast! — rozkazała, niemal krzycząc, a oni spojrzeli na nią, skinęli tylko głowami do siebie.
Już! — powtórzyła ostro, a oni gęsiego wyszli z jej pokoju. Ostatni był Lukas, który spojrzał jeszcze na nią przez ramię ze smutnym uśmiechem, ale ona odwróciła wzrok i wbiła go w okno.
Nie chciała na nich patrzeć i była wściekła. Ogień buzował w jej żyłach, sprawiając ból, a ona starała się go powstrzymać. Nie chciała powtórki z dworu i dlatego wzięła głęboki oddech, po czym wypuściła powietrze z płuc. Próbowała płomień znów ugasić wodą, tak jak radził Samuel. Nie wiedziała, skąd znał tą metodę, ale była mu wdzięczna, że nie zostawił jej wtedy, gdy go potrzebowała. Była pewna, że sama by sobie nie poradziła. A dzięki niemu udało się.
Spojrzała na swoje dłonie, czując jak rozszalały ogień opuszcza jej żyły. Bała się kolejnego takiego czynu, ale cieszyła, że udało jej się zapanować nad sobą.
Myślała o bitwie w Morskich Błękitach i o osobach, które oddały życie. Kolejne śmierci, rozpacz i jeszcze większe poczucie winny w jej sercu. Czuła się tym przytłoczona i nie potrafiła myśleć nawet o Samuelu. Marzyła tylko o spokojnym śnie, aby móc odpocząć i zapomnieć o całym tym bałaganie, chociaż na moment. Znów poczuć się bezpieczną i żyć w świecie względnego pokoju, a nie otwartej wojny i, choć zdawała sobie sprawę, że bez jej darów nigdy się nie skończy, to miała ochotę odejść i zostawić to wszystko za sobą. Zacząć od początku i wydawało się samolubne, ale o tym skrycie marzyła. Zrobiłaby to zapewne, gdyby nie ludzie, których kochała. Oni martwili się o nią i dbali o jej bezpieczeństwo, nie mogłaby ich zostawić na pewną śmierć. Nie po tym, ile dla niej zrobili. Szesnastoletnia ochrona przez Lukasa i jego oddanie za nią i jej bezpieczeństwo. To, że pomimo oziębłości nie dopuścił, aby stała jej się krzywda, wsparcie jakie w nim miał podczas misji i i to, że starał się pomóc jej we wszystkim, co robiła. Przyjaźń Emilii, która pomimo swojego charakterku była kochana i potrafiła wiele dla niej zrobić. Jej bezwarunkowa pomoc, po znalezieniu Arivan w lesie i przygarnięcie jej z bezgranicznym zaufaniem. Oddanie Vlada, który pomimo wszystko był przy niej i pomógł jej w najgorszych chwilach po stracie ukochanego. Jego wysiłek w uratowanie Samuela i bronienie przed wszystkimi z Rady Starszych. Nie chciał, aby nawet ją dotknęli. Wiedziała, jak bał się o nią i martwił. Mark, którego może dobrze nie znała, ale był dla niej ważny, bo polubiła go na dworze i rozumiała jego cierpienie. Magnus, który zajmował się nią, gdy była ranna i uczył magii. Wyprowadził ją z niewiedzy i robił wszystko, aby stała się najlepszym Mędrcem ze wszystkich, którzy żyli. Marlena, która ryzykowała życie, aby dostarczyć jej Księgę i, pomimo że znały się zaledwie kilka godzin, to już udowodniła swoje zaufanie i oddanie sprawie. No i oczywiście Samuel, dzięki któremu poznała smak miłości. On, pomimo tych wydarzeń, pozostał przy niej i nawet, gdy nie był sobą, nie zapomniał o uczuciu do niej. Jego siła i pewność, że da radę, trzymały ją w jednym kawałku. Sama jego obecność dawała jej dużo energii i nowej siły, o której istnieniu nie miał pojęcia.
Może i nie byli jej biologiczną rodziną, ale ona tak ich traktowała. Stali się dla niej najważniejszymi osobami i mogła oddać za nich życie. Nie chciała dopuścić, aby to oni ginęli za nią. Dosyć osób już umarło. Nie wytrzymałaby, gdyby któremuś z nich cokolwiek się stało. Kochała ich i nie chciała stracić żadnego. Ból by ją wykończył.
Zmęczona wydarzeniami z całego dnia, położyła się po prostu i zamknęła oczy. Czuła w środku, że powinna zająć się pogrzebami i wygłosić mowę. Sprawdzić, ile osób zmarło i ile było rannych, ale nie miała do tego siły. W głębi duszy miała nadzieję, że inni to zrozumieją i wybaczą jej to. Nie zdawała sobie sprawy, jak wykończona była i po prostu zasnęła, otoczona myślami o swoich najbliższych. Zasnęła z uśmiechem na ustach, mając przed oczami ich twarze.
                                         **************************
        W swojej jaskini miał jak zwykle ciemno, a światło dawały tylko pochodnie umieszczone na skalnej ścianie. Uwielbiał ten mrok i chłód panujący w jego pokoju. Czuł się tutaj zupełnie swobodnie i nikt mu tutaj nie przeszkadzał.
        Teraz jednak stał, oparty plecami do biurka, które było wykonane z czarnego granitu. Patrzył wściekle, krwistymi oczami na swojego sługę, który chylił przed nim głowę ze strachu. Syriusz miał na sobie czerwony płaszcz, a jego spiczasty nos miał jeszcze ślady zaschniętej krwi po bitwie. Nie śmiał odezwać się do Pana, bojąc się jego gniewu. Wiedział, że zawiedli jego i przerażała go myśl o karze. Pamiętał, co stało się z Albusem, po tym jak zawalił misję od Upadłego. Nie chciał podzielić jego losu i dołączyć do jego duszy, która męczyła się teraz wiecznie w otchłani chaosu, gdzie Lucyfer zsyłał dusze potępionych. Wyjście stamtąd było jedno: przez Upadłego, ale on nigdy nie okazywał litości. Wielu już tam przeżywało męczarnie, które nie miały końca.
     Jak mogłeś dopuścić do przegranej? Dałem wam proste zadanie! Zniszczyć dwór i sprowadzić mi Wybraną razem z moim synem, a wy nawet tego nie umiecie zrobić?! —krzyknął wściekły Lucyfer takim głosem, że po plecach Nienarodzonego przeszły ciarki.
     Panie... My wygrywaliśmy, ale wtedy dziewczyna użyła daru. Musieliśmy się ewakuować, aby nie zginąć — wytłumaczył skruszony mężczyzna, którego mysie włosy, były od popiołu, a ten był wszechobecny w tym świecie.
    Nie zginęlibyście! Upadli nie mogą umrzeć. Są najpotężniejszą rasą! Nawet, jeśli nam się oderwie głowę, to odradzamy się w Piekle. Ciężko to zrozumieć?! — zabrzmiał Lucyfer, gromiąc go spojrzeniem czerwonych oczu . Syriusz widział, jak tańczą w nich płomienie furii.
     Ale Panie, takie odrodzenie trwa latami, a Arivan sprawiała, że nasi płonęli żywcem, a ich dusze nie wracały do Piekła. Nie wiemy, gdzie ich wysłała. Ci, którzy się uratowali, mają wątpliwości   — powiedział spokojnie były członek Rady Starszych, zaciskając dłonie ze strachu.
       Nic mnie to nie obchodzi. Upadłe Anioły to nie ludzie, aby się bać! My nie czujemy strachu. Pożądanie, nienawiść, gniew i dumę tak, ale nie strach i niepewność! To cechy słabych gatunków, a my do takich nie należymy — wrzasnął, a Syriusz był pewny, że każde słowo usłyszał ten, kto znajdował się pałacu Pana.
        Upadły ruszył w jego stronę z miną, która mówiła jedno. Jego sługa nie ruszył się jednak, aby nie pogorszyć sytuacji.
          To ty się boisz. Czuję twój strach na kilometr. Dlaczego więc mam cię oszczędzić?  — zapytał ironicznie. Syriusz nie odezwał się. Nie miał nic na swoją obronę, ale ze wszystkich sił próbował coś wymyślić, aby uratować swoją skórę.
         Poranna Gwiazda patrząc na przerażenie podwładnego, uśmiechnął się, ale był to uśmiech przerażający. Czuł od niego smród strachu i wątpliwości. Nie cierpiał takich osób, ale coś powstrzymywało go przed zabiciem go. Nie rozumiał, co to było, ale jakby czyjaś chłodna dłoń trzymała na jego ręce swoje palce i nie pozwalała na spalenie Nienarodzonego.
       Odpowiadaj! — krzyknął wściekły, unosząc dłoń, w której pojawiła się jasna, kula ognia. Przerażony mężczyzna cofnął się o krok, chociaż wiedział, że nic go nie uratuje. 
          Gdy Lucyfer już miał się zamachnąć i wysłać duszę do chaosu, ten nagle krzyknął coś. co go powstrzymało.
      Ale Panie, ona straciła nad sobą panowanie. Widziałem to. Ogień ją pożerał i nawet, jeżeli przeżyła, to w szeregi jej armii wdała się wątpliwość, czy da radę! — krzyknął przerażony Syriusz, a Lucyfer opuścił dłoń z płomieniem, który natychmiast znikł. Przyjrzał mu się uważnie i uśmiechnął szeroko z zadowalającej go odpowiedzi. Postanowił darować mu życie. Na razie.
     Wreszcie mówisz coś, co chcę usłyszeć  — skomentował i odwrócił się do niego plecami, krzyżując dłonie na piersi.
      Skoro nie potrafi nad sobą panować, to co to za przeciwnik? Przy użyciu daru może zabić siebie i swoich. Wystarczy ją dobrze pokierować i sprawić, aby to zrobiła — mówił sam do siebie, a Nienarodzony stał jak kamień, oddychając głęboko. Czuł przerażenie w sobie, ale i wielkie szczęście, że darowano mu życie. — Jeżeli zaatakujemy w szybkim czasie, nie zdąży nauczyć się panować nad sobą. Zniszczymy ją i ta głupia przepowiednia nie dojdzie do skutku. Wystarczy wybrać dobry moment — Usłyszał znowu głos Lucyfera, który był widocznie podniecony.
       Syriusz nie śmiał się odezwać, dopóki Pan mu nie rozkaże. Nie chciał się narazić. Wolał milczeć i czekać na decyzję Upadłego. Nagle Poranna Gwiazda odwrócił się w jego stronę i, z szerokim uśmiechem na swoich ustach, wydał rozkaz, który mieli niezwłocznie wypełnić:
      Każ Upadłym szykować się do kolejnej bitwy. Niedługo wyruszamy. Jak tylko wzmocnię nasze oddziały... — brzmiało to, jak zapowiedź najgorszej rzeczy, którą mógł zrobić. I chciał to zrobić – wezwać do walki dziewięciu książąt piekieł i ich sługusów.
                                         ******************************
      Arivan znów była w Morskich Błękitach i walczyła przeciwko Upadłym. Nie widziała nigdzie wokół nikogo znajomego, co ją przerażało. Martwiła się, czy dają sobie radę. Nie miała czasu do myślenia, bo co chwila pojawiał się nowy demon, który zaczynał ją atakować. Nie wahała się, zatapiając w nich ostrze swojej broni. To były potwory, a ona doskonale pamiętała, co robili, gdy była na dworze, co próbował zrobić jeden z nich w domu Samuela. Nienawidziła ich za ich pewność swojej siły i brak jakichkolwiek zahamowań. Nie mieli nic z ludzkich uczuć, przez, co nie żałowała mordując te istoty.
        Gdy zabiła kolejnego demona, ujrzała swojego przyjaciela. Młody wampir wysysał właśnie krew jednego z Upadłych Aniołów. Zapatrzyła się na niego chwilę, patrząc na skupioną twarz i napięte mięśnie, które trzymały przeciwnika. Jego wyraz obrzydzenia z powodu smaku krwi,był okropny. Po chwili kopnął ciało, które upadło bezwładnie na ziemię, a Vladimir splunął tylko jego krwią z nieukrywaną odrazą.
       Arivan cieszyła się, że był cały. Chciała już odwrócić się, gdy zobaczyła jak trzech kolejnych wrogów chwyta go. Dwóch za ramiona, a trzeci za głowę, próbując go rozerwać. 
        Widziała ból na jego twarzy i nie zauważyła nawet, kiedy zerwała się do biegu. Nie miała zamiaru dopuścić do zrobienia krzywdy Vladowi. 
        Z całej siły odbiła się od ziemi i skoczyła na jednego z napastników przyjaciela. Siła, z jaką na niego wpadła, zmusiła go, aby puścił rękę wampira. Z dzikim okrzykiem zatopiła w jego głowie miecz.
        Nie wpatrywała się w niego nawet sekundę. Odwróciła się na pięcie i zobaczyła, jak dwójka z Upadłych szarpie Vladimirem, który usilnie starał się uwolnić. Czuła, jak jej serce stanęło, gdy bezgłośnie wymówił imię dziewczyny. Rzuciła się w jego stronę, ale było za późno. Silniejszy demona chwycił jego kark i bez żadnych skrupułów skręcił mu go, po czym oderwał głowę od reszty ciała, które bezwładnie upadło na posadzkę. Dźwięk, który temu towarzyszył sprawił, że Arivan poczuła, jak jej serce się zatrzymało. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że krzyczy na całą salę, a po policzkach pociekły słone krople rozpaczy.
         Opętana rządzą zemsty, rzuciła się na Upadłego, który zabił Vlada. Nie zwróciła nawet uwagi na drugiego. Gdy próbował ją zatrzymać, przecięła go na pół. Rzuciła się z furią na tamtego i zatopiła miecz w jego sercu. Śmiał się, więc wyjęła ostrze i zatopiła je po raz kolejny, ale tym razem trafiło w jego usta. Krew trysnęła na nią, a on zawył z bólu. Przekręciła miecz, patrząc na jego agonię i czując chorą satysfakcję.
       Zaczął drżeć pod nią, by po chwili znieruchomieć i zamienić się w pył. Wstała wtedy i na chwiejnych nogach obróciła się do ciała Vlada. Jego głowa leżała obok reszty ciała i miała otwarte usta w niemym błaganiu o pomoc, a oczy wyrażały ogromny ból.
         Padła przed nim na kolana i chwyciła jego głowę w swoje dłonie, przyciągając ją do piersi. Zaczęła głośno szlochać i krzyczeć na cały głos, nie zwracając uwagi na toczącą się bitwę wokół niej. Ból był rozdzierający, a ona wciąż słyszała dźwięk, pękających kręgów w jego ciele i odrywanego ciała. Nie potrafiła się opanować. Wściekłość ani na trochę nie znikała, a ona nie miała siły, aby cokolwiek zrobić. Było jej wszystko jedno czy zginie czy nie. Straciła najlepszego przyjaciela, który zginął w jej sprawie. Umarł za nią i przez nią. Nie potrafiła sobie tego wybaczyć i zapanować nad swoim ciałem, którym wstrząsały dreszcze i co chwila nowy krzyk rozpaczy wydobywał się z jej spękanych ust. GłosArivan mówił wszystko, co się stało; jak wielka była dla niej to strata i jak ogromny ból ze sobą przyniosła. Każdy chciał do niej podbiec, ale nie mogli, bo uniemożliwiali to Upadli, którzy radowali się, widząc stan dziewczyny.
       Arivan na nic nie patrzyła i ściskała mocniej oderwaną głowę, szlochając głośno i przeklinając cały świat za jego niesprawiedliwość.
       Nie!!! — krzyknęła nagle, siadając gwałtownie na łóżku. Cała spocona rozejrzała się po pokoju i próbowała uspokoić oddech.
       To tylko sen. Tylko koszmar — powtarzała sobie, starając się zapanować nad strachem. Czuła ślady po łzach na swoich policzkach i jak cała się trzęsła.
          Wiedziała, że to koszar senny, ale nie miała pojęcia, co ją z niego obudziło. Była zamroczona, bo wydawał jej się tak rzeczywisty, że aż czuła ból po obudzeniu się. Miała ochotę pójść sprawdzić, czy z Vladem wszystko w porządku, ale wyszła na kretynkę. On na pewno był cały i zdrów, a jej ubzdurało się coś w głowie.
        Chciała już z powrotem położyć się, aby zasnąć, ale usłyszała pukanie do drzwi. Miała nadzieję, że to Samuel, bo strasznie go potrzebowała. Musiała się komuś wygadać, a on zawsze jej słuchał i umiał sprawić, że czuła się bezpieczna.
        Wstała na chwiejnych nogach i podeszła do drzwi, zapominając, że wciąż była w ubraniach, które dano jej w sali szpitalnej. Ciemny dres i sweter nie były najładniejsze, ale to nie była jakaś randka, więc nie przejęła się.
         Otworzyła drzwi i ze zdziwieniem zobaczyła w nich młodego wampira, który, ubrany w czarną koszulkę i spodnie, patrzył na nią ze zmartwioną miną. Po jego ciemniejszym odcieniu oczu wiedziała, że albo coś się stało, albo był głodny. Nie miała pewności, co było gorsze.
            Vlad? Co ty tutaj robisz?  — zapytała zdziwiona, a on uśmiechnął się lekko.
         Mogę wejść? Chciałem pogadać — odpowiedział tajemniczo, a ona skinęła głową i wpuściła go do środka, po czym zamknęła za nim drzwi i usiadła na skraju łóżka obok wampira.
         Coś się stało? — spytała zmartwiona.
     Nie, ale muszę ci to powiedzieć. Po prostu posłuchaj, okej? — powiedział, a ona skinęła głową i napięła mięśnie, aby przygotować się na informacje od przyjaciela.
        Ten wziął głęboki oddech, chociaż nie musiał i zacisnął dłonie w pięści.
         Wiem, że zraniłem cię strasznie i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie...  — zaczął, a ona już chciała mu przerwać. Nie dał jej jednak dojść do słowa i kontynuował — Ale staram się to naprawić. Nie chcę, abyś myślała, że jestem taki jak kiedyś. Zmieniłem się. Zależy mi na tobie...
     Mi na tobie też  — przerwała mu, a on tylko uśmiechnął się smutno i spojrzał w jej oczy, chwytając za jedną dłoń.
       Wiem. Ari, pamiętasz jak pomogłem ci z ratunkiem dla Samuela. To ja starałem się ci pomóc. Uratować go. Potem jakoś cię pocieszyć, a gdy zniknęłaś, co noc myślałem, gdzie jesteś i jak się czułaś. — Arivan zaśmiała się lekko i słuchała dalej. — A kiedy już cię znalazłem, poczułem się, jakby ktoś przywrócił moje serce do życia. Tak bardzo się cieszyłem, że cię mam. Myślałem, że już wszystko się ułoży, ale musiał się pojawić on — przerwał na moment, a dziewczyna chciała się odezwać. On jednak był szybszy.
         Wiem, że jest dla ciebie ważny, ale nie widzisz, że to nie ten sam Samuel. To jakiś potwór. To ja cię broniłem i starałem się zapewnić bezpieczeństwo. On próbował cię zabić!
          Nie był sobą
       Nie prawda! Ja nigdy bym nie podniósł na ciebie ręki — powiedział, dotykając chłodną dłonią jej rozgrzanego policzka. — Traktowałbym cię jak cud świata i chronił całym sobą. Byłabyś moją królową, Ari, a nie jak dla Samuela zwykła dziewczyną i jeszcze obiektem do zabicia. Musisz coś zrozumieć. On nigdy nie będzie jak dawniej..
          Mylisz się..
        Wcale nie. Okłamujesz samą siebie. On tylko udaje. Ari, z nim nie stworzysz normalnego związku, ale ze mną tak — powiedział spokojnie i pochylił się w stronę jej twarzy. Nie wiedziała, co zrobić i skamieniał jak kamień, patrząc w jego ciemne oczy, które wyrażały desperację.
           Ari ja cię kocham — szepnął jej na ucho i przymknął oczy, muskając jej usta swoimi.

                                       **************************
Uff skończyłam! Myślałam, że zajmie mi to wieczność, ale udało się. Przyznam się wam, że byłby wcześniej, ale kompletnie nie miałam do tego weny. Myślę jednak, że wybaczycie mi to i ucieszycie się, że już jest kolejny rozdział. I nie zabijajcie mnie za końcówkę, co? Obiecuję, że postaram się dodać jeszcze jeden rozdział w tym miesiącu. Może więcej, ale nic wam nie obiecuje. Wiecie egzaminy tuż tuż no i wybór szkoły. Na szczęście mam już wybraną i tylko papierkowa robota mi zostanie. Życzcie szczęścia;D
A co do rodziało to czekam na wasze opinie uaktywniajcie się, co? Zależy mi na waszym zdaniu i bardzo brakuje mi tej sporej liczby wyświetleń i komentarzy :* Liczę na was, a dużo to czasu nie zajmuję. No cóż do usłyszenia aniołki *.-
Buziaki wasza
    - Dont Cry To Me :*
BETA: Agrat bat Machlat :* Bardzo dziękuje za poprawę *.-
PS. Zwiastun już wstawiony. Możecie obejrzeć go w zakładce : Kącik dla ciekawych lub na youtube. Serdecznie zapraszam i czekam na wasze opinie, liczę na szczerą krytykę :* Papa :D
I jeszcze jedno. Mam propozycje. Mogłabym utworzyć grupę, gdzie będę zamieszczała informacje o postach i w ogóle. Jeżeli jesteście za to napiszcie, a zrobię to :*