środa, 23 marca 2016

Rozdział.7.

       Stał skamieniały jeszcze moment, aż poczuł jak zrobiło się o wiele zimniej. Przeszły go dreszcze, ale nie zwrócił na to uwagi. Znał to i doskonale zdawał sobie sprawę, że w pokoju pojawiła się zjawa/duch. Dawno już tego nie doświadczył. Ostatni raz był w piekle, gdzie pokazali mu się zastępczy rodzice. Chcieli mu coś powiedzieć, ale przeszkodził im Lucyfer, który akurat wszedł do jego pokoju. Wtedy myślał, że to przypadek, ale teraz wiedział, że zrobił to specjalnie, aby nie powiedzieli mu czegoś ważnego. Zapewne tego, że był okłamywany przez własnego ojca i ten torturował go, wpajając mu fałszywe wspomnienia. Szkoda, że nie udało im się go ostrzec. Może wtedy uciekłby stamtąd i wrócił do Arivan. Ostrzegłby ich o Upadłych, a tak teraz wszystkie plany, które powiedział mu Poranna Gwiazda zapomniał. Zabezpieczył się pewnie, gdyby go zdradził. Dobrze pomyślał. Szkoda, że za żadne skarby nie umiał sobie przypomnieć tajemnic, które powierzył mu ojciec. To było jakieś przekleństwo, że miał nad nim taką kontrolę i Samuel nienawidził siebie za to.
Poczuł jak coś lodowatego przemknęło obok niego, a następnie ujrzał tą postać przed sobą. Była to kobieta o czarnych włosach i oczach bardzo podobnych do jego. Miała na sobie ciemno-niebieska szatę, a na ustach pojawił się blady uśmiech, kiedy spojrzała na niego. Chłopak czuł, że skądś ją znał, ale nie mógł sobie przypomnieć kim była. Przerażało go, że była tak podobna do niego. Te same oczy i podobne rysy twarzy. Niemal ten sam kolor włosów, tyle że jego były jaśniejsze. Przychodziła mu do głowy tylko jedna myśl, ale nie mógł jej wypowiedzieć na głos. Po prostu nie umiał.
- Witaj synku - odezwała się nagle spokojnym głosem kobieta i zrobiła krok w jego stronę. Ten zaskoczony cofnął się, mocniej chwytając łuk. Słowa dotarły do jego uszy i wdzierały się siłą do umysłu, bo nie umiał ich przyjąć. Nie chciał. Jego matka umarła na jego oczach, chociaż tamta go nie urodziła, to była jego mamą. Zawsze ją za nią miał i tylko ją tak kochał. Nawet, kiedy dowiedział się prawdy nie zmienił zdania. Z tatą było inaczej. Musiał zaakceptować, że miał dwóch, ale teraz uważał tylko tego, który go wychowywał za prawdziwego ojca, nie Lucyfera.
Ale teraz, gdy ta kobieta mówiła, że była tą, która go urodziła, nie mógł wypowiedzieć ani słowa. Otworzył tylko szerzej usta i patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, w których krył się ból i żal. Miał ochotę nakrzyczeć na nią, że go zostawiła i nie ochroniła przed Upadłym, ale nie potrafił. Nie znał jej i zupełnie nie wiedział, czy chciał to zmieniać. Nie myślał o spotkaniu z nią i nie przewidział, że ona kiedyś się zjawi. Niestety tak się stało i on zupełnie nie umiał się oswoić z tą sytuacją. Najchętniej uciekłby stamtąd, ale nogi mu skamieniały i zupełnie jakby przykleiły się do podłogi.
Wciąż w głowie dudniły mu jej słowa "Witaj synku" 
- Powiedz coś Samuelu - zachęciła go z uśmiechem, ale on milczał nadal, wpatrując się w nią. Próbował coś wypowiedzieć, ale usta miał zupełnie suche, a w gardle pojawiła się ciężka gula, która uniemożliwiała mu mowę i utrudniała oddychanie.
- Nie jesteś moją matką. Ona umarła na moich oczach razem z ojcem - odezwał się w końcu ostrym tonem, choć wcale tego nie chciał. Nie potrafił, jednak powstrzymać podświadomej złości i żalu. Teraz dawały one się we znaki.
Kobieta spoważniała i zanim cokolwiek powiedziała trzy razy otworzyła i zamknęła usta, jakby nie umiała spleść zdania. Nie uśmiechała się już, a w jej oczach krył się smutek, który próbowała ukryć. Nie szło jej to za dobrze. Była podobna do chłopaka. On również nie za dobrze ukrywał emocje, ale po miesiącach w Piekle nauczył się tego, wcześniej nie umiał.
- Wiem dlaczego tak mówisz i rozumiem. Miranda była świetną matką. Mi nie była dana nawet szansa, aby nią zostać. Nigdy jej się nie odwdzięczę, że tak się wychowała i traktowała jak swojego syna - powiedziała w końcu ze smutkiem w głosie i  stanęła tuż przed nim.
Skinął tylko głową. Nie był w stanie nic odpowiedzieć. Nie miał pojęcia nawet co mógłby powiedzieć.
- Byłeś cudownym dzieckiem tak jak teraz.. - zaczęła i dotknęła jego policzka z rozmarzonym wyrazem na twarzy. Nie drgnął nawet o milimetr - Obserwowałam cię całymi dniami i widziałam jak dorastałeś, ale nie mogłam cię dotknąć, przytulić i ucałować do snu. Tak mi brakowało mojego synka, ale wiedziałam, że byłeś z nimi bezpieczny. Ci normalni ludzie chronili cię przed twoim ojcem.. - mówiła, patrząc na niego z niewidomym wzorkiem i nadal głaszcząc po policzku. Był to miły i matczyny gest i chociaż jej dłonie były lodowate to i tak zrobiło mu się nieco lżej.
- Ale niestety kiedyś musiał cię znaleźć. Tak bardzo nie chciałam tego. Przepraszam cię moje dziecko - dodała po chwili i zamilkła, zabierając dłoń z jego twarzy i odwracając wzrok w bok.
Zobaczył jak po jej poliku cieknie samotna łza. Ścisnęło mu się serce, ale starał się pozostać opanowanym.
- Dlaczego mnie zostawiłaś? - zapytał nagle oschłym tonem, a ona zwróciła twarz w jego stronę z bladym uśmiechem.
- Nie zostawiłam cię z własnej woli - odpowiedziała krótko, ale on nie miał zamiaru dać za wygraną.
- Jak to? Jak to było z tobą i Lucyferem? Jak mogłaś się w nim zakochać? Nie widziałaś jakim potworem był? - zasypał ją lawiną pytań, a ona uśmiechnęła się smutno, zamyślając się i patrząc na coś ponad ramieniem chłopaka. Dobrze wiedział, że wspominała coś co wydarzyło się za jej życia.
- Poznałam go pod imieniem Marcus. Wtedy wydawał mi się idealnym facetem. Był czuły i kochany, a ja zakochałam się w nim - zaczęła opowiadać spokojnym głosem z lekkim uśmiechem - Opiekował się mną, a ja pod jego namową zamieszkałam z nim zaraz po ukończeniu osiemnastu lat. Straciłam kontakt  z rodziną, ale nie myślałam wtedy o tym. Liczył się tylko on. Ale jego zachowanie się zaczęło zmieniać. Robił się nerwowy i strasznie zaborczy. Aż pewnej nocy... - zamilkła na moment, a uśmiech znikł z jej twarzy. Pojawił się natomiast ból i łzy w oczach.
-Zgwałcił mnie, a ja nie umiałam się przeciwstawić. Zrobił to tylko raz, ale ja podczas tego dojrzałam jego prawdziwe oblicze. Wiedziałam, że to był Lucyfer, ale nic nie mogłam zrobić. Przez następne dni nie pozwalał mi wyjść, ale po minięciu dwóch tygodni zabrał mnie do ginekologa. Oczywiście nie można już było stwierdzić gwałtu, ale okazało się coś innego - zamilkła na moment, a łza spłynęła po jej policzku. Mimo wszystko uśmiechnęła się i spojrzała znów na niego.
- Byłam w ciąży. To byłeś ty Samuel - powiedziała po chwili i dotknęła krótko jego policzka. Przeszły go dreszcze od jej opowieści i jeszcze bardziej znienawidził Lucyfera, za to co zrobił kobiecie - jego matce.
- Postanowiłam uciec od niego, bo wiedziałam, że zabierze mi ciebie. Z trudem uciekłam od niego. Zmieniłam tożsamość i z pomocą kilku wampirów uciekłam do innego kraju. Tam ciebie urodziłam. Gdy tylko pierwszy raz cię ujrzałam byłam najszczęśliwsza na całym świecie. Byłeś taki piękny. Od razu cię pokochałam - powiedziała z uśmiechem, a on również słabo się uśmiechnął. Nie miał pojęcia jak się zachowywać w tej sytuacji.
- Niestety mogłam tylko raz mieć cię w ramionach. Potem... umarłam, a ty trafiłeś do rodziny Night'ów.  Pilnowałam was te wszystkie lata i uniemożliwiałam odnalezienie ciebie - dodała i nagle po jej twarzy przemknął grymas bólu. Chwyciła się za brzuch i zgięła w pół, a on odruchowo złapał ją i przytrzymał. Zląkł się, bo nie słyszał o tym, aby duchy czuły ból.
- Twój ojciec nawet po mojej śmierci zostawił mi karę. Kiedy tylko mówię o nim i tym co się stało odczuwam straszny ból, ale to da się znieść - wytłumaczyła i wyprostowała się z uśmiechem, patrząc na syna, który wciąż ją trzymał, jakby bał się, że upadnie.
- Dlaczego on jest takim potworem? Umarłaś przez niego? - zapytał poważnie, a ona skinęła głową.
- Byłam przy własnej sekcji. Okazało się, że podczas gwałtu uszkodził coś poważnego, a po porodzie to pękło i spowodowało śmierć - odpowiedziała obojętnie.
- Bardzo bolało? - zapytał smutno. Poczuł się, jakby to było jego winą, choć nie był tego świadomy. Był noworodkiem.
- Poród? Nie to jest normalne u kobiet
- Nie poród, śmierć - przerwał jej, a ona wzruszyła ramionami z tym matczynym uśmiechem.
- Nie pamiętam tego za bardzo. Skupiłam się wtedy na tobie i nie czułam bólu. Tylko twoje malutkie serduszko - wytłumaczyła, a on uśmiechnął się lekko. Mimo wszystko ucieszył się z poznania matki. Za to jeszcze bardziej znienawidził Lucyfera, a wszystko co zrobił jego matce. Jej i jemu. Jego rodzicom i każdej innej osobie. Obiecał sobie, że za wszystko mu zapłaci.
- Przykro mi, że tyle przez niego wycierpiałaś...
- Nie! Synku ty niczego nie jesteś winny. W tym wszystkim to ty jesteś moim promieniem słońca. Ty przytrzymałeś mnie przy życiu. Uciekłam nie dla siebie, ale dla ciebie - przerwała mu i powiedziała poważnym tonem, a on uśmiechnął się krzywo.
- Lucyfer nigdy nie odpowiadał na pytania o tobie. Powiedział tylko, że miałaś na imię Laura to prawda? - zapytał, a ona skinęła głową.
- Przynajmniej to powiedział prawdziwe. Nienawidzę go, wiesz ? Wszystko mi odebrał i zrobił ze mnie potwora. Zabrał mi rodziców... to znaczy tych, którzy mnie wychowali - powiedział, a ona uśmiechnęła się krzywo.
- Normalnie powiedziałabym ci, że nie możesz nienawidzić ojca, ale ja sama go nienawidzę. A oni są twoimi rodzicami. Kochali cię i nadal tak jest. Obserwują cię z góry i martwią się - odpowiedziała spokojnie.
- Wszystko u nich gra? - spytał odruchowo i przygryzł język, że tak wybuchł.
- Tak są razem i czuwają nad tobą. Cała trójką cię obserwujemy i nie jesteś potworem. Lucyfer tak, ale ty nie. Jesteś cudownym chłopakiem, a to co on ci zrobił nie zniszczyło cię. Musisz tylko znów odnaleźć siebie - odpowiedziała z uśmiechem i spojrzała z powrotem na syna, który wydawał się odczuć ulgę z powodu jej odpowiedzi.
Milczał dłuższą chwilę, aż zobaczył jak ona zaczęła znikać. Spojrzała na siebie i uśmiechnęła się smutno.
- Zostań jeszcze - poprosił, a ona dotknęła go w policzek. Ledwo to poczuł.
- Nie mogę, ale zawsze jestem przy tobie - odpowiedziała.
- Sami uważaj na tego dorosłego wampira. Nie ufaj mu i zawsze słuchaj co mówi ci serce - dodała po chwili i pocałowała go w czoło. Przeszły go dreszcze i zobaczył jak jego matka zniknęła całkowicie. Zszokowany stał tam jak głaz, gdy temperatura wróciła do normy. Starał się poukładać wszystko sobie w głowie. Spotkanie z matką wywarło na nim niemałe wrażenie i starał się  poukładać wszystko. Znienawidził do końca Lucyfera-to pewne. Cieszył się, że ją spotkał, ale poczuł też kolejny ból w sercu z powodu straty. Nawet nie mógł spotkać jej za życia. Dopiero po jej śmierci i to po ilu latach. To smutne, ale musiał się z tym pogodzić. Przyzwyczaić, że nic nie będzie takie jakie on by chciał. Życie nie było bajką, a może i wręcz było jak koszmar seny, z którego chciałoby się obudzić jak najszybciej. Niestety tak się nie dało.
Nagle usłyszał jak drzwi sali się otworzyły. Odwrócił się na pięcie i spojrzał na osobę. Stała tam Arivan, która miała na sobie piżamę. Obejmowała się ramionami i patrzyła na niego z przerażeniem w oczach. Była boso i drżała z zimna.
Od razu podszedł do niej i złapał za ramiona. Widział w jej oczach strach i łzy. Zmartwił się, bo kiedy wychodził, wyglądała na spokojną i spała bez żadnego rzucania się po łóżku czy jęków. Chyba źle ocenił jej stan. Nie powinien jej zostawiać samej, ale chciał po prostu pomyśleć. No i spotkał matkę. Przynajmniej czegoś więcej się dowiedział i wciąż pamiętał jej słowa : "Uważaj na dorosłego wampira..." Zdawał sobie sprawę, że chodziło jej o Valentain'a i sam go nie lubił i nie ufał mu. Teraz kiedy kobieta go utwierdziła, że coś było z nim nie tak, stał się jeszcze bardziej podejrzliwy.
- Ari co się stało? - zapytał zmartwiony chłopak, a ona nagle przytuliła się do niego i schowała twarz w jego przepoconą koszulkę. Nie zwracała, jednak na to uwagi, bo zbyt się przeraziła, gdy nie zobaczyła go u siebie  w pokoju po przebudzeniu. Teraz nie mogła się uspokoić.
- Nie było cię jak się obudziłam. Nie rób tak więcej - wyszeptała ochrypłym głosem i uniosła głowę, patrząc na niego. Uśmiechnął się lekko, chociaż wciąż myślał o matce.
- Dobrze, ale powinnaś dalej spać. Mało ostatnio sypiasz - odpowiedział i dotknął jedną dłonią jej zgrzanego policzka.
Uśmiechnęła się, przymykając oczy na ten gest.
- Nie potrafię. Śnili mi się rodzice. Rozmawiałam z nimi, a potem znikli... nie chcę aby kolejne osoby, ważne dla mnie znikały. Nie chcę, abyś ty zniknął - powiedziała łamiącym się głosem i jedna łza, poleciała po jej policzku na bluzkę.
Otarł kolejną wierzchem dłoni i pochylił się w jej stronę z tajemniczym wyrazem twarzy. Oczy jego były szaro-niebieskie bez chociażby kropelki czerni.
- Nigdzie się nie wybieram - szepnął, a ona poczuła spokój, który rozszedł się po jej ciele po jego słowach. Nie umiałaby znowu żyć bez niego. Nie przetrwałaby tego.
Chłopak pocałował ją delikatnie w czoło z lekkim uśmiechem, a ona przytuliła się z powrotem do niego i zamknęła oczy. Powoli znów nachodziło ją zmęczenie, ale wiedziała, że już nie dane jej będzie zasnąć. Świtało i niedługo miała mieć trening z Magnusem. Może wreszcie zacznie uczyć jej praktycznej magii, a nie teorii. Naprawdę bała się już, że nie zapanuję nad swoimi darami. Coraz trudniej szło jej je okiełznać, gdy używała ich,a do walki z Upadłymi musiała mieć zupełną kontrolę nad żywiołami. Niestety mag upierał się, że na to przyjdzie czas, a najpierw musiała poznać historię i wszelką teorię. Nie rozumiał, że oni już nie mieli czasu i w każdej chwili mogło dojść do decydującego starcia, a przecież to ona miała uratować wszystkich i pokonać Lucyfera. Nie uczyniłaby tego, gdyby nie potrafiła opanować darów i one pochłonęłyby ją. Wolałaby tego uniknąć. Bała się tego, ale przed nikim nie umiała się do tego przyznać. Musiała być Wybraną i Nieustraszoną jednocześnie, choć miała niecałe siedemnaście lat.
- O czym myślisz? - zapytał nagle Samuel, który również odpłynął myślami, ale on do spotkania z matką i rozmowy. Wciąż widział ją przed oczami. Jej słaby uśmiech i łzę, która pojawiła się, gdy opowiadała o okrucieństwie, które sprawił jej jego ojciec. Przysiągł sobie, że zemści się też za to. Za krzywdę, którą jej wypełnił.
Dziwnie też czuł się z myślą, że był dzieckiem z gwałtu. Nie było to miłe uczucie, bo czuł się taki trochę niechciany i odrzucony, choć tak nie było. Czuł się, jakby to była jego wina, a przecież nie miał zupełnie wpływu na to co zrobił Poranna Gwiazda.
- O całym tym bajzlu, w który cię wpakowałam - odpowiedziała, choć to nie było do końca prawdą.
Uniosła głowę i spojrzała w bok, gdzie leżał łuk chłopaka. Nie wiedziała nawet kiedy go upuścił.
- I tak by mnie to czekało, ale wtedy nie mia...nie poznałbym ciebie - poprawił się zawstydzony. Nadal nie potrafił wypowiedzieć pewnych słów. Wywoływało to ogromny ból i po prostu blokowało mu mowę. Zupełnie jakby ktoś go zablokował na to. I domyślał się kto.
Poczuł jak wzbierała się w nim złość, a demony znów dawały się we znaki.
Puścił odruchowo dziewczynę i cofnął się od niej o krok. a ona zaskoczona spojrzała na niego. Przechyliła lekko głowę i wpatrywała się jak na jego twarzy pojawiały się przeróżne emocje. Głównie górowała złość. Jego oczy znów zaczęły zachodzić czernią, a ona cofnęła się napinając mięśnie w przygotowaniu na odparcie ataku.
Samuel zacisnął z całej siły mięśnie w pięści, ale czuł, że zaraz wybuchnie. Odwrócił się na pięcie i odszedł do stolika z mieczami pod ścianą. Arivan obserwowała go czujnie, kiedy brał jeden z nich.
Na chwilę znieruchomiał i myślała, że opanował się, ale pomyliła się i to bardziej. Zanim zdążyła zareagować odwrócił się i rzucił w jej stronę. Z nieludzką szybkością był już przy niej i powalił ją na ziemie, siadając na niej okrakiem ze sztyletem na głową. Nie myślał racjonalnie, a jego oczy były całe czarne. Przeraziła się i zaczęła wierzgać, ale na marne.
W ułamku sekundy miecz spadł w dół, a ona zdążyła zahamować jego dłoń tuż nad swoją klatką piersiową. Z trudem go powstrzymywała i oddychała o wiele szybciej niż normalnie, patrząc mu na twarz, gdzie pojawił się złowieszczy uśmiech, który widziała kiedyś u Lucyfera.
- Samuel proszę cię. Wiem, że tam jesteś - mówiła spokojnym głosem, choć w środku cała się trzęsła.
- Wróć do mnie. Wiem, że nie jesteś potworem. Znam cię i wiem, że mnie nie skrzywdzisz - dodała i łza spłynęła po jej policzku. Postanowiła spróbować, czując jak jego upór słabnął.
Zamknęła oczy i po prostu odpuściła. Zabrała dłonie i przygotowała się na ból w klatce piersiowej, który jednak nie nadszedł. Słyszała jego przyspieszony oddech, ale nie otworzyła oczu. Dała mu jeszcze czas. Leżała spokojnie pod nim. Zaufała mu i nie zawiodła się. Wiedziała, że był nadal jej ukochanym Samuelem, a nie potworem, którego próbował stworzyć Pierwszy Upadły.
Po chwili otworzyła oczy i zobaczyła przerażone oczy chłopaka, o dawnej barwie. Miecz odrzucił na bok i teraz przyglądał jej się przerażony.
- Wszystko gra. Już dobrze - odezwała się cicho i dotknęła jego polika. Nawet nie drgnął. Siedział na niej i wpatrywał się w nią, jakby była duchem.
Powoli wysunęła się z pod niego, a on nie opierał się. Nie wstała, jednak tylko uklękła przy nim i objęła go z całej siły za szyję, przyciągając do siebie. Przez moment nic nie zrobił, a potem odwzajemnił gest i przytulił się do Arivan, chowając twarz w jej rozpuszczonych włosach.
- Przepraszam - wyszeptał ledwo słyszalnie, a ona uśmiechnęła się. Nie była na niego zła. Rozumiała.
- Nic nie szkodzi. Opanowałeś się to najważniejsze
- Ale mogłem cię zabić. Dlaczego odpuściłaś? - zapytał i spojrzał w jej oczy, w których nie było cienia złości. Było to piękne uczucie, którego on nie rozumiał. Uważał siebie za potwora i nie rozumiał, jak mogła go pokochać kolejny raz.
- Bo ci ufam i wiem, że nie zrobiłbyś mi krzywdy - odpowiedziała i pocałowała go krótko w polik, pod wpływem emocji. Tęskniła za ich zbliżeniami, ale nie mogła nalegać, więc czekała cierpliwie. Niestety nie raz emocje brały górę.
Samuel uśmiechnął się i przeczesał jej włosy dłonią, zamyślając się nad tym jaką cudowną i silną osobą była. Jaka potrafiła być kochana i zachować się odpowiednio do sytuacji. Zazdrościł jej tego, bo on tak nie potrafił.
- A co jeżeliby się tak stało? - zapytał nagle, nie przestając głaskać jej włosów z zamyśloną miną.
Arivan uniosła zaskoczona głowę i spojrzała na niego z błyskiem w oku. Uśmiechnęła się lekko i dotknęła jego zgrzanego policzka.
- To wtedy... - zaczęła, ale nie dane było jej dokończyć, bo drzwi sali nagle otworzyły się z hukiem uderzając w ścianę.
Dziewczyna wzdrygnęła się na ten dźwięk i odwróciła w stronę drzwi, napinając mięśnie. Samuel puścił ją i zawstydził się jak małolat, który został nakryty na całowaniu z dziewczyną.
W drzwiach stał młody likantrop, który patrzył na nią speszonym wzrokiem, a jego jasne włosy, były mokre od potu. Pewnie miał trening i wyrwali go, aby przekazał coś Wybranej. Była ciekawa o co mogło znowu chodzić.
- Co się stało? - zapytała sucho, nie zerkając nawet na chłopaka, który stanął obok niej z podejrzliwym wyrazem twarzy. Chciała z nim porozmawiać, ale wiedziała, że obowiązki Wybranej nie mogły czekać. Musiała puki co odłożyć rozmowę na później.
- Ja... szedłem z treningu i...i zobaczyłem króla wampirów z naszym alfą. Kłócili się i wyglądali jakby mieli się pobić. Nie chciałem pani przeszkadzać, ale oni zaczęli się atakować! - odpowiedział zdyszany i wydawał się być przerażony.
Arivan westchnęła i zerknęła tylko na Samuela.
- Idziesz ze mną? - spytała, a on zaprzeczył. Posmutniała, ale musiała załatwić spór władców, bo mogło to wywołać niezłe kłopoty.
- Zaprowadź mnie do tych dzieci - powiedziała ostro, patrząc na młodego likana, który skinął głową i odwrócił się na pięcie, po czym ruszył szybkim krokiem w głąb korytarza.
Dziewczyna ruszyła za nim, ale zanim zniknęła za drzwiami spojrzała jeszcze na Samuela, który podnosił akurat łuk z podłogi i miecz.
- Pogadamy później - powiedziała z uśmiechem, a ona zwrócił twarz w jej stronę. Posłał jej krótki uśmiech po czym, odwrócił się, idąc do stolika z bronią. Przez moment patrzyła na niego, ale zaraz zwróciła się w stronę korytarza i ruszyła biegiem, aby dogonić młodego chłopaka.
Czasem miała ochotę nawrzeszczeć na władców, bo chociaż byli dorośli to zachowywali się jak dzieci. Nie umieli dogadać się dla dobra poddanych tylko woleli pozabijać siebie i wywołać walki pomiędzy rasami. Miała zaledwie niecałe siedemnaście lat, a czasami była bardziej dojrzała od nich.
Szybko odnalazła dwóch mężczyzn, którzy stali naprzeciw siebie. Jeden warczał drugi, syczał pokazując swoje bielutkie kły. Stali w niewielkiej odległości od siebie i byli gotowi w jednej sekundzie skoczyć na przeciwnika. Żaden z nich nie spuszczał wzorku z drugiego choćby na sekundę. Alfa wilkołaków miał złote oczy, co oznaczało, że był w początkowej fazie przemiany. Podobnie było u wampira, którego kły były wysunięte na całą długość. Arivan zdawała sobie sprawa, że kwestią czasu było nim rzucą się sobie do gardeł. Nie mogła do tego dopuścić.
Westchnęła i skrzyżowała dłonie na piersi, zerkając tylko na chłopaka, który przerażony patrzył na scenę przed nim.
- Dosyć! - wrzasnęła głośno, gdy Valentaine miał zamiar rzucić się na Luke. Oboje zaskoczeni spojrzeli na nią i od razu  się uspokoili, a ich znaki rozpoznawcze zaczęły znikać. Dziewczyna przewróciła oczami i ruszyła w ich stronę.
                                               *******************
           Lukas stał przed schodami, patrząc jak Marlena dochodziła już do drzwi pewnym krokiem. Nie umiał oderwać od niej wzroku. Pamiętał jaka była piękna i nic się nie zmieniła. Zawsze pewna siebie i nie dawała sobie wejść na głowę. Kochał ją za to i za jej upór, który nigdy jej nie opuszczał. Przypominały mu się wszystkie chwilę, które spędzili razem i choć wiedział, że to nie dobry czas na wspominanie nie potrafił się powstrzymać. Wiele dla niego niegdyś znaczyła. I chyba dużo się nie zmieniło.
Wyrwał się z rozmyśleń, gdy zobaczył jak ona nagle zdrętwiała. Była tuż przed drzwiami, kiedy złapała się za brzuch ręką i upuściła księgę. Lukas zareagował błyskawicznie i wbiegł po schodach. W ostatniej chwili złapał ją, ratując przed upadkiem. Chwycił ją jedną dłonią w tali, a drugą pod kolanami i trzymał teraz w swoich dłoniach. Spojrzała na niego zamroczonym wzrokiem i jęknęła z bólu, chwytając się za brzuch. Przy okazji odkryła część szaty, przez co zobaczył bluzkę, a na niej sporą plamę krwi.
- Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? - zapytał zły, chociaż martwił się o nią.
- Księga - szepnęła tylko, sięgając po nią dłonią.
Westchnął poirytowany i schylił się, wciąż trzymając ją ramionach. Chwycił ją i podał jej. Złapała ją drżącymi dłońmi, a on ruszył do środka zamku.
- Zawsze taka sama - skomentował sucho, nie patrząc na nią.
Marlena uśmiechnęła się lekko na jego słowa i gest, który wykonał. Zawsze ratował ją przed niebezpieczeństwem. Był jak anioł stróż.
Czuła ogromny ból od rany zadanej nożem, w brzuch. Mimo wszystko starała się na tym nie skupić. Przypomniała sobie sytuację z lat, gdy byli razem. Walczyli wtedy jeszcze razem z demonami. Później po odkryciu jej daru, została zaciągnięta do służby Rady. Sprzeciwiał się temu, ale nie miała wyjścia. Rada Starszych miała prawo zdecydować, kto zostanie ich jasnowidzem. Padło na nią, choć oprócz niej był też chłopak, który był bardziej chętny od niej. Niestety on zginął, więc musiała się poddać. Ale najpierw była ta pamiętna walka na obrzeżach miasta ludzkiego w USA.
Walczyli wtedy jako para i  jedno broniło drugie. Jednak w pewnym momencie jeden z potworów chwycił Marlenę i nim Lukas zdążył zareagować, przebił ją na wylot swoim ostrzem na końcu długiego ogona. Zawyła wtedy z bólu i padła w drgawkach na ziemie. Blackwell zabił od razu demona i padła na kolana przy niej. Był przerażony, bo wiedział, że nie wytrzymałaby powrotu do Alias. Nie mógł jej stracić nie chciał na to pozwolić. Aby tego uniknąć zrobił coś, co było bezwzględnie zabronione. A dlaczego? Bo potrafiły to tylko Upadli, a jeżeli ktoś stracił skrzydła to niestety, ale mogło to skończyć się śmiercią. Na szczęście wtedy jeszcze je miał.
Wziął ją do siebie na kolana i przytulił mocno, zamykając w szczelnym uścisku. Oddychała coraz płycej i miała zamknięte oczy. Pozostawały jej tylko minuty do śmierci.
Położył dłoń na jej piersi i zaczął szeptać w języku łacińskim słowa. Znała je, ale nie miała dość siły, aby go powstrzymać. Mówił coraz szybciej, a ona czuła jak wlewał się w nią żywy ogień. Zaczęła krzyczeć z bólu, ale on nie przerywał. Musiała to przetrwać. I udało się. Po chwili poczuła już błogi spokój w środku siebie, a wszelki ból zniknął na dobre. Ona była jednak wykończona i po prostu zapadła w sen, czując się bezpieczną w ramionach Lukasa. Ten już opanowany przeniósł ją do Alias, a to wydarzenie znali tylko oni. Nikt inni nie dowiedział się prawdy. Gdyby tak się stało, byłby to koniec Blackwella.
Teraz było to bez znaczenia. Szedł szybko i omijał innych, którzy oglądali się za nim ze zdziwionym spojrzeniem na twarzach. Miał to gdzieś musiał dotrzeć do Magnusa. On mógł je pomóc. Jeżeli nie to był gotów zrobić to co kiedyś. Wszystko, aby tylko ona przeżyła.
- Magnus pomóż mi! - krzyknął kiedy tylko znalazł się za drzwiami sali szpitalnej. Marlena była nie przytomna i oddychała nierówno.
Czarownik wyłonił się za parawanem, gdzie zajmował się jednym pacjentem. Spojrzał na niego zaskoczony, ale widząc kobietę w dłoniach wskazał tylko na jedno z łóżek. Podwinął rękawy koszuli i spojrzał na ranę.
- Co ona... - zaczął, ale zamilkł widząc co trzymała w dłoniach. Blackwell zabrał księgę i odłożył n stolik.
-Ratuj ją - powiedział tylko krótko, a mag skinął głową i nagle pomiędzy jego placami zaczęły przeskakiwać niebieskie iskry. 
Pochylił się nad nią i zaczął szeptać cicho słowa zaklęcia. Mężczyzna cofnął się o krok i przypatrywał się działaniom przyjaciela. Nagle spojrzał na chłopaka, który wyłonił się za parawanu. Był to Samuel, który wydawał się być speszony całą sytuacją. Uśmiechnął się niepewnie do Nienarodzonego i spojrzał na kobietę o białych włosach, która wygięła się w łuk i zawyła z bólu, gdy Magnus przyłożył dłoń do rany. 
- Nie potrafię samemu jej uratować - powiedział krótko, zerkając na Lukasa, który od razu podwinął rękawy i podszedł do łóżka. Położył jedną dłoń na je głowie, aby dodać jej otuchy, a drugą na jej piersi.
- Nie - jęknęła, wiedząc co chciał zrobić, ale nie posłuchał jej. Zbyt ważna była dla niego i chociaż nie umiał tego okazać to chociaż to mógł dla niej zrobić.
Zaczął szeptać dawne zaklęcie w łacińskim języku, a Samuel przyglądał mu się przerażony. Znał to, bo Lucyfer uczył go tych zaklęć. Jednak je potrafiły tylko Upadłe Anioły. Wpatrywał się w mężczyznę, który dalej mówił i nie zwracał na nikogo uwagi. Marlena zaczęła krzyczeć,czując znów ten ogień i płakała. Nie z bólu tylko przerażenia, że on umrze przez to. Że straci go. Nie chciała tego. Mimo wszystkiego co zrobił, był dla niej ważny.
Chłopak stał i patrzył na nich, a po głowie chodziło mu jedno zdanie: Lukas to Upadły Anioł! Nie wiedział, co począć z tą informacją, ani jak zareagować. 
Nagle kobieta ucichła, a Blackwell zabrał dłoń z jej serca. Zanim jednak odszedł o krok jej dłoń zacisnęła się na jego. Uśmiechnął się pod nosem i usiadł na brzegu łóżka, trzymając jej dłoń. Czuł ból w sercu, ale nie chciał tego nikomu pokazywać. Zaklęcie zabrało mu sporo siły, a on wątpił, aby kiedykolwiek powróciła. Nie myślał kiedy to zrobił, ale nie żałował. Dzięki temu ona żyła i to się liczyło.
Samuel miał ochotę biec do Arivan i powiedzieć jej kim był Lukas, ale gdy patrzył na tę dwójkę i to z jaką czułością on gładził jej zimny policzek, nie potrafił tego zrobić. Przecież tyle dla nich zrobił. Jakby mógł być podobny do jego ojca. Na pewno nie był taki i dlatego postanowił milczeć.
W tym czasie Marlena odzyskała dość sił, aby mówić.
- Dlaczego to zrobiłeś? Mogłeś umrzeć - powiedziała z wyrzutem, zerkając na Magnusa i chłopaka, jakby dopiero uświadomiła sobie o ich obecności. Uśmiechnęła się do nich, po czym wróciła wzrokiem do dawnego ukochanego. Ten uśmiechnął się krzywo i przeczesał delikatnie jej włosy.
- Wiesz czemu - powiedział tylko, a ona westchnęła i przewróciła oczami.
- Gdzie księga? - zapytała nagle, siadając, aż zakręciło jej się w głowie. Nie odzyskała jeszcze pełni sił. ale nie patrzyła na to.
Z jej prawej strony dobiegł ją męski śmiech. Był to Magnus, który trzymał Księgę Mędrców i zerkał na nią tymi kocimi oczami.
- Nie zmieniłaś się Marleno. Zawsze nie patrzyłaś na siebie - powiedział, a on posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Uniósł dłoń w geście poddania, a drugą wręczył jej księgę, którą od razu chwyciła i spojrzała na Lukasa.
- Chcę oddać ją Wybranej - zakomunikowała krótko, po czym nie czekając na nikogo wstała z łóżka i poprawiła swoją szatę.
- Arivan próbuje powstrzymać rozlew krwi, pomiędzy władcami - odezwał się nagle Samuel, a oni spojrzeli na niego zdziwieni, że w ogóle jeszcze tutaj był. Szczególnie kobieta wydała się nim zainteresowania. Domyśliła się kim był, bo w Alias było o nim głośno. Zresztą widziała go także w lochach. Tyle, że wtedy podmienili go na jakiegoś młodziaka. Nie dowiedziała się co stało się z nim potem, ale teraz była tego ciekawa. Nie miała jednak na to czasu.
- Syn Lucyfera - stwierdziła, podchodząc do niego i uśmiechając się lekko. Skinął głową. Mruknęła zamyślona i odwróciła się do Nienarodzonego, który przyglądał jej się z jedną brwią uniesioną do góry.
- Zaprowadzisz mnie do niej czy nie? - spytała już poddenerwowana, a on tylko skinął głową, jakby był zamyślony, po czym pokazał jej drogę do drzwi. 
- Chodźcie z nami. Samuel myślę, że dobrze jej zrobi twoja obecność - zwrócił się do chłopaka, a te bez słowa dołączył do nich i wyszedł z sali. 
Magnus również długo się nie wahał. Nie chciał tego przegapić i był ciekawy reakcji Arivan. Nie co dzień dostaję się taki prezent. W dodatku tylko dla wybranych.
                                              *********************
        Gdy w końcu udało jej się ich uspokoić i sprawić, aby zamilkli, wysłuchała ich wersji. Poszło o rzekome zabicie jednego likana i wampira. Jeden oskarżał drugiego i tak bez końca. Dziewczyna nie miała zamiaru tego słuchać, bo wiedziała kto to zrobił i po co. Prawie mu się udało, ale ona nie pozwoliłaby na to, aby jej armia rozpadła się przez kłamstwo wysnute przez Lucyfera. Do głupich ona nie należała.
- Zamknijcie się! - wrzasnęła w pewnym momencie, gdy znów zaczęli krzyczeć na siebie. - Nie rozumiecie, że nasz wróg to robi, aby nas rozdzielić? - zapytała wściekła, stojąc pomiędzy nimi.
- Niby po co? - odezwał się ostro Valentaine.
- Po to, bo wie jak zawsze się kłóciliście. Nie dajcie mu się teraz. Musimy być razem, a nie - odpowiedziała i zerknęła na Lukę który skinął głową. Już zupełnie ochłonął, ale wciąż miał ręce skrzyżowane na piersi.
Wampir widocznie nie chciał odpuścić, a gdy chciał coś powiedzieć pojawił się jego syn. Vladimir wydawał się być nieswój. Nie było na jego ustach tego uśmieszku, a w oczach jakby przyblakł blask.
- Co tu się do cholery dzieję? Słychać was na dole - powiedział sucho i spojrzał na Arivan. Mrugnął do niej, po czym zwrócił się do ojca.
- Rozmawialiśmy o tym. Miałeś nie wdawać się w kłótnie. Ciężko zrozumieć, że to nie wilkołaki zabijają naszych. Upadli zrobią wszystko, aby nie dopuścić do sojuszu. Opanuj się, bo uda im się to - Dziewczyna była zaskoczona jego słowami i tym, że bronił innej rasy. Uśmiechnęła się pod nosem, patrząc na niego i zamyśliła się o tym krótkim czasie, kiedy stał się jej przyjaciółmi, a on był dla niej jak brat. Gdy odzyskała Samuela zaniedbała go i nawet nie rozmawiała z nim. Chciała to naprawić, ale nie miała kompletnie pomysłu jak. Ciężko było go uchwycić, a jeszcze gorzej pogadać. Mimo wszystko obiecał sobie, że w najbliższym czasie w z nim porozmawia.
- Hoho czyżby krwiopijcy znów mieli coś do powiedzenia - doszedł do ich uszy damski głos.
Zdziwiona Arivan spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła dziewczyną o blond włosach do ramion, która szła w ich stronę z krzywym uśmieszkiem na ustach. Jej brązowe oczy były rozbiegane pomiędzy nimi. 
Stanęła obok Luki, który westchnął.
- Moja córka Lucyna - przedstawił ją, a Wybrana uśmiechnęła się do niej, pamiętając ją z walki. To ją uratował Lukas. Ciekawe czy wiedział, czyją córką była? Zapewne tak.
- Lucy - poprawiła ojca i spojrzała na Vlada. Jej wzrok zrobił się jakiś inny, ale tylko na moment, bo zaraz znów uniosła dumnie głowę do góry i spojrzała na króla wampirów.
- Czego chcesz od nas? - zapytała wyzywająco.
- Uspokój się Lucy. Już sobie wszystko wyjaśniliśmy, prawda? - odezwał się Luka, zwracając się do Valentain'a, który niechętnie przytaknął.
- Nie wierzę mu. Znowu będzie obwiniał naszą rasę o śmierć swoich zabójców - powiedziała ostro Lucy i zmierzyła się z jego zimnym spojrzeniem, wzruszając ramionami.
- Nie jesteśmy zabójcami. Już nie. Mamy prawo i nie zabijamy ludzi, jeżeli nas nie atakują - wytłumaczył spokojnie Vladmir, który wydawał się niewzruszony obelgami. Zupełne przeciwieństwo ojca, który ledwo hamował nerwy. Blond włosa dziewczyna, zwróciła na niego spojrzenie i jej uśmiech zmiękł. Niestety wampir nie zauważył tego. Tylko Arivan to wyłapała.
- Znowu chcecie się pozabijać? - usłyszała pytanie z ust Lukasa, który pojawił się  w jednym z korytarzy. 
Szedł z Samuelem, co zdziwiło dziewczynę, ale i ucieszyło. Prócz nich był też Bane i jeszcze jakaś kobieta, której nie znała. Miała długie, białe włosy i czarne oczy, a jej ciało były blade i zapewne nieskazitelnie gładkie. Wyczuła, że była jasnowidzem, ale nic nie zrozumiała. Dlaczego była w zamku i co za księgę trzymała w dłoniach.
Kiedy tylko znaleźli się bliżej, brunet stanął obok Wybranej, w reszta naprzeciw. 
Wszyscy jakby zastygli, patrząc na  przedmiot w dłoniach kobiety. Ta uśmiechała się lekko, patrząc na Nienarodzoną, która była zmieszana i zerkała na Lukasa i Samuela, aby czegoś się  dowiedzieć. Niestety obaj milczeli.
Rozejrzała się po zebranych, ale wszyscy milczeli. Vladimir był zaciekawiony księgą i niemal przewiercał ją wzrokiem. Dwójka liknatropów, patrzyła z lekko otwartymi ustami, a dorosły wampir i nie ukrywał szoku na twarzy.
- Skąd to masz? - zapytał z trudem, wypowiadając słowa, a kobieta nawet nie zwróciła na niego uwagi.
Podeszła bliżej do Arivan i wyciągnęła ręce w jej stronę, aby oddać jej przedmiot. Ta jednak skamieniała i nie poruszyła się nawet o milimetr. Czuła jak z tej księgi biła ogromna magia i coś ją przyciągało. Coś kazało jej, wziąć ją i otworzyć. I to najbardziej ją przeraziło.
- Witaj Wybrano. Odnalazłam to dla ciebie. Jesteś Mędrcem i ta księga należy do ciebie - powiedziała Marlena spokojnie i uśmiechnęła się szerzej, widząc jak w oczach brunetki przeskoczyła czerwona iskra, a jej ciało niemal samo rwało się po przedmiot. 
Niepewna wyciągnęła dłonie po nią, a gdy tylko chwyciła ją poczuła, jakby w paliła się w jej dłonie i wnikała do środka.
                                                       ***********
Tak wiem zabijecie mnie, że dopiero teraz, ale na moją obronę powiem, że zupełnie nie miałam czasu. Idą święta, a ja w dodatku zostałam ciocią ! Uwielbiam małe dzieci, więc chodzę do małej często i trochę nie miałam przez to czasu. Ale wracam do was i postaram się w weekend dodać kolejny rozdział, abyście nie odeszli ode mnie. Nie obiecuję, jednak bo mam w niedzielę wyjechać do Gdańska, ale spróbuję, aby pojawił się już w sobotę. Nie obiecuję nic wam.
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale myślę, że mi wybaczycie i było warto poczekać. Zasmucę was trochę, ale to przy kolejnym rozdziale i notce pod nim :*
Czekam na wasze komentarze i wszelkie pytania proszę składać w zakładce :*
 Do zobaczenia aniołki *.-
          - Dont Cry To Me







piątek, 11 marca 2016

Rozdział.6.

         Arivan wędrowała boso po lesie. Nie zwracała uwagi na szyszki i gałęzie pod nogami. Czuła się, jakby nie miała w nich czucia. Miała na sobie letnią czarno-szarą sukienkę, w której kiedyś sypiała. Włosy powiewały na delikatnym wietrze, a jej twarz miała rumieńce z chłodu. Mimo wszystko nie czuła zimna. Nic nie czuła. Chodziła, lawirując wokół drzew i patrząc na skupiska gwiazd na niebie. Dawało światło wraz z księżycem. Czuła się taka spokojna. Z każdym krokiem zostawiała zamek daleko w tyle. Wszystkie osoby. Ciała spalone po ostatniej bitwie. Vladimira, który okazał się dla niej jak brat. Lukasa, który zastępował jej ojca i na prawdę go tak traktowała. Rudowłosą przyjaciółkę, która warta była grzechu. I swojego ukochanego chłopca-Samuela. Tego
o którego tyle walczyła. Zostawiła to wszystko za sobą. Widziała ich twarze w swojej głowie. Vlad jak zawsze z krzywym uśmieszkiem, opierał się o jedno z drzew. Obok niego stał Blackwell, który miał poważną minę, ale kąciki minimalnie unosiły się do góry. Emilia trzymała za rękę Marka
i uśmiechała się do niej niewinnie, zerkając na ukochanego, który patrzył na nią z szerokim uśmiechem, mając przy sobie księżniczkę fearie. Był też Samuel, który trzymał się na uboczu. Zerkał tylko na nią, a jego mina była wyraźnie smutna. Starał się to zataić pod uśmiechem, ale widać było, że cierpiał. Stał prosto, a z jego pleców wyrastały ogromne skrzydła, które miały kolor złota z czarnymi końcówkami. Wyglądały tak bajecznie, a ona pamiętała jakie cudowne były w dotyku. Ścisnęło jej się serce na myśl o nim, ale nie zatrzymała się. Wciąż szła dalej, słysząc w oddali szum strumienia. Przechodziła niedaleko miejsca, gdzie pierwszy raz spotkała przywódcę wilkołaków. Pamiętała jego ostre spojrzenie, ale też lekki uśmiech. Nie był zły tylko dbał o stado. Rozumiała go.
Nieświadomie zwolniła kroku, zaczynając się wahać. Nie wiedziała czy dobrze zrobiła, wymykając się z pałacu. Była zdana na samą siebie mogła zginąć w każdej chwili. Ale co gorsza zostawiła tych wszystkich ludzi, którzy gotowi byli za nią umierać. Oni przysięgli stać za nią murem, a ona chronić ich, a zamiast tego teraz uciekała. Nie potrafiła, jednak zawrócić i wrócić. Za daleko zaszła i myślała, że jak ucieknie to Lucyfer zostawi całą resztę w spokoju. szukając jej. Nie mogła się bardziej pomylić.
Nagle zatrzymała się, słysząc odgłos łamanej gałęzi. Momentalnie odwróciła się na pięcie i w jej dłoni zmaterializował się miecz. Ustawiła się gotowa do ataku, ale wtedy ją zobaczyła. Broń wypadła z jej rąk i zniknęła. Dłonie opadły równolegle do ciała, a ona otworzyła lekko usta, patrząc na dorosła kobietę przed sobą. Stała pomiędzy dwoma sosnami z miłym uśmiechem na ustach. Miała na sobie długą, niebieską szatę, a jej długie włosy były zaplecione w warkocz, który spoczywał na jednym ramieniu. Wyglądała dużo młodziej, niż wtedy kiedy ostatnio ją widziała. W noc przed jej śmiercią.
- Mamo - szepnęła łamiącym się głosem i rzuciła się biegiem w jej stronę.
Wpadła w jej ramiona i zarzucając dłonie na szyję, wtuliła w nią. Zamknęła oczy i wdychała znajomy zapach fiołków i innych kwiatów. Tak bardzo tęskniła za nią. Potrzebowała jej w tych trudnych chwilach, a była zdana tylko i wyłącznie na siebie. Brakowało jej mamy.
- Moja dzielna córcia - powiedziała kobieta i puściła ją. Arivan stanęła prosto i spojrzała matce w oczy, ocierając łzy. Czuła jak jeden kamień spadł z jej serca.
- Moja kochana Arivan - usłyszała męski głos gdzieś z boku. Obejrzała się i ujrzała mężczyznę, o krótkich ciemnych włosach i brązowych oczach. Uśmiechał się do niej ubrany w podobną szatę co mama dziewczyny. Rzuciła się w jego stronę i przytuliła, czując jak kolejny ciężar spadł z jej serca.
- Tak bardzo tęskniłam - wyszeptała mu do ucha, a ojciec przytulił ją mocno do siebie.
Po chwili odstawił ją na ziemię, a ona spojrzała na oboje z nich. Matka Wybranej podeszła do nich i z uśmiechem, patrzyła na córkę.
- Zabierzecie mnie ze sobą tak? - zapytała, mając nadzieję na pozytywną odpowiedź. Rodzice widocznie posmutnieli i zerknęli na siebie.
- Nie możemy córeczko. To nie jest twój czas. Masz jeszcze dużo do zrobienia - odpowiedziała po dłuższej chwili Eliza, dotykając ramienia dziewczyny w matczynym geście.  Posmutniała od razu i spojrzała na swoje bose nogi.
- Ale ja nie dam rady. Nie nadaję się do bycia Wybraną. Nie chcę tego! - powiedziała z wyrzutem, zerkając na nich z pod rzęs.
- Oczywiście, że się nadajesz. Jesteś silna, dzielna i masz dobre serce. Dlatego Stwórca wybrał ciebie, bo wie, że uratujesz światy i wygrasz z Lucyferem - odezwał się tym razem ojciec. Brzmiał poważnie jak zawsze, ale widziała w obojgu lekki strach. Jakby bali się jej czegoś powiedzieć.
- Ale ja nie chcę walczyć. Nie poradzę sobie z tym. Wszystkie osoby zginęły przeze mnie, bo nie potrafiłam ich ochronić. Nie chcę więcej ofiar - wyznała drżącym głosem i siłą powstrzymała łzy, cisnące się do jej oczu. Miała dość udawania dzielnej. Nie była taka. Była przerażona jak małe dziecko.
- Oni nie umierają przez ciebie. To poświęcenie, które zawsze jest na wojnie i w życiu. To nieodłączona część istnienia. A jeżeli ty się poddasz to wszyscy umrą na marne. Nie możesz na to pozwolić. Jesteś Wybraną przez Stwórcę i On chcę, aby uratowała ten świat przed Upadłymi, ale nie tylko - wyjaśnił mężczyzna, patrząc córce w oczy. Widziała w nich spokój i miłość. Tak ich kochała, ale wiedziała, że długo nie będzie mogła z nimi przebywać. Oni byli martwi i musieli wrócić na tamten świat.
- A co jak nie dam rady? Co mam jeszcze zrobić poza walką z demonami? - zapytała słabym głosem, zerkając na matkę, która uśmiechnęła się delikatnie.
- Musisz zadbać, aby rasy nie pozabijały się same. Masz zadanie pilnować porządku w światach - odpowiedziała kobieta, a dziewczyna westchnęła. Czuła jak kolejne ciężary na nią spadają, a bolesna świadomość ciągnie ją do ziemi. Jak mogła pomyśleć, że zdoła przed tym uciec? Przed przeznaczeniem nie można uciec. Wszędzie cię dopadnie.
- Sama nie potrafię. Nie wiem co mam robić - powiedziała łamiącym się głosem i jedna łza spłynęła po jej policzku. Była słaba i bezsilna. Miała ochotę się poddać, ale nie mogła. Nie chciała, aby jej najbliżsi cierpieli. Pragnęła ich ochronić.
- Zaufaj swojemu sercu córko - powiedział ojciec i pocałował ją w czoło jak taki rodzicielskie gest. Uśmiechnęła się pod nosem, bo nie robił tego odkąd skończyła pięć lat.
- Czeka się dużo walki, bólu, śmierci i poświęceń, ale wiemy, że dasz sobie radę. Jesteś Morgenstern i Wybrana ty musisz dać radę - dodała mama, a ona miała ochotę skomentować jej słowa, ale zamilkła. Mama pocałowała ją w polik i szybko przytuliła po czym cofnęła się do ojca. Stanęła koło jego boku i uśmiechnęła się, choć dziewczyna widziała w jej oczach łzy. Nie mogła się ruszyć, choć tak bardzo chciała do nich podbiec. Nie była w stanie nic powiedzieć, choć tyle pytań miała w głowie. Mogła tylko stać i patrzeć jak jej rodzice powoli znikają, a zostaję po nich tylko niebieski pył.
- Pamiętaj, że nie jesteś sama - usłyszała jeszcze słowa matki, po czym całkiem znikła.
Opadła na kolana, czując się potwornie zmęczona. Nie miała siły na nic. Tak bardzo pragnęła znów być dzieckiem. Założyć za dużą sukienkę mamy i udawać księżniczkę, tańczącą w strumieniu. Nie przejmować się niczym innym. Mogła zamknąć oczy i udawać, ale wiedziała, że nie można było żyć z zamkniętymi oczami.
- Córko Elizy i Patryka - usłyszała za swoimi plecami kobiecy głos, który nie należał do nikogo znajomego.
Zaskoczona wstała i odwróciła się w stronę kobiety, która przed nią stała. Miała na sobie ciemno-niebieską szatę, a długie czarne włosy opadały jej na plecy. Patrzyła na nią szaro-niebieskimi oczami z niepewnym uśmiechem. Wyglądała znajomo, ale była pewna, że nigdy wcześniej jej nie spotkała.
- Kim jesteś? - zapytała sucho, cofając się o krok.
- Znajomą twoich rodziców. A ty to Arivan Morgenstern, prawda? Wybrana przez Stwórcę? - zapytała, a dziewczyna skinęła głową, wciąż przyglądając jej się podejrzliwie.
- Czego chcesz? - spytała ostro. Nie ufała już praktycznie nikomu, a jej w ogóle nie znała.
- Zapytać czy z Samuelem jest lepiej? Jak mój...jak on sobie radzi? - zapytała spokojnie, a w jej oczach dziewczyna zobaczyła smutek. Zdziwiona opuściła dłonie, w których miała miecz i podeszła o krok do kobiety.
- Dlaczego pytasz? Jest lepiej, bo już panuję nad sobą, ale wciąż ciężko, mu wrócić do dawnych wspomnień - odpowiedziała już spokojniej, przyglądając się czarnowłosej. Ta pokiwała zamyślona głową, patrząc na drzewa za nią.
- Kim jesteś i dlaczego interesuję cię Samuel? - spytała ostro, a w środku poczuła ukłucie zazdrości, którego sama nie potrafiła zrozumieć.
Westchnęła i spojrzała w jej oczy.
- Ponieważ jestem matką Samuela. Tą biologiczną. To mnie rozkochał Lucyfer i uwiódł. Ja urodziła chłopaka, którego ten potwór tak skrzywdził i którego nie zdołałam ochronić. Jestem jego matką, ale nie spisałam się w tej roli - odpowiedziała drżącym głosem, a w jej oczach pojawiły się łzy. Teraz Arivan zrozumiała dlaczego wyglądała znajomo. Była podobna do jej ukochanego. Te same oczy i podobna twarz. Dużo odziedziczył po niej, co ucieszyło ją, bo nie miał dużo z tego potwora. Otworzyła lekko usta zdziwiona i wpatrywała się w nią dłuższą chwilę, milcząc.
- Dlaczego mnie odwiedzasz? - zapytała w końcu. Miała inne pytania, ale tylko to wydobyło się z je ust. Czekała cierpliwie na odpowiedź, przyglądając się jej uważnie. Wyglądała młodo, ale dziewczyna wiedziała, że sporo przeszła. Miała ledwo widoczne blizny na rękach i jedną na obojczyku, który był lekko widoczny.
- Ponieważ mam do ciebie prośbę - odpowiedziała w końcu, zerkając na nią niepewnie. Wydawała się być przestraszona.
- Jaką? - zapytała podejrzliwie Arivan. Nic nie mogła poradzić na to, że nie ufała innym osobom. W obecnych czasach nie mogła się na to zdobyć.
Kobieta wzięła głęboki wdech i dziewczyna zobaczyła jak zaczyna znikać w chmurze szarego pyłu. Nic nie rozumiała, ale znów nie była w stanie zrobić. W dodatku zobaczyła jak drzewa i cały las się rozmywał. Zaczęła tracić ostrość widzenia i przeraziła się. Nie rozumiała co się działo.
- Zajmij się moim synem, on cię kocha i wiem, że razem poradzicie sobie - usłyszała słaby głos kobiety, a potem już wszystko znikło. Została w ciemności. Nie widziała, ani nie czuła nic.
Zaczęła przerażona biec na oślep, aż w pewnym momencie poczuła jak spada. Przestała mieć kontrolę nad czymkolwiek i zaczęła wymachiwać przerażona rękami i nogami, chcąc się czegoś złapać. Niestety nic nie widziała. Czuła się bezsilna, ale wciąż się szamotała.
Nagle poczuła jak wszystko się urywa, a ona gwałtownie szarpnęła się. Poczuła pod sobą materac łóżka i kołdrę, która ją okrywała. Otworzyła przerażone oczy i usiadła na nim rozglądając się po pomieszczeniu. Nic nie rozumiała i próbowała zapanować nad przerażonym oddechem. Szukała wzrokiem jednej osoby. Nigdzie go nie było, a to jeszcze bardziej ją przeraziło.
                                 *************************
          Mężczyzna spacerował na skraju lasu. Było już koło piątej nad ranem i słońce wschodziło na niebo, więc było przyjemnie na dworze.
Lukas nie przepadał za pogrzebami, chociaż będąc w Alias często na nich bywał. Nie lubił patrzeć na palone ciała i rozpacz innych. Sam już od dawna nie czuł tego bólu po stracie. Kiedy stracił swoją ukochaną wiedział, że nie mógł się załamać. Musiał być silny, w końcu obiecał jej zająć się małą dziewczynką, która tak bardzo płakała na pogrzebie. Była taka niewinna i bezradna, trzymając swojego tatę za rękę i płacząc. Nawet wtedy widział, jak dzielna próbowała być. Trzymała głowę uniesioną do góry, a łzy ciekły, bo dziecięcej twarzy, zostawiając ślad. Miał ochotę zabrać ją i samemu wychować, ale dobrze wiedział, że nie mógł. Nie taka była umowa. Chciał chociaż ją chronić. Zapewnić bezpieczeństwo i dlatego śledził ją nie raz, aby obserwować jak bawiła się w stawie przy domu. Ona nie była świadoma tego jakie niebezpieczeństwo jej groziło. Za to on i jej matka tak. Dobrze zdawali sobie sprawę co jej zagrażało. Od jej narodzin było wiadome, że to Wybrana. Wszystko się zgadzało, a on postanowił zerwać z przeszłością. Wtedy po pogrzebie udał się do Upadłych Aniołów. Powiedział, że wypisuję się z ich grupy. Nie byli zachwyceni, ale Lukas do słabych nie należał. Pokonał dwójkę, ale kiedy pojawił się Lucyfer, nie dał rady. Jego trzech najlepszych demonów dało mu radę, a przywódca za zdradę wyrwał skrzydła Blackwellowi. Wciąż pamiętał ich niesamowite piękno, ale przyzwyczaił się do życia bez nich. Ból co jakiś czas odzywał się, bo dwie blizny na plecach pozostaną na zawsze. Mimo wszystko uznał to za konieczne poświęcenie. Zrobiłby wszystko, aby tylko dziewczyna była bezpieczna. Zdawał sobie sprawę, że Upadli nie przestaną jej szukać, ale on przysiągł jej matce chronić ją. Najpierw kobiecie, a potem ojcu Wybranej, który skonał na jego rękach. Poczuł się zobowiązany, ale nawet gdyby nie prosili zrobiłby to. Kochał ją jak córkę.
Patrzył jak dorastała i stawała się silna, aż poszła do szkoły. Zdecydował się od razu na zostanie jej przełożonym. Nie dogadywali się, ale ta było bezpieczniej. Jeżeli za bardzo by go polubiła Upadli łatwiej by ją wytropili. Dlatego starał się być oschły i jak najgorszy. Nie zawsze mu to, jednak wychodziło. W końcu zależało mu na niej i nie chodziło o przepowiednię.
Zamyślał się nad tym jaka była jako mała dziewczynka, uśmiechając się nieświadomie pod nosem. Wspomnienia nieco uspokoiły go, ale wciąż nie potrafił przestać myśleć o Lucyferze. Dlaczego zaatakował ich akurat teraz? Wystraszył się tego, że łączą się w jedną armię? A może chodziło o coś innego? Były jeszcze dwie cenne rzeczy oprócz Wybranej, na których mu tak zależało. Jedno to miejsce, do którego Upadłe Anioły nie mogą wejść bez specjalnej zgody. Nie jest to Niebo, ale coś pomiędzy nim a ziemią. Nikt nie wiedział jak tam dotrzeć i gdzie było,a tylko Mędrzec mógł otworzyć bramę do tego miejsca. Niestety zaklęcie było tylko w jednym miejscu. I to było tą drugą rzeczą na której mogło mu tak bardzo zależeć, że zaatakował teraz. Tylko, że oni tego nie mieli.
Nagle usłyszał szmer za któregoś drzewa. Odwrócił się na pięcie i chwycił za rączkę miecza, który miał przypięty w pasie. Wyciągnął go przed siebie i ruszył do źródła hałasu. Serce mu przyspieszyło,a adrenalina zaczęła płynąć w żyłach, jak zawsze gdy pojawiało się zagrożenie.
Szedł powoli, kiedy  nagle zza drzewa wypadła jakaś kobieta. Miała długie białe włosy, który teraz były przybrudzone. Jej szata była podarta, a na rękach widać było krew. Niepewna uniosła wzrok i zobaczył jej czarne jak węgiel oczy. Miała czerwone, popękane usta, które kiedyś były ideałem.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał ostro, trzymając pewnie miecz w dłoni. Wiedział, że była potężna i jeszcze pamiętał okropny ból po ich ostatnim spotkaniu. Aż włosy mu się na karku zjeżyły.
- Szukałam cię  - szepnęła drżącym głosem, obejmując się dłońmi, jakby było jej zimno. A zbliżało się lato.
- Po co? Aby znowu mnie torturować? To nie Alias już nie masz prawa - syknął ostro i przystawił jej ostrze do szyi. Nawet nie drgnęła, wpatrując się w niego tym przenikliwym spojrzeniem.
- Wiesz, że wtedy nie miała wyboru. Nie chciałeś współpracować, a ja pracowałam dla tego głupka Albusa - odpowiedziała sucho i odwróciła na moment wzrok, jakby za duża wina na nią spadła. Uniósł jedną brew i wpatrywał się w nią. Nie miał pojęcia czy mówiła prawdę, ale znał ją z dawnych lat i miał jeszcze zaufanie do niej. To ona pomogła mu, kiedy krwawił po oderwaniu skrzydeł. I nikomu nie powiedziała kim kiedyś był. Załatwiła mu wszystko, że nikt nawet nie pomyślał iż mógł być Upadłym Aniołem. Był Nienarodzonym i sam siebie też już tak postrzegał. Tamta przeszłość poszła w niepamięć.
Westchnął i opuścił broń  z powrotem na miejsce. Zerknęła na niego z lekkim uśmiechem.
- Myślałam, że do końca mnie znienawidziłeś - szepnęła, a on zaśmiał się sucho.
- Nie potrafię, ale dlaczego tutaj przyszłaś? W kryjówce powinnaś być bezpieczna - powiedział już spokojnie i zrobił krok w jej stronę. Po dłuższym oglądaniu jej, stwierdził, że była szczuplejsza. Jakby nie jadła jakiś czas. Miała cienie pod oczami i wyglądała na zmęczoną.
- Powinnam to dobre słowo - skomentowała i spojrzała mu znów w oczy. Wyczytał w nich od razu, że coś się stało. I to coś niedobrego.
- Zaatakowali mnie Upadli. Uszłam cudem i uciekłam. Nie miałam pojęcia, gdzie iść, ale...- zaczęła, ale zamilkła na moment i westchnęła. - Ale byłam pewna, że ty mi pomożesz - dokończyła na jednym wdechu, a on zaintrygowany uniósł brew. Milczał cały czas, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi.
- Nie dołączyłam do was od razu, bo szukałam czegoś. Moja rasa od tysiącleci strzegł jednego przedmiotu. Zajęło mi trochę znalezienie go, ale myślę, że będzie potrzebny dla Wybranej - wytłumaczyła, a Lukas sam nie zorientował się, że wstrzymał oddech, czekając na to co powie. Dopiero teraz zauważył, że ona nie obejmowała się bez przyczyny. Trzymała coś za szatą. Coś co było wyjątkowo ważne i zapewne dlatego zaatakowali ją Upadli. Wiedzieli, że zdobył,a ten przedmiot. Trzeci przedmiot poza Arivan i Rajem, który chciał zdobyć Lucyfer.
- Musisz mi pomóc dać Wybranej Księgę Mędrców - powiedziała szybko, zanim zdążyła się rozmyślić i wyciągnęła dużą szaro-czarną księgę. Blackwell szerzej otworzył oczy i poczuł jak serce mu stanęło. Szukał jej, ale nigdy nie wiedział, gdzie jasnowidzowie ją ukryli. Tylko oni mieli prawo przekazać ją Mędrcom. I dlatego Marlena ryzykowała życiem. Aby ją odnaleźć.
Lukas przeniósł wzrok z książki na kobietę, która niepewna stała i wyciągała ją w stronę mężczyzny. Złapał ją i z powrotem przyłożył do piersi białowłosej. Zbliżył się też do niej. Uśmiechnął lekko i odgarnął zbłąkane kosmyki z jej rozpalonej twarzy. Zmartwił się, że coś mogło być z nią. Mogła być ranna, albo chora. Lub zwyczajnie wycieńczona. Pragnął jak najszybciej, zabrać ją do lecznicy, chociaż wiedział, że ona i tak sama najlepiej umiała siebie uzdrowić.
- Sama jej ją dasz. Zostajesz z nami - powiedział tonem, który nie znosił sprzeciwu i zobaczył jak odetchnęła z ulgą. Uśmiechnęła się i zbliżył do niego tak, że dzieliła ich tylko twarda księga. Przysunęła twarz do jego. Była prawie jego wzrostu, więc nie było to trudne.
Poczuł jej ciepły oddech na policzkach i serce zabiło mu szybciej. Próbował to powstrzymać, ale nigdy nie był dobry w hamowaniu uczuć.
- Tęskniłam za tobą - szepnęła cicho prosto w jego usta, a on musnął jej pocałunkiem, przez co zadrżała i uśmiechnęła się szeroko. Odwzajemniła pocałunek. Chwycił je twarz w swoje dłonie i natarł mocniej na jej usta, przez co cicho jęknęła, gdy przygryzł jej dolną wargę. Długo siebie nie widzieli, a uczucie i tak odżyło. To było coś niesamowite i gdy tak się całowali przypomniały im się dawne czasy. Na długo przed narodzinami Wybranej, gdy razem pracowali i zaczęli się też spotykać. Niestety on poznał potem kobietę i przez jedną noc stracił Marlenę na długie lata. Do dziś, gdy znów się pojawiła i najwidoczniej już mu wybaczyła, bo całowała tak zachłannie i z taką pasją jak dawniej.
Przez moment zapomnieli o Księdze, która wypadła z jej rąk i spadła na trawę. Momentalnie oderwali się od siebie i z szerokim uśmiechem kobieta podniosła ją. Lukas wydawał się zbity z tropu i spoważniał nagle, patrząc na coś ponad ramieniem Marleny.
- Jeżeli ty nie chciałeś to wystarczyło powiedzieć - powiedziała sucho, widząc jego minę. nie zwrócił na jej słowa uwagi. tylko uparcie wpatrywał się w coś poza nią. Przeszły ją dreszcze strachu.
- Nie wiesz co się tutaj dzieje. Wracajmy do zamku tam Magnus nałożył ochronę - powiedział sucho i objął ją jedną dłonią w pasie. Nieco się uspokoiła, ale wciąż nie rozumiała dlaczego tak nagle zmieniło się jego zachowanie.
Mocniej ścisnęła księgę w dłoniach i przyspieszyła kroku, widząc ogromny pałac wampirów. Zerkała co chwila na Blackwella, ale on milczał i wpatrywał się przed siebie. Zawsze tak robił, gdy coś go zdenerwowało lub zmartwiło. Ale czy mogło chodzić o nią? O pocałunek? Sam przecież zaczął.
- Nie bój się mnie - odezwał się nagle, zerkając na nią z krzywym uśmiechem,
-Nie boję się ciebie - odpowiedziała ostro i skupiła się na tym, aby oddać księgę Wybranej. Po to tutaj przyszła nie po to, aby znów wdawać się w romans z tym mężczyzną. Pamiętała ile bólu jej wyrządził, a i tak nie potrafiła o nim zapomnieć. Kochała go od zawsze i dawno temu mu wybaczyła.
Kiedy zobaczyła drzwi do zamku, oderwała się od Lukasa i sama ruszyła do przodu, zostawiając go ze zdziwioną miną na przystojnej twarzy.
                                            *****************
      Samuel naciągał kolejną cięciwę ze strzałą i przymierzał się do wystrzelenia jej. Wziął głęboki oddech i wymierzył. Skupił się tylko i wyłącznie na tarczy, która znajdowała się na drugiej stronie pokoju. Normalnie u Lucyfera musiał strzelać z minimum 200 metrów, a i tak zawsze trafiał w cel. Ta odległość, która tutaj była to jak zabawa, ale odprężało to jego umysł
Strzała przecięła powietrze ze świstem i trafiła w najmniejszy punkt na tarczy, który był na samym środku. Uśmiechnął się po nosem i opuścił łuk. Trenował już od jakiś dwóch godzin i widział jak słońce wschodzi i pojawia się na horyzoncie. Lubił patrzeć na zachody i wschody, a w Piekle przez długie miesiące nie mógł, bo po prostu nie było czegoś takiego. Odzwyczaił się, ale i tak uwielbiał, gdy poranne promiennie muskały jego twarz. Nawet przez szyby sali treningowej.
Przymknął oczy, rozkoszując się tym i zamyślając. Po spacerze z Arivan wrócili do zamku, ale nie pozwoliła mu odejść do pokoju, który przydzielili mu obok jej. Prosiła, aby został z nią, a on nie potrafił odmówić, widząc łzy w jej ślicznych oczach. Bał się, że mógł ją skrzywdzić, ale bardziej nie chciał być kolejny raz powodem do płaczu. Dlatego został z nią i położył się obok niej, aby spokojnie zasnęła. Nie udało się to dopóki nie położyła głowy na jego klatce piersiowej, a on nie objął jej jedną dłonią, leżąc na plecach. Wtedy niemal od razu zasnęła, a on wsłuchiwał się w jej spokojny i równy oddech. Była jak anielica i nie bała się być w ramionach syna Upadłego Anioła. Nie rozumiał dlaczego wciąż go kochała, skoro powiedział jej kim był i co miał w sobie. Ona mimo wszystko nie odrzuciła go. Może właśnie to sprawiło, że zaczął dostrzegać dawne życie i uczucia. Wciąż, jednak nie umiał przyznać się jej do tego. I nie rozumiał dlaczego. Kiedy próbował włączała się jakaś blokada, która odbierała mu mowę. I tak za każdym razem.
Pojawił mu się obraz, gdy wychodził od niej z pokoju. Wyślizgnął się jak najciszej z łóżka i założył buty. Spojrzał na delikatny uśmiech na jej ustach i spokojny wyszedł z sali przekonany, że śniło jej się coś dobrego. Szybkim krokiem ruszył do sali, znając drogę i mając nadzieję, że na nikogo nie wpadnie. Udało mu się to i tak znalazł się w tej sali i od razu zaczął trenować. Nie opuściłby dziewczyny, gdyby nie to, że ten głos w głowie nie dawał mu spokoju. Ciągle musiał go blokować przed zawładnięciem nim i to sprawiało, że ból w głowie był nie do zniesienia. Musiał jakoś odwrócić uwagę od niego, bo wiedział, że długo nie wytrzymałby tego.
 Teraz stał w oknie z przymkniętymi oczami i przypominał sobie prawdę z pobytu w Edomie. Nie mógł uwierzyć jak bardzo zmienili mu pamieć. Jak zniszczyli prawdziwe wartości, a wpoili te okropne. Co kazali mu robić i jakim być. Jakie metody na nim stosowano. Przypominał sobie salę, w której przebywał na początku. Przypominał loch z czerwonej cegły. Podłoga była zimna, a ściany gorące co było bardzo dziwne. Na ścianach wisiały łańcuchy, do których przywiązywano go podczas tortur. Były tam tylko jedne drzwi. Calutkie czarne, a klamka była tylko z zewnętrznej strony. Dlatego Albus nigdy ich nie zamykał. Przychodził z pomocnikiem, który miał na imię Syriusz i mieli ze sobą stolik. Stały na nim różne strzykawki i inne narzędzia, na myśl których przechodziły go dreszcze. Pamiętał, że pierwszego dnia tak się opierał, rzucając w łańcuchach, że złamał sobie kostkę. Ból był rozdzierający, a on na moment zapomniał o dwóch oprawcach, którzy chcieli wstrzyknąć mu coś w żyły. Gdy sobie przypomniał było za późno. Już wstrzyknęli mu krew w żyły. Krew jego ojca. Wtedy ból w złamanej kończynie wydawał się zbawieniem w porównaniu do tego po zastrzyku. Czuł jakby ktoś od środka palił jego żyły. Każdą najmniejszą w jego ciele. Myślał, że spłonie, że umrze tam w trakcie jakiegoś chorego eksperymentu. Nic mu nie wyjaśnili. Myślał wtedy usilnie o Arivan. Skupiał się na niej, aby choć trochę odegnać ból. Widział jej uśmiech na ustach i słyszał anielski głos. Widział zawsze czujne spojrzenie i tą uroczą zmarszczkę na środku czoła, gdy myślała intensywnie. Ból mimo to utrudniał mu to,aż w pewnym momencie. Przestawał krzyczeć i się ruszać. Po prostu tracił świadomość i pochłaniała go ciemność. Za pierwszym razem widział w niej roześmianą dziewczynę, która w białej sukience biegła przez polanę, jakby chciała mu uciec. Nie chciał się wtedy budzić, ale kiedy już prawie ją złapał to wracał do rzeczywistości. Znów był w tym pomieszczeniu, ale nie był już przykuty. Co dziwne kostka była cała, a on mógł nią normalnie poruszać.
Potem co dnia było podobnie, a on za każdym razem miał zmieniane wspomnienie. Dziewczyna już nie miała białej sukienki, tylko zakrwawioną. Nie biegła radośnie tylko stała za ciałami jego rodziców z szerokim uśmiechem i mieczem od krwi w dłoni. Najpierw nie wierzył w to i walczył, ale pewnego dnia odpuścił. Wtedy odwiedził go pierwszy raz ojciec. Nagadał mu, że Arivan chciała również jego zabić, bo dowiedziała się czyim dzieckiem był. Nawymyślał, że uratował go cudem. Pokazał nawet ciała rodziców, których rzekomo zabiła. Zaczął mu wierzyć, bo miał zwyczajnie dość tego makabrycznego bólu, który czuł po zastrzyku. Myślał, że on skończy z tym, ale nie zrobił tego. Po tym spotkaniu jeszcze trzy dni go tak torturowali. Wtedy wymazali mu o tym pamięć i wpoili jakieś fałszywe wspomnienia. Nie potrafił przypomnieć sobie tych prawdziwych, a ilekroć coś mu  nie pasowało i próbował zglebić coś, to czuł ogromny ból w głowie i nie potrafił się skupić. Taka blokada jako zabezpieczenie. Teraz łamał ją, ale wciąż wiązało się to ze strasznym bólem. Miał tylko nadzieję, że kiedyś to ustanie.
Przypominając sobie o torturach, poczuł jak urosła w nim nienawiść do ojca. On go na to skazał. Kazał torturować, choć był jego synem. Nie miał w ogóle sumienia, a kiedy raz pojawił się na nich, to uśmiechał się szeroko i kazał dać więcej krwi dla niego. Nienawidził go wtedy i teraz, ale potem zapomniał o tym dzięki ich sprytnemu planowi. Nie rozumiał tylko po co on my był. Nie był Wybranym i nie wiedział nic wcześniej o tym świecie, w którym teraz był. Zawsze myślał o tym jak o bajkach.
Teraz rozumiał o co chodziło. Chciał go wykorzystać jako broń przeciwko dziewczynie. Wyszkolił go tak, że był ją gotów zabić o każdej porze. Pragnął, aby to zrobił, bo pozbyłby się problemu i nie poplamił sobie rączek jej krwią. On nie potrafił, jednak tego zrobić. Zawahał się i to wystarczyło, aby ona uwierzyła, że dawny Samuel wciąż żył. Gdyby nie ona to nadal byłby tym potworem, którego stworzył Lucyfer. Nie potrafił jej się za to odwdzięczyć i wiedział, że do końca życia tego nie zrobi. Uratowała go przed samym sobą. Jako jedyna nie uznała go za potwora jak jego ojciec. Przez to znów ją pokochał.
Otworzył oczy i spojrzał na las, który był za zamkiem. Drzewa miały coraz więcej zieleni, a ptaki radośnie latały nad roślinami. Były wolne i nie martwiły się tym co nastanie jutro. Niestety tak miały tylko zwierzęta. Człowiek miał o wiele gorzej, nie ważne jakiej był rasy. Teraz wszyscy chcieli przetrwać.
Cichy głosik mówił mu, aby poszedł do lasu, ale on go zlekceważył i odwrócił się na pięcie, aby wrócić do treningu.Nie miał zamiaru pozwolić, aby ojciec znów nim zawładnął. Chciał sam o obie decydować i nie być marionetką Upadłego Anioła, który miał chorą wizję przejęcia władzy nad wszystkim i wszystkim, mordując tysiące, jak nie miliony, niewinnych osób. Pobolewała go wciąż noga, ale nic sobie z tego nie zrobił. Było to lepsze od tego bólu w głowie. Noga z każdym dniem mniej dawał się we znaki, a on wracał do wcześniejszej kondycji. Cieszyło go to, bo po pobycie w sali szpitalnej zdrętwiały mu wszystkie kości. Czuł się jak starzec, a miał przecież niecałe dwadzieścia lat. Wziął głęboki oddech i podszedł do miejsca, gdzie wcześniej odłożył swoją ulubioną broń. To Lucyfer nauczył go strzelić z pomocą jeszcze jednego demona, ale nie pamiętał jego nazwy. Chyba było to Azazel. Krzyczeli cały czas na niego i za każdą źle strzeloną strzałę, musiał biegać kilometr w bosych nogach z jakimiś głazami na plecach. Po pierwszym razie omal nie złamał sobie nogi.Udało mu się, jednak wyjść cało i w bardzo szybkim tempie stał się jednym z najlepszych łuczników w Edomie. Jak i nie wszędzie. Odegnał, jednak te myśli, bo nic nie chciał zawdzięczać ojcu. Nie licząc tortur.
Chwycił za łuk i wtedy to poczuł. Znał to uczucie doskonale. Cały zdrętwiał i poczuł jak w pokoju zrobiło się przerażająco zimo. Przeszły go dreszcze i napiął wszystkie mięśnie do granic możliwości, mocniej zaciskając dłoń na łuku. Poczuł zapach jaśminu mieszanego z spalonym węglem. Znał przebieg kolejnych wydarzeń, ale mimo wszystko nie potrafił się ruszyć. Skamieniał jak głaz i czekał, aż przybysz wykona kolejny ruch.
                                                 **********************
 Hello! Wiem, że muszę uciekać do schronu za zakończenie, ale jakoś zwieje przed wami z pochodniami :P Mam nadzieję, że rozdział się spodobał i nie zanudziłam was na śmierć :) 
Wiem, że spodziewaliście się w sobotę lub niedziele rozdziału, ale prawda jest taka, że miała go gotowego od środy. Niestety nie miałam kiedy wstawić. Dlatego jest dopiero dziś. Mam nadzieję, że się cieszycie i skomentujecie :D Tak groźby też mogą się pojawiać :D Chcę, jednak abyście wyrażali szczerą opinię jak zawsze i zapraszam do zagłosowania w ankiecie. Jeżeli ktoś może niech wejdzie w link : http://kochamczytacblogi.blogspot.com/ i zagłosuje w ankiecie na mój blog ; Nienarodzeni. To dla mnie ważne i myślę, że nie jest to wielki problem. Z góry dziękuje. 
Co mogę jeszcze napisać? Jeśli jakieś pytania macie, to albo piszcie na facebooku, albo w zakładce, którą dodałam. Na wszystkie postaram się odpowiedzieć.:*
I dziekuje za prawie 11000 wyświetleń :D Normalnie cieszę się jak małe dziecko :* Mam nadzieję, że będzie was jeszcze więcej i będzie dalej czytać losy naszej Arivan i Samuela. zwłaszcza, że planuje stworzyć trzecią część :) Co myślicie ? 
Buziaki :D 
         - Dont Cry To Me 
                               











piątek, 4 marca 2016

Rozdział.5.

 Rozdział z dedykacją dla Sovbedlly *.-
       Jeszcze przez moment Arivan stała jak głaz. Ale kiedy tylko zobaczyła pierwszą ciemną plamkę na niebie, która z każda chwilą się powiększała i za nią robiło się coraz więcej ich, wiedziała, że musi działać.
- Do broni! Atakują nas! - krzyknęła ile miała siły w sobie i sama także miała już swój wierny miecz w dłoni. Wszyscy byli przerażeni, ale nie zawahali się i dobyli broni. Co szybsi zaczęli prowadzić biegiem dzieci do środka zamku.
Lukas zerknął tylko na niebo i już o nic nie pytał.
- Vladimir i Luka pamiętajcie o sojuszu! - wrzasnął do dwóch przywódców. Skinęli tylko głowami. U króla wampirów pojawiły się długie kły i ostrze miecza w dłoni. Alfa stada zmienił się w ogromnego czarnego wilka i warczał wściekle. Reszta ich poddanych poszła w ich ślady. Samuel spojrzał na dziewczynę,a w oczach miał plami czerni.
Nie teraz- pomyślała rozpaczliwe dziewczyna,a on wyciągnął w jej stronę dłoń. Nie zdążyła nic zrobić, gdy chwycił ją w nadgarstku. Uśmiechnął się lekko i spojrzał w jej przestraszone oczy.
- Wszystko dobrze - powiedział, a ona wypuściła powietrze z ust. Nie zdała sobie sprawy, że je powstrzymywała. Skinęła tylko głową i spojrzała w górę w idealnym momencie, aby zrobić unik przed pierwszym Upadłym, który chciał spać wprost na nią. Upadła na ziemię i spojrzała w niebo. Coraz więcej potworów spadało na ziemię, nucąc jakąś pieśń,której ona nie znała. Była przerażona tym co się działo, bo nie byli kompletnie na to przygotowani. Mieli nikłe szanse na wygraną.Upadły podniósł się szybko i ruszył na Wybraną, ale wtedy zawył z bólu. Upadł na kolana, a ona zobaczyła Samuela, który trzymał rękojeść zatopionego miecza a plecach wroga. Wyciągnął go z obrzydzeniem. Otarł o spodnie i spojrzał na przerażoną dziewczynę. Pomógł jej wstać, a ona uśmiechnęła się słabo, choć sytuacja nie należała do wesołych.
- Staraj się uderzać pomiędzy skrzydła to słaby punkt - powiedział tylko i już odwrócił się, aby zaatakować kolejnego. Dziewczyna przez moment patrzyła na jego ruchy pełne gracji, po czym rozejrzała się po polu bitwy. Magnus wraz z dwójką pozostałym czarowników bronili wejścia do zamku, gdzie były bezbronne dzieci wszystkich ras.Z ich dłoni buchały przeróżne iskry,a Upadłe Anioły odlatywały kawałek dalej, ogłuszone magią. Byli dzielni, ale wiedziała, że wiecznie energii mieć nie będą.
 Lukas zacięcie walczył z dwójką Upadłych, odpierając ich ciosy i atakując. Kiedy tylko zabił jednego pojawił się następny, a on w dodatku bronił jednej wilkołaczki, która leżała w ludzkiej postaci, krwawiąc z rany na brzuchu. Nie mogła się podnieść, ale warczała wściekle. Jej krótkie, do ramion, włosy były umazane ziemią krwią, ale nadal była piękna. Blackwell wydawał się być uparty, aby nie dać skrzywdzić. Podziwiała go za to, ale musiała znaleźć jedną osobę.
Vladimir akurat skręcił kark jednemu. Miał jego krew na brodzie, ale splunął z grymasem obrzydzenia, smakując jej. Za dobra nie była. Momentalnie skoczył na plecy następnego, który chciał zabić młodego wampira. Zaczął się z nim szarpać, a Upadły choć próbował go zrzucić nie dał rady. Wgryzł się mu w szyję, a ten zawył okropnie, czując jak krew Vlada wnika w niego. To nie było zabójcze, a sprawiało mękę. Odepchnął się od niego i stanął na równe nogi, a potwór upadł na ziemie. Vladmir uśmiechnął się prze usta w krwi do niej i zaraz znów zaatakował demona. Tym razem z pomocą innego wampira.
 Wszyscy dzielnie walczyli, ale ona szukała tylko jednej osoby. Miała nadzieję, że był w tym tłumie, ale coś jej mówiło, że nie byłby taki głupi, aby dać się jej łatwo znaleźć. Wściekła się i postanowiła, że nie ma co szukać jednego demona. Musiała pomóc reszcie. Zaczęła atakować Upadłego, który wraz z dwójką innych próbował zabić Emilię. Zatopiła ostrze bez oporów w kręgosłupie potwora i nie patrzyła jak zwijał się z bólu.  Następny rzucił się na nią i upadła na ziemie, mając go na sobie. Uśmiechał się złowieszczo, ale ona tylko przymknęła oczy i przywołała ogień. Momentalnie odskoczył od niej, a jego skrzydła płonęły żywym ogniem. Uśmiechnęła się jak wcześniej on i natarła na ostatniego. Wiedziała, że oni są nieśmiertelni nie umrą. Kiedy ich się tak jakby zabiję to wracają do Piekła. Tam muszą nazbierać z powrotem sił, ale trwa to bardzo długo. Chyba, że ktoś odda im swoją, a tego normalne osoby nie robiły.
Podskoczyła do góry, gdy rzucił się na nią i wylądowała tuż za jego plecami. Bez namysły wbiła ostrze pomiędzy skrzydła demona. Oddychała znacznie szybciej, ale nie miała czasu, aby uspokajać się. Adrenalina coraz szybciej w niej buzowała.
Podbiegła do przyjaciółki i wręczyła jej swój miecz, wiedząc, że umiała walczyć. Spojrzała na jej przerażoną twarz i odgarnęła rudy kosmyk z twarzy. Musiała być silna, inaczej zginie, a tego Arivan by sobie i wybaczyła.
- Nie bój się. To nie są ludzie - powiedziała i poklepała ją po ramieniu.Emila wzięła miecz w dłonie i ścisnęła pewnie. Wybrana uśmiechnęła się, dodając jej otuchy i ruszyła biegiem dalej w tłum. Zobaczyła go, a przynajmniej tak myślała. Pierwsze co jej się pojawiło w głowie to : Zabij go! I tak miała zamiar postąpić.
Rzuciła się w jego stronę, a w dłoni już zmaterializował się nowy miecz. Podczas gonitwy odpychała ciosy pozostałych i starała się pomóc komu tylko mogła. Zabijała bez skrupułów doskonale, wiedząc ile oni wymordowali niewinnych. Wiedziała, że powinna przestać go gonić, jednak jej głównym celem był Lucyfer. Miała go non stop przed sobą, gdy z gracją mistrza zabijał wilkołaka, a następnie ranił kolejnych. Nic sobie nie robił z tego,że go ścigała. Najwyraźniej szukał kogoś. A ona z przerażeniem stwierdziła, że wiedziała kogo. Przyspieszyła kroku, ale wtedy ktoś chwycił ją za ramię i rzucił z całej siły. Upadła na martwym ciele. Zaparło jej dech,a w plecach poczuła promieniujący ból, ale szybko się pozbierała. Próbując wstać zobaczyła ciało małej dziewczynki o czarnych włosach. Miała może jedenaście lat, a jej twarz była pokryta krwią i zaschniętymi łzami. Nie zdążyła się schować w zamku, a te demony nawet dziecka nie oszczędziły. Poczuła łzę na poliku i z drżącymi dłońmi zamknęła przerażone oczy czarnowłosej. Miała zamiar ją pomścić tak jak każda ofiarę Upadłych Aniołów.
 Wściekła wstała na równe nogi i rozejrzała się dookoła. Widziała mnóstwo ciał. Nie tylko jej armii, ale i Upadłych. Niestety więcej były tych dobrych. Były także ciała dzieci. Przez ten widok w jej sercu pojawiła się furia i chęć zemsty. Patrzyła na toczącą się bitwę. Jej armia dzielnie walczyła i nie dawała się strachowi, ale mimo wszystko byli słabsi. Wiedziała, że nie poradzą sobie z takim wrogiem. Zwłaszcza, że wampiry i likantropy nie potrafią się zgodzić i przez kłótnie na bitwie giną. Zamiast pokonywać Upadłych wspólnie to walczyli przeciwko sobie. W taki sposób zapewniali sobie śmierć i resztę. Nie mogła na to pozwolić. Musiała użyć darów i mimo, że wiedziała, że to ich ostatnia nadzieja, to bała się, że nie zapanuję nad nimi i wtedy zamorduję wszystkich. Wzięła głęboki oddech i zdecydowała się, że zrobi to, ale wtedy zobaczyła Samuela. Walczył z dwójką Upadłych. Jeden z nich złapał go i powalił na kolana. Drugi stał przed nim z wyciągniętym mieczem na wysokość jego serca. Przerażona zerwała się do begu w ich stronę. Chwyciła z całej siły miecz i rzuciła prosto w demona. Nie chybiła. Ostrze zatopiło się w gardle tego, który trzymał Samuela. Drugi zaskoczony odwrócił się w jej stronę, a ona wtedy skoczyła na niego. Powaliła go na ziemię i wbiła sztylet w serce. Przeciwnik szarpał się chwilę i przez to zranił ją w nogę. Syknęła z bólu i zwaliła się  z niego. Spojrzała na rozcięcie, a potem na chłopaka, który już klęczał przy niej.
- Przeżyję. Pomóż mi - powiedziała, a on skinął głową i pomógł jej wstać. Oparła się na zranionej nodze i poczuła bolesne pulsowanie. Mimo wszystko zagryzła dolną wargę i stanęła o własnych siłach.
- Nie wygramy. Zniszczą nas - szepnęła, patrząc na śmierć kolejnych osób. Czuła ciężar każdej śmierci na swoim sumieniu. Nie miała pojęcia ile wytrzyma tego ciężaru, ale nie chciała już żadnego więcej.  Samuel milczał, patrząc przed siebie. Zdawała sobie sprawę o czym myślał.
- Zapomnij. Oni nie przyszli po ciebie - powiedziała, po przeczytaniu mu w myślach. Uśmiechnął się krótko i wtedy kolejnych dwóch zaatakowało ich. Dziewczyna zatrzymała ostrze swoją dłonią i poczuła jak przeciął jej skórę. Syknęła z bólu i przywołała wiatr. Odrzuciło go daleko w tył, a ona spojrzała na rękę. Rozcięcie na szczęście nie było strasznie głębokie. Do kości nie doszło. Oderwała kawałek rękawa bluzki i przewiązała rękę. W zdrowej dłoni znów pojawił się miecz, a ona spojrzała na ukochanego, który akurat skręcał kark przeciwnikowi. Za nim inny Upadły właśnie zabijał wampirzycę. Dziewczyna wiedziała, że musi coś zrobić inaczej będzie po nich wszystkich. Nie miała czasu do stracenia. Rzuciła mieczem przed siebie,a  ten zatopił się w kręgosłupie demona, który zabijał dziewczynę. Szybko uklęknęła, nie zwracając na nic uwagi. Chociaż ziemia była przesiąknięta krwią, to musiała skupić się na magi. Na swoich darach. Zamknęła oczy i skupiła się, aby przywołać ogień. Sprawiła, że spłynął z niej i popłynął korzeniami do Upadłych. Słyszała jak zaczynają krzyczeć i dało jej to więcej siły. Czuła nasilające się zawroty głowy. Ból w nodze stawał się nieznośne, a ręki prawie nie czuła. Mimo wszystko zagryzła wargi i przywołała moc wiatru. W ten sposób sprawiła, że ogień szybciej rozprzestrzeniał się, ale raniąc tylko Upadłe Anioły. Omijał każdą inną rasę. Robiła to cały czas, czując jak siły z niej znikają. Zaczynała tracić świadomość, ale mimo wszystko utrzymywała się, aby uratować resztę.Nie mogła pozwolić na zwycięstwo wroga. Zaczęła cała drżeć, czując jak jej temperatura spadła. Wiedziała, że groziło jej wyziębienie organizmu, ale była już w transie i skupiała się, aby ogień dosięgnął każdego z demonów.
- Arivan już starczy - usłyszała obok siebie zmartwiony głos. Samuela. Uklęknął obok niej, ale ona nie przerwała. - Już ich nie ma. Uciekli. Przestań proszę - powtórzył, dotykając jej zaciśniętych dłoni na ziemi. Słysząc jego słowa zatrzymała ogień i powietrze. Poczuła jak wróciły do niej i odepchnęły od ziemi. Wylądowała na kolana chłopaka, który patrzył na nią z smutną miną. Oddychała płytko i miała zamknięte oczy. Nie miał pojęcia ile energii zużyła, ale wyglądała na wykończoną. Głaskał ją po poliku, patrząc jak chaos po bitwie uspokajał się. Ludzie zaczęli chodzić i sprawdzać czy są gdzieś rani. Inni patrzyli czy Upadli są martwi. Niestety ciała demonów znikały i wracały do Piekła. Nie było jak ich zatrzymać na ziemi. A może to dobrze. Dobrze wiedział, że ogień był skierowany przeciwko Upadłym Aniołom i nie rozumiał dlaczego nie dosięgnął jego. Też nim był. Podejrzewał, że Arivan ochroniła go. A teraz cała trzęsła się w jego rękach, jakby umierała. Ta myśl ścisnęła jego serce, a w oczach pojawiły się łzy.
- Daj mi rękę - powiedziała ledwo słyszalnie Wybrana, a on bez wahania ścisnął jej dłoń z całej siły. Odwzajemniła to, ale uścisk był bardzo słaby. Nagle poczuł się jakby ktoś nim szarpnął. Czuł jak jego energia przelewała się do ciała dziewczyny. Wystraszył się, ale nie zabrał dłoni. Był w stanie poświęcić dla niej wszystko. Wiedział to, ale demony w środku mówiły co innego. Teraz, jednak był sobą i nie dopuszczał ich do siebie. Choć przez całą bitwę słyszała głos ojca, który nawoływał go to ignorował go, choć ból był straszny. Uczył się, jednak z nim żyć.
Arivan puściła jego dłoń. Oddech jej się unormował, a twarz przybrała rumieńców. Uśmiechnęła się lekko i otworzyła oczy, patrząc na niego. W oczach kryło się zmęczenie, strach i nadzieja. Bała się zapytać co się stało z Upadłymi, ale on doskonale wiedział o co jej chodziło.
- Wypędziłaś ich Ari - powiedział z uśmiechem, a ona poczuła chwilą ulgę na sercu. Koniec. Przynajmniej na jakiś czas. Musiała zobaczyć jakie są straty i jak się mają żołnierze.
Powoli podniosła się z pomocą Samuela na nogi. Zakręciło jej się w głowie, ale dzięki energii życiowej chłopaka czuła się lepiej. Noga i ręka nie bolały tak bardzo, a ona miała dość siły, aby sama iść. Mimo to brunet uparł się, że będzie jej pomagał. Zgodziła się, nie mając siły na kłótnie.
Rozejrzała się po polu bitwy. Leżało na nim mnóstwo ciał. Niektóre osoby, które były w lepszym stanie zabierały rannych do lecznicy. Matki z płaczem tuliły dzieci, które wybiegły z zamku. Inne osoby klęczały nad ciałami i rozpaczały. Dużo było dziewczyn. Dorosłych i takich w wieku dziewczyny, które rozpaczały śmierć ukochanych. Wybrana szukała rudej grzywy włosów. Miała nadzieję, że jej nic się nie stało. Szła wolniej przez tłum, patrząc na osoby. Niektóre nawet na nią nie spojrzały. Inne nie ukrywały złości. Niektórzy uśmiechali się przez łzy. Czuła ciężar wszystkich ofiar na sercu. Nie miała za dużo siły, a to odbierało resztki. Miała ochotę uciec stamtąd. Chciała zostać sama, ale nie mogła. Musiała znaleźć Lukasa i resztę. Przede wszystkim dowiedzieć się, czy wszystko z nimi w porządku. Nie mogła stracić kolejnych najbliższych osób. Nie wytrzymałoby tego jej sumienie.
Jedna kobieta powiedziała, że są przy drzwiach zamku. Podeszła tam jak najszybciej mogła z pomocą Samuela. Mówiła prawdę. Vladimir opierał się plecami o drzwi i wycierał krew z twarzy. Nie wydawał się zadowolony, że ją smakował. Jego ojciec rozmawiał z Luką. Nie mieli większych obrażeń jak kilka zadrapań. Emilia stała obok Marka i ocierała jego ranę na klacie. Nie była na szczęście głęboka. Magnus wyglądał na wyczerpanego jak ona, ale prócz tego nic mu nie było. Odetchnęła w duchu, patrząc na nich.
- Czy ktoś mi powie dlaczego te demony akurat teraz zaatakowały? - zapytał wściekły samiec alfa, patrząc na każdego krótko.
- Bo zawiązaliście z nami sojusz. Wie, że jesteśmy silniejszy. Liczył, że wystraszycie się i ucieknięcie, ale nie spodziewał się takiej reakcji - odpowiedziała sucho Arivan, stając samodzielnie przed nimi.
- Pomarzyć sobie może. Teraz to jest nasza osobista wojna. Zabił wielu naszych i my się mu odwdzięczymy - powiedział ostro mężczyzna i spojrzał na Valentian'a, który skinął głową z ponurą miną. Wydawał się być przytłoczony rozmiarem ofiar.
- Trzeba zadbać o rannych i zdobyć więcej leków - odezwał się spokojnie król, patrząc na Lukasa, który wydawał się być strasznie zmęczony. Cały spocony i w cudzej krwi.
- Moja matka na pewno przyśle ile będzie mogła - zapewniła Emilia poważnie i uśmiechnęła się krótko do Wybranej. Odwzajemniała gest, ale nie było jej ani trochę do śmiechu. Musiała zostać sama i ogarnąć myśli. Czuła się przytłoczona. Spojrzała na Samuela i potem na resztę.
- Przepraszam chcę pobyć sama - powiedziała drżącym głosem i rzuciła się biegiem do środka zamku. Wiedziała, że ruszą za nią, ale choć osłabiona, wciąż miała dość siły. Marzyła tylko o wannie pełnej wody i zanurzeniu się w niej. Chociaż chwilowe ukojenie.
Samuel chciał biec za dziewczyną, ale zatrzymał go młody wampir.
- Zostaw ją. Musi pobyć chwilę sama. To dużo jak na jeden dzień - powiedział spokojnie, patrząc na bruneta z obojętną miną.
- Nie chcę, aby była sama - wyznał, zerkając na korytarz w którym zniknęła Arivan. Widział jak się przejęła i bał się, że coś sobie zrobi. Nie mógł do tego dopuścić. Zależało mu na niej.
- Ale ona tego potrzebuje. Daj jej chociaż dwie godziny. Musisz pomóc w zebraniu ciał i przygotowaniu zbiorowego pogrzebu. Potem pójdziesz do niej - powiedział sucho Vlad, a Samuel niechętnie ustąpił. Domyślał się, że dziewczyna potrzebowała wszystko sobie przemyśleć. Mimo to bał się o nią.
- Chodźmy - pogonił ich Lukas i ruszył z powrotem na zewnątrz. Chłopacy niechętnie poszli w jego ślady. Widok tych wszystkich ciał nie był za miły, a co dopiero dotykanie ich.
                                                   *********************
            Arivan stała przy oknie w swoim pokoju, zapinając ostatni guzik czarnej koszuli. Lukas zajął się całym pogrzebem i zapewnił, że nie musiała na nim być, ale ona czuła się zobowiązania. Chociaż to mogła zrobić dla tych wszystkich, którzy polegli za nią i jej sprawę. Zamyślona patrzyła na ciała układane obok siebie na placu.  Coraz więcej osób zbierało się przy nich, aby pożegnać ich ostatni raz. Dziewczyna dziękowała, że sama nie miała tam bliskiej osoby. Nie miała pojęcia jakby to zniosła. Chyba załamałby się od razu. Już raz przeżyła śmierć ukochanego chłopaka i kolejnej by nie zniosła. Przypomniały jej się pogrzeby rodziców. Na każdym starała się być dzielna, ale miękła, gdy palono ciała, płakała i nie umiała tego powstrzymać. Ból był nie do wytrzymania. Wiedziała co czuły tamte osoby na placu i przez to czuła się jeszcze bardziej winna.
- To moja wina - powiedziała sama do siebie i nie usłyszała jak do pokoju wszedł Samuel. Niepewny podszedł do niej i objął od tyłu. Przyciągnął ją do siebie, a ona przymknęła oczy, czując błogi spokój, kiedy był obok niej.
- Jak rany?- zapytał,a ona wzruszyła ramionami. Noga prawie cała się zagoiła i nie miała pojęcia dlaczego, ale domyślała się, że to przez zabranie energii Samuela. Ręka miała tylko niewielkie rozcięcie i wcale nie bolała.
- Ich śmierć to tylko wina Lucyfera. Nie twoja rozumiesz?- powiedział poważnie i odwrócił ją twarzą do siebie. Skinęła głową, ale nie patrzyła mu w oczy.
- Chodźmy - powiedziała tylko chłodno i ruszyła do drzwi. Miała na sobie czarną koszulę i spódniczkę, oraz rajstopy. Nie czuła się komfortowo, ale tego wymagał pogrzeb. Nie czekała na Samuela. Nie miała ochoty na niczyje towarzystwo. Zbytnio przerosła ją wina. Nie mogła przestać myśleć o tych wszystkich zmarłych, a wiedziała, że to dopiero początek. Już nie była taka pewna czy poradzi sobie z tym wszystkim.
 Na placu zebrali się prawie wszyscy. Lukas stał obok Luki, a Vladimir rozmawiał cicho z ojcem. Reszta była pogrążona w żałobie. Arivan szła powoli, oglądając ciała. Starano się, aby wyglądały przyzwoicie, ale niestety niektórych nie dało się naprawić, chociaż trochę. Czuła jak łzy cisnęły jej się do oczu, ale starała się być dzielna. Wiedziała, że wszyscy zerkali na nią ze złością. Chciała coś powiedzieć, ale nie miała pojęcia. Co mogła powiedzieć, aby uśmierzyć ich ból? Nie będzie więcej śmierci? Przecież to kłamstwo. Dobrze wiedziała, że czekała ich jeszcze niejedna bitwa i wiele niewinnych ofiar. Tylko czy nie odwrócą się od niej. Nie zdziwiłaby się im.
Zatrzymała się przy jednym ciele. Czarne włosy dziewczynki, były zaplecione w warkocz. Twarz umyta, a oczy zamknięte. Na poliku widniała długa rana, a ubranie wciąż było od jej krwi. Pamiętała przerażone spojrzenie jej martwych oczu. Poczuła jak ścisnęło jej się serce. Ona jeszcze mogła tyle przeżyć. Była taka młoda i nie zasłużyła na śmierć. Nie umiała się obronić, bo była dzieckiem, a teraz pewnie patrzyła na nich z góry jako anioł. Zdziwiło ją, że ni było obok niej nikogo. Żadnego rodzica czy rodzeństwa. Czyżby była sierotą? Nie mogła w to uwierzyć. Zaczęła cicho płakać. Nie pragnęła śmierci nikogo z tutaj obecnych. Sama nie rozumiała o co w tym wszystkim chodziło i ile poświęceń ją czekało. nie była na takie coś przygotowana. Jednak wojna sama wybierała sobie ofiary. Nie mogła, jednak pogodzić się dlaczego niewinne dzieci miały ginąć. Wydawało jej się to strasznie niesprawiedliwe.
Delikatnie wzięła chłodną dłoń dziewczyny i ułożyła na brzuchu razem z drugą. Wydawała się taka spokojna, a musiała tyle wycierpieć konając. I to samotnie.
- Jej rodzice również zginęli - odezwał się jakiś chłopak, który klęczał nad ciałem dorosłego mężczyzny. Pewnie swojego ojca. Spojrzała zaskoczona na niego. Nie wydawał się wściekły na nią. Po prostu cierpiał.
- Przykro mi - szepnęła, patrząc na twarz martwego. Zrobiło jej się strasznie ciężko. Osierociła niejedno dziecko i to tylko dlatego,że w głupiej przepowiedni była zapisana wojna z Upadłymi Aniołami.
- Tata zawsze mi powtarzał: Lepiej umrzeć, stojąc niż żyć na kolanach. Był tobie oddany do końca i ja również pójdę w jego ślady - powiedział twardo, unosząc głowę do góry, a ona uśmiechnęła się smutno. Skinęła tylko głowa i wstała. Czuła się tym wszystkim przytłoczona, a poza tym zaraz miała zacząć się ceremonia. Spojrzała jeszcze na niego i odeszła. Ile dzieciaków zmusiła do szybszej dorosłości? Ilu zabrała beztroskie dzieciństwo? Wiedziała, że wielu i to ją przerażało.
Stanęła obok Lukasa i spojrzała na stos ciał. Starała się powstrzymać łzy, ale nie potrafiła. Chociaż nie było tam jej bliskich to czuła ogromny ból z powodu wszystkich zmarłych. Każdy z przywódców wygłosił mowę pożegnalną i złożył kondolencje dla bliskich. Nie chciałam tego słuchać, bo dobrze sama nie znosiłam tego na pogrzebach rodziców. To sprawiało, że traciło się całkiem nadzieję na obudzenie z tego koszmaru. Niestety musiano to powiedzieć.
- Chcesz coś dodać? - zapytał nagle Lukas, gdy skończył przemawiać. Dziewczyna rozejrzała się po tłumie, który teraz wpatrywał się w nią. Praktycznie każdy płakał. Dzieci tuliły swoje matki bądź ojców. Młodzież pocieszała sama siebie, a starsi próbowali być silni. Nie wiedziała  czy potrafiła cokolwiek powiedzieć, ale po minach zebranych czuła, że oczekiwali tego. Z resztą chociaż trochę chciała ulżyć im w cierpieniu.
Skinęła tylko głową i wyszła bardziej do przodu. Wzięła głęboki oddech i spróbowała coś wymyślić w swojej głowie. Nic, jednak nie potrafiła wymyślić, więc postanowiła zaufać sercu.
- Ja... nawet nie wiem od czego zacząć. Wiem, że nie mam prawa mówić, że cierpię bo dużej ilości nie znałam, ale tak jest. Nie mogę przestać myśleć o tych wszystkich osobach, które zginęły - zaczęła mówić i na moment zamilkła, patrząc na ciała. Wciąż skupiała się głównie na jednym. Tej czarnowłosej dziewczynki.
- Wiem,że większość teraz jest na mnie wściekła, a ja się wam nie dziwię. Sama nie potrafię sobie darować,że tylko osób nie żyje przeze mnie. Nie wiem nawet co powiedzieć. Mogłabym tłumaczyć się,że woja wymaga ofiar, ale sama sobie w to nie wierzę. Co byli winni ci wszyscy co teraz od nas odeszli? A dzieci? Przecież nic nie wiedziały. Wszyscy, którzy tutaj polegli są dla mnie bohaterami. Poświęcili swoje życia przeciwko Upadłym i ich poświęcenie nie pójdzie na marne. Sprawie, że oni znikną na dobre i pomszczę wszystkich zmarłych to mogę wam obiecać. Każdy kto tutaj poległ na zawsze zostanie w moim sercu, a jego bliscy mogą zawsze na mnie liczyć. Pomogę jak tylko będę potrafiła.A te potwory mają teraz ich krew na rękach, ale nie tylko oni... - kontynuowała i poczuła jak świeże łzy ciekną po jej polikach i spadają na koszulę. Nie próbowała ich powstrzymać, bo wiedziała, że to na marne.
Odkaszlnęła, bo głos uwiązł je w gardle. Jak ciężko było człowiekowi przyznać okrutną prawdę.
- Nie tylko oni, bo ja również. Nie zadbałam o bezpieczeństwo dostatecznie i nie ochroniłam wszystkich. Nie potrafię wyrazić jak jestem zła na siebie za to i jak strasznie się z tym czuję. Mam tylko nadzieję, że kiedyś dacie radę mi wybaczyć - przerwała na moment i wzięłam głęboki oddech, podnosząc głowę w stronę nieba, które zaszło ciemnymi chmurami, jakby zaraz miało zacząć padać.
- I że ja kiedyś sobie wybaczę - dodała pod dłuższej chwili i zamilkła. Nie miała już nic do dodania. Sama nie wiedziała dlaczego to wszystko powiedziała, ale zrobiło jej się choć odrobinę lżej na sercu. Skinęła krótko na Lukasa który przejął pałeczkę i zaczął mówić słowa ceremonii. Nie słuchała go, tylko patrzyła jak zapalają kolejne ciała, a bliscy zaczynają głośno szlochać. Wyłączyła kompletnie świadomość i skupiła się na ogniu, który pochłaniał ciała. Przypominały jej się obrazy z pogrzebów rodziców. Nienawidziła tego widoku i nigdy więcej nie chciała go mieć przed sobą. Niestety zdawała sobie sprawę, że będzie on coraz częstszy w jej życiu. Obiecała sobie, że postara się aby Lucyfer zginął jak najbardziej bolesną śmiercią za tych wszystkich ludzi i za ich cierpienie.
 Powoli ceremonia zaczęła dobiegać końca, a dziewczyna miała serdecznie dość stania tam. Odwróciła się, więc na pięcie i ruszyła w stronę ogrodu. Chciała zostać sama. Szła szybkim krokiem, aby nikt jej nie dogonił. Zwolniła dopiero, gdy znalazła się pośród krzewów róż. Szła wolno i czuła w sobie coraz większe zmęczenie.
- Hej zaczekaj! - usłyszała głos Samuela, który po chwili był już przy niej. Chwycił ją za ramię i zatrzymał ją. Spojrzała zaskoczona w jego stronę.
- Zostaw mnie - poprosiła cicho, ale on zaprzeczył skinieniem głowy.
- Ile razy ja chciałem zostać sama, a ty nie słuchałaś? Ja też nie będę. Wiem co człowiek myśli w samotności i to nie jest twoja wina Arivan - zapewnił spokojnie, ale ona opuściła wzrok. Pragnęła mu uwierzyć, ale nie potrafiła. Zbyt duży ciężar spoczął na jej sercu.
- Nie tylko ich zabiłaś tylko Upadli rozumiesz? Próbowałaś ich ochronić i zrobiłaś wszystko co umiałaś...
- To za mało. Widziałeś ilu zginęło. Tam były dzieci, które nic nie zawiniły - przerwała mu suchym tonem i odwróciła wzrok w stronę róż. Zbliżał się wieczór, a ich pąki powoli zaczęły się zamykać. Wciąż, jednak były piękne.
Chłopak siłą złapał jej podbródek i zmusił, aby spojrzała mu w oczy.Nie był zły tylko zmartwiony, a ona dostrzegła pewną iskrę w oku, która szybko się ukryła. Stwierdziła, że to tylko jej chora wyobraźnia.
- Nie myśl tak. Pomyśl ilu ocaliłaś. Arivan dzieci, które ocalały mogą przytulić bliskich. Inni zyskali nową siłę po tej walce, a ci którzy stracili kogoś to wiedzą jacy są Upadli i będą chcieli ich pomścić. Tak jak powiedziałaś : ich śmierć nie pójdzie na marne. Nie zapomnimy o nich, a ich poświęcenie da nam siłę do kolejnych walk. Do wojny z nimi i zwycięstwa! - powiedział poważnie Samuel, a ona uśmiechnęła się smutno, patrząc w jego szaro-niebieskie oczy. Wydawał jej się o wiele lepszy do roli Wybranej, ale to spadło na nią. Z resztą nie chciałaby obarczać go tym ciężarem. Już dość wycierpiał z jej winy.
Nie miała pojęcia co odpowiedzieć, więc po prostu przytuliła się do niego z całej siły. Zamknęła oczy i starała się zapanować nad płaczem. Objął ją jedną dłonią, głaskając po plecach, a drugą bawiąc się w jej włosach. Sprawiło to, że czuła się bezpieczna i spokojna. Uwielbiała być w jego ramionach i czuć się... sama nie wiedziała jak. Może kochana?
- Jesteś silna i wiem, że poradzisz sobie z tym. Pomogę ci we wszystkim - szepnął jej na ucho,a ona poczuła się trochę lepiej.
- Dlaczego?- zapytała, podnosząc głowę w górę i patrząc w jego oczy. Uśmiechnął się lekko i dotknął jej polika, ocierając kciukiem jej łzę.
- Bo... jesteś ważna dla mnie - odpowiedział z zawahaniem i pocałował jej czoło. Zadrżała pod jego dotykiem i przymknęła oczy, z lekkim uśmiechem na ustach. Nie chciała, aby ta chwila się kiedykolwiek skończyła. Marzyła, aby trwała wieczność. Żeby nie było żadnej wojny, śmierci i cierpienia. Aby zostali tylko oni dwoje i mogli rozkoszować się sobą nawzajem.
                                                  ******************
        Emilia zaraz po pogrzebie chciała wrócić do swojego pokoju. Nie lubiła takich uroczystości. Dziękowała,że nie było tam nikogo z jej bliskich, ale widząc innych z jej rasy odczuwała przygnębiający smutek. Jako fearie czuła bardziej emocje innych i sama też bardziej przeżywała. W dodatku martwiła się o Arivan. Wydawała się być kompletnie rozbita i załamana po stratach w bitwie.
- Wszystko gra?- zapytał Mark, doganiając ją i łapiąc za dłoń. Spojrzała na niego zdziwiona i uśmiechnęła się lekko, wiedząc, że i tak go nie da rady oszukać. Nawet nie chciała próbować.
- Nic nie jest w porządku. Przez te potwory wiele osób oddało życie. Nie mogę darować sobie tego, że nie ochroniłam naszej rasy - odpowiedziała smutno, patrząc na podłogę. Szli obok siebie w stronę jej pokoju, ale jakoś jej się tam nie spieszyło. Pomimo, że królowa pozwoliła jej samej decydować o swoim życiu to sprawa z blondynem, wciąż nie była jasna. Niby wiedziała, że ją kochał, ale nie powiedział jej tego w prost nie okazywał tego też za bardzo. Martwiła się, że jego uczucia wygasły.
- Nie jesteś ich strażniczką. Jesteś żołnierzem i jak każdy żołnierz walczysz i chronisz siebie. Jeżeli możesz to innych, ale nie wolno ci się obwiniać o ich śmierć. Nic nie zawiniłaś. Nikt z armii nie zawinił. Winę ponoszą tylko i wyłącznie Upadłe Anioły - wytłumaczył Mark, a ona uśmiechnęła się lekko i skinęła głową.
- Zawsze wiesz co do mnie powiedzieć - skomentowała z uśmiechem i oparła się o drzwi swojego pokoju plecami, patrząc na niego z pod rzęs. Zbliżył się do niej o krok i dotknął polika w czułym geście. Przymknęła oczy. Brakowało jej jego bliskości i czułości. Przez te wszystkie wydarzenia nie mieli czasu dla siebie.
- Na prawdę? To co teraz powinienem powiedzieć? -zapytał retorycznie blondyn z ustami tuż przy jej szyi. Zadrżała pod wpływem jego dotyku i zaczęła szybciej oddychać, gdy złożył pocałunek na niej.
- Że jesteś najpiękniejsza? - zapytał i mocniej pocałował jej skórę na szyi, a ona zadowolona zamruczała w odpowiedzi. Składał pocałunki coraz śmielej, a dłońmi badał jej ciało. Czuła jak rośnie  w niej podniecenie i nie chciała, aby przerywał.
Po omacku otworzyła drzwi pokoju i wciągnęła go do środka. Oderwał się na moment i zamknął je kopniakiem, po czym szybko pozbył się koszulki. Ona również ściągnęła czarną sukienkę i objęła za szyję, łącząc ich usta w namiętnym pocałunku. Ich języki zaczęły walkę o dominację, a jego ręce coraz śmielej gładziły jej nagie ciało.
W pewnym momencie chwycił ją w talii i uniósł do góry. Położył ją na łóżku i znalazł się nad nią. Uśmiechnął się szeroko i pochylił, aby znów złożył pocałunek na jej szyi. Zanim, jednak to zrobił wyszeptał te słowa, które sprawiły, że ona poczuła jak całe jej serce wypełnia się w szczęściu:
- Kocham cie Emi od zawsze...
                                                   ********************
   Cześć i czołem! Witam z piątym rozdziałem i mam nadzieję, że was nie zawiodłam. Rozdział trochę bez akcji i smutny, ale cóż raz na jakiś czas muszę uwolnić się od polsatowskich zakończeń :D W następnym... nie nie ja nic wam nie powiem. Liczę na wasze komentarze i mam nadzieję, że nie ma tragedii z błędami. Czekam na opinie i krytyka mile widziana :*  A i odpowiadajcie w ankiecie co ? :D
Do zobaczenia :*
             - Dont Cry To Me
PS. Kolejny rozdział możliwe, że pojawi się w tygodniu, a może i jeszcze w tą niedziele, ale to zależy od was i od mojego czasu. Mimo, że mam rekolekcje to mam też pracę z tatą i muszę mu pomóc. Trzymajcie kciuki i czekam na opinie *.-

PPS. Dodałam gadżet z muzyką i myślę, że się podoba. Czekam na wasze propozycje jakie utwory dodać,  jakie usunąć :*