sobota, 27 lutego 2016

Rozdział.4.

Rozdział dedykuje Weronice Zegiel :* Nienasyłaj psa co ? :D
Ps. Odpowiedzcie w nowej ankiecie co ? :*
           Było coś po pierwszej w nocy. Samuel przewrócił się na łóżku, budząc z niespokojnego snu. Rozejrzał się zdziwiony po pokoju i przypomniał sobie, że był u Arivan. Rozejrzał się, szukając jej i znalazł ją, skuloną na fotelu przy łóżku. Spała spokojnie z głową, opartą na ręce. Drugą miała swobodnie zwisającą z fotela. Była okryta kocem, więc było jej ciepło. Chłopak nie umiał oderwać od niej wzroku. Była taka piękna. Jak anioł zbawienia. Pamiętał, gdy pierwszy raz ją zobaczył. Wtedy leżała ranna w lesie. Wydawała się taka bezbronna. Przypominał sobie coraz więcej szczegółów, ale wciąż głowie były te głosy, które kazały ją zabić. Starał się im opierać, ale czasem poddawał się, tracąc siły. Podczas opierania się, sprawiały mu straszny ból, ale on nie chciał zrobić nikomu krzywdy. A już na pewno nie Arivan. Nie rozumiał tego co działo z nim, ale czuł coś do niej. Nie mógł tylko stwierdzić co. Na tych torturach mówiono mu, że nie istnieje miłość. Jest pożądanie, ale nie prawdziwe uczucie. Istnieje nienawiść, ale nie miłość. Na początku odpychał to do siebie. Tłumaczył sobie, że przecież kocha Ari, a ona go. Z czasem, jednak tortury stały się tak wykańczające, że zapominał. Zapominał o niej, o ich wspólnych chwilach i ich miłości. W miejsce tego pojawiła się nienawiść spowodowana tym bólem. Nieświadomie obarczał winą ją. Nie panował nad tym, ale z czasem widziała w głowie tylko wspomnienia mówiące, że była potworem. Po ciągłych zastrzykach, bólu i utracie przytomności, w końcu uwierzył w nie i dano mu jeden cel: Zabij Wybraną. Wciąż miał ten cel w głowie, ale teraz wydawał się on zamazany tak jak fałszywe wspomnienia.  Z powrotem przypominał sobie dawne życie. Czuł straszny ból, pamiętając śmierć rodziców, którzy nie byli może i biologicznymi rodzicami, ale dla niego byli najbliżsi. Był zdania, że to nie więzy krwi, czy DNA tworzą rodzinę, a ludzie którzy o siebie dbają i kochają się. Dlatego kochał swojego tatę, a nienawidził prawdziwego ojca. Gdy przebywał  w Edomie uważał go za wspaniałego, ale teraz kiedy był u wampirów zaczął rozumieć prawdę. Wiedział już jakimi potworami byli Upadli. Nie mógł wybaczyć sobie, że pomagał im i był po ich stronie. Przysiągł sobie, że zabiję Lucyfera jako zemsta za całe jego cierpienie.
Pragnął też ochronić Wybraną. Może i miał te ataki, ale kiedy był świadomy to był pewny jednego: zależało mu na niej i nie chciał pozwolić jej skrzywdzić. Próbował ją zabić i dlatego musiał chronić ją przed samym sobą. Chociaż przez to cierpiał straszne katusze, to było warto. Arivan była ważna dla niego i jako jedyna nie miała go za potwora. Ona wciąż wierzyła, że był tym samym Samuelem co dawniej. I to dawało mu siłę do walki z demonami wewnątrz siebie. Jej nadzieja i miłość stanowiły jego deskę ratunku. Inaczej dawno temu, albo by ją zabił, albo zabiliby go. Chłopak uśmiechnął się smutno, patrząc na dziewczynę. Wiedział, że sporo przez niego wycierpiała, a i tak go nie zostawiła. Stała za nim murem i gotowa była oddać za niego życie. Nie rozumiał tego. Nie przywykł do tego.
Powoli podniósł się z łóżka i uważając, aby nie narobić hałasu wstał. Podszedł do Arivan i delikatnie musnął jej czerwone usta kciukiem. Był to gest w roztargnieniu, ale i przyjemny. Miała ciepłe wargi i od razu uśmiechnęła się minimalnie przez sen. Pochylił się i musnął jej czoło wargami, zostawiając leciutki ślad. Uśmiechnął się sam do siebie i wyprostował się. Wyglądała tak niewinnie i spokojnie, że miał ochotę stać tak całą noc i wpatrywać się w nią, dopóki się nie obudzi. Mimo wszystko nie chciał wyjść na kompletnego świra. Dlatego ruszył na palcach do okna. Uważał, aby nie wydać żadnego dźwięku. Nie miał zamiaru zbudzić Wybranej. Musiał pomyśleć w spokoju. Stanął przed oknem i wyjrzał przez nie. Widział las, należący do króla wampirów, a w oddali góry. Niebo było usiane gwiazdami, a nad nimi wszystkimi górował duży jasny okrąg. Księżyc, który akurat był w pełni. Słyszał w oddali wycie wilkołaków do niego. Starał się zrozumieć co przekazywali sobie nawzajem, ale z czasem, odkąd nie był w Piekle, zapomniał sporo umiejętności. Wyłapał co o sojuszu i kilkanaście sprzeciwów z przeróżnych powodów. Niektórzy byli za, ale większość odpowiadała ostro, że do Dzieci Nocy nie dołączy, nawet gdyby to miało ich uratować. Mieli swój honor. Samuel słuchał ich jakiś czas i zazdrościł jednego każdej rasie. Oni nie kryli tego kim byli. Nie tutaj. Czarownicy nie nakładali na siebie czarów, które ukrywały ich niezwykłe cechy w wyglądzie tylko byli sobą. Wampiry bez żadnych oporów piły krew przy reszcie i szczyciły się kłami.  Fearie eksponowało swoje spiczaste uszy i nie ukrywało nic, bo nawet nie mogli. Niewielka ilość linkatropów przemieniała się wilki bez nerwów i nie wstydziła się tego. Nienarodzeni byli sobą i choć trochę zbyt dumni z tego, to nie ukrywali swojej rasy. Tylko on musiał to robić. Nie pokazywał tego kim był, a był synem najpotężniejszego demona. Pierwszego Upadłego, który zdradził Boga i za to został zesłany do Edomu na wieczne potępienie. Był pierworodnym synem Lucyfera i przez także Upadłym Aniołem. Bynajmniej tak uważał. Na prawdę był hybrydą. Dziecko ze związku Upadłego i śmiertelniczki to nie Upadły. Te potomstwo miało swoją nazwę. Byli nazywani Nefilim. I tym też był. Jednak przez to, że ojcem był Poranna Gwiazda to był potężniejszy od reszty, która była rozsiana po całym świecie. Prawda była taka, że mało było osób z jego rasy. Dzieci zwykle umierały za młodu, bo ciało nie potrafiło zjednać dwóch ras w sobie. Tym którym udawało się to, albo zwariowali i zaczęli się ukrywać, albo inni wyparli się tego i prowadzą normalny tryb życia. Smutna prawda była taka : mało który Nefilim dożywał wieku średniego. Umierali młodo, bo ich organizm walczył sam ze sobą. Przez to byli osłabieni i więcej chorowali. Tak też było z Samuelem, który jako mały chłopiec ciężko chorował i nigdy nie były to lekkie choroby. Mimo wszystko zawsze wyzdrowiał i czuł się potem dobrze, przez jakiś czas. Nie potrafił tego zrozumieć i dlatego uważał się za takiego samego potwora jak reszta Upadłych. Myślał, że był jednym z nich. A tak nie było.
Stojąc przed oknem, ściągnął koszulkę, bo nie chciał jej podrzeć. Odłożył ją na parapet i rozciągnął się, prostując plecy. Wtedy też z środka jego pleców wyrosły skrzydła. Były ogromne i w kolorze złota. Na końcówkach był kolor szafirowy.  Zupełnie jak błyszcząca krew. Były majestatyczne i piękne, a każdy kto je widział zachwycał się nimi. Lucyfer miał czarno-szafirowe skrzydła, ale twierdził, że jego złoty kolor to znak, że zostanie królem. Nigdy nie powiedział, że prawdą jest iż on nie był zły i dlatego skrzydła miały taki kolor, a nie mroczny jak reszty Upadłych Aniołów. Uwierzył mu, bo nic nie wiedział o tym świecie, a nie miał nikogo prócz niego. Wtedy nienawidził Arivan, matka nie żyła, rodzice zastępczy też, a reszty nie znał, abo nie ufał. Pozostał mu, więc tylko ojciec. Teraz rozumiał jakim jest potworem i że okłamywał go ze wszystkim.
Chłopak rozprostował je całkowicie i uśmiechnął się, czując tą błogą wolność, że nie musiał ich ukrywać. Przymknął na moment oczy i rozkoszował się wiaterkiem, który tworzyły wokół niego. Był tak przyjemny, a on strasznie tęsknił za lataniem. Dawno tego nie robił i brakowało mu tej wolności, swobody i braku zmartwień. Wtedy w górze nie myślał o kłopotach. Stawały się malutkie jak ludzie pod nim.Myślał, czy aby znów nie wyleć przez okno i choć na moment odpocząć od tego wszystkiego. Kiedy tak myślał usłyszał, jak ktoś poruszył się niespokojnie. To była Arivan, która chwilę temu się przebudziła. Przestraszyła się, gdy nie zobaczyła Samuela, ale zaraz znalazła go przy oknie. Chciała się odezwać, ale oniemiała, widząc jego niezwykle piękne skrzydła. Wpatrzyła się w nie zahipnotyzowana. W ich błyszczące kolory. Miała ochotę ich dotknąć, ale nie wiedziała, czy by go nie zdenerwowała. Dlatego milczała i wpatrywała się w nie, aż on nagle odwrócił się w jej stronę ze zdziwioną miną. Nie za bardzo wiedział co powiedzieć. Nie chciał, aby widziała tego skrzydła, bo bał się, że uzna go za potwora. Czuł, że jeśli tak się stanie to on na prawdę się nim stanie. Nie chciał tego i dlatego ukrywał to przed nią. Teraz był przerażony i patrząc na nią, myślał co powiedzieć. Nie ukrył swoich skrzydeł, bo już nie było po co. I tak je zobaczyła.
Dziewczyna niepewnie wstała i uśmiechnęła się blado, podchodząc bliżej niego.
- Wiem co teraz powiesz..- zaczął, ale ona przerwała, zamykając jego usta palec. Powoli dotknęła jednego ze skrzydeł i poczuła błogą miękkość. Nie były nieprzyjemne, a cudowne w dotyku. O wiele przyjemniejsze od najdroższego jedwabiu. Tego nie dało się opisać. Jedno słowo pojawiało jej się w głowie. I to to słowo powiedziała, podziwiając je:
- Anielskie - Samuel zaśmiał się sucho, bo raczej nic nie miał z anioła. Tego dobrego. Ona uważał inaczej.
- Ja chciałem ci powiedzieć, ale nie wiedziałem jak. Ja jestem...
- Synem Lucyfera - dokończyła za niego, a on zdziwiony otworzył lekko usta, że tak spokojnie to powiedziała. Spodziewał się złości, a nie uśmiechu na jej ustach i gładzenia przez nią jego skrzydeł. Samuel nie wiedział co odpowiedzieć. Milczał dłuższą chwilę, z lekko uchylonymi ustami, a ona miała ochotę wybuchnąć wybuchnąć śmiechem. Wyglądał na prawdę zabawnie z taką miną.Mimo wszystko starała się powstrzymać wybuch śmiechu. Zamiast tego rozkoszowała się pięknem tych skrzydeł. Nie myślała, że są od Lucyfera. Gdyby był jak on to miałby je czarne. Nie koniecznie w łańcuchach, ale nie byłyby na pewno złote. Złoto to kolor dobra. Bogactwa, ale nie tylko materialnego. Także tego wewnętrznego. Oznaczało to, że chłopak był bogaty w duszy i to w dobre cechy i uczucia nie jak jego ojciec. I tylko tak myślała. Nigdy nie oceniłaby go na potwora. Znała go i przede wszystkim kochała, więc nie potrafiła tak o nim myśleć.
- Skąd wiesz? - spytał po dłuższej, unikając jej wzorku. Czuła, że bał się odpowiedzi i przez to zamknął się w sobie. Musiała go zapewnić, że to nic nie zmienia. Przecież ona już dawno wiedziała, że jego biologicznym ojcem był pierwszy Upadły Anioł. Dziewczyna zabrała dłoń z jego skrzydeł, aby się móc skupić i spojrzała na jego twarz.
- Domyśliłam się. Niby zabito cię, bo byłeś dzieckiem Upadłego, ale gdybyś był jakiegoś zwykłego to by się nie stało. Wymyśliłam, więc że to musi być jeden z dziewięciu książąt piekła. Strzelałam na Lucyfera i chyba zgadłam. - wytłumaczyła, choć głos lekko jej się łamał. Czuła ciężar winy, że to przez nią spotkało go to wszystko. Gdyby go nie poznała i nie zakochała się on byłby bezpieczny. Miałby szczęśliwe życie z rodzicami i zapewne znalazłby sobie jakąś zwyczajną dziewczynę. Ale ona musiała się pojawić. Tak było zapisane w ich przeznaczeniu i nic na to nie poradzą. Każdy ma swoje zadania do wykonania i są one zalecone z Góry, niezależnie od naszej woli musimy je wykonać. Ona pogodziła się z tym i starała się podołać misjom. Łatwe to to nie było.
- I nienawidzisz mnie ? - Usłyszała nagle pytanie, które wytrąciło ją z zamyślenia. Przeniosła wzrok z jego klatki piersiowej na twarz. Uśmiechał się lekko, ale był widocznie zestresowany.
- Nawet gdybym chciała to nie potrafię. Jesteś zbyt ważny dla mnie, abym pozwoliła cię stracić przez głupią krew, która jest w twoich żyłach. Nie obchodzi mnie to Samuel. - powiedziała twardo i dotknęła palcem miejsca, gdzie miał serce, mówiąc :
- Liczy się co masz w środku, o tutaj, a ty masz tam dobroć. Nie jesteś potworem jak inni Upadli i Lucyfer. Ty jesteś inny...
- Ale mam jego krew - Przerwał jej, a ona zaprzeczyła skinieniem głowy. Chwyciła jego twarz w swoje ciepłe dłonie i przysunęła bliżej siebie. Nie opierał się, czując przyjemny oddech na twarzy.
- Nie. Ty masz swoją krew. Nikogo innego. Ona jest twoja i tworzy ciebie. Nie ma w niej nic z ojca - powiedziała, akcentując każdy wyraz, aby dotarło to do niego. On jednak zaprzeczył i wyrwał się z jej uścisku, czując ból w głowie. Znów te głosy się odzywały tym razem, mówiły : Nie jesteś człowiekiem. Jesteś demonem jak my. Masz w sobie nas i ojca. Nic już z ciebie nie zostało. Oddaj się nam" Starał się odeprzeć te głosy, ale tracił siłę. One miały rację. Zacisnął dłonie w pięści i przymknął powieki. Jego skrzydła momentalnie zniknęły, a on napiął wszystkie mięśnie do granic możliwości. Nie chciał rzucić się na dziewczynę.
- Nie masz racji. Nie mam już nawet swojej krwi - wyszeptał suchym tonem, a ona nie wierzyła w jego słowa. Chciała go przytulić, ale widziała, że walczył sam ze sobą. Wolała nie ryzykować, że wywoła atak. Sam musiał nad tym zapanować.
- Nie rozumiem - powiedziała ochrypłym głosem, przybliżając się o krok. Chłopak westchnął i otworzył oczy. Patrzył na widok przed oknem, starając się zapanować nad rozsadzającym bólem w głowie od głosów demonów.
- Właśnie nie rozumiesz. We mnie jest tylko krew demonów. Nie tylko ojca. Wszystkich najpotężniejszych demonów, rozumiesz ? Nie istnieje dawny Samuel! Jest tylko demon! - wyrzucił to siebie ostrym tonem i wściekły uderzył w ścianę z całej siły. Dziewczyna odskoczyła przerażona, patrząc jak zabiera dłoń i został w ścianie ślad. Duże pęknięcie. Część posypała się na podłogę, ale on się tym nie przejął. Odetchnął głęboko i rozluźnił ręce, czując zmniejszający się ból. Nie potrafił spojrzeć na Arivan, po tym co powiedział. Zbyt bał się tego co mógł zobaczyć. Wolał już nie widzieć. Szkoda tylko, że nie dało się żyć z zamkniętymi oczami.
Ona przez moment nie wiedziała po powinna zrobić. Bała się, że ją zaatakuje, ale on widocznie się rozluźnił. Postanowiła zaryzykować. Powoli podeszła do niego i objęła go. Przytuliła się do niego, kładąc głowę na gorących plecach chłopaka. Napiął się cały, ale ona tylko mocniej go objęła dłońmi. Po chwili poczuła jak oplata dłonie na jej i ściska je delikatnie. Uśmiechnęła się lekko i przymknęła oczy. Czuła się teraz jakby mogła zasnąć. Było jej tak przyjemnie i bezpiecznie. Mogłaby od razu usnąć. I prawie to zrobiła. Przeszkodził jej Samuel, który gwałtownie odwrócił się w jej stronę i uniósł jej twarz w górę, aby spojrzała na niego. Zobaczyła ja po jego policzku spływała jedna, pojedyncza łza.Poczuła ukłucie w sercu.
- Nie jest żadnym demonem. Jesteś moim Samuelem i nikim innym - powiedziała spokojnie i uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech i przejechał dłonią po jej włosach, zamyślając się. Widział, że była śpiąca i prawie mu tak spała na stojąco. Chciał, aby odpoczęła.
- Idziemy spać, bo zaraz mi padniesz - zarządził, a ona za potwierdzenie ziewnęła przeciągle i uległa mu. Ruszyła w stronę fotela, ale ona zatrzymał ją, chwytając za rękę. Spojrzała na niego z uniesioną brwią, co wywołało na jego twarzy szeroki uśmiech.
- O nie. Nie będziesz się męczyć. Wskakuj do łóżka - powiedział, a ona uśmiechnęła się i skinęła głową, po czym wślizgnęła się pod kołdrę. Spojrzała na niego, gdy usadowił się w fotelu i przykrył kocem. Przygryzła dolną wargę, bo chciała o coś zapytać, a nie miała pojęcia jak. Westchnęła i spojrzała na wolne miejsce obok siebie. Nie chciała spać w tak dużym łóżku sama.
- Co jest? - spytał ze zmartwieniem w głosie chłopak, a ona uśmiechnęła się niepewnie.
- Możesz spać ze mną? Nie chcę być sama - poprosiła, a on uśmiechnął się szeroko i wstał. Wszedł pod kołdrę obok niej i spojrzał na nią. Od razu poczuła się lepiej. Ze spokojem przewróciła się na drugi bok, plecami do niego i zamknęła oczy. Wystarczyło, że miała pewność iż był obok niej. Samuel zdobył się, jednak na coś więcej. Przysunął się do niej i objął jedną dłonią, przyciągając do siebie. Uśmiechnęła się, czując jego ciało przyklejone do swojego. Schował twarz w jej włosach i zamknął oczy, odpływając w spokojny sen, którego nie miał od bardzo dawna. Dziewczyna położyła tylko dłoń na jego i również odpłynęła w błogą nieświadomość, z lekkim uśmieszkiem na czerwonych ustach.
                                            **************************
           Następnego dnia od rana Arivan zaproponowała Samuelowi trening. Zgodził się od razu, bo brakowało mu ruchu. Leżenie w sali szpitalnej męczyło go o wiele bardziej. Nie przywykł bezczynności. Wtedy za dużo myślał i czuł jeszcze większy ból. Dlatego ten pomysł spodobał mu się od razu. Zwłaszcza, że miał trenować z nią. Nie rozumiał sam siebie, ale chciał jak najwięcej czasu spędzać z nią. Może dlatego, że była jedynym pomostem,pomiędzy dawnym życiem i tym obecnym. Gdyby ten most się zawalił na zawsze zostałby demonem. A tak stawał się choć w części człowiekiem. Pragnął tego i marzył, aby głosy z jego głowy zniknęły. Były strasznie uciążliwe.
Sala treningowa z królestwie wampirów była ogromnym pomieszczeniem, gdzie wszędzie była broń lub manekiny. Nie zabrakło też na suficie liny to ćwiczenia równowagi. Ryzykowana zabawa, ale przynosiła efekty. Większość ścian była szaro-czarna. Arivan dobrze zdawała sobie sprawę, że została wybudowana, gdy tylko zadecydowano, że jej armia będzie u niego przebywać. Zwykle kręciło się tutaj dużo osób, ale dzisiaj większość osób trenowała w plenerze. Także byli tam sami.
I tak od samego rana trenowali w spokoju różne sztuki walki. Okazało się, że chłopak doskonale strzelał z łuki i posługiwał się mieczem.Ani razu nie chybił celu, a gdy tylko napinał cięciwe był maksymalnie skupiony. Wpatrywała się w niego za każdym razem, widząc mnóstwo szczegółów. Niewielką, ledwie widoczną bliznę na szyi i pot na czole. Jego włosy były już trochę dłuższe i nabrały dawny brązowy kolor. Mięśnie były doskonale wyrzeźbione, ale wciąż był wychudzony na twarz. Przynajmniej cera miała zdrowszy kolor. Wciąż była blada, ale nie tak jak wcześniej. Miała nadzieję, że w środku też czuł się lepiej.
Ona najpewniej czuła się z mieczem w dłoni lub sztyletami. Łuk nie był jej mocną stroną. Uczyła się strzelania od małego, ale zawsze szybko denerwowała się, gdy jej nie wychodziło. To nie było jej mocną stroną, ale kiedy było trzeba to strzelała. Wychodziło jej to i trafiała w cele, ale nie mogło się to równać z idealną precyzją Samuela. Zdziwiła się za pierwszym razem i choć ucieszyła, że potrafił walczyć,to zasmucił ją fakt kto jego tego nauczył. Jego ojczulek. Był doskonałym żołnierzem i przekazał zapewne je synowi. Mimo wszystko nie chciała tak o tym myśleć. To on przed nią stał nie Upadły. On potrafił walczyć i sam doszedł do perfekcji. Nikt mu tego nie oddał od tak. To ciężka praca i sama doskonale to wiedziała. Cieszyła się tym, że potrafił się bronić. Na wojnie to bardzo potrzebne, a ona nadchodziła wielkimi krokami.Nie można było się oszukiwać. To kwestia dni, tygodni jak się poszczęści, a oni musieli być na to gotowi. Wszyscy.
Kiedy dochodziło południe, dziewczyna zaproponowała sparing. Niepewny chłopak zgodził się i tak stanęli naprzeciw w siebie w odległości około trzech metrów. Każde z nich przyjęło postawę do ataku, a mięśnie napięły się do granic możliwości. Arivan szybko odgarnęła włosy z twarzy. Żałowała, że ich nie związała, ale teraz nie miała na to czasu. Jej krótkie spodenki i bokserka do treningu były już w jej pocie, ale nie zwracała na to uwagi. Dali sobie wycisk, bo Samuel miał podobnie. Jego koszulka kleiła się do niego, ale on wydawał się bardziej zrelaksowany.
- Jakby coś to powiedz tylko słowo, a przerwiemy - powiedział, a ona uśmiechnęła się krzywo i skinęła głową. Poprawiła miecz w dłoni i wyciągnęła przed siebie. Dał jej znak, aby zaczęła, więc natarła na niego. Bronie zderzyła się w głuchym brzękiem, a oni mięli twarze tuż przy sobie. Uśmiechnęli się szeroko i odepchnęli, cofając o krok w tył. Rozpoczęła się poważna walka. Każde z nich atakowało idealnie i broniło się idealnie. Nie łatwo było trafić przeciwnika. Zawsze jedno z nich potrafiło zrobić dobry unik i odeprzeć atak. Ich miny były poważne i skupione, a ruchy pełne gracji i zaciętości. Wyglądało to jakby na prawdę walczyli. Przez moment przeszło to przez myśl Arivan, ale od razu odepchnęła to w najdalszy kąt umysłu. Ufała mu i to się liczyło. To tylko przyjazny sparnig. Nic strasznego. Mimo to każde z nich chciało zwycięstwa. Było to w żyłach obydwojga. Tak zostali wychowani i nie można było ich tego oduczyć. Nikt nawet nie próbował.
W pewnym momencie Samuel zaatakował, a ona aby uchronić się od ciosu, uciekła na bok i potknęła się. Upadła boleśnie na plecy i zabrakło jej tchu. Przez moment poczuła zawroty głowy, ale szybko znikły. Spojrzała na chłopaka, który był już nad nią. Usiadł na niej okrakiem ze zwycięskim uśmiechem i przystawił miecz do gardła. Nie miał czarnych oczach, więc uznała to za żart. Spróbowała się uwolnić, ale było to na marne. Zabrał jej długą dłonią miecz i odrzucił na bok. Była bezbronna i zdana tylko na niego.
- Poddaj się - zażądał, a ona zaśmiała się. Brzmiał zabawnie, próbując powstrzymać śmiech. Jego usta ledwo wstrzymywały wybuch, ale starał się być twardy. Nie było to łatwe, gdy ona uśmiechała się szeroko, patrząc na niego. Zaczęła też cicho drżeć z powstrzymywanego śmiechu.
- Wiesz, że to wygląda dwuznacznie? - zapytała, a on uśmiechnął się krzywo. Odrzucił swoją broń na bok i pochylił się na nią. Jego usta były tuż na niego.  Zawisł tak bez ruchu, nie spuszczając z niej wzroku. Jego dłonie trzymały jej twarz, a ona czuła się całkiem bezbronna i nie była pewna, czy jej się to podobało. Wiedziała, że gdyby miał atak to z łatwością by ją zabił,a ona nawet nie zdążyłaby krzyknąć. Mimo wszystko wolała o tym nie myśleć. Wmawiała sobie, że mu ufa i nie ma się czego bać, ale wewnątrz czuła ten uciążliwy strach. Nie mogła go zniszczyć.
- A jak? - spytał z chytrym uśmieszkiem i jego usta musnęły jej, przyprawiając o przyjemny dreszcz. Pragnęła więcej i przymknęła oczy, oddychając szybciej. Serce zaczęło przyspieszać, a ona czekała, starając się być poważną. Samo muśnięcie wywołało takie emocje, a co dopiero coś więcej. Wiedziała, że się wahał, ale chciała, aby sam zdecydował. Nie miała pojęcia jak on tego pragnął. Kiedy musnął tylko jej ciepłe wargi poczuł iskrę, która przeskoczyła pomiędzy nimi. Jego serce zabiło szybciej,a puls przyspieszył. Marzył o tym od dawna, ale nie był pewny czy nie stanie jej się krzywda i czy ona w ogóle chciała tego. Po jej minie domyślił się, że tak. Zdecydował się, więc spróbować. Nie chciał czekać nie wiadomo ile, bo nie był pewny ile jeszcze przeżyje. Musiał wykorzystać każdy dzień na całość.  W końcu żaden dzień się nie powtórzy. Żadna noc nie będzie taka sama, a żaden pocałunek nie będzie smakował tak samo.
Gdy już chciał ją pocałować pojawił się w drzwiach zdyszany Mark. Nie zauważył najpierw sceny tylko od razu zaczął mówić :
- Królowa przybyła...! - zaczął zdenerwowany, ale zamilkł, widząc Samuela, na Arivan. Brunet westchnął. Oboje spojrzeli na niego zdziwieni i on momentalnie wstał. Podał pomocną dłoń Wybranej, którą przyjęła i patrząc na niego z uśmiechem wstała. Chciała z nim porozmawiać na ten temat. Nie miała, jednak czasu na rozczulanie się. Obowiązki wzywały. Musiała przekonać Semirę do sojuszu i to bez ślubu Vlada z Emilią. Inaczej, albo fearie będą przeciwko, albo dwoje młodych ludzi będzie do końca życia nieszczęśliwymi, bo nie będą mogli być z osobami, które kochały. Nie chciała do tego dopuścić. Miała nadzieję, że uda jej się ją przekonać.
- Gdzie jest? - zapytała spokojnie i poszła w stronę zmieszanego Marka. Z Samuelem zobaczy się potem, teraz czekała ją ciężka rozmowa. I na tym musiała się skupić.
- W sali z Lukasem, Valentainem i resztą - odpowiedział, a ona bez słowa minęła go w drzwiach. Ruszyła szybkim krokiem do sali, ale po drodze weszła do szatni. Chciała szybko przebrać się w czyste ciuchy. Ściągnęła spodenki i bokserkę, po czym wcisnęła się w legginsy,a gdy chciała założyć koszulę wszedł Samuel.
- Ari wszystko gra? - zapytał zmartwiony, widząc jej zdenerwowanie. Uśmiechnęła się i zaczęła zapinać koszulę. Dość ciężko jej to szło, bo trzęsły jej się dłonie. Powinna być jakoś lepiej ubrana, ale nie miała czasu, aby wybierać teraz kreację. Nie spodziewała się królowej tak szybko.
- Tak yy nie. Och martwię się, że nie podołam - wyznała, a on podszedł do niej i odtrącił jej dłonie, gdy zapinała ostatni guzik i sam to zrobił z lekkim uśmiechem. Poszło mu to sprawnie i uniósł jej twarz, chwytając delikatnie za podbródek.
- Poradzisz sobie. Wierzę w ciebie - powiedział ze spokojem, a ona uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek z szerokim uśmiechem. Zrobiła to pod wpływem chwili, ale nie żałowała. Samuel zarumienił się lekko, a ona poczuła jak jej serce mięknie.
- Idziesz ze mną? - zapytała, ale on zaprzeczył. Posmutniała, ale skinęła tylko głową i wyszła z szatni. Domyśliła się, że nie miał ochoty na takie spotkania. Chciała, aby był przy niej, ale obiecała sobie, że zaraz po rozmowie pójdzie do niego i porozmawia na spokojnie.
 Starała się poukładać w głowie co powinna powiedzieć, ale nie szło jej to za dobrze. Chyba będzie musiała improwizować, a była ciekawa jak jej to wyjdzie. Oby się udało- -powtarzała sobie w głowie, bawiąc się nitką przy swetrze i idąc szybkim krokiem do sali obrad.
 Gdy już była pod drzwiami zawahała się. Wzięła głęboki oddech i zacisnęła ręce w pięści. Raz kozie śmierć. Popchnęła je i weszła do środka. Od razu uderzyła ją kłótnia pomiędzy Valentainem, a Semirą. Nie rozumiał słów, bo za szybko mówili, ale domyślała się o co chodziło. Podeszła do Lukasa i głośno odchrząknęła, a oni zaraz zamilkli. Vladimir spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem, a Emilia nie ukrywała przerażenia, stojąc obok matki.
- Witam cię królowo - przywitała ją spokojnie i stanęła przed nią.
- Oszczędźmy sobie tych formalności Wybrana. Chcę tylko zabrać córkę do dworu - powiedziała ostro, a dziewczyna się nie zraziła. Odetchnęła głęboko i znów spróbowała.
- Rozumiem twoją złość, ale zastanów się. Córka nie sprzeciwiła się przeciw tobie...
- Nie? to jak nazwiesz to, że uciekła z domu na rzecz jakiejś nastolatki, która rzekomo na uratować świat ? To jawny bunt, a ja takiego nie toleruję - przerwała jej ostrym tonem i zerknęła ze złością na córkę, która opuściła zawstydzona głowę. Arivan nie dała się wyprowadzić z równowagi.
- Skoro tak to możesz ja zabrać do domu..- zaczęła i wszyscy nagle spojrzeli na nią z szeroko otwartymi oczami,a  Emilia miała ochotę się rozpłakać, patrząc na nią. Wybrana, jednak kontynuowała.
- Ale zastanów się. Zabierzesz ją i co? Dziewczyna prędzej czy później ucieknie i tym razem jej nie znajdziesz. Czy chcesz stracić ją na dobre ? Chcesz, aby ci znienawidziła? Jest jedyną dziedziczką tronu co jeśli je zabraknie? Musisz zrozumieć ważną rzecz. To już nie jest dziecko i ona ma prawo sam o sobie decydować - powiedziała spokojnie,a  Semira wyglądała na nieźle wkurzoną. Jednocześnie jej słowa trafiły w samo serce królowej. Od zawsze bała się strać córkę. Miała tylko ją i choć tego nie okazywała kochała ją. Zamilkła na moment, po czym spojrzała na córkę i znów na Nienarodzoną.
- Czy ty zapewnisz jej ochronę? A co ze ślubem? - spytała sucho, ale już spokojniej. Zerknęła na młodego wampira, który wzruszył tylko ramionami, jakby już dawno pogodził się z losem. Królowa nie chciała tego odpuścić.
- Wszyscy, którzy są ze mną są chronienie przeze mnie i oddam za nich życie bez wahania, a co do nich to oni nie chcą być razem - odpowiedziała brunetka i spojrzała na każde z młodych z osobna. Vlad wciąż unikał jej wzroku.
- Co to to nie! Oni muszą wziąć ślub! - powiedzieli równocześnie król wampirów i królowa fearie. Uśmiechnęli się do siebie krótko i spojrzeli twardo na Wybraną, która westchnęła przeczesując dłonią swoje włosy.
- Możecie ich zmusić, ale co to da? Będą nieszczęśliwi, bo nie kochają się. Będzie to dla nich męka, a to odbiję się na władzy. Chcecie tego? - zapytała ostro i przyjrzała im się uważnie. Nie miała pojęcia dlaczego tak łatwo jej przychodziło mówienie, ale nie mogła teraz się zaciąć. Jeden cel osiągnęła. Teraz ten trudniejszy.
- Nikt nie chcę nieszczęścia swoich dzieci - odezwał się niespodziewanie Lukas, patrząc na Arivan ze smutnym uśmiechem.
- Każde cierpienie dziecka sprawia rodzicom dwa razy gorszy ból, a jeśli to z ich winy to jest to nie do wytrzymania - dodał po chwili ze smutnym wyrazem twarzy, a Arivan uśmiechnęła się z wdzięcznością. Pierwsza złamała się Semira.
- Zgoda niech Emilia zrobi co chcę - powiedziała i spojrzała na córkę ze uśmiechem. Rzadko widziała ten szczery uśmiech, więc uradowała się.
-Dziękuje mamo - powiedziała cicho i przytuliła się do niej krótko, po czym wybiegła z sali, pewnie do Marka, ogłosić szczęśliwą wiadomość. Valentaine wciąż był zły, ale spojrzał na syna i westchnął.
- A rób co chcesz - powiedział i machnął na niego ręką. Arivan była zła i miała ochotę go uderzyć, ale pohamowała się. Nie przy innych.
- A co z sojuszem?- zapytał ostro, patrząc na Semire, która zaprzeczyła skinieniem głowy.
- Nie ma mowy. Fearie nie bratają się bez korzyści - powiedziała prosto z mostu. No to mamy problem- pomyślała dziewczyna, ale spróbowała ją przekonać.
- Ale tutaj korzyścią jest przetrwanie waszej rasy. Przetrwanie wszystkich! Nie może teraz być różnic i barier pomiędzy nami. Wszyscy mamy jednego wroga, jeden cel. A są nimi Upadli. Wszyscy chcemy ich unicestwić, ale nie zdziałamy tego osobno. Musimy działaś razem! - powiedziała poważnie z dumnie uniesioną głową. Nie przekonało to do końca Semiry, która patrzyła na nią z po wątpieniem.
- Czemu z was są tacy kretyni ? - wypaliła nagle zła. - Nie widzicie, że spory pomiędzy rasami niszczą się nawzajem. Likany i wampiry zabijają się nawzajem, bo nie mogą znieść siebie nawzajem. Czarownicy i fearie robią to samo. Wy też! Nie uważacie, że czas najwyższy zakopać te topory głęboko pod ziemią i już o nich nie myśleć? Idzie wojna. Czy wy chociaż raz nie możecie pomyśleć dalej niż tylko poza głupią dumę?! - zapytała szczerze zła, patrząc na nią. Lukas przyglądał jej się z uśmiechem na ustach. Wiedział, że była idealną Wybraną, a przepowiednia ani trochę się pomyliła.
- Każda rasa ma swoje królestwo i nigdy nie łączyliśmy się w jedno. Mamy rożną kulturę i obyczaje - zaczęła tłumaczyć królowa, ale Arivan jej przerwała :
- Da się połączyć. Z resztą na wojnie nie oto chodzi. Mamy stać po jednej stronie. Bronić siebie nawzajem przed wspólnym wrogiem. Nie dać krzywdzić nikogo z innej rasy. To się nazywa jedność i braterstwo, a bez tego my nie zwyciężymy. Polegniemy, chcecie tego?- spytała ostro i zamilkła na moment. Odetchnęła głęboko i podniosła z powrotem głowę w górę.
- Ja nie chcę. Nie po to zostałam Wybraną, aby dopuścić do końca naszych światów. Mam zamiar je ocalić, ale potrzebuje waszej pomocy - dodała i zamilkła na dobre. Nie miała już siły na ich głupotę. Czuła jak ciśnienie jej się podnosi. Ich duma mogła doprowadzić do śmierci tysięcy ludzie, ale do nich to nie mogło dotrzeć.
- Zgoda - odezwała się w końcu królowa i spojrzała na Emilię. - Dwór pomoże Wybranej i dołączy się do niej podczas wojny. Obiecuję to ja, a jeżeli skłamie niech pochłonie mnie Piekło -  obiecała z dumnie uniesioną głową w górę. Arivan odetchnęła z ulgą i oparła się o stół. Wolała chyba walczyć niż prowadzić takie rozmowy. To było dla niej o wiele bardziej męczące.
- Dobra to pójdziesz ze mną królowo. Podpiszemy oświadczenie, że później Wybrana nie zagarnie władzy - odezwał się Lukas, a ona skinęła głową i ruszając za nim do drzwi. Szła z gracją, a suknia pięknie na niej leżała i podkreślała atuty.
Kiedy wszyscy zniknęli za drzwiami ona odetchnęła głośno i przetarła twarz dłońmi. Nie myślała, że to wymagało tyle nerwów. Ale i tak cieszyła się, że udało jej się wszystko co obiecała reszcie. Teraz chciała spotkać Samuela, aby móc mu powiedzieć o wszystkim i na spokojnie porozmawiać o nich. Nie miała zamiaru naciskać, ale zapytać zawsze można było.
Podeszła do okna z uśmiechem pod nosem i wyjrzała przez nie zamyślona. Martwiła ją jeszcze jedna sprawa. Zachowanie Vladimira. Zachowywał się strasznie dziwnie od jakiegoś czasu. Milczał cały czas i nie odzywał się do niej. Bała się, że był na nią zły, a nie chciała stracić przyjaciela. Kochała go jak brata. I bolała ją jego obojętność. Wiedziała, że trochę go zaniedbała, ale nie myślała, że stanie się tak chłodny. Westchnęła i przeczesała ręką swoje włosy. Były trochę spocone, ale tragicznie nie było. Przypomniało jej się jedno zaklęcie, które pokazał jej Magnus na niedawnych lekcjach. Łatwe i proste, a skoro była mędrcem, to bez problemu powinna sobie z nim poradzić. Uniosła jedną dłoń i zatoczyła nią kilka kółek. Nagle włosy zrobiły się jakby umyte i wysuszone. Dotknęła ich i poczuła przyjemną miękkość.
- Od razu lepiej - szepnęła sama do siebie. Wyjrzała przez okno, ze skrzyżowanymi dłońmi na piersi i zobaczyła całe mnóstwo osób, które trenowała na dworze. Jedni walczyli ze sobą, Inni strzelali z łuków, lub rzucali sztyletami. Jeszcze inni uczyli się sztuk walki. Niektórzy biegali inni chodzili po linie, zawieszone 4 metry nad ziemią. Inni wspinali się po drzewach, robiąc sobie wyścigi. Myślała, gdzie był Samuel. Martwiła się, że nie będzie chciał z nią gadać po tym co zaszło w sali treningowej. Ale tak właściwie to nic nie zaszło, więc czemu miałaby się tym przejmować. Może dlatego, że chciała tego i to strasznie. Pragnęła, aby zaszło coś więcej. Już tak dawno tęskniła za jego czułością. Za pocałunkami. Powoli zapominała jak smakowały. Dzisiejsze muśnięcie przypomniało jej o tym, ale nie wiedziała na jak długo.
Przymknęła oczy, oddychając głęboko. Nagle poczuła jak oderwała się od świadomości. Poczuła się, że była w nicości. Nie wiedziała co robić. ale wcześniejsze wydarzenia nauczyły ją, że nic nie robi się pochopnie. Poczekała zaledwie kilka sekund, a już zobaczyła wyraźny obraz. Zobaczyła las, który doskonale znała. Las przy zamku wampirów. A pomiędzy drzewami stał Samuel. Miał ręce w kieszeniach i wydawał się spięty. Czekał na kogoś. Widocznie był zdenerwowany, bo oddychał nierówno i co chwila rozglądał się na około siebie. Wystraszyła się i skupiła maksymalnie, aby dostrzec szczegóły.  Kawałek dalej za gęstymi krzewami dojrzała mały stawik. Znała go doskonale. Kiedy chodziła z Vladem często się tam spotykali. Były to piękne czasy, ale nie rozmyślała teraz nad tym. Zamiast tego ujrzała w oddali postać. Był to mężczyzna Miał kaptur na głowie i zasłaniał większość twarzy, Dojrzała tylko lekką brodę i to że szedł w stronę jej ukochanego. Przeraziła się, gdy nagle wizja znikła. Zachwiała się na nogach, otwierając oczy. Zobaczyła las za oknem i nie myśląc zerwała się do biegu. Nie mogła pozwolić, aby coś mu się stało. Nie miała kim był tamten mężczyzna, ale chciała się tego dowiedzieć. Czy Samuel mógł  ich zdradzić? Mógłby być w spisku z Lucyferem i przebywać u nich jako szpieg? Miała nadzieję, że nie, ale było to prawdopodobne. Biegła przez korytarze, nie patrząc na zdziwione miny innych. Błagała, aby nie spotkać Lukasa i reszty, bo na pewno by ją zatrzymali. A ona musiała tam dotrzeć. Dowiedzieć się co chłopak chciał zrobić i powstrzymać go jeśli było to misją samobójczą. Wiedziała, że jeśli ich zdradził to wszyscy będą chcieli jego śmierci. Ona nie, ale co to da. Nie obroni, go wtedy,kiedy cała armia zaatakuje go. Nie mogła też ich skrzywdzić. Obiecała im ochronę. Modliła się, aby tym mężczyzną nie był Upadły Anioł.
Wypadła z zamku jak wicher i skierowała się na lewo do bocznej bramy. Nie chciała tłumaczyć się nikomu, więc w biegu użyła wiatru, aby stać się niewidzialną. Bez problemów minęła strażników i wbiegła w las. Musiała zdążyć. Musiała. Uważała na korzenie, aby się nie wywalić. Udało jej się to, aż nagle stanęła jak wryta. Zobaczyła za kolejnym drzewem Samuela. Stał naprzeciw mężczyzny. Miał on ciemne włosy i kilkudniowy zarost. Patrzyli na siebie, milcząc przez moment. Obcy miał na sobie koszulkę, która była przedarta w dwóch miejscach pazurami. Wydawał się być spokojny, ale zaciskał dłonie w pięści. Arivan nie ujawniła się. Wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczami. Miał złote oczy. To był likantrop. I to nie byle jaki, ale co ona robił w lasach wampirów. Wiedział, że groziła za to najgorsza kara. Mężczyzna w dodatku nie był zwykłym wilkołakiem. To był samiec alfa całego stada!
- Rozumiesz mnie? Jeżeli wy będzie nadal zabijać siebie nawzajem z wampirami to wyginiecie. Wojna jest o wiele bliżej niż myślicie. Sami nie dacie rady - odezwał się spokojnie Samuel, a ona spojrzała na niego.Nie miała pojęcia co chciał zrobić, ale zaufała mu i dała wolną rękę, przysłuchując się tylko tej rozmowie.
- Skoro sojusz z Dziećmi Księżyca jest tak ważny dla Wybranej to dlaczego jej tutaj nie ma? - zapytał sucho likantrop. patrząc na niego z góry. Był co najmniej wyższy o głowę. Chłopak, jednak nie dawał wyprowadzić się równowagi.
- Jest zajęta i na pewno również powiedziałaby to samo. Nie jest to czas na kopanie pod siebie dołków. Jeżeli zależy wam na przetrwaniu rasy to musimy połączyć siły - odpowiedział, a rozmówca uśmiechnął się krzywo, patrząc na niego z lekko przechyloną głową na bok.
- Ciekawe dlaczego syn najpotężniejszego Upadłego próbuje pomoc przeciwnikom jego? - spytał zamyślony, a Samuel na moment zamilkł. Sam nie wiedział co odpowiedzieć. Najprostsza odpowiedź była taka, że go nienawidził.
- Może i mam jego DNA, ale przez to znam go o wiele lepiej. Pomagam sam sobie. Chcę go dorwać i własnymi rękami zabić - odpowiedział po dłuższej chwili, patrząc w bok. Czuła jakby patrzył wprost na nią, choć była niewidzialna. To nie było możliwe, ale tak się czuła. Aż wstrzymała oddech. Skrzyżowała z nim spojrzenie, choć nie miał pojęcia, że tam była.
- Nie będzie mowy o sojuszu jeżeli Wybrana nie pojawi się tutaj osobiście i poprosi mnie - odezwał się nagle wilkołak, a oni oboje spojrzeli na niego. To był moment, że ona musiała wkroczyć. Była ciekawa ile wcześniej rozmawiał z likanem, ale to nie było to co powinna powiedzieć. To był nieistotne. Ważne, że starał się pomóc z kolejnym sojuszem. Podniosło ją to na duchu,a sama zbeształa siebie, że mogła pomyśleć iż ich zdradził. Podeszła bliżej nich i odwołała moc wiatru z siebie.
- Ale ja jestem tutaj i nie mam zamiaru was prosić - zaczęła, gdy stała się widzialna, Po twarzach oby chłopakach przeszło zdziwienie i szok. Patrzyli na nią, nic nie mówiąc, ale on nie przejęła się tym i spokojnie kontynuowała:
- Nie będę prosić, bo nikogo o to nie prosiłam. Nie będę też rozkazywać. Każda rasa ma swój wybór, ale musisz wiedzieć jedno. Sami, gdy przyjdzie wojna zginiecie jako pierwsi. Upadli zaczną od najsłabszych, a wy osobno nie dacie im rady. Więc tylko razem pokonamy ich i uratujemy nasze światy. Czy chcesz mieć na rękach krew swoich braci i sióstr ? Czy zakopiesz topór i dołączysz do nas? - zapytała spokojnie, mierząc się z nim wzrokiem. Nie denerwowała się o dziwo. Mówiła spokojnie i pewnym głosem, jakby nauczyła się tego na pamieć. A przez myśl jej nie przeszło, że będzie jeszcze dziś rozmawiać z alfą stada. On westchnął i skrzyżował dłonie na piersi.
- Jestem Luka. Przywódca wszystkich Dzieci Księżyca i zgadzam się dołączyć do armii Wybranej - powiedział nagle i wypuścił powietrze z ust. Wydawał się być zmęczony. Arivan odetchnęła w duchu i uśmiechnęła się krótko do chłopaka. Była mu wdzięczna i chciała mu się rzucić na szyję. Ale postanowiła nie robić tego przy mężczyźnie. Zawiązała sojusz z kolejną rasą.
Rozejrzała się naokoło siebie i wyczuła obecność wilkołaków. Zaczęły wyłaniać się za drzew. Niektóre nie ukrywały oburzenia, a inne nie zerkała nawet na przywódcę. Wiedziały, że nie było dyskusji z jego decyzjami. Nikt nie odważył się odezwać.
- Czy pozostała reszta zrozumiała? Od dziś jesteśmy po stronie Wybranej. Jeżeli Dzieci Nocy zgodzą się zakopać topór to i im będziemy pomagać. Czy zrozumieli mnie wszyscy?! Nie będzie litości za złamanie nakazu! - ostrzegł, głośno mówiąc Luka. Wszyscy na znak zgody uderzyli się w pierś i pokłonili. Nawet przywódca ukląkł przed Arivan.
- O nie. Wszyscy wstawajcie. Nie jestem żadną królową. Jestem tylko Wybraną. Chcę być równa wam i nie chcę traktowania jak władczynie. Inaczej będę zła - powiedziała poważnie i od razu wszyscy wstali. Luka uśmiechnął się do niej już milej i rozejrzał po zebranych.
- Pomożemy ci, ale wątpię, aby to spodobało się Valentainowi, on nienawidzi likanów od zawsze - szepnął jej, a ona uśmiechnęła się krzywo.
- Nie będzie miał wyjścia. Musi się z tym pogodzić tak jak cała reszta. Wszyscy jesteśmy równi- powiedziała cicho, a ostatnie słowa niemal wykrzyczała, aby do wszystkich to dotarło. Skinęła na drogę do pałacu i ruszyła przed siebie, wcześniej chwytając Samuela za nadgarstek. Nie opierał się. Wydawał się być rozluźniony, bo przebiegu akcji. Nie było to takie trudne. Ciekawe ile wcześniej przed jej przybiegnięciem, rozmawiał z nim. Ryzykował dla niej. Mogli go rozszarpać, ale on i tak zaryzykował. Poczuła przyjemne ciepełko na sercu i uśmiechnęła się pod nosem, sama do siebie. Chwyciła go mocniej za dłoń, a on spojrzał na nią z uniesioną brwią.
- Dziękuje - szepnęła, a ona uśmiechnął się lekko i splótł jej rękę ze swoją. Poczuła się spokojniej, choć czekała ją gorsza część. Przekonać Valentaine do sojuszu z nimi. To już takie proste nie będzie i zdawała sobie z tego sprawę. Mimo wszystko, mając przy sobie Samuela, czuła się spokojniej. Wiedziała, że jej pomoże. Udowodnił to, gdy spotkał się sam na sam z alfą stada.
                                             *******************
      Valentaine stał na samym przodzie tłumu, który zebrał się przy bramie gotów walczyć. W pierwszych rzędach stały wampiry, a dalej reszta. Obok króla był Lukas. Chwilę wcześniej odesłała Semirę do dworu z pomocą Magnusa. Fearie byli oficjalnie ich sojusznikami i mieli być gotowy do walki w każdej chwili. Nie było, jednak dane im się nacieszyć. Nie dość, że nie mógł znaleźć Arivan to jeszcze Valentaine wszczął alarm, że wilkołaki idą na bitwę z nimi. Faktycznie mogło to tak wyglądać, gdy patrzył z okna i widział stado wilkołaków idące w stronę pałacu. Nie zauważył, jednak Wybranej na przodzie. Wszyscy czekali gotowy do ataku, ale kiedy wreszcie z drzew wyłoniły się postacie, wszyscy opuścili dłonie z bronią na dół. Pierwsza szła Nienarodzona z Samuelem, którzy rozmawiali o czymś z Luką, przywódcą stada. Lukas zaśmiał się, widząc to i poklepał przyjaciela po ramieniu.
- Nie powiem niezły atak - skomentował i wyszedł przed niego, gdy Arivan była już u bram. Za nimi szły wszystkie wilkołaki z nerwowymi minami. Nie ufały nikomu z pałacu, a już na pewno nie Dzieciom Nocy. Blackwell kazał otworzyć wrota i wampir bez wahania to zrobił.
- Co ty tam robiłaś?-zapytał od razy, gdy dziewczyna stanęła przed nim z uśmiechem na twarzy.
- Szukałam Samuela, który rozmawiał z Luką. Jak się okazało udało się im dogadać i zawiązaliśmy sojusz - odpowiedział od razu i zerknęła na mężczyznę, który podejrzliwe patrzył na króla wampirów.
- Żarty jakieś. Nie zbratamy się w wilkami - odezwał się sucho Valentaine, podchodząc do nich, a ona zgromiła go wzorkiem. Nie uląkł się.
- Wszyscy złamali prawo. Nie wolno im przebywać na naszej ziemi bez zgody, a ja nie przypominam się, abym takową dał - powiedział ostro, patrząc z nienawiścią na alfę. Dziewczyna westchnęła poirytowana.
- Mają moją zgodę, więc nie waż się ich tknąć. Dodatkowo dołączyli do armii, więc to ja ich chronię - powiedziała ostro, zerkając na Lukasa, który skinął głową z aprobatą. Dodało jej to pewności i odetchnęła głęboko, czekając aż wampir się odezwie.
- Ale ja nie będę z nimi w sojuszu. Ich rasa zamordowała mnóstwo z nas. Nie wybaczymy im tego - ostrzegł i z odrazą przejechał wzorkiem po reszcie wilkołaków. Luka zaśmiał się sucho.
- A nie mówiłem - zwrócił się do Arivan, po czym spojrzał na Valentian'a - Wy nie jesteście święci. Wymordowaliście nie jednego z moich braci i sióstr - przypomniał. - Sam masz krew na rękach Dzieci Księżyca - dodał ostro i obrzucił go pogardliwym spojrzeniem.
- Kłamstwa! -rzucił, sycząc czarnowłosy król. Jego przeciwnik zaśmiał się tylko i rozłożył ręce szeroko.
- Ja nie kłamię, a ty przypomnij sobie, gdy byłeś jeszcze młodym wampirem. Doskonale to pamiętam. Jak miała na imię? Lidia ? Chyba tak. Och jak ty za nią szalałeś, aż twój ojciec się dowiedział, że jest jedną z nas. Zabiłeś ją tylko dlatego, że była inna! - zarzucił mu, a Valentaine wyglądał, jakby ktoś go spoliczkował. Na moment opuścił wzrok i nic nie mówił.
- Byłem wtedy starszy od ciebie, ale ochroniłem się przed alfą stada. Sam zabiłem przywódcę i stałem się nim. Tylko dlatego, że nie wiedziałem dlaczego zabiłeś dziewczynę. Oskarżyłeś ją o atak, a tak na prawdę nic nie zawiniła. Zrobiłeś to, bo chciałeś pozbyć się oskarżeń, że jesteś z likantropką! -krzyknął ostro, zaraz się opanował  zaciskając dłonie w pięście.
- Byłem młody i głupi. Nie potrzebnie w ogóle ją poznałem - odpowiedział tylko cicho król i spojrzał ja niego. Arivan nie miała ochoty wysłuchiwać wypominania sobie przeszłości. Nie o to chodziło.
- Zamknijcie się oboje! Przeszłość to zamknięty temat. Jest tu i teraz. A teraz musimy połączyć siły, aby pokonać wroga. Inaczej zginiemy wszyscy. Zakopcie topór pod ziemię i podajcie sobie ręce na zgodę - powiedziała poważnie i zamilkła, dając im chwilę. Pierwszy odważył się Luka. Wyciągnął dłoń do Valentaine z lekkim uśmiechem, a ten spojrzał na niego nieufnie.
-Nasze rasy są ważniejsze od przeszłości - powiedział krótko, a wampir zawahał się. Wiedział, jednak że tylko tak uratuje swoje królestwo. Ścisnął jego dłoń z całej siły, a Wybrana uśmiechnęła się i skinęła głową. Uniosła dumnie głowę i rozejrzała się po zebranych.
- Cała reszta niech mnie posłucha. Od teraz nie ma czegoś takiego jak inna rasa. Wszyscy jesteśmy jedną armią i mamy jeden cel. Tylko razem damy radę, dlatego mówię wam, że jeśli któryś z was podniesie na drugiego rękę będzie miał do czynienia ze mną - powiedział ostro i uniosła dłoń z kulą ognia w ręce, jako ostrzeżenie. Wszyscy milczeli, wpatrując się w nią.
- Każde z nas jest takie same i zarazem wyjątkowe, ale to nie jest powód do wstydu. Mamy by jednością i na wojnie, wspólnie pokonać Upadłych. Sama nie poradzę sobie z tym. Potrzebuję was inaczej oni nas zniszczą! Czy jesteście ze mną?! -krzyknęła głośno i niemal od razu wszyscy odpowiedzieli jej chórem:
- Tak jesteśmy - uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na przyjaciół. Lukas uśmiechał się, patrząc na nią. Emilia w tłumie i Mark, puszczali jej oczko, obejmując się. Król i alfa wydawali się spokojniejszy. Nawet Vlad w pierwszym rzędzie uśmiechnął się krótko. Spojrzała też na Samuela, który nie patrzył na nią. Patrzył na niebo, które zrobiło się nagle ciemne. Wybrana zlękła się i zbliżyła do niego niepewnie. Nagle zrobiło jej się zimno. Poczuła ściskanie w dole żołądka, które było spowodowane strachem. Wpatrywała się w niebo, ale nic nie zauważyła.
- Co jest? - zapytała, a on nie odrywając wzroku od nieba, westchnął i napiął wszystkie mięśnie. Nim odpowiedział jej na pytanie usłyszał znów głos ojca w głowie : Wracam po ciebie synu. Poczuł przypływ adrenaliny i wiedział co nadchodziło.
- Lecą tutaj - odpowiedział głosem bez emocji, ale ona otworzyła usta z przerażenia. Nie była zupełnie przygotowana na taką odpowiedź i poczuła jak jej serce stanęło w oczekiwaniu.
                                               *********************
Tak zabijecie mnie dobrze to wiem, ale jakoś się ukryję. Mam nadzieję, że nie ma tragedii z błędami  nie zanudziłam was, chyba co? Następny pojawi się MOŻE w tygodniu, ale to zależy od was i od mojego czasu. Trochę nauki jest. (Help me) W dodatku miałam próbne egzaminy i chyba się załamie wynikami (szczególnie przyrodnicze i matma). W dodatku mam poważny problem z samą sobą. Musze jakoś to ogarnąć, a łatwe to to nie jest. Trzymajcie kciuki. Myślę, jednak że nie odbije się to na blogu. Czekam na wasze komentarze, a im więcej ich, tym szybciej mogę dodać rozdział. Czekam na was :* Buziaki :*
               - Dont Cry To Me
Ps. Pobiłam rekord jest ponad 7700 słów :D Mam nadzieję, że was to zadowala :* 

wtorek, 23 lutego 2016

Ważne Informacje!

Więc tak nie ma nowego rozdziału, za to mam kilka ważnych spraw:

-Po pierwsze chciałabym zmienić wygląd bloga na mniej "mroczny". W tym celu potrzebowałabym pomocy z waszej strony. Jeżeli ktoś umie robić szablony i miałby czas to proszę pomóżcie mi. Ja jestem debilem w tych sprawach, więc liczę na waszą pomoc.

- Następnie informacja na temat kolejnego rozdziału. Chciałabym dać go nawet i w środę, a potem kolejny w weekend, ale niestety cisza na blogu, więc chyba wam na tym nie zależy.

-Po trzecie i ma to związek z tym co wyżej napisałam. Nie słyszę was w ogóle. Nie komentujecie, ani nic. Smuci mnie to, bo widzę dużo wyświetleń, ale zero aktywności. Nie mam kompletnie siły, więc proszę was jeszcze raz komentujcie, jeżeli chcecie w ogóle czytać moje wypociny!

-Kolejne to to, że przeżywam ciężkie chwile i nie za bardzo sobie daję radę z tym wszystkim co się dzieję. Najbardziej dotykają mnie nerwice i ataki, ale staram się trzymać, Pomaga mi w tym blog, ale jeżeli nie ma na nim aktywności to odechciewa mi się pisania. Na prawdę uaktywnijcie się, co?Kurcze ja straciłam całkiem motywację, ale nie chcę was zawieść, więc odezwijcie się, co? Na serio to mi dużo daję. 

- Następnie to mam powoli ogólny zarys na dalsze rozdziały, ale muszę wiedzieć, że jesteście i czytacie, więc po raz kolejny: KOMENTUJCIE! 

- Zrobię zakładkę SPAM-gdzie można będzie zostawić wszelkie linki na blogi. I zakładkę Pytania i informacje- gdzie będę dodawała tego typu informację, więc zaglądajcie tam. Tam też możecie zdawać mi pytania na wszelki temat. Czy mój, czy bloga, czy jeszcze inne, więc pytajcie śmiało :)

-Mam też prośbę. Jeżeli możecie to polećcie jakieś strony z szablonami, jeżeli nikt nie ma czasu, aby spróbować zrobić taki dla mnie:*

To chyba tyle, a jeśli jeszcze coś to pojawi się zapewne w zakładce Pytania i Informacje. Mam nadzieje, że nie zdenerwowałam i weźmiecie moje słowa do siebie, a nie puścicie mimo uszu. Czekam na wasze komentarze i do zobaczenia :*
          -Dont Cry To Me

sobota, 20 lutego 2016

Rozdział.3.

     Przez moment wszyscy zwrócili twarz w kierunku Wybranej. Nie jeden z obecnych wstrzymał oddech, czekając na przebieg dalszej sytuacji. Arivan nie zwracała uwagi na szepty wokół nich, które się nasilały. Była zła, że znowu zrobiono coś za jej plecami. Powinna o tym wiedzieć jako pierwsza, a nie dowiadywać się przez przypadek.
-Dlaczego każecie jej wracać na Dwór?-zapytała ostro, patrząc na Lukasa, który wydawał się zmieszany. Nie spodziewał jej się tutaj. Chciał załatwić to bez niej, bo był pewien, że będzie bronić rudowłosej, która wciąż klęczała na trawie i patrzyła to na Nienarodzoną to na niego. Widać było, że przeraziła się, co z nią będzie.
-Uciekła stamtąd, a my nie możemy jej przechowywać. Królowa chce jej z powrotem, a my musimy być z nimi w dobrych stosunkach.-odezwał się nagle król wampirów, a ona spojrzała na niego zimnym wzorkiem. Nie lubiła go nigdy. Zawsze chciał zrobić jej na przekór. Nie miała zamiaru się wywyższać, ale bycie Wybraną chyba coś oznaczało, co nie?
-A czy królowa zapytała czemu Emilia uciekła? Czy któreś z was spytało ją?-zapytała ostro, patrząc na każdego z osobna. Vladimir opuścił głowę, gdy tylko na niego zerknęła. Valentaine wydawał się mieć atak furii w sobie a Lukas wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nie potrafiła zgadnąć co myślał, a nie chciała znowu wchodzić komukolwiek w umysł. Czuła sporą chęć do tego, ale wiedziała, że mogła się uzależnić, więc powstrzymywała się. Musiała nauczyć się samokontroli. Nie tylko z tym, ale i z jej darami. Inaczej będzie źle.
- Więc jakim prawem chcecie ja odsyłać? To ja jestem Wybraną i ja decyduję co się dzieję z osobami, które dołączyły do armii-przypomniała ostrym tonem i była pewna, że każdy z obecnych ją usłyszał. Odwróciła się w stronę tłumu, który wpatrywał się w nią. Niektórzy z zachwytem inni ze strachem. Uniosła dumnie głowę do góry i spojrzała po wszystkich zebranych.
-Ja jestem tą, którą wybrano 2000 lat temu. Ja jestem tą, o której zapisane jest w księdze i każdy który je po mojej stronie jest też pod moją opieką-powiedziała głośno i dobitnie, patrząc przy tym na jedną osobę, którą wypatrzyła w tłumie. Blondyn wydawał się być przestraszony i co chwila zerkał na Emilię, za plecami Arivan. Uśmiechnęła się blado i odwróciła z powrotem w stronę mężczyzn.
- Nie jestem dyktatorką, ale nienawidzę kłamstwa i dlatego nie życzę sobie, aby cokolwiek było przede mną zatajane, rozumiemy się?-zapytała, patrząc szczególnie na króla, który ledwo dostrzegalnie skinął głową. Wiedziała, że aż kipiał ze złości w środku, ale nie mógł pokazać tego przy tych wszystkich ludziach.
- Ty tak chcesz sama rządzić, a nie myślisz co robisz. Wyprowadziłaś chłopaka, chociaż jest niebezpieczny dla innych.-zaczął sucho Valentaine, patrząc z nienawiścią na Samuela, który cały czas milczał i tylko patrzył po zebranych. Najczęściej patrzył na Arivan. Nie chciał wdawać się w rozmowę. Wiedział, że to bez sensu i król miał rację. Był niebezpieczny, bo sam nie był pewny, kiedy znowu nastanie atak. Mimo to chciał próbować okiełzać demona w sobie. Zobaczył jak w Wybranej wzbiera złość. Jej oczy zwęziły się, a dłonie zacisnęły w pięści. Starała się nie wybuchnąć, aby nie pokazać słabości przy reszcie, Tego na pewno chciał Valentaine.
-Nie on jest niebezpieczny. Z resztą czy zrobił coś komuś tutaj? Nie, więc nie gadaj głupot. Jest jednym z nas!-powiedziała poważnie, nie spuszczając wzroku z króla. Miała ochotę go uderzyć za jego prowokacje, ale nie chciała wzbudzać jakiegoś niepokoju wśród armii. Nie mogło być nimi żadnych kłótni, ani podziału na grupy. Musiała być jedność i zgoda.
- W każdej chwili może rzucić się na ciebie, albo kogokolwiek z tutaj zebranych!-nie dawał za wygraną wampir, a dziewczyna poczuła jak w pierwszych rzędach, zaczął pojawiać się niepokój. Niektórzy zaczęli się nawet cofać. Samuel widział to i uśmiechnął się krzywo. Król nieźle potrafił zasiać strach. Pewnie często to robił. Arivan chciała coś odpowiedzieć, ale on oderwał od niej wzrok i przyklęknął przy Emilii. Chwycił ją pod podbródek. Spróbowała się wyrwać, ale miał mocny uścisk. Spojrzał prosto w jej oczy, po czym powiedział, głośno i dobitnie:
-A poza tym chcesz uchronić księżniczkę, nie myśląc o konsekwencjach. Królowa nigdy nie zgodzi się na sojusz, jeśli jej córka zostanie tutaj. To jawny bunt, a ona tego nie cierpi! Odwróci się od nas. Od ciebie-te ostatnie słowa były skierowane wprost w serce młodej fearie. Dziewczyna patrzyła w czarne oczy wampira i błagała w myślach, aby ktoś zabrał go od niej. Fearie czuły o wiele lepiej emocje i uczucia, a od niego aż kipiało nienawiścią, złością i egoizmem. Nie cierpiała tych uczuć i zaraz robiło jej się słabo.Jakby one nacierały na nią i próbowały w nią wejść, siejąc w organizmie spustoszenie. Nie chciała na to pozwolić. Valentaine uśmiechnął się krzywo, patrząc jak jej twarz wykrzywił grymas bólu. Ścisnął mocniej jej podbródek, ale wtedy ktoś chwycił go za szatę i odepchnął od niej. Dziewczyna poczuła ulgę i upadła na pupę. Zobaczyła jak przed nią stoi Mark z kawałkiem szaty króla. Wampir spojrzał na niego ze złością i zaraz wstał.
-Jak śmiesz...-zaczął, podchodząc do niego, ale zaraz odezwała się Arivan.
-Rusz go, a ja się tobą zajmę Valentaine! Nie masz prawa krzywdzić księżniczki Morskich Błękitów, ani mówić jej takich spekulacji-ostrzegła ostro Wybrana i podeszła bliżej niego. w tym czasie blondyn pomógł wstać Emilii i przytrzymał ją jedną dłonią, aby nie upadła. Wiedział, że będzie miał kłopoty za to co zrobił, ale nie mógł patrzeć jak on sprawiał ból jego przyjaciółce. Wezbrała w nim furia i nagle był przy nich i odepchnął go do tyłu, przy okazji rozrywając czarno-szarą szatę władcy. Nie żałował, jednak. Spojrzał na rudowłosą z pocieszającym uśmiechem. Odwzajemniła gest i spojrzała na Arivan.
-Ari.. jeżeli trzeba to ja wrócę do domu. Chcę po prostu pomóc ci i żebyś wiedziała, że jestem po twojej stronie-odezwała się nagle lekko ochrypłym głosem księżniczka. Zaskoczona brunetka spojrzała na nią z uśmiechem i tylko mrugnęła, po czym spojrzała na Valentain'a.
- Następnym razem macie mnie powiadomić o wszystkim, tak?! Nie życzę sobie zatajania czegokolwiek! A ty...-zaczęła, szturchając wampira palcem,ale nie dano jej dokończyć. Włączył się Lukas, który miał już widocznie dość.
-Nie chce nic więcej słyszeć! Cała wasza grupka do sali obrad! A reszta może wrócić do zajęć!-rozkazał krótko, a zebrani zaraz zaczęli znikać z placu. Arivan spojrzała na Nienarodzonego i skinęła głową. Pierwszy ruszył Vladimir, który ani razu się nie odezwał, co zmartwiło dziewczynę. Potem niechętnie król, którego popchnął Lukas. Następnie Mark z Emilią i na końcu Arivan, która spojrzała na Samuela.
-Musisz przywyknąć. Takie coś to codzienność.-powiedziała z bladym uśmiechem. Podszedł do niej i szepnął:
-W Piekle było to o wiele gorsze. To to pikuś- dziewczyna wydała się zmartwiona, ale nie chciała tego pokazać. Zamiast tego ruszyła za chłopakiem, który szedł już przed nią. Wydawał się być zmęczony. Wciąż kulał, ale chodził już lepiej. Dogoniła go szybko i spojrzała z boku.
-Nie chcesz wrócić do sali. Wyglądasz na zmęczonego.-powiedziała, a on zaśmiał się sucho. Miał podkrążone oczy, ale twarz choć trochę nabrała kolorów. A to za sprawą jednego wyjścia na dwór. Postanowiła,że częściej będzie z nim wychodzić. Wszystko, aby lepiej się poczuł.
-Nie, a co już boisz się, że zaraz się na ciebie rzucę?-zapytał z krzywym uśmieszkiem, ale usłyszała w jego głosie jakieś drżenie. Zaprzeczyła od razu, ale on tylko zaśmiał się sucho.
-Wampirek ma racje, że jestem nieobliczalny. On chcę moje śmierci- powiedział, patrząc przed siebie jak w korytarzu, szedł zły Valenatine, rozmawiając ze znudzonym Lukasem.
-Nie zwracaj na niego uwagi, ja nie pozwolę na to-powiedziała stanowczo i uśmiechnęła się do niego, chcąc potwierdzić swoje słowa.  Samuel tylko zerknął na nią i zamyślił się, idąc za resztą do sali obrad. Wciąż w jego głowie pojawiał się cichy głos  Lucyfera. Starał się go odegnać, ale był strasznie natarczywy. Jakby chciał mu mózg wysadzić.
                                               **************************
            Mężczyzna stał na środku pokoju z czerwono-czarnej cegły. Meble były szare albo grafitowe. Upadły był zły i nie mógł się pohamować. Co chwila przeklinał na głos i czekał aż jego podwładny przyjdzie. Musiał z nim omówić sprawę syna, Odkąd go stracił.wtedy w lesie próbował się z nim skontaktować. Ten, jednak cały czas blokował umysł. Wiedział, że on to robił specjalnie, ale nie rozumiał czemu. Przecież ich plan był idealny. Przez te wszystkie miesiące był torturowany, a jego umysł został wypruty nie do odwrotu. Jednak on zaczął mu się sprzeciwiać. Albus przysięgał, że będzie wierny ojcu do śmierci, a wystarczyło jedno spotkanie z Arivan i on już zaczął się zmieniać na dawnego siebie. Dostawał furii, myśląc, że jego plan może się nie powieść. Gdy usłyszał pukanie do drzwi, kazał wejść i spojrzał na mężczyznę, który wydawał się przerażony. Miał na sobie czerwoną szatę i krótkie szare włosy. Albus wydawał się jeszcze bardziej stary niż kiedyś. Miał większe zmarszczki na twarzy i wychudł, przebywając w Piekle.
-Wyzwał mnie Pan?-zapytał cicho, podchodząc bliżej niego.
-Tak. Jak mi wyjaśnisz to, że mój własny syn nie daje mi się ze sobą porozumieć?!-spytał zły, patrząc czarnymi oczami na poddanego. Ten opuścił na moment głowę, bawiąc się końcówkami szaty przy dłoniach.
-Panie ja nie wiedziałam. On był ci wierny, ale to wszystko winna Wybranej.-odpowiedział po dłuższej chwili, patrząc na wkurzonego Lucyfera.
-Przekonywałeś mnie, że po tych torturach nie będzie wstanie się sprzeciwić. Miał być całkowicie posłuszny. Przecież dostał tyle trucizny.-powiedział ostro, nie odrywając wzroku od Blacka.
- Zrobiłem wszystko co potrafiłem. Po takiej ilości krwi demonów, powinien nie żyć, a na pewno nie będąc po za Edomem. To jest coś czego nie umiem pojąć.-powiedział przestraszony. Widział furię w oczach Pana i dobrze wiedział, jak się to może dla niego skończyć.
-Nie tłumacz mi się! Pozwoliłem ci to zrobić. Torturować go i wstrzykiwać krew demonów, ale miał być mi wierny do śmierci! A on mnie zdradził! Jest po stronie Wybranej!-krzyknął i nie zapanował na sobą. W jego dłoni pojawiała się kula ognia, która przeleciała pokój i rozbiła się na przeciwległej ścianie, zostawiając czarny ślad. Przerażony Albus cofnął się, aby być bliżej drzwi, choć wiedział, że nie było ucieczki. I tak był w Piekle.
- Obiecywałeś, że dzięki niemu dziewczyna będzie po naszej stronie! A ona jeszcze bardziej, chce nas zniszczyć! W dodatku oddaliśmy jej mojego syna na tacy! Ona nie odda go i nie pozwoli mu wrócić do nas! Zawiodłeś mnie Albusie, a wiesz co wtedy się dzieję.-ostrzegł go z chytrym uśmiechem, robiąc krok w jego stronę. Nienarodzony cofnął się. Przysięgał władzę Porannej Gwieździe, aż do ostatniej kropli krwi, ale bał się śmierci i nie mógł temu zaprzeczyć.
- Panie wybacz mi-powiedział błagalnym głosem, ale w dłoni Lucyfera, już była nowa kula ognia. Spojrzał z lekką przechyloną głową na bok na niego i uśmiechnął się blado.
-Dawałem ci szansę, ale nie to już koniec. Nigdy więcej nie pojawisz mi się na oczy. Za taką zdradę jest tylko jedna kara!-powiedział ostro i nie dał dojść Albusowi do słowa. Przerażony patrzył jak Pan podnosi dłoń w górę kula ognia wystrzeliwuję w jego stronę. Była coraz bliżej, a on widział ją w swoich oczach. Nagle trafiła go prosto w klatkę piersiową. Poczuł ogromny ból i zaczął się palić. Ogień w ciągu kilu sekund ogarnął całe jego ciało. a on zaczął krzyczeć. Czuł jak cały płonie. Lucyfera to nie ruszało. Patrzył na swojego podwładnego, który palił się żywcem i jego skóra czerniała. Cierpiał agonie, ale w Upadłym nie było za grosz współczucia. Nie miał tego typu uczuć. Po kilku minutach krzyku z Albusa została tylko kulka popiołu. Poranna Gwiazda odwrócił się znudzony i podszedł do okna. Spojrzał przez okno na swój świat pokryty ogniem, popiołem i cierpieniem. Uwielbiał patrzeć na tą spaloną ziemie i powtarzać sobie, że to jego królestwo. Wciąż, jednak było mu mało. Chciał więcej i więcej. Nigdy nie było mu dość. Zawsze marzył o czymś większość. Chciał mieć władzę nad wszystkimi trzema wymiarami. A do tego potrzebował Samuela. Jego i Wybranej.
-Nie martw się synu. Znajdę cię-powiedział, patrząc na spaloną ziemię za oknem, gdzie chodziły jego sługi. Demony.
                                            ******************************
             W sali obrad panował napięta atmosfera. Lukas stał u szczytu stołu, a Arivan tuż obok niego. Samuel opierał się o biurko i patrzył na zebranych. Emilia wciąż była przestraszona i trzymała się blisko boku przyjaciela. Król wampirów stał naprzeciw Lukasa i patrzył na niego zły. Vladimir natomiast stał pod regałem na książki i wydawał się nie zainteresowanym tym wszystkim. Zupełnie jakby go nie było.
- Musimy zawiadomić Semirę, że jej córka tutaj jest.-odezwał się nagle Valentiane, a Arivan spojrzała na niego z krzywym uśmieszkiem. Najchętniej związałby go i rzuciła gdzieś w kąt, ale nie mogła. Sojusz z nim zapewniał siedzibę dla niej i armii, a to było najważniejsze. Musieli mieć się, gdzie schronić przed Upadłymi. To nie były żarty.
-Zgoda trzeba ją zawiadomić, ale chcę aby przyjechała tutaj-zgodziła się, a cała reszta spojrzała na nią. Nawet młody wampir, który wcześniej wydawał się być zainteresowany tylko swoimi paznokciami.
- Niby po co? Wywołasz tylko kłótnie i stracimy ich jako sojuszników.Nie możemy na to sobie pozwolić. Nie widzisz Lukas, że to jest dziecko i nie daje rady sobie z władzą?!-zapytał wściekły wampir, patrząc na Nienarodzonego, który wydawał się być znudzony tą rozmową. Podniósł na niego wzrok i westchnął poirytowany.
-Wasze kłótnie są bez sensu i nudzą mnie, ale fakt faktem to Wybrana ma ostatnie słowo, więc jeżeli chce, aby królowa się z nią spotkała to tak zrobimy-powiedział, a Arivan uśmiechnęła się triumfalnie. Spojrzała z dumnie uniesioną głową na wampira, który nie chciał dać za wygraną.
-Przecież Emilia i Vladimir mieli się pobrać. Jeżeli zdenerwujemy królową to nici z tego, ani sojuszu-przypomniał, a dziewczyna spoważniała na rudowłosą, która przestraszona patrzyła na nią. Wiedziała co obiecała matce, ale nie chciała tego. Pragnęła być z Markiem. Z nikim innym. A Nienarodzona widziała to. Wiedziała o tym od dawna i nie chciała skazywać księżniczki na cierpienie. Vlad, który po słowach ojca uniósł głowę, też nie wydawał się zachwycony przypomnieniem o tym. Widać, że nie miał ochoty na żaden ślub. Jego martwe serce należało do kogoś, ale nie powiedział nigdy do kogo. Na pewno nie była to, jednak Emilia. Nie mogła pozwolić, aby oni wzięli ślub i cierpieli nawzajem.
-Nie będzie żadnego ślubu!-powiedziała ostro Arivan i zaraz się uspokoiła. Spojrzała na Valentain'a, po czym na Lukasa.- Przekonam królową, aby połączyła z nami siły i nie zabierała Emilii, jeżeli chce tutaj zostać. Jeżeli to mi się nie uda wtedy będzie można spróbować ze ślubem, ale dopuki z nią nie porozmawiam nie chcę słyszeć, że Em i Vlad muszą się pobrać. Nic nie muszą, zrozumiano?-pytanie skierowane było do wszystkich, ale w szczególności do króla wampirów. Wszyscy skinęli głową z uśmiechem na twarzy. W szczególności dwójka dzieci władców poczuła ulgę. Arivan puściła oczko do przyjaciółki i zwróciła się do Blackwella.
-Możesz wysłać do dworu wiadomość, że Wybrana chcę się widzieć z królową jak najszybciej?-zapytała do spokojnie, a on skinął głową. Widziała, że coś go trapiło. A może był najzwyczajniej w świecie zmęczony. Pracował ciężej od reszty i nie odpoczywał prawie w ogóle, a nigdy się nie skarżył. Zawsze był silny i uspokajał wszystkich. To on powinien dowodzić. Niestety los spadł na dziewczynę i musiała temu podołać. Ale potrzebowała go. Nie tylko do pomocy. Był dla niej jak drugi ojciec. Choć wcześniej się nie dogadywali, to zrozumiała, że robił to, aby ją ochronić. I robił to całym sobą. Dał się torturować dla niej. To dużo dla niej znaczyło.
- Zaraz to zrobię. A tym czasem ty marsz do łóżka. Wyglądasz jak trup-powiedział, patrząc na nią z lekkim uśmiechem. Poczochrał jej włosy. Zawsze jej tata tak robił, gdy była mała. To był miły gest. Uśmiechnęła się i skinęła głową i zaraz poprawiła włosy.
-A może tak wezwać straże, które odprowadzą Upadłego do sali?-zapytał nagle wampir, a dziewczyna spojrzała na niego chłodnym wzorkiem. Zanim, jednak się odezwała uprzedził ją Samuel.
-Sam trafię. Nie jestem kaleką. I mam imię-odpowiedział ostro, patrząc na króla. Ten wydawał się być zaskoczony, że w ogóle się do niego odezwał.
- Nie chcę strat w ludziach, więc lepiej niej-skomentowała z chytrym uśmiechem. Chciał go sprowokować, Wiedziała to, ale dala szanse chłopakowi, aby pokazał jak się zmienił.
- Spokojnie nie gustuję w wampirach. Są zbyt zimne jak dla mnie-odpowiedział z tym chamskim uśmiechem i zrobił krok w jego stronę. Momentalnie znalazł się przy nim i pochylił w jego stronę. Oczy chłopaka zaczęły zachodzić czernią, ale wampir nie ruszył się.
-Nie chcesz mieć we mnie wroga, uwierz źle byś na tym wyszedł-ostrzegł go, po czym cofnął się i ominął go.Stanął przy drzwiach, gdy odezwała się Arivan:
-Idę z tobą zaczekaj.-usłyszał i już była obok niego. Nie czekała, aż ktoś coś powie. Po prostu wyszła za nim z sali. Była dumna z tego co zrobił przed chwilą. Opanował się i nie dał po sobie jechać Valentain'owi. Należało się to mu. Teraz wiedział, że lepiej z nim nie zadzierać. Rozbawiła ją przerażona mina wampira. Ani trochę nie było jej go szkoda. Zasłużył sobie na to, po tym co wygadywał. Szła krok za Samuelem, widząc jak na zmianę rozluźnia i zaciska dłoń w pięść. Widać, że był zdenerwowany. Zaczęła się martwić, czy nie miał początku ataku. Dogoniła go i chwyciła za ramię, zatrzymując.
-Nienawidzi mnie i wice wersa-syknął przez zaciśnięte zęby, unikając jej wzroku. Widziała w szaro-niebieskich oczach, odrobinę czarnego.
-Spokojnie też za nim nie przepadam.-skomentowała z uśmiechem, a on zerknął na nią z bladym uśmiechem. Widocznie był zmęczony. Ona z resztą też. Niepewnie uniósł dłoń i odgarnął zabłąkany kosmyk włosów z jej twarzy.
-Odprowadzisz mnie do sali?-zapytał, patrząc w jej oczy, ale ona zaprzeczyła skinieniem głowy.
-Nigdzie nie idziesz. Zostaniesz u mnie, a jutro znajdę ci pokój obok. Nie będziesz już siedział w tamtej sali. Wykończysz się tam.-odpowiedziała stanowczo.
- Nie boisz się ze mną być sam na sam?-spytał, a ona uśmiechnęła się szeroko i uniosła na palce, aby móc mu szepnąć.
-Zaryzykuję.-po czym pociągnęła go za sobą w głąb korytarza. Nie opierał się, ani na chwilę. Chciał spędzić z nią jak najwięcej czasu. ale bał się, że zrobi jej krzywdę. Mimo to skoro ona się zgodziła to wierzyła w niego, a to podniosło go na duchu.
    Pokój Arivan miał czerwono-czarne ściany w róże. Na środku stało duże łóżko. Była też komoda, biurko i szafka nocna. W dodatku białe drzwi, które zapewne prowadziły do łazienki dziewczyny. Pokój był zarówno mroczny i romantyczny. Dziewczyna podeszła do łóżka i usiadła na jego skraju, zapraszając gestem chłopaka. Ten niepewnie zajął miejsce obok, na aksamitnej kołdrze.
- Niezłe warunki-skomentował  z uznaniem. Skinęła na zgodę, ale nie zwracała uwagi na wygląd. Liczył się tylko on. I tak dużo czasu tu nie spędzała.
- Nie potrzebne mi to.-odpowiedziała cicho, patrząc na swoje blade dłonie. Miała na nich niewielkie blizny po walkach i misjach. Nie tylko w Alias. Samuel zbliżył się do niej, niepewny.
-A co ci jest potrzebne?-zapytał tuż przy jej ucho, a ją przeszły dreszcze.Dawniej też tak robił. Czuła wtedy przyjemne ściskanie w dole brzucha, tak jak teraz. Uniosła wzrok i spojrzała na niego. Uśmiechał się tak cudownie jak kiedyś. Dotknął jej polika czułym gestem, a ona zarumieniła się, Wtuliła się w jego dłoń, przymykając oczy. Było jej dobrze i zapomniała o wszelkich problemach. Liczyła się tylko ich dwójka.
- Powrotu do dawnych czasów-odpowiedziała cicho, na jego pytanie. Chłopak wpatrywał się w jej zmęczoną twarz,a szczególności usta. Miał ochotę ją pocałować, ale bał się, że wtedy już nie zapanuję nad sobą, a nie chciał zrobić jej krzywdy. Dlatego odsunął się minimalnie, a ona otworzyła oczy. Spojrzała na niego zmartwiona, ale on cały czas uśmiechał się.
-Jak wyglądała nasza pierwsza randka?-zapytał nagle, a do niej chwilę do pytanie docierała. Nie wiedziała dlaczego o to pytał, ale z łatwością potrafiła udzielić mu na to odpowiedzi. Miała nadzieję, że znów sobie coś przypomniał.
-Zaprosiłeś mnie do klubu, abym wyjaśniła się wszystko. Próbowałam. Tańczyliśmy, a za każdym razem kiedy chciałeś mnie pocałować ktoś nam przeszkadzał. To pijany wilkołak to coś innego.-odpowiedziała bez wahania z zamyślonym wyrazem twarzy.W głowie miała tamten wieczór i nie umiała powstrzymać uśmiechu na ustach.
-A udało mi się w końcu skraść ci pocałunek?-dopytywał. Był ciekawy, bo w jego głowie kreowały się wspomnienia tego wieczora, ale kończyły się pod murem. Potem był chaos.
-Tak. Wracaliśmy już i zatrzymaliśmy się pod murem...-zaczęła, ale zamilkła, przypominając sobie tamte chwilę. Tęskniła za smakiem jego ust i jego dotykiem, ale wiedziała, że nie mogła prosić go oto. Szybko powstrzymała łzy i uśmiechnęła się do niego.
- Pocałowałem cię.-dokończył za nią i zamyślił się na chwilę.
-Pamiętasz?-spytała z nadzieją w głosie, a on potwierdził skinieniem głowy. Ulżyło jej, że kolejne wspomnienie wróciło. Coraz więcej pamiętał i to dawało jej nową siłę. Wracał do niej.
- Co chwila w głowie pojawia mi się jakiś czarny notes, wiesz o co chodzi?-powiedział, a ona zamyśliła się na chwilę. Nagle puknęła się z otwartej dłoni w czoło, na co zdziwiony chłopak uniósł brew. Szybko wstała i podeszła do szafki nocnej. Otworzyła szafkę i wyjęła z niej czarny notatnik. Samuel otworzył lekko usta. Rozpoznał go od razu. Arivan usiadła z powrotem i położyła go na kolanach ukochanego. Ten niepewny wziął go do rąk.
-Jest twój. Pięknie rysowałeś i w nim są twoje dzieła. Znalazłam go po śmierci twoich rodziców w twoim pokoju. Nie mogłam go zostawić. Był jedyną pamiątką po tobie.- powiedziała drżącym głosem, patrząc na notatnik. Chłopak uśmiechnął się, a ona szybko otarła samotną łzę z polika.
-Obejrzyj-zachęciła go, a on otworzył go i zobaczył pierwszy rysunek. Ich całujących się pod murem. Uśmiechnął się pod nosem, a ona zerknęła na niego. Wyglądał uroczo, gdy oglądał te rysunki. Uśmiechał się i nie raz komentował ze śmiechem niektóre. Wtedy zachowywał się jak dawny on. Jakby nic przez tamte miesiące się nie wydarzyło, a oni nadal byli razem i po prostu oglądali jego rysunki. Dziewczyna poczuła jak ściska ja w sercu. Wiedziała, że przez te tygodnie i miesiące w Piekle zmienił się, ale nie chciała dopuścić do siebie tego, że on już nigdy do niej nie wróci. Przecież teraz to był Samuel. Ten prawdziwy. Poczuła jak w oczach stają jej w łzy. Nie chciała przy nim płakać.
-Pójdę się umyć. Zaraz wracam-powiedziała, kładąc dłoń na jego ramieniu. On tylko skinął na nią głową z uśmiechem i wrócił do oglądania kartek w notatniku. Arivan szybko wstała i poszła do toalety, zabierając po drodze czyste ubrania. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, poczuła pierwszy łzy na polikach. Sama nie wiedziała czy z radości cz z poczucia winny, że to przez nią musiał teraz uczyć się na nowo, samego siebie. Oparła się o umywalkę i spojrzała na swoje odbicie. Nie wyglądała tragicznie, choć miała nieźle zmęczoną twarz. Od razy wyglądała kilka lat starzej. Szybko rozebrała się i weszła pod prysznic. Odkręciła wodę i zaczęła się myć. Przyjemnie ciepła woda sprawiała jej ukojenie. Na chwilę wyłączyła umysł, rozkoszując się kroplami na swoim ciele zmieszanych w pianą po żelu. Szybko spłukała się i wyszła opatulając się w ręcznik. Stanęła przed lustrem i wytarła dokładnie brązowe włosy, które już na dobre odzyskały swój kolor. Nie było śladu po czerni, ani czerwieni. Wrócił naturalny, ukochany kolor. Rozczesała je szybko i założyła czyste spodenki, oraz czarną bluzkę na ramiączkach. Po tym szybkim prysznicu czuła się odświeżona i trochę mniej zmęczona. Wciąż, jednak marzyła o śnie. Powoli otworzyła drzwi i spojrzała na łóżko. Samuel leżał na boku, z notatnikiem w ręce. Miał zamknięte oczy i oddychał spokojnie. Domyśliła się, że zasnął. Zerknęła na okno. Księżyc już dawno był na niebie. Było już zapewne po dwudziestej trzeciej,a  wszyscy już zapewne spali. Podeszła do łóżka i nakryła go kocem, po czym sama przysunęła fotel spod ściany i usiadła się na nim wygodnie. Okryła się kocem i spojrzała na chłopaka. Wyglądał tak spokojnie. Arivan poczuła się spokojna, że miała go tuż obok i z ta myślą zamknęła oczy i oddała się w objęcia Morfeusza.
                              ********************
 Witam was z kolejnym rozdziałem. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam i nie ma tragedii z błędami. Wciąż się uczę, więc rady mile widziana i krytyka oczywiście też. Mam nadzieję, że się odezwiecie, bo cicho tu, aż mi przykro. Gdzie wszyscy którzy chcieli mnie zabijać za zakończenia? Mam nadzieję, ze wrócicie na bloga i znów będę mogła się cieszyć z waszych komentarzy. To naprawdę daję motywacje, a mi to potrzebne, więc dawajcie nie zawieźcie mnie! Jeżeli będzie tutaj spora aktywność rozdział kto wie, może będzie już w środę\czwartek, ale to zależy tylko od was :D No cóż do zobaczenia :*
      -Dont Cry To Me
PS. Zapraszam na nowego bloga z inną historią :D Kochaj, walcz i cierp.







piątek, 12 lutego 2016

Rozdział.2.

     Mark siedział na stołówce, a wokół niego panował spory gwar. Chłopak jadł swoją porcję obiadu, ale co chwila zerkał na dziewczynę, siedzącą naprzeciw niego. Miała kaptur na głowie, ale i tak kosmyki jej rudych włosów wystawały. Bawiła się widelcem w sałatce i od pół godziny ją męczyła. Wiedział, że czymś się martwiła, bo zawsze wtedy miała taką zmarszczkę na czole. Przyglądał jej się ciekawy, co chwila, połykając jedzenie z talerza. On natomiast miał o wiele lepszy apetyt, odkąd przybył do wampirów i zdecydował, że będzie wierny Arivan i jej sprawie po grób. Wstąpił do armii i ani trochę nie żałował. Zdziwił się tylko, że ona również to postanowiła. Było to do niej nie podobne, Aby zbuntować się matce. To nie w jej stylu.
-Powinnaś bardziej ukrywać włosy. Rozpoznają cię. Przefarbuj się. Może na turkus-zażartował nagle, ale ona podniosła głowę i zgromiła go wzrokiem. Aż poczuł dreszcze na skórze.
- Nie żartuj sobie. Dobrze wiesz, że nie uda mi się. Na drugi dzień znów będą rude. To przekleństwo-powiedziała, ciągnąc za jeden kosmyk. Mark uśmiechnął się krzywo i spojrzał ponad nią. Stolik dalej siedziała grupka wilkołaków, którzy zbuntowali się przywódcy i również dołączyli do armii. Jeden z nich szczególnie często zerkał na nich. Niepokoiło to chłopaka.
-Powinnaś powiedzieć Blackwellowi kim jesteś. Nie możemy ryzykować, że stracimy zaufanie. Powinniśmy trzymać się razem, a ty oszukujesz wszystkich.-powiedział cicho, pochylając się w jej stronę. Zerknęła na niego z nad talerza i westchnęła. Myślała, aby powiedzieć prawdę, ale bała się, że zaraz odeślą ją do dworu, a ona nie chciała. Chciała pomóc Arivan i zniszczyć Upadłych. Nienawidziła ich od zawsze. Za to co robili i jak krzywdzili jej rasę.
-Nie. Mark oni odeślą mnie do Morskich Błękitów, a ja nie chcę tam wracać. Chcę tu zostać i pomóc-powiedziała, a w myślach dodała ; Chcę zostać z tobą głupku. Przyglądał jej się uważnie, a ona przez moment wystraszyła się, że powiedziała to na głos, ale jednak nie.
- Nie ukyjesz tego wiecznie Emilii-ostrzegł poważnym tonem, a ona spuściła wzrok na zielone liście w sałacie. Wiedziała, że nie da rady ukrywać tego wiecznie, ale chciała jak najdłużej. Bała się. Bała się co zrobi Blackwell i Valentaine. W końcu tak nie zachowuję się księżniczka. Miała wyjść za mąż, ale nie chciała. Zgodziła się tylko dla dobra królestwa i jej rasy. Tak na prawdę marzyła tylko o jednym chłopaku, a on siedział naprzeciw niej i wcinał swój obiad. Jego złote włosy były w nieładzie, ale ona zawsze to uwielbiała. Wyglądał trochę niegrzecznie. Przyglądała mu się, zapominając o całym świecie. Pamiętała ostatnie miesiące, gdzie oboje udają, że nie istnieją dla siebie. A to wszystko przez aranżowany związek jej i Vladimira. Nie mogła się z tym pogodzić, więc z chęcią uciekła, aby uniknąć ślubu, a dodatkowo była cały czas z Markiem, no i pomagała armii. Według niej to, że zniknęła bez słowa nie było tragedią, choć jej matka odchodziła od zmysłów, myśląc co się dzieję z jej jedyną córką. Nie przewidziała tego i miała lekkie wyrzuty sumienia, ale nie aż tak, aby wrócić. Może gdyby dała jej prawo do wybierania sobie samej chłopaka. Na to, jednak nie mogła liczyć.
- Co myślisz?-wyrwał ja nagle z zamyślenia głos blondyna, który akurat pomijał swój napój. Patrzył na nią z lekkim uśmiechem na ustach i tym zabójczym, dla niej, spojrzeniem. Wzruszyła ramionami i odsunęła od siebie talerz. Nie miała najmniejszego apetytu.
-Jeżeli powiem, że jestem córką Semiry to zaraz wrócę na dwór. Muszę coś wymyślić, aby się zmienić nie do poznania-powiedziała spokojnie,acz w jej oczach kryła się iskra, którą doskonale znał Mark. Zawsze kiedy pojawiała się w jej oczach, mięli niezłe kłopoty i on musiał ją ratować. Tym razem byłoby zapewne tak samo.
-Em nie kombinuj nic tylko porozmawiaj z Blackwellem i wyjaśnij, że chcesz zostać w armii-powiedział twardo, a ona uśmiechnęła się chytrze, mając już obmyślony plan w głowie.
-Znam ten uśmiech i od razu mówię ci NIE. Nie będzie żadnych planów Em! Musisz powiedzieć prawdę-powiedział ostro, a ona westchnęła. Uśmiech znikł,a ona znów się zamyśliła. Miał rację, ale ona za bardzo się bała. Nie chciała wracać do dworu,a wiedziała, że zaraz to się stanie jeśli wyjawi kim była na prawdę. Miała, jednak plan, aby zmienić się tak, aby nikt jej nie poznał. Potrzebna była to tego, jednak pomoc Marka.
- Ale to tylko mała przysługa...-zaczęła,ale on od razu zaprzeczył skinieniem głowy. -No weź. Raz byś mógł mi pomóc-dodała i ugryzła się w język. Wiedziała, że źle powiedziała, ale nie zahamowała tego. Chłopak spojrzał na nią szeroko-otwartymi oczami na nią i wydawał się co najmniej zaskoczony, jej słowami. A bardziej zraniony. Miał ochotę wstać i odejść od stołu, ale nie potrafił. Kochał ją i nie ważne, co powiedziała to i tak nie umiał jej zostawić. Mimo to zezłościł się i nad tym nie zapanował.
- Raz? Emilia czy ty się słyszysz? Wiesz dobrze, że tysiące razy cię ratowałem. Jak możesz teraz wymagać ode mnie kłamstwa? Czy nie dość razy wziąłem na siebie winę? Mam dość kłamstwa Emilia i nie proś mnie oto. Ty też już nie powinnaś oszukiwać innych. Nie zasłużyli na to-powiedział zdenerwowany, a ona opuściła zawstydzona głowę. Miał rację, jak zwykle, a ona nie wiedziała dlaczego powiedziała to wcześniej. Sama była zła na siebie. Kochała go i nie tylko jak brata, a sprawiła mu przykrość. Nie mogła sobie tego darować i nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Usłyszała jak westchnął i wstał od stołu. Dobrze go znała i wiedziała, że był zły na nią i poczuł się urażony. Nie chciała kłótni z najważniejszą dla niej osobą. Wstała zaraz za nim chwyciła go za ramię.Spojrzał na nią tymi piwnymi tęczówkami i uśmiechnął się blado.
-Przepraszam-wyszeptała i opuściła dłoń. Nie wiedziała co mogła jeszcze powiedzieć. On jednak uśmiechnął się szerzej i uniósł jej twarz, chwytając delikatnie za brodę. Widząc ten zniewalający uśmiech również nie umiała powstrzymać swojego. Mark chciał coś powiedzieć, ale wtedy w głośniach sali usłyszeli głos Lukasa.
- Wszyscy mają się zebrać na placu przed pałacem. Stawiennictwo obowiązkowe, bez żadnych wyjaśnień-jego głos brzmiał ostro i poważnie. Wszyscy jak jeden mąż zaczęli wychodzić ze stołówki. Emilia z uniesioną brwią spojrzała na przyjaciela, który również wydawał się zdziwiony.
-Chodźmy lepiej-powiedziała i pociągnęła go za rękę. Zatrzymał się, jednak i przyciągnął ją do siebie. Poprawił kaptur na jej głowie z krzywym uśmieszkiem, patrząc jej w oczy. Poczuła to przyjemne ciepło,które zawsze było obecne, kiedy był blisko niej. Uwielbiała je tak jak jego.
-To nie znaczy, że odpuszczę ci z powiedzeniem prawdy-ostrzegł, a ona westchnęła i skinęła głową. Dobrze wiedziała, że musi powiedzieć kim była na prawdę. I chyba była na to gotowa. Chyba.
                                                       ***************
       Arivan siedziała na skraju łóżka Samuela i patrzyła jak chłopak leżał, patrząc w sufit. Od godziny nic nie mówił. Patrzyła tylko na białą ścianę i wydawał się wciąż być w szoku. Nie wiedziała tylko z którego powodu. Dlatego, że próbowali go zabić, czy może dlatego, że uratowała go i bez wahania zaatakowała lekarzy. Ale ona, gdyby ktoś dał jej możliwość wyboru i tak zrobiłaby tak samo. Nie pozwoliłaby, aby ktoś znów jej go zabrał. Nawet śmierci by go zabrała. Miała, jednak nadzieję, że nie będzie musiała tego robić, a lekarze i ktokolwiek za tym stał, nie będą już próbować. Inaczej może się już nie opanować i po prostu odebrać im życie. Wszystko dla niego.
-Nie rozumiem czemu ich powstrzymałaś-odezwał się nagle głodnym głosem Samuel, ale nadal nie patrzył na nią. Ona natomiast uniosła jedną brew do góry zdziwiona. Spodziewała się, że gdy się odezwie to da jakiś wredny komentarz, a nie coś takiego. Wydawał się być smutny i jakby dotarło do niego co zrobił z niego Lucyfer.
-Nigdy nie dam się skrzywdzić. Nie stracę cię po raz kolejny rozumiesz?-zapytała, on uśmiechnął się krzywo i zerknął na nią.Podniósł się do pozycji siedzącej, ale przez moment na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Zaraz, jednak znikł, a Arivan nie chciała sprzeczek, więc wolała nie pytać. Wiedziała jednak, że to zapewne trucizna działa w jego organizmie i sprawiała mu cierpienie. Nie mogła znieść tej bezsilności, ale pamiętała co powiedział Lukas. Jeśli odzyska pamięć to i trucizna zniknie. Musiała zrobić wszystko, aby wróciła, ale powoli traciła pomysły jak. Nie mogła się do tego przyznać przed nikim, a na pewno nie przed sobą sobą. Wypierała się tak jak tylko umiała.
-Jestem potworem, a potwory nie powinny żyć.-skomentował sucho, patrząc na swoje dłonie, jakby zaraz miała pojawić się w nich broń. Był blady, a kości były o wiele bardziej widoczne niż kiedyś, ale i tak wyglądał lepiej niż, gdy znalazł się w szpitalu w pierwszym tygodniu. Wtedy przypominał zombie, ale nie było się co dziwić. Puki był przy Upadłych. był jak młody bóg, ale kiedy został zabrany od nich to już jak śmierć. Domyślała się, że był związany z Pierwszym Upadłym. W końcu był jego synem.
- Nie jesteś. Nie twoja wina Samuel. Nie mogłeś nic zrobić-uspokoiła go, ale on zaśmiał się oschle. Wciąż miał jakby dwie osoby w sobie. Raz był dawnym jej ukochanym chłopcem, a raz tym stworzonym w Piekle. Bała się go po części, ale i kochała. Nagle napiął się całkowicie i wstrzymał oddech. Wiedziała, że miał atak, ale nie chciała odchodzić. Patrzyła tylko jak po jego twarzy przechodzi grymas furii, a on z całej siły zacisnął dłonie w pięści, wbijając paznokcie w poduszki, aż przebił niektóre do krwi. Nie zwrócił na to uwagi, tylko próbował nad sobą zapanować. Znów miał chaos w głowie, który sprawiał, że nie potrafił się opanować. Wtedy co chwila widział obraz Arivan, która jak potwór morduje innych i jego rodziców. Starał się odróżnić te fałszywe od prawdziwych, ale to nie było proste. Cały czas czuł straszny ból w głowie, jakby ktoś wbijał mu w nią gwoździe. Wiedział. że się nie powstrzyma. Że znowu wybuchnie, a nie chciał po raz kolejny zaatakować dziewczyny. Bądź co bądź zależało mu na niej. Chyba.
-Ari...wyjdź.,,,proszę-wyszeptał przez zaciśnięte zęby, ale nie ruszyła się. Nadal siedziała na skraju łóżka i przyglądała mu się. Zamknął oczy i starał się odgonić myśli. Czuł jak zaraz wybuchnie. Jak rzuci się na nią i tym razem mógł nie opanować się w ostatniej chwili. Bał się, że zabiję ją, będąc w amoku. Ta jednak za nic nie chciała odejść. Poczuł jak traci na sobą kontrole. Jak ten demon w nim przejmuję kontrolę,a jego oczy robią się czarne i zaczyna widzieć Arivan jako potwora, który musi umrzeć. Próbował powstrzymać to, ale nie potrafił. Wiedział, że za kilka sekund rzuci się na Wybraną. Nie chciał tego, ale nie umiał inaczej. Kiedy już prawie odpuścił walkę, poczuł jak ktoś go obejmuję. Jej ciepłe dłonie objęły go w tali i splotły się na jego plecach. Z całej siły przytuliła się do niego, chowając twarz w twardy tors. Mięśnie miał napięte do granic możliwości, a oddech przyspieszony. Bała się co zrobi, ale od kilku tygodniu marzyła, aby znów go przytulić. Potrzebowała tego. Wciąż siedział sztywno z dłońmi zaciśniętymi  w pięści. Wstrzymał oddech, a potem poczuła jego drżącą dłoń na swoich włosach. Najpierw ścisnął je lekko,ale nie drgnęła. Przejechał po nich trochę sztywno, ale podobnie jak robił to dawniej. Następnie zjechał dłonią niżej i niepewnie położył dłonie na jej biodrach. Zacisnął je lekko i przysunął ją jeszcze bliżej siebie. Następnie oplótł dłońmi i zamknął w ciasnym uścisku, za którym tak tęskniła. Uśmiechnęła się pod nosem i wtuliła w niego, zamykając oczy. Przez pierwsze minuty wydawał się niepewny i przestraszony,ale potem objął ją swobodnie i zaczął palcami jeździć po jej plecach, sprawiając, że co chwila miała dreszcze. Uśmiechnął się blado, patrząc na dziewczynę, która przytulała się do niego. Nie do potwora tylko do niego. Nie rozumiał jej, ale sprawiło to, że powstrzymał się. Odegnał demona z siebie. Przynajmniej na chwilę i znów był sobą. No powiedzmy, że sobą.
- Dlaczego nie uciekłaś? Wiedziałaś, że mogłem cię zaatakować-powiedział po dłuższej chwili,przyjemnej ciszy. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Pierwszy raz zobaczył na jej twarzy ten uśmiech. Uśmiech mówiący, że była szczęśliwa. W oczach znów pojawiły się te iskry i blask co dawniej. Zupełnie jakby narodziła się na nowo. A to tylko za sprawą jednego uścisku.
- Ufam ci i wiedziałam, że nie skrzywdzisz mnie-odpowiedziała bez zawahania i zobaczyła jak uśmiecha się szerzej.Jego szaro-niebieskie oczy wyrażały strach i niepewność, ale i radość.
-A demon we mnie?-spytał, odwracając wzrok od niej i patrząc na bok. Przez chwilę trwała cisza, a ona wpatrywała się w niego zdziwiona. Nie zrozumiała do końca co powiedział i nie miała pomysłu jak odpowiedzieć. W końcu jednak musiała spróbować.
-Samuel jesteś tylko ty nie ma żadnego demona...-zaczęła, ale on jej przerwał.
-Jest. Kiedy byłem w Piekle... u Lucyfera to oni robili mi coś ja... nie pamiętałem tego wcześniej. Dopiero podczas tego jak lekarze chcieli mi coś wstrzyknąć-wyznał,a  jego głos lekko drżał. Arivan była zbita z tropu i bała się co dalej usłyszy, ale mimo to czekała, aż dokończy. Chciała znać prawdę i wiedziała, że za każdą krzywdę jej ukochanego zapłaci Poranna Gwiazda. Chłopak westchnął i spojrzał znów na nią, widząc, że bała się i równocześnie martwiła.
- Przez pierwszy miesiąc trzymali mnie w odosobnieniu. Małym pokoiku jakby z horroru. Co dnia przychodził Albus i Syriusz, którzy wstrzykiwali mi coś do żył. Próbowałem się opierać, ale na marne. Po tym czułem się jakbym był na haju. Przez pierwsze minuty, bo potem to był koszmar. Czułem jakbym płonął,a w mojej głowie pojawiała się kompletna pustka i mgła. Nie umiałem tego powstrzymać, aż w końcu traciłem przytomność. Gdy się budziłem nadal byłem w pokoju, a z każdym zastrzykiem traciłem pamięć o tobie, zastępując ją tymi drugimi wspomnieniami. Nie wiem jak to zrobili, ale wiem, że w tych strzykawkach było coś złego co zmieniło mnie w potwora.-powiedział spokojnie, choć w głosie słychać było ból. Kiedy on to mówił Arivan wyobraziła sobie to wszystko. Jak go trzymają w pokoju i przywiązują. Jak rzuca się gdy chcą mu coś wstrzyknąć i potem jak ogromny ból rozsadza go,aż pada nieprzytomny. Poczuła straszny ból, że przeżył to z jej powodu, bo nie umiała go ochronić. Złość do Blacka i Lucyfera, za to ile krzywdy mu wyrządzili i chęć mordu na Upadłych za to wszystko co zrobili. Chłopak wpatrywał się w nią z smutną miną. Nie wiedział co miał jeszcze powiedzieć. Powiedział to co mu się przypomniało. Nic nie zataił. Ona jednak milczała, przez dłuższą chwilę, patrząc na jego klatkę piersiową.
-Zabiję go. Zabiję Poranną Gwiazdę za to co ci zrobił. Ile musiałeś wycierpieć tyle on będzie musiał cierpieć.-powiedziała ostro i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnął się lekko i dotknął jej polika w czułym geście.
-Sam chcę go zabić, ale posłuchaj skoro przypominam sobie to to może i uda mi się zniszczyć te fałszywe wspomnienia-powiedział z nadzieją w głosie, a ona skinęła głową. Wiedziała, że skoro przypomina sobie prawdę to istniała szansa, że uda mu się. Pytanie ile miał procent tych szans? Puki co nie dużo, ale jej wystarczyło to, że umiał powstrzymać złego siebie. To był ogromny postęp.
-Dlatego tak się zdenerwowałeś, gdy chcieli ci coś wstrzyknąć? Bałeś się, że to to samo co w Piekle?-zapytała, a on opuścił wzrok. Jego dłonie zatrzymały się w połowie jej pleców i zesztywniały. Wydawał się jakby zaraz miał się rozpłakać.
-Nie wiem czemu. Powinni byli mnie zabić. Jeden potwór mniej-odpowiedział sucho, ale słyszała ból w jego głosie. Serce jej pękało, gdy widziała go w takim stanie. Kochała go nad życie i nie umiała przestać się martwić. Każda krzywdy dla niego, była jak cios w serce i to strasznie bolesny.
-Przestań!-powiedziała ostro. Sama nie wiedziała, czemu się wkurzyła. Może miała dość tego, że cały czas powtarzał iż jest potworem, którym nie był. Zaskoczony Samuel uniósł głowę i skrzyżował jej wzrok ze swoim.
-Przepraszam. Po prostu nie chcę już słychać, że jesteś potworem, skoro nie jesteś!-wytłumaczyła się i uśmiechnęła się pod nosem, widząc jak na jego ustach wykwitł uśmiech.
-Dobrze tylko nie bij mamo-powiedział, unosząc dłonie w geście obronnym. Zaśmiała się. widząc minę zbitego pieska na jego twarzy.
-No no-pochwaliła i ze śmiechem poklepała go po policzku. Było jak kiedyś. Jakbym był dawnym chłopakiem, którego poznała. Uśmiechała się szeroko, kiedy on nagle spoważniał. Przechylił lekko głowę na bok i przyjrzał jej się uważnie. Przestraszyła się i napięła mięśnie, bojąc się, że ma atak. On, jednak uśmiechnął się półgębkiem i dotknął jej policzka.
-Czy ja przyszedłem do baru w którym pracowałaś tylko po to, aby cię zobaczyć?-zapytał nagle, a ona uśmiechnęła się uroczo na to wspomnienie. Doskonale to pamiętała.
-Tak i umówiłeś się ze mną, Nie chciałeś mi odpuścić, gdy mówiłam, że nie-odpowiedziała szerze, a on zaśmiał się. Nie musiał mówić, ona wiedziała. Pamiętał to. Ucieszyło ją to strasznie. Odzyskiwał powoli pamięć.
- Pamiętam to. Mogę mieć prośbę Arivan?-zapytał, a ona skinęła głową i czekała, aż spyta. Przez dłuższą chwilę milczał, jednak jakby się wahał. W końcu westchnął i wziął głęboki wdech.
-Mógłbym wyjść na spacer? Mam serdecznie dość tego pomieszczenia-powiedział w końcu, a ona zamilkła. Nie wiedział co odpowiedzieć. Nie była pewna czy mogłaby z nim wyjść. A jeśli dostanie ataku na zewnątrz, albo ucieknie? Nie chciała znów go stracić? Był zbyt ważny dla niej.
-Proszę. Nie zrobię nic złego. Chce tylko zobaczyć naturę, słońce i w ogóle. Obiecuję, że nie ucieknę-powiedział spokojnie z proszącą miną. Miała do niego słabość i nie potrafiła mu odmówić.
-Dobrze, ale masz mi powiedzieć jak poczujesz się źle, dobrze?-powiedziała, a on od razu skinął głową na zgodę i przytulił ją uradowany. Dziewczyna wstała i spojrzała na chłopaka. On również powoli zsunął się na skraj łóżka i postawił stopy na kafelkach. Miał na sobie czarny dres i białą koszulkę, która wisiała na nim delikatnie, ale nie było źle. Spojrzał na siebie z krzywym uśmieszkiem i zrobił krok, po czym się zachwiał. Arivan od razu podeszła do niego i przełożyła jego dłoń przez swoje barki. Połowa ciężaru spadła na nią, ale nie ugięła się.
-Dam radę-powiedział i spróbował się odepchnąć, ale złapała go drugą ręką w talii i przytrzymała mocno.
-Nie zgrywaj herosa. Straciłeś dużo siły. Daj sobie czas na regenerację, a puki co jestem ja.-powiedział z uśmiechem i pomogła mu, wyjść sali. Trochę kulał, ale z każdym krokiem szło mu coraz lepiej. Widziała, że co jakiś czas pojawiał się u niego grymas bólu, ale szybko go maskował. Starała się o tym nie myśleć, ale martwiła się o jego zdrowia. Przez całą drogę do drzwi wejściowych milczeli, ale ta cisza nie była wcale krępująca. Wręcz przeciwnie była przyjemna. Cieszyli się swoim towarzystwem i nie potrzeba było do tego słów. Wystarczyła sama obecność.
-Jesteś pewna?-zapytał nagle, a ona sama chciała spytać o to samo. Skinęła, więc tylko głową i otworzyła drzwi. Pierwsze promienie słońca raziły ich w oczy, ale dały też dużo ciepła. Zerknęła na niego i zobaczyła blady uśmiech na twarzy. Miał przymknięte oczy i wydawał się zrelaksowany. Pierwszy raz odkąd był w zamku wampirów. I to ucieszyło Wybraną, Był jak dawniej. Choć przez moment.
                                                   ***********************
       Na placu zebrali się już praktycznie wszyscy. Na samym środku stali dowodzący. Valentaine z obojętną miną i Lukas, który przyglądał się każdemu z osobna. Widać było, że był zdenerwowany. Stanął na środku i uniósł dumnie głowę.  Wszyscy milczeli, wpatrując się w niego ze strachem i szacunkiem.
-Słuchajcie, wiem że macie treningi i inne zajęcia, ale zajmę wam chwilę. Mamy dwie informację. Po pierwsze będzie więcej treningów z walki i niedługo chcemy zawrzeć więcej sojuszy, a na początek chcemy zjednoczyć się z fearie, ale nie uda nam się to w takiej sytuacji. I to jest ta druga infromacja-powiedział spokojnie Blackwell i na moment zamilkł, aby do wszystkich dotarła ta pierwsza wiadomość.  Zerkali po sobie z zdziwionymi minami, a niektórzy uśmiechali się blado, zerkając na boki.
- Dostaliśmy wiadomość z Morskich Błękitów. Królowa Semira powiedziała nam, że jej córka, księżniczka Emilia zniknęła z dworu. Nie uda nam się zawrzeć sojuszu, jeśli ona nie wróci. I dlatego każdy kto wie, gdzie może być ma nam natychmiast powiedzieć. Jeżeli zatai to, to nie dość, że odbiera szansę na sojusz to w dodatku sprawia, że Upadli są silniejszy, bo każdy dzień naszych kłotni daję im czas na kolejne mordy. Tak, więc niech ten kto wie, gdzie jest wystąpi-dokończył mężczyzna i rozejrzał się po zebranych. Wszyscy wydawali się być zaskoczeni i równocześnie przerażeni. Każdy rozglądał się po sobie, szukając tej która uciekła z dworu, albo kogoś kto wiedział, gdzie była. Wszyscy jednak milczeli i trwali w bezruchu. Gdy nagle w jednym miejscu rozpętała się szarpanina. Młody likantrop ciągnął jakoś dziewczynę w kapturze, która szarpała się jak tylko umiała. Jej blond przyjaciel próbował jej pomóc, ale był przytrzymany przez dwa inne wilkołaki. Ten pierwszy wyciągnął ją przed szereg i rzucił na kolana, przed Lukasem. Zaskoczony mężczyzna, uniósł brew, ale chłopak nie zwrócił na to uwagi. Zerwał kaptur z głowy dziewczyny i wszyscy wstrzymali oddech. Zobaczyli ją. Emilię Lee. Córkę królowej z Morskich Błękitów. Dziewczyna była przerażona i wściekła równocześnie. Spojrzała na Blackwella, który wydawał się być zaskoczony. Zupełnie jakby stracił głos.
-Emilia?-odezwał się Vladimir, który nagle pojawił się wśród tłumu. Podszedł do niej i przyjrzał jej się uważnie.- Co ty tu robisz?-zapytał, a ona milczała. Odwróciła tylko wzrok i spojrzała na trawę. Nie wiedziała co powiedzieć.
-Musisz wrócić do dworu.-powiedział nagle Lukas, a ona uniosła głowę i zaprzeczyła.
-Nie chcę tam wracać! Chcę zostać tutaj!-powiedziała ostro i zaraz zamilkła.
-Nie ma mowy. Wracasz i tyle-rozkazał ostro Valentaine, stając obok Blackwella. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale wtedy tłum się rozstąpił i pojawiła się Arivan z Samuelem u boku. Szła szybko w ich stronę ze złością w oczach. Stanęła tuż przed nimi i skrzyżowała dłonie na piersi.
-Nie wydaję mi się, aby gdziekolwiek musiała iść jeśli nie chcę-powiedziała ostro, patrząc na króla wampirów.
                                               *************************
Oto kolejny rozdział. Męczyłam się i męczyłam, ale wreszcie jest. Mam nareszcie nowy WŁASNY laptop, więc będzie ławiej pisać rozdziały niż jak, kłócąc się z młodszą siostrą. Mam nadzieję, że rozdział się podoba i czekam na wasze opinie. Wszelka krytyka mile widziana, a ja przyjmę to na klatę. Czekam na was i niedługo pojawi się kolejny, a puki co zapraszam na drugi blog, który znajdziecie w zakładach. Mam nadzieję, że tam też zajrzycie. No to tyle. Do zobaczenie :* 
-Dont Cry To Me