środa, 13 lipca 2016

UWAGA!!!

          Bardzo mi przykro, ale nie mam już kompletnie weny. Z resztą widzę totalny brak aktywności na blogu. Przykro mi z tego powodu, ale no niestety takie jest życie. Ja od września zaczynam naukę w technikum i muszę się na tym skupić. Gdybym jeszcze widziała tutaj waszą aktywność to bym została, ale tak się żegnam. Może za kilka lat znajdziecie moją inną opowieść na pułkach w księgarniach, ale puki co odchodzę z bloga i chyba nie wrócę już tutaj. Chyba że na inną tematykę, ale tak to koniec. Smutno mi, ale widzę, że nikt nie będzie po mnie płakał. Nie wiem co jeszcze mam powiedzieć, więc zostało mi tylko ŻEGNAJCIE!         - Dont Cry To Me 


poniedziałek, 4 lipca 2016

Rozdział.13.

Rozdział dedykuję Patrycji Bębenek, dzięki której znów mam ochotę pisać :*      
       Następnego dnia Arivan obudziła się w miękkiej pościeli swojego łóżka. Nie wiedziała jak się przeniosła z parapetu na łóżko, ale podejrzewała, że pomógł w tym Samuel, bo teraz nie było go obok niej. Zlękła się, ale patrząc w okno i widząc, że słońce jest prawie w samym szczycie, to pomyślała, że poszedł coś zjeść. Dochodziło już południe.
Niechętnie podniosła się i usiadła na kołdrze, rozglądając się po sali. Zobaczyła piękną czerwono-czarną sukienkę, przewieszoną przed krzesło, a obok niej na stoliku swój naszyjnik, bransoletkę i nóż, który wczoraj dostała z okazji urodzin. Ucieszyły ją one.
Powoli przeciągnęła się, rozciągając mięśnie,a  wtedy z łazienki wyszedł Samuel. Miał na sobie czarną koszulę i eleganckie spodnie. Włosy były ułożone w modną fryzurę, przez co wyglądał jeszcze przystojniej i seksowniej.
- Wstałaś śpiochu  - powiedział z uśmiechem na ustach i usiadł obok niej na łóżku. Objął ją jedną dłonią i przyciągnął do siebie.
- Jak znalazłam się na łóżku? I co to za okazja? Urodziny były wczoraj - zapytała Arivan, zerkając na niego i uśmiechając się lekko.
- Przeniosłem cię nad ranem. Dlaczego nie obudziłaś mnie jak wstałaś?
- Nie chciałam, abyś się martwił. Musiałam ochłonąć i pomyśleć - odpowiedziała obojętnie i spuściła wzrok na swoje dłonie, ułożone płasko na kolanach.
- Nad czym?
- Nad wszystkim co się teraz dzieję. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam karę i zesłano mnie na ziemię, gdzie poznałam ciebie. Teraz jestem Wybraną i mam pokonać Lucyfera, który w dodatku jest twoim ojcem - powiedziała, a w jej głosie słychać było jakąś ostrość. Chłopak nie dziwił się temu i rozumiał ją całkowicie. Chciał zapomnieć, że Pierwszy Upadły to jego tata, ale niestety ta świadomość cały czas powracała.
- Ej nie jesteś sama. Pomogę ci jak tylko mogę, ale nie możesz się ode mnie oddalać. Jesteśmy razem i musimy się wspierać tak? - zapytał Samuel, a ona od razu skinęła głową, ale nie patrzyła mu w oczy. Dopiero po chwili podniosła głowę i zerknęła na niego.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, czemu się tak wystroiłeś - przypomniała, a on uśmiechnął się szerzej i pogłaskał ją po włosach.
- Dzisiaj będzie koronacja Emilii i to ty masz jej dokonać,  pamiętasz? Przyniosłem ci sukienkę, którą wybrała Marlena. Nie zostało dużo czasu, więc powinnaś zacząć się szykować - powiedział spokojnie, a ona westchnęła i skinęła głową, po czym wstała i ruszyła w kierunku łazienki, zbierając po drodze sukienkę i czystą bieliznę z szafy.
- Za chwilę wracam - powiedziała, zanim zamknęła za sobą drzwi toalety. Nie chciała brać długiej kąpieli. Zamiast tego szybko wykąpała się pod prysznicem i nałożyła czystą bieliznę. Wiedziała, że po mimo koronacji trzeba być czujnym, dlatego założyła także wygodniejszy kostium w razie walki. Dopiero na to założyła piękną czerwoną sukienkę, która kończyła się przed kolanem i była na ramiączkach. Jej czarne serca nadawały lekko mroczny i poważny ton, ale to w niej najbardziej zachwycało.
Stanęła przed lustrem i rozczesała włosy, po czym upięła je w wysoki kok i wpięła w niego ładną czarną różę, która leżała na umywalce. Nie malowała się, bo uważała to za zbędne.
Wyszła z łazienki i nie spojrzała nawet na Samuela. Założyła szybko czerwone baleriny i dopiero podeszła do łóżka, patrząc na chłopaka.
- Wyglądasz pięknie - pochwalił i wstał. Objął ją w pasie i pocałował mocno w usta, a ona założyła dłonie na jego szyję i przysunęła się jeszcze bliżej do niego.
- Zaraz rozpoczynamy zebranie - usłyszeli głos zza drzwi, należący do Marka. Oderwali się od razu od siebie i westchnęli niemal równocześnie.
- Już idziemy! - odpowiedział głośno Samuel i uśmiechnął się do Arivan.
- No to musimy iść - zwrócił się do niej i splótł jej dłoń ze swoją. Dziewczyna odpowiedziała mu tylko uśmiechem i ruszyła do drzwi, ciągnąc go za sobą.
         Szybko doszli na plac przed zamkiem i ujrzeli mnóstwo osób. Na samych jednak środku stał Lukas, który był ubrany w elegancki garnitur, trzymał w dłoniach koronę fearie, która dawniej była własnością Semiry, ale ta rzadko ją nosiła. Był to tylko symbol władzy. Tuż obok Blackwella stał Valentaine ubrany jak zwykle po staroświecku i mierzący wszystkich podejrzliwym wzorkiem. Po drugiej stronie Nienarodzonego stał Magnus z bladym uśmiechem na twarzy, zerkający na Emilię i Marka, którzy stali co prawda wśród reszty, ale na przodzie rzędu.  Dziewczyna miała upięte włosy z wplecionymi czarnymi różami oraz elegancką bordową sukienkę na ramiączkach. Wyglądała na bardzo zestresowaną i nie było jej się, co dziwić. Arivan posłała jej pocieszający uśmiech, po czym ruszyła do przodu na miejsce obok Lukasa. Krok za nim stała Marlena, która wyglądała na zmartwioną. Nie wiadomo było czym, ale widać to było gołym okiem.Wybrana nie zwróciła na to większej uwagi, ponieważ szukała jednej osoby wśród tłumów. Powinien być przy ojcu, ale nigdzie nie było go. Zmartwiła się tym, ale zdawała sobie sprawę, że musi się skupić na swoim przemówieniu, aby nie zasiać w armii paniki, niepewności i kłótni.
Stanęła tuż obok Blackwella, a zaraz za nią ustawił się Samuel, kładąc jej na moment dłoń na ramieniu. Arivan wzięła głęboki oddech, czując się nieco lepiej i zerknęła na mężczyzna obok siebie, który uśmiechnął się zachęcająco i rozpoczął, aby uspokoić tłum.
- Witajcie. Wiemy, że się niepokoicie i pewnie macie wiele pytań do Wybranej, ale pozwólcie jej najpierw coś powiedzieć. Wyjaśni również sprawę, która zapewne trapi zwłaszcza fearie - powiedział Nienarodzony i wskazał gestem dłoni, aby dziewczyna wystąpiła do przodu. Zrobiła tak, ale czuła jak w jej gardle rosie coraz większa gula. Rozejrzała się po zebranych i widząc ich przeróżne miny, czuła w sercu wielkie poczucie winy. Ilu już umarło na tej wojnie? Ilu bezbronnych dzieci straciło życie, rodziców, całe rodziny? Ilu rannych cierpi katusze w szpitalu? Ile umarło już w agonii?
A za to wszystko ona obwiniała siebie.
- Wiem, że wielu z was jest na mnie złych i nie dziwię się im. Ja... nie wiem co powiedzieć tym, którzy stracili bliskich lub są ranni. Jedyne co to, że przepraszam was i mam nadzieję, że mimo wszystko jakoś mi wybaczycie i dalej będziecie walczyć po naszej stronie. Nie chodzi mi oto, że boję się stawić im czoła sama, choć tak jest, ale oto że ta walka to nie moja osobista sprawa. To sprawa nas wszystkich. Dobrze wiecie jacy są Upadli i że na mojej śmierci się to nie skończy. Wymordują wszystkich, bo uważają ich za gorszych od siebie. Chociaż wcale tak nie jest. Wszyscy jesteśmy równi. Wilkołak czy wampir. Fearie czy czarodziej. Każde z nas choć różni się od drugiego to jest jedno co nas łączy i co powinno zawsze być w naszych głowach, sercach, a jest to mianowicie nasza rodzina. Każdy z nas ją ma i chcę chronić. Dlatego nie mordujmy się, nie kłócimy, nie bijmy, ale współpracujmy. Traktujmy się na równi, wspierajmy, brońmy i bądźmy jedną armią. A tedy ta armia pokona Upadłych i przywróci spokój na naszych krainach. Ja jestem tego pewna - powiedziała pewna siebie Arivan, nie wierząc samej sobie, że potrafiła wygłosić taką mowę. Czuła jakby wychodziło to z jej głębi. Zupełnie nie myślała co mówiła. Po prostu pozwoliła, aby to jej serce ją wyręczyło. I chyba się udało, bo wszyscy milczeli i patrzyli na nią skupionym wzrokiem. Niektórzy wręcz płakali, a inni uśmiechali się.
Cisza trwała zaledwie kilka sekund, bo zaraz ktoś zaczął klaskać, a za nim wszyscy inni. I tak Arivan zupełnie nie wiedziała, co powinna zrobić. Ludzie klaskali, krzyczeli i gwizdali w jej stronę, mówiąc że będą z nią do końca. Wybranej jedna łza spłynęła po policzku ze wzruszenia.
- Dobrze, dobrze ale już się uspokójcie - powiedziała po chwili, chcąc opanować tłum. Zamilkli wszyscy, słysząc jej słowa i czekając co dalej przemówi.
- Cieszę się, że jesteście i będziecie walczyć ramię w ramię ze mną, ale jest jeszcze jedna sprawa dotycząca fearie - Ari zamilkła na moment i zerknęła na Emilię, która skinęła tylko głową i uśmiechnęła się blado, chociaż była cała spięta.
- Pewnie już wiecie, że królowa Semira umarła po ranach jakie odniosła, walcząc przeciwko tym potworom razem ze swoim ludem. Wykazała się wielką odwagą i siłą, a my będziemy o niej pamiętać. Jest jednak sprawa kto powinien po niej objąć władzę. I nie martwcie się nie będę to ja. Uważam, że powinna to być także fearie. Moją propozycją jest Emilia, która jest córką Semiry. Jest cudowną, mądrą dziewczyną i wiem, że sobie poradzi. Chcę jednak, aby była to zgoda tłumu. Mam nadzieję, że podejmiecie dobrą decyzję - powiedziała Wybrana poważnym tonem i rozejrzała się po wszystkich zebranych z rasy fearie, po czym wzięła głęboki oddech i zapytała:
- Kto jest za, niech podniesie rękę? - Nie musiała czekać nawet kilku sekund, a wszyscy już podnieśli dłonie z spokojem na twarzy i lekkim uśmiechem, zerkając na Emilię, która patrzyła na swoje nogi, chcąc uniknąć tych wszystkich ciekawych spojrzeń. Na jej twarzy pojawił się rumieniec.
- Widzę, że nikt nie jest przeciw, więc proszę Emilio podejdź - przemówiła spokojnie po chwili Wybrana i wskazała gestem na rudowłosą dziewczynę. Ta wyprostowała się i ruszyła w jej stronę.
Kiedy tylko znalazła się tuż przed nią, to Ari uśmiechnęła się, aby ją wesprzeć. Sama dokładnie nie wiedziała jak miała przebiegać koronacja, ale słyszała już o kilku i na dwóch była, więc dosyć wiedziała jak to zrobić i co powiedzieć.
- Emilio Lee córko królowej Semiry, władczyni Morskich Błękitów i ludu fearie, przyrzekasz godnie nosić koronę i sprawować władzę? - zapytała Emilię, która już wcześniej klęknęła jak przystawało na koronacji. Patrzyła skupiona na Nienarodzoną.
- Przyrzekam
- Obiecujesz sprawiedliwie sądzić swój lud i bronić go przed złem?
- Obiecuję
- Czy wyrzekasz się oszustwa i zdrady swojej rasy?
- Wyrzekam się
- Czy jesteś gotowa przejąć po swojej matce władzę i dalej rządzić Morskimi Błękitami tak samo dobrze jak ona?
- Tak - odpowiedziała Emilia, której głos lekko drżał z emocji. Patrzyła na brunetkę, która odwróciła się i przyjęła od Marleny koronę, po czym znów zwróciła się twarzą do Emi.
- Z mojej mocy i woli ludu mianuję cię królową Morskich Błękitów i ludu fearie aż po kres twoich dni - powiedziała głośno Arivan, nakładając na głowę dziewczyny koronę.
- A teraz wstań królowo Emilio - dodała, a rudowłosa momentalnie wstała. Jak na zawołania tłumy fearie zaczęły wiwatować i krzyczeć jej imię ze szczęścia. Na ten gest królowa się uspokoiła i widocznie rozluźniła. Machała do nich i próbowała uspokoić, ale chwilę to trwało.
- Dobrze skoro to załatwione to myślę, że możemy.... - zaczęła Arivan, gdy tłum uspokoił się już i znów był posłuszny.
- A co jeżeli zaatakują to miejsce? Raz już to zrobili - odezwał się obcy głos wśród zebranych. Wiadomo tylko było, że należał do mężczyzny.
- Wtedy będziemy się bronić i wygnamy ich - odpowiedziała natychmiast Wybrana, szukając tego kto był autorem pytania.
- A nie możemy znaleźć Pół Raju? - spytał ktoś inny. Tym razem kobieta.
Arivan zerknęła na Lukasa, który wydawał się być zaskoczony, że ktoś w ogóle o tym wspomniał. Na moment trwała cisza, a dziewczyna szukała w umyśle czegoś na temat miejsca, które wymieniła kobieta. Znalazła po chwili urywek tekstu Księgi Mędrców, którą ostatnią czytała. Pół Raj to miejsce, gdzie wszystkie rasy mogły znaleźć schronienie przed swoimi wrogami. Nikt nie wiedział, gdzie ono było, bo dostęp do bramy, która pozwala tam przejść mieli tylko Mędrcy. Tylko oni potrafili to zrobić. Niestety dziewczyna nie mogła znaleźć zaklęcia, które otworzyłoby przejście.
- Staram się odnaleźć sposób na przejście tam i otworzenie tej bramy, ale na razie nie mam nic konkretnego - powiedziała po dłuższej chwili Wybrana i skupiła wzrok na tłumie, który przysłuchiwał jej się odważnie.
- Czyli ono istnieje? Będziemy tam bezpieczni? - zapytało jakieś dziecko, które wychyliło się na sam przód rzędu i patrzyło na dziewczynę z wielkim strachem i bólem w swoim ślicznych dziecięcych oczach, które widziały już tylko śmierci.
- Istnieję i odnajdę je - odpowiedziała, patrząc dziecku w oczy. Był to chłopiec, który miał może sześć lat i zaszytą ranę na policzku.
- A jeżeli będzie za późno? Jeżeli wcześniej Lucyfer zaatakuję nas wszystkimi siłami Piekieł? - zapytała ostro kobieta, stojąca za chłopczykiem i patrząca nieufnie na wszystkich zebranych na środku koła.
- Nie mogę wam obiecać,  że odnajdę Pół Raj, ale obiecuję, że zrobię wszystko, abyście byli bezpieczni. Jestem Wybraną z przepowiedni i dlatego oddam życie za was i za naszą wolność. Nie pozwolę, aby Upadli zwyciężyli. Prędzej skonam - powiedziała twardo Arivan i rozejrzała się po zebranych, którzy słuchali jej słów uważnie. Dziewczyna nie oczekiwała żadnych reakcji, ale nagle kilka osób wyrwało się uniosło dłoń zamkniętą w pięść, po czym uderzyło się nimi w pierś. Zaraz za nimi zawtórowała reszta. Był to wyraz hołdu i szacunku dla Arivan, która wzruszyła się na ten gest i uśmiechnęła pod nosem, sama do siebie.
                                          ***************************
                 Młody wampir chodził po ulicach Los Angeles, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia przechodniów. Miał w nosie, co sobie pomyślą i tak kiedyś umrą, a on nie. Ubrany był w swój ulubiony czarny sweter i jeansy. Wyszedł z domu wczoraj i nie chciał tam wracać. Nie potrafił patrzeć na Arivan u boku Samuela. Uważał go za potwora i dlatego usunął się zupełnie na bok. Nie obchodziła go złość taty, bo i tak nie interesował się nim. Chłopak pragnął po prostu odpocząć chwilę od tego całego bajzlu. Jak tylko odnalazł się Samuel to Ari zupełnie odrzuciła go na bok. Skupiła się tylko na synu Lucyfera, chcąc go odzyskać. Nie zauważyła, że to Vlad był przy niej, pomagał jej, troszczył się i próbował chronić. Ona jednak wolała tego bruneta, który nie raz targnął na jej życie. Mogła go tłumaczyć, że nie panował nad sobą, bo miał w sobie krew najgorszych książąt piekieł, ale dla wampira to nie było żadne usprawiedliwienie.
 -Gdyby ją kochał to by się powstrzymał - mruknął do siebie pod nosem i kopnął puszkę, leżącą na chodniku. Był wkurzony i coraz bardziej spragniony. Tylko, że nie wody.
     Zatrzymał się przy jednym z zaułków, gdzie stała jakaś młoda blondynka w krótkiej sukience. Miała mocny makijaż i gdy tylko spojrzała na Vladimira, wiadomo było, że spodobał jej się od razu. To był ten urok wampirów, któremu ciężko się było oprzeć. Chłopak uśmiechnął się krzywo i podszedł do niej. Nie zaczynał nawet rozmowy. Przyparł ją po prostu do ściany i zaczął się z nią namiętnie całować. Nie były to usta Arivan, ale obudziła się w nim dzika żądza nad którą nie umiał zapanować.
Na początku blondynka opierała się, ale zaraz uległa i pozwoliła mu, aby muskał jej szyję, nie wiedząc co zaraz się stanie. Vlad coraz mocniej przygryzał jej skórę, czując pulsującą żyłę na jej szyi. Miał wielką ochotę na jej krew i przestawał się już hamować.
Jego dłoń znalazła się pod niej sukienką i podciągnął ją do góry, po czym zaczął macać jej kobiecość. Dziewczyna oddychała głośno i pojękiwała, co chwile, a chłopak stracił zupełnie kontrolę. Momentalnie wbił się w jej szyję i zaczął ssać jej krew. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, ale zaraz umilkła, tracąc siły. Vladimir coraz mocniej pieścił jej koleżankę, ssąc słodką ciecz z jej żył i czerpiąc z tego radość.
 Gdy napił się już dostatecznie, puścił ją, a ta osunęła się na ziemię, nie przytomna. Nie przejmował się nią, bo wiedział, że przeżyję. Będzie po prostu słabsza przez kilka dni. Wampir chciał już wyjść z powrotem na chodnik, gdy usłyszał na sobą szyderczy śmiech. Rozpoznał go od razu i momentalnie odwrócił się na pięcie, stając w oko w oko z dwójką Upadłych.
- Zawsze musisz wykorzystywać dzi*wki ? - zapytał jeden z nich, patrząc na niego uważnie.
- Nie twój interes - syknął tylko Vlad, bacznie ich obserwując. Domyślał się, po co tutaj przyszli i czego chcieli, ale nie należał do osób, które się poddawały. On walczył zawsze do końca i teraz nie miał zamiaru postępować inaczej.
- Co tak ostro do starych kumpli. Ostatnim razem byłeś milszy, jak przyszedłeś z Arivan. A właśnie co u niej?... A no tak zapomniałem wybrała Samuela. Widzisz dla niej potwór z Piekła jest lepszy od ciebie. Och biedulku - powiedział Upadły Anioł, podchodząc do niego i klepiąc w polik. Chłopak wzdrygnął się i odsunął od niego.
- Spadaj. Nie mam nastroju do rozmowy
- Ale za to my tak - wtrącił się drugi mężczyzna, stając obok swojego brata.
- Czego chcecie? - rzucił oschle Vlad, patrząc na nich z pod rzęs.
- Nie my, a nasz pan. Chciałby cię zobaczyć, a ja myślę, że jesteś mądry i pójdziesz z nami po dobroci - powiedział demon z Piekła, uśmiechając się do niego chłodno i pokazując mu swój miecz, który trzymał w dłoni. Wykonany był z materiału, który potrafił ranić wampiry i to śmiertelnie.
- To się mylisz - syknął wampir i pokazał mu swoje kły, napinając mięśnie i szykując się do ataku.
- No cóż... to twój błąd - powiedział i zamachnął się. Vladimir jednak był szybszy i wzbił się w powietrze, po czym odbił się od muru i wylądował na plecach brata Upadłego, chwytając go za kark. Uśmiechnął się krzywo w stronę tamtego i zatopił kły w szyi potwora, który zawył z bólu i zaczął się szarpać, aby zrzucić wroga z siebie. Jednak chłopak doskonale się trzymał i chociaż ich krew była ohydna to ssał dalej. Jego brat patrzył na niego, starając się dotrzeć od niego, ale było za późno. Vlad uchylił się od ostrza miecza i momentalnie skręcił kark Upadłemu, który padł na ziemię nie żywy. Jego ciało zaczęło zamieniać się w popiół i znikać. Vlad wiedział, że to wyjątkowo bolesny proces, co sprawiło mu satysfakcję.
- Skończysz jak twój braciszek - rzucił z szyderczym uśmiechem i spojrzał na Upadłego, który wydawał się być zbyt zszokowany tym co się przed chwilą stało. Jednak nagle ocknął się i ruszył na wampira, z dziką furią. Zaczął go bardzo szybko atakować, a Vlad nie zawsze uchronił się od ciosu. Starał się wbić w szyję wroga, ale nie miał do niej dostępu. Próbował jak tylko szło.
W pewnym momencie potknął się o coś i zachwiał, a wtedy ostrze Upadłego Anioła przebiło jego bok. Wampir zawył z bólu i w tej agonii, wbił się w szyję potwora, która była akurat odsłonięta. Nie zwracał uwagi na miecz w swoim ciele. Złość była w jego żyłach i zapanowała nad nim. Momentalnie wyssał całą krew, po czym kopnął martwe ciało i spojrzał na niego. Splunął z pogardą w jego stronę, a następnie spojrzał na ostrze w swoim boku. Wyciągnął je jednym szybkim ruchem i poczuł jak miękną mu nogi. Nie był w stanie ustać, więc opadł na kolana pod ścianą i przycisnął dłoń do rany, chcąc zatamować ranę na brzuchu. Wiedział, że bez pomocy nie przeżyję i będzie łatwym celem dla reszty Upadłych. Nie chciał jednak wzywać ojca, bo dowiedziałaby się o tym Arivan, a on nie miał ochoty jej widzieć. Nie po tym jak go zraniła.
Została mu więc ostatnia osoba, która mogła mu pomóc, nie miał jednak pojęcia czy to zrobi. Była jednak tylko ona, a on nie miał czasu do zastanawiania.
Wolną dłonią wyjął telefon i wybrał numer do starej przyjaciółki. Odebrała po trzech sygnałach.
- Słucham?
- Katarina? Musisz mi pomóc...
                                        **************************
Hej! Witam was przy nowy rozdziale. Mam nadzieję, że się wam spodobał i wrócicie do komentowania :* Czekam na to, bo brakuję mi motywacji. Myślę o zamknięciu, więc potrzebuję was. Proszę uaktywnijcie się :* Czekam na was i do zobaczenia :* (oby)
     - Dont Cry To Me

niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział.12.

  Lucy szła wolnym krokiem, ubrana w krótkie, niebieskie spodenki i czarną bluzkę na ramiączkach. Jej krótkie, blond włosy były rozpuszczone, a twarz bez makijażu. Wilkołaki nie lubiły się malować i ona nie stanowiła wyjątku. Wolała swoje osobiste piękno, a do brzydkich nie należała.
W dłoniach miała małe pudełeczko,owinięte papierem ze wzorem małych piesków. Urocze i chyba miało odzwierciedlać ich rasę.
Dziewczyna miała dobry humor pomimo ostatniej bitwy i kolejnego pogrzebu, który zakończył się godzinę temu. Nienawidziła takich uroczystości zwłaszcza, że pochowano kilkunastu likantropów, a w tym trzech jej przyjaciół. Było jej ciężko, smutno i miała ochotę zemścić się na Upadłych, ale ojciec nauczył ją, że cierpliwość popłaca. Dlatego czekała i starała się myśleć pozytywnie, aby nie zepsuć tego dnia Wybranej. Chociaż pewnie ona nie miała teraz do tego głowy to Lucy poszperała w odpowiednich źródłach i znalazła datę urodzenia Ari. Wypadało to dokładnie dzisiaj i dlatego razem z resztą stada znaleźli odpowiedni prezent i szła teraz do sali ćwiczeń, aby jej go wręczyć.
Przechodziła akurat przez korytarz, gdzie większość mieszkańców to wampiry. Zaraz zaczęła się jeżyć i zrobiła się bardziej czujna. Może i był rozejm w trakcie wojny, ale ona i żaden inny likan nie ufały Dzieciom Nocy i dlatego zawsze spodziewali się najgorszego. Próbowała nie zwracać uwagi na wścibskie spojrzenia mężczyzn, aż natrafiła na jedno, które znała. Brunet stał przy ścianie i zerkał na boki. Widziała, że był zdenerwowany i dlatego podeszła do niego
  —  Samuel, coś się stało? — zapytała Lucy, stając przed nim. Podniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się lekko.
— Nie. Ten bufon wkurza mnie gadaniem  — odpowiedział szorstko, zaplatając ręce na piersi i zerkając na bok, jakby czekał tylko aż ktoś wyjdzie zza drzwi.
— Valentaine? On każdego doprowadza do furii, ale trzeba to przemilczeć. Nie możemy pogorszyć teraz sytuacji i tak mamy za dużo problemów - powiedziała i uśmiechnęła się miło, odgarniając kosmyk włosów z twarzy. Chłopak skinął tylko głową i zamilkł na chwilę.
  — Co tam masz?  — zapytał nagle, patrząc na jej rękę, w której była paczka.
  — Prezent dla Arivan  — odpowiedziała od razu weselej i pokazała mu pudełko. Samuel otworzył szeroko oczy i wpatrywał się w nią, jakby chciał usłyszeć, że to tylko żart.
  — Nie pamiętasz o jej urodzinach?  —  spytała zaskoczona Lucy.
  — Wypadło mi z głowy. Dzisiaj 13 września?  — zapytał dla pewności, a gdy ona skinęła głową uderzył się otwartą dłonią w czoło.
  — Jaki ze mnie głupek? Jak mogłem zapomnieć?  — pytał sam siebie i zaraz przeprosił Lucy, po czym pobiegł korytarzem bez słowa. Musiał jak najszybciej dać Arivan coś, co było dosyć piękne, aby dorównać jej w jakimś procencie.
Lucy patrzyła za nim chwilę, kiwając głową na boki z lekkim uśmiechem. Rozśmieszyło ją jego zdenerwowanie i zakłopotanie. Myślała, że wiedział i pierwszy wręczył jej prezent, a tu się okazało, że nie. Zdziwiło ją to, ale nie chciała tam dłużej stać, dlatego ruszyła dalej do sali ćwiczeń, która była już niedaleko.
Zobaczyła duże drzwi na końcu korytarza i nie zapukała nawet. Otworzyła je po prostu i weszła do środka. Od razu uderzyło ją jasne światło dnia, które wpadało przez szklane ściany. Następnie ujrzała młodą Nienarodzoną, która cała spięta stała na środku sali, a wokół niej wzrastały coraz wyżej korzenie drzew. Miała przymknięte oczy, a dłonie wyciągnięte przed sobą. Szeptała coś do siebie pod nosem i starała się równo oddychać. Naprzeciw niej stał Magnus, przyglądając jej się uważnie. Jego niebieski płacz miał przypalony dół, ale prócz tego był cały i zdrowy. Jego czarne włosy, postawione na żel miały dodatkowy brokat, a usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu, kiedy zobaczył młodą córkę Luki, swojego dawnego przyjaciela.
  — Arivan możesz skończyć  — zarządził Bane i natychmiast Wybrana opuściła dłonie i otworzyła zdziwione oczy, a korzenie momentalnie wrosły z powrotem w podłogę. Czarownik zerknął na niepewną liknatropkę i zaraz w jego ślady poszła Arivan.
— Co tutaj robisz? — zapytała spokojnie dziewczyna, ale nadal oddychała szybciej. Zużyła sporo energii na ćwiczenia i teraz ciężko jej było ustać na nogach bez zachwiania.
  — Chciałam ci złożyć najlepsze życzenia od całego stada  — odpowiedziała po chwili Lucy i podeszła do Nienarodzonej. Przytuliła ją, chociaż tamta była zaskoczona i chyba nie wszystko rozumiała. Wzięła pudełko od blondwłosej i uśmiechnęła.
— Nie mów mi, że zapomniałaś o swoich urodzinach? — spytała, przyglądając jej się uważnie. Nagle Ari uderzyła się w czoło i zaśmiała nerwowo.
  — Zapomniałam, że dzisiaj jest 13  — przyznała i zerknęła na Magnusa, który już wyjmował coś z kieszeni płaszcza. Podszedł do niej i wręczył paczuszkę.
  — Nie miałem czasu, aby zapakować — powiedział i przytulił ją mocno, składając życzenia. Podziękowała mu, po czym usiadła na ławce pod jednym ze szklanych ścian. Najpierw otworzyła prezent od wilkołaków, a Lucy przyglądała jej się uważnie. W środku był stary sztylet. Jego ostrze były jednak bardzo dobrze naostrzone. A na krawędzi wyryto napis w obcym języku "Se luchar hasta que gane"
  — Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą — powiedziała po przetłumaczeniu i spojrzała z szerokim uśmiechem na dziewczynę. — Piękny  — pochwaliła, a Lucy wydawała się być zachwycona jej opinią. Wybrana włożyła go do pochwy, która była przyczepiona do jej pasa z bronią. Przyda się i to na pewno.
  — Zobaczymy co nasz czarownik wymyślił  — skomentowała, biorąc do rąk woreczek od niego.
  — Uwierz mi przyda ci się, ale dowiesz się do czego w odpowiednim czasie i to sama musisz odgadnąć kiedy  — odpowiedział z uśmiechem i zachęcił, aby zobaczyła co było w środku. Posłała mu zdziwione spojrzenie, ale otworzyła woreczek. W środku był niebiesko-czerwony pył, który miał zapewne jakieś magiczne zdolności.
  — Wyjawisz mi do czego służy?
  — Mówiłem ci. Dowiesz się w swoim czasie  — odpowiedział zagadkowo i posłał jej szeroki uśmiech. Pokiwała tylko głową  i westchnęła, po czym schowała zamknięty woreczek do kieszeni przy pasie.
  — Oho chyba się spóźniliśmy  — odezwał się Lukas w drzwiach. Zaraz po nim pojawiła się Marlena, która w dłoniach trzymała tort w kolorze może. Na górze był napis "Sto lat", a na obrzeżach piękne czerwone różyczki.
  — Nie no, wy też? — zapytała ze śmiechem Wybrana, wstając, gdy podszedł do niej mężczyzna. Przytuliła go i podziękowała za życzenia, a następnie przyjęła prezent. Był to spory miecz owinięty w ozdobny papier.
  — Nie wiedziałem, co ci kupić  — wytłumaczył się, a ona uśmiechnęła się w jego stronę i przyjrzała uważniej ostrzu. Wygrawerowane na nim były gwiazdy przeplatane kolcami róży. Nie miała pojęcia, co to oznaczało, ale skądś kojarzyła ten wzór.
— Gwiazdy i kolce róż to znak rodu twojej matki. Kiedyś się urodziłaś, zamówiła go i kazała wręczyć ci na siedemnaste urodziny. Wiedziała, co się wydarzy i chciała, abyś miała jej cząstkę ze sobą  — wyjaśnił i zobaczył, jak w oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Wszyscy spoważnieli i nagle zamilkli, patrząc na Wybraną.
  — Zobacz napis na dole  — dodał po chwili, a ona obróciła miecz, aby widzieć dokładniej rączkę.
  —" Nigdy nie sprzymierz się z piekłem. Jego pokusy są chwilowe, a cierpienie wieczne" — wyrecytowała na głos, po czym przytuliła mocno Lukasa.
  — Dziękuje - wyszeptała cicho w jego stronę. Objął ją mocno i przycisnął do siebie. Chwilę tak trwali. Arivan opanowywała emocje i próbowała się nie rozpłakać.
  — No dobrze koniec smutasów. Kto chcę tort? - Ciszę przerwała Marlena, która postawiła ciasto na stole i czekała z nożem w ręce na resztę. Wszyscy spojrzeli na nią, a Ari oderwała się od Nienarodzonego, po czym z uśmiechem podeszła do kobiety. Stanęła obok stołu i szybko przypięła miecz do pasa razem z pochwą od Lukasa.
— Ja chcę ten z różyczką - zażyczyła sobie dziewczyna i wzięła jeden z talerzyków, ustawiony obok tortu. Nie chciała myśleć o nie obecności ukochanego, ale miała złe przeczucia. Bardzo się o niego martwiła, a nie widziała go już od kilku godzin.
— Tak zaczynacie bez nas?  — Do uszu Arivan dotarł wesoły głos Emilii. Dziewczyna odwróciła się w jej stronę z uśmiechem i talerzykiem w dłoniach.
  — Jakbyśmy śmieli  — odpowiedziała brunetka i przyjrzała się przyjaciółce. Miała na sobie czarną bluzkę z krótkim i spódniczkę w tym samym kolorze z powodu żałoby po śmierci matki. Blondyn obok niej miał również ciemne spodnie. ale jego koszula była w kolorze błękitu, co podkreślało oczy chłopaka.
Rudowłosa szybko podeszła do jubilatki i przytuliła ją, składając życzenia, po czym wręczyła małe pudełeczko. Wybrana otworzyła je powoli i zobaczyła złote kolczyki w kształcie księżyca w nowiu. Były piękne i przez sekundę widziała w nich biały blask. Zupełnie jakby zmieniały kolor.
— Piękne
  — To kolczyki fearie. Są nie tylko ładne, ale również magiczne — zmieniają kolor - wyjaśniła z uśmiechem Emilia, a jej przyjaciółka uśmiechnęła się i podziękowała, po czym szybko założyła je i odgarnęła włosy, aby były widoczne.
  — Czy ktoś spróbuje mojego tortu, bo nie wiem czy jest dobry  — odezwała się nagle Marlena lekko rozdrażnionym tonem, a wszyscy spojrzeli w jej stronę.
— Jak ty robiłaś to będziemy zdychać trzy dni, albo zamienimy się w żaby - powiedział Magnus z szerokim uśmiechem, a kobieta posłała mu ostrzegawcze spojrzenie i wyciągnęła dłoń z nożem w jego kierunku.
  — Uważaj. Wiesz, że jestem tak dobra jak ty  — ostrzegła z chytrym uśmieszkiem.
  — No no, bo się przestraszę
  — Nie pozabijajcie mi się tutaj — wtrącił się Lukas, zerkając raz na jednego raz na drugiego.
  — Właśnie nie na moich urodzinach - dodała Arivan i zjadła kawałek tortu. - Jest pyszny - powiedziała szczerze do Marleny i zachęciła resztę, aby spróbowali. Posłuchali jej i przez chwilę zapanowała cisza, po czym zaczęli chwalić wypiek kobiety. Humor chyba wszystkim dopisywał, a impreza powoli się rozkręcała. Nawet Ari zapomniała na moment o Samuelu i nieobecnym Vladzie. Chciała po prostu po świętować w swoje urodziny.
****************************
Przyjęcie trwało już dwie godziny, a Wybrana odczuwała coraz większy niepokój. Nie przyszedł żaden z chłopaków. Był król wampirów, ale nie miał pojęcia co działo się z jego synem. Podobno wyszedł gdzieś na spacer o świcie, ale nie wrócił do tej pory. Valentaine nie przejmował się jednak tym za bardzo. Wkurzyło to Arivan, ale nie chciała wywoływać kłótni, dlatego sama postanowiła ich poszukać. Przeprosiła tylko Lukasa i oznajmiła mu, że wychodzi zaczerpnąć świeżego powietrza. Zostawiła większość prezentów i po prostu opuściła salę, ale mając przy sobie miecz po rodzicach. Trzymała na nim jedną dłoń, ale nie ze strachu. Po prostu uspokajało ją to i wprawiało w taki spokój. Czuła jakby jej mama stała tuż obok i kładła swoją smukłą dłoń na jej, po czym zerkała na nią z pokrzepiającym uśmiechem. Niemal namacalny był także dotyk ręki jej taty na swoim ramieniu, który chciał dodać jej otuchy i siły, przed tym co czekało ją w najbliższym czasie. Niedawno zakończyła się bitwa, a niebawem miała rozpocząć ostateczna wojna.
Doszła do jednego z okien, wzdłuż korytarzy i zatrzymała się. Wyjrzała przez jedne z nich. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak samo, ale kiedy dokładniej się przyjrzała to zobaczyła coś, co sprawiło, że na ustach pojawił się jej uśmiech. Przez plac, gdzie ćwiczyli młodzi żołnierze jej armii, ujrzała Samuela. Szedł szybkim krokiem do drzwi, a dłonie trzymał schowane za sobą. Arivan nie zastanawiała się długo nad tym co robi. Ruszyła po prostu biegiem do głównych drzwi, aby zobaczyć ukochanego chłopaka. Mijała po drodze sporo osób, ale nie zatrzymywała się. W biegu dziękowała tym, którzy składali życzenia. Powinna z nimi porozmawiać, ale teraz myślała tylko o spotkaniu z brunetem. Nie widziała go tylko kilka godzin, ale bardzo stęskniła się za nim. W dodatku miała od rana jakieś złe przeczucia. Nie potrafiła stwierdzić czego to dotyczyło, ale przez cały ten stres i sprawę z Upadłymi, mogła być po prostu przewrażliwiona.
Biegła tak szybko, że nie zauważyła przed sobą  chłopaka. Wpadła na niego i gdyby nie silne ramiona, to leżałaby zapewne na ziemi poobijana.
—  Spokojnie, po sobie coś zrobisz — odezwał się Samuel z uśmiechem, trzymając ją mocno w swoich ramionach. Uniosła głowę i spojrzała na jego twarz, po czym rzuciła mu się na szyję i pocałowała mocno, pod wpływem chwili.
— A to za co? — zapytał wesoło. dotykając jej policzka, gdy już oderwała swoje wargi od jego.
— Gdzie byłeś? Martwiłam się — powiedziała szybko i spoważniała odrobinę.
— Musiałem zapakować prezent dla jubilatki — odpowiedział bez żadnych tajemnic i pokazał jej pudełko owinięte czerwonym papierem ozdobnym. Wybrana uśmiechnęła się i wzięła je w ręce, po czym spojrzała w jego oczy.
— Dziękuję, ale nie musiałeś — powiedziała i zaczęła drzeć papier.
— I po co ja się tak starałem — zażartował i objął ją jedną dłonią, patrząc na jej twarz, która nie odrywała wzroku od pudełeczka. Otworzyła je powoli, a jej usta zastygły na wpół otwarte z wrażenia. W środku znajdował się śliczny naszyjnik. Słońce połączone z księżycem, a pomiędzy nimi małe, czerwone serduszko, które pod odpowiednim kątem mieniło się niczym diament. Arivan nie potrafiła powstrzymać zachwytu i pisnęła ze szczęścia, przenosząc wzrok na chłopaka.
— Podoba ci się?
— Jest piękny. Skąd go masz? — zapytała od razu i zapięła go szybko, po czym ułożyła na swoim dekolcie.
— Dostałem go jak byłem małym chłopcem od mamy. Mówiła, że pewna pani dała mi go w szpitalu po urodzeniu. Teraz wiem, że to moja biologiczna matka. Miał mnie chronić, a teraz chcę aby chronił ciebie — wyjaśnił powoli i spokojnie, a dziewczyna wpatrywała się w niego nieco zbita z tropu.
— Ale skąd go masz?
— Wróciłem na chwilę do dawnego domu — odpowiedział od razu.
— Przecież to nie było bezpieczne. Mógł tam być Lucyfer — powiedziała przestraszona na samą myśl Arivan i przytuliła go mocno, bojąc się że zaraz zniknie.
— Nic mi nie jest. Nie bój się — uspokoił ją i mocno objął, aby się uspokoiła.
— Nie mogę cię ponownie stracić — wyszeptała w jego bluzkę i przymknęła oczy, aby powstrzymać łzy.
— Nie stracisz kochanie — powiedział jej prosto do ucha, a następnie pocałował  ją w sam środek czoła. Uśmiechnęła się nieznacznie i wtuliła z powrotem w niego, będąc spokojniejszą, mając go przy sobie.
Stali tak dłuższą chwilę, aż wreszcie Ari uniosła głowę i spojrzała w jego oczy.
— Wracamy na imprezę? — spytała z uśmiechem i położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz zorientowała się, że miał na sobie elegancką czarną koszulę i ciemne jeansy. Wyglądał bosko przez co jeszcze bardziej miała na niego ochotę. Nie chciała jednak wyjść na nie wiadomo kogo i zmuszać go do czegoś. Spędzili ze sobą upojne chwile i niby było lepiej między nimi, ale nadal nie było całkowicie jak dawniej. Samuel wciąż miał momenty, że musiał opanowywać atak i dziewczyna widziała to. Jednak zawsze udawało mu się to. Przez to Arivan z powrotem uwierzyła, że on jest dawnym sobą. Jej ukochanym chłopcem. Już nie bała się mówić jak mocno go kochała i ile dla niej znaczył.
— Tak. Co to za impreza urodzinowa bez jubilatki  —  odpowiedział chłopak i wyrwał dziewczynę z chwilowej zadumy. Spojrzała na niego zdziwiona, ale zaraz ogarnęła się i skinęła głową, po czym chwyciła go za rękę i ruszyli drogą powrotną do sali. Teraz się nie spieszyli, ponieważ mieli siebie nawzajem.
Wybrana bawiła się nowym naszyjnikiem, podziwiając jego piękno i magię, którą w sobie nosił. Wyglądał tak cudownie i sprawiał, że niemal czuła na sobie jego ogromną moc i jakiś czysty blask, który bił od niego.
Do sali doszyli dosyć szybko. Kiedy znaleźli się już w niej, impreza rozkręcała się na dobre. Pojawiło się jeszcze kilka osób, które Ari znała tylko przelotnie. Lukas rozmawiał o czymś z Magnusem pod oknem. a obok niego stała Marlena, którą nieznacznie obejmował jedną ręką. Dziewczyna uśmiechnęła się na ten widok, bo twierdziła, że Blackwellowi brakuje kobiety i to bardzo. Cały czas odkąd go znała był sam i nie widać go był nawet przelotnie z jakoś panną. Może ukrywał związki w sekrecie, a może po prostu ich nie było.
Emilia i Mark tańczyli przytuleni do siebie w rytm wolnej muzyki i szeptali coś do siebie cicho. Rudowłosa wydawała się walczyć sama ze sobą. Raz na jej twarzy był uśmiech, a zaraz poważna mina i łzy w oczach. Łatwo się było domyślić, że spowodowane było to stratą matki.
Król wampirów jak zwykle obracał się  tylko w towarzystwie swojej rasy, która pogardliwie zerkała na Luka i Lucy, którzy stali kawałek dalej i śmiali się z żartu młodego likantropa. Nie przejmowali się Dziećmi Nocy. Przyzwyczajeni byli do takiego zachowania, a ich przywódca uczył ich, aby nie dawać się sprowokować. Nie potrzebne nam spory i awantury w tych trudnych czasach - mówił zawsze swojemu stadu.
Cała impreza wydawała się być świetnym oderwaniem od strasznej rzeczywistości i tragedii, które były coraz częstsze.
— Pozwoli pani, abym porwał panią na jeden taniec? - Usłyszała obok siebie znajomy głos i od razu odwróciła się uradowana, rzucając się na szyję młodemu wampirowi. Objął ją mocno i rzucając tylko ostre spojrzenie Samuelowi, odwzajemnił uścisk.
— Gdzie ty byłeś Vlad? - zapytała od razu brunetka i spojrzała w jego ciemne oczy, chcąc wyczytać z nich prawdę. Po ostatniej kłótni bała się, że straciła go na zawsze, a potrzebowała go bardzo w swoim życiu. Był dla niej jak brat. Teraz jednak była tak uradowana jego widokiem, że zapomniała o tamtej rozmowie i pocałunku.
— Szukałem prezentu dla ciebie — odpowiedział bez wahania i wyjął z kieszeni marynarki czarne pudełko, przewiązane białą wstążką.
— Nie trzeba było —  powiedziała, ale przyjęła je z uśmiechem i szybko otworzyła.
W środku była srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie kła wampira. Wyglądała przepięknie, a Arivan od razu rozpoznała jaki to kamień.
— Diament — szepnęła pod nosem, dotykając kła. Był chłodny i mroczny, a zarazem piękny. Tak jak same Dzieci Nocy.
— Najczystszy, tak jak ty — powiedział Vladimir z tym niesamowitym uśmiechem na swoich krwistych ustach. Na policzkach Wybranej pojawiły się rumieńce, gdy usłyszała komplement. Zapięła szybko bransoletkę i przyjrzała jej się na swoim nadgarstku.
— Czy zasłużyłem na taniec? — spytał niby swobodnie Vlad, ale ona wyczuła w jego głosie nutę napięcia. Zupełnie jakby bał się odmowy.
Arivan zerknęła tylko na Samuela, który uśmiechnął się nieco sztucznie i skinął głową na zgodę. Pocałowała go szybko w polik i pozwoliła, aby Vlad pociągnął ją na środek sali, gdzie leciała wolna piosenka. Jedną dłoń położył na jej talii, a drugą splótł z jej na wysokości ich uszu. Przysunęła się trochę do niego, tak że dzieliło ich może kilka centymetrów. Wampir był doskonałym tancerzem, więc dziewczyna nie musiała się o nic martwić. Poruszali się zgrabnie w rytm muzyki, a on co chwilę obracał ją i sprawnie przysuwał ją do siebie.
  — Wracając do naszej rozmowy. Nie chcę, abyś źle się z tym czuł Vlad - zaczęła Arivan, patrząc w jego oczy. Przez pierwszy moment nie odpowiedział i wydawał się stać jakiś obcy. Jakby oddalił się od niej, chociaż był bardzo blisko.
— Nie wracajmy do tego
— Ale ja chcę. Jesteś dla mnie jak brat. Najlepszy przyjaciel i kocham cię, ale nie tak jak ty byś chciał — nie dawała za wygraną brunetka. Nie zwracali uwagi na pozostałą resztę, która zaczęła na nią zerkać. Samuel stał pod ścianą i również obserwował ją bacznie. Nie chciał tego okazywać, ale był zazdrosny o nią i to bardzo. Uczucie, które dawniej do niej darzył powracało i to sprawiało, że bał się ją stracić.
— Dlaczego? Przecież pomagam ci jak tylko umiem, a ty i tak wolisz jego —  syknął ostro Vladimir, zaciskając mocniej dłoń na jej talii.Zabolało ją to, ale nie okazała nic.
  —  Serce nie sługa — szepnęła cicho, bojąc się jego reakcji.
Prychnął tylko i obrócił ją szybko, po czym przycisnął do siebie z całej siły.
— To czemu twoje pokochało potwora? — zapytał twardo i nie pozwolił jej się odsunąć.
— Nie jest potworem
— Jest, a ty się oszukujesz. Uważasz go za dobrego chłopca, ale prawda jest taka, że to syn Lucyfera, Upadły Anioł. Antychryst według chrześcijan, a ty nadal jesteś ślepa na to — powiedział cicho, ale od jego tonu dziewczynę przeszły dreszcze po skórze. Uścisk zimnych dłoni sprawiał jej nie przyjemne uczucie i próbowała się odsunąć, ale Vlad trzymał ją mocno i nie pozwalał na to.
— Puść mnie Vlad — poprosiła spokojnie, ale czuła jak rosły w niej nerwy. Nienawidziła, gdy ktoś obrażał Samuela, nie znając go.
— Dobrze, ale pamiętaj, że ja cię ostrzegałem i chociaż żyję wiecznie to nie będę czekał tyle na ciebie —  powiedział tylko i puścił ją. Ukłonił się jak dżentelmen i odszedł powoli, uśmiechając się. Jednak Ari wiedziała, że to fałszywy uśmiech. Zrobiło jej się przykro, a zarazem była zła. Nie zrobiła nic czym by sobie zasłużyła na takie traktowanie. Nie miała wpływu na uczucia, ani swoje ani jego. Dlaczego więc on obwiniał o to ją. Nie potrafił zrozumieć, że ona traktowała go jak brata, a nie ukochanego.
Dziewczyna otrząsnęła się po chwili i odeszła z środka sali. Stanęła przy stoliku, gdzie stało jeszcze kilka małych pudełek z prezentami. Nie zwracała za bardzo na nie uwagi. Starała się powstrzymać łzy, które pojawiały się w oczach.
Oparła dłonie na blacie stolika i oddychała głęboko, patrząc przed siebie. Wtedy dostrzegła jedno pudełko, które szczególnie przyciągnęło jej uwagę. Było złoto czarne i miała dziwną aurę. Od razu wyczuła kłopoty i dlatego sięgnęła po nie. Okazało się większe od reszty i cięższe. Nie miała zamiaru fatygować Magnusa, aby sprawdził, czy było z nim wszystko w porządku. Nie chciała popsuć mu zabawy. Dlatego sama postanowiła się z nim uporać.
Wzięła je w ręce i skierowała się do wyjścia. Nie patrzyła na nikogo innego. Chciała sama pobyć przez chwilę i dowiedzieć się, co było w środku pudełka.
Szybko znalazła mały pokój, w którym była tylko kilka razy. Należał do Lukasa i to tutaj spędzał on najwięcej czasu. Myślał, planował i starał się rozwiązywać problemy.
Arivan usiadła na jasnej sofie i zaczęła otwierać prezent. Czuła jak kropla potu pojawiła jej się na czole, a wszystkie mięśnie się napięły. Wiedziała, że było to coś złego. Od razu wyczuła, że to od nikogo z jej armii. To należało do kogoś innego. Wstrzymała oddech, gdy zobaczyła czarną tkaninę. Wyjęła ją powoli i ujrzała czarną sukienkę, która sięgała może do jej kolan. Miała spory dekolt i złote zakończenia. Wyglądała ładnie i pewnie Wybrana od razu by ją założyła, gdyby nie mała karteczka, która wypadła z pod sukienki. Była w szarym kolorze, zaś litery miały krwistoczerwony kolor. Widząc pierwszą literę podpisu, już przeszły ją dreszcze, a gdy sięgała po nią to dłoń jej drżała.
" Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Mam nadzieję, że prezent się podoba i na pewno będziesz wyglądać w tym przepięknie. Obyś ubrała ją na nasze spotkanie, a ono nastąpi już wkrótce
Lucyfer"
Na moment dziewczyna zapomniała jak się oddycha. Z całej siły ściskała kartkę. W oczach miała łzy i czuła przeraźliwy strach, który pojawiał się w całym jej ciele. Nie z powodu całego listu,a ostatnich słów, które były tam napisane. To zapowiedź ostatecznego starcia, które miało nadejść niebawem. A ona strasznie bała się tego spotkania. Jego wynik przesądzić miał o losach całego świata. Bała się zawieść swoich bliskich i całą resztę armii. Nie wytrzymałaby tego. Już  dosyć było bólu. Dosyć łez, krwi i śmierci niewinnych. Miała zamiar skończyć z tym jak najszybciej, ale wciąż nie wiedziała do końca jak.
  — Mogę wejść? — usłyszała znajomy głos zza drzwi. Uśmiechnęła się, zerkając na Samuela i skinęła głową, aby wszedł. W czasie, kiedy on zamykał drzwi to ona spaliła szybko kartkę w swoich dłoniach, aby nie było dowodu. Nie chciała go martwić i niepotrzebnie denerwować. To był jej problem.
— Wszystko gra? - — zapytał chłopak, siadając obok niej. Odłożyła sukienkę do pudełka i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem na ustach.
— Tak. Jestem tylko trochę zmęczona - odpowiedziała Arivan i pozwoliła, aby objął ją jedną dłonią i przysunął do siebie.
— Wiem, ale mam nadzieje, że dzisiejszy dzień był dobrą odskocznią od całego bajzlu — powiedział, a ona skinęła głową. Nie miała ochoty odpowiadać, bo miał rację, ale mimo wszystko ona nadal myślała o zbliżającym się starciu z Lucyferem. Szczególnie po prezencie od niego.
— Powinnaś balować do rana, a nie siedzieć tutaj sama — dodał po chwili, a dziewczyna uśmiechnęła się blado.
— Nie mam ochoty. Wolę z tobą tutaj posiedzieć
— Jestem do usług — odpowiedział od razu, a Wybrana wtuliła się w jego klatkę piersiową. Tylko wtedy zapominała o strachu, bólu czy poczuciu winy. W jego silnych ramionach czuła się bezpieczna i spokojna. Nic nie było jej straszne.
— Na pewno dobrze się czujesz?  — zapytał zmartwiony i zaczął głaskać ją po plecach.
— Tak — bruknęła cicho, ale nie chamsko. Nie chciała być nie miła dla niego.
 Przez chwilę panowała cisza. Do momentu, gdy Samuel zobaczył pudełko koło jej nóg, a w nim czarną kreację. Od razu wziął ją do rąk i spojrzał na dziewczynę, unosząc jedną brew.
— Od kogo to? — spytał z uśmiechem, ale w jego głosie od razu słychać było nerwowość.
— Nie wiem, nie było karteczki — skłamała, wzruszając obojętnie ramionami i zabierając mu pudełko. Odłożyła je z powrotem na podłogę, po czym uśmiechnęła się i spojrzała  mu w oczy. Nienawidziła kłamstwa i unikała go jak ognia, ale teraz czuła, że tak będzie lepiej. Samuel miał dosyć zmartwień.
— A nie od Vlada? Pewnie chciałby cię w tym zobaczyć  — rzucił niby swobodnie, ale słychać było jego zgryźliwość. Ari uśmiechnęła się krzywo, widząc to.
— A ty zazdrosny jesteś? — zapytała żartem, patrząc na niego z lekko przechyloną głową na bok, przez co wyglądała zabawnie.
— Nie... to znaczy... oj tak, bo widzę jak na ciebie patrzy — powiedział ostro, unikając jej wzroku. Dziewczynie schlebiało to jak był zazdrosny, ale bała się kolejnych kłótni. Starczyła jej ostatnia z Vladimirem. Był dla niej jak brat, a robił jej wyrzuty o coś czemu nie była winna.
— A wiesz jak ja na ciebie? — zapytała z uśmiechem, dotykając jego podbródka i zmuszając, aby na nią spojrzał. Skrzyżował z nią spojrzenie swoich niebiesko-szarych tęczówek, w których krył sie strach mieszany z miłością.
— Wiem, ale wiem też co on do ciebie czuję Widzę to i nie jestem ślepy, że dla ciebie jest równie ważny
— Jest dla mnie jak brat to fakt i kocham go jak brata, ale to ciebie kocham nad życie — przerwała mu spokojnym tonem. Widziała jak Samuel powstrzymuję swoje nerwy, aby nie wybuchnąć. Doceniała to, ale znała sama siebie i doskonale zdawała sobie sprawę, że długo tak się nie pociągnie. W końcu się nie wytrzyma i wybuchnie.
— Po prostu jestem zazdrosny — odpowiedział Samuel i opuścił głowę, patrząc na swoje dłonie, które teraz leżały płasko na jego kolanach.
— To nic złego tylko zaufaj mi, że ja chcę być z tobą. Nie z nim — powiedziała spokojnie, ale w głębi poczuła się dziwnie. Jakby była wredna i zdradziła Vlada, chociaż wcale z nim nie była. Jednak miała poczucie winy, że tak powiedziała.
Chłopak skinął tylko głową i objął ją z powrotem jedną dłonią, po czym przysunął jeszcze bliżej siebie. Położyła głowę na jego ramieniu i wpatrzyła się w jeden punkt przed sobą.
— Vladimir mnie nienawidzi i chętnie rozerwałby mnie na strzępy —  powiedział zamyślony brunet, głaszcząc ramię dziewczyny. Ta przez pierwszą chwilę nic nie odpowiedziała. Sama dokładnie nie wiedziała, co brzmiałoby odpowiednio w tamtej chwili.
— Mnie także nienawidzi — bruknęła pod nosem oschle, czując jak w oczach pojawiły jej się łzy. Bolało ją to,że traciła przyjaciela, ale nic nie potrafiła na to zaradzić.
— Nie nienawidzi cię. Kocha cię
— Ale ja nie kocham go tak jak on by chciał — powiedziała sucho, nie odrywając wzroku od punktu na ścianie. Zamyśliła się i nic już nie odpowiedziała. Samuel również. Siedzieli przytuleni do siebie i po prostu myśleli. Każde coś innego. Arivan o wiadomości od Lucyfera i tym jak szybko przyjdzie ostateczne starcie, a Samuel o Vladimirze i jego uczuciach do Wybranej. Nie dziwił mu się ani trochę i gdyby nie to jak mocno mu na niej zależało to pozwoliłby, aby była z nim, ale nie umiał. Po prostu kochał ją i umierał bez niej. Będąc potworem stworzonym przez Upadłych pragnął jej śmierci, ale w środku zawsze była jakaś mała część, która powstrzymywała go przed tym. Dawniej tego nie rozumiał, ale teraz wiedział, że to jego serce. Mogli zmienić jego umysł, lecz serce zawsze pamięta o swoich uczuciach i ranach. Tego najsilniejsze tortury nie potrafią zmienić.
Siedzieli tak jakiś czas, gdy nagle drzwi się otworzyły i wszedł przez nie Lukas. Miał lekki uśmiech na twarzy i widząc parę młodych chciał się wycofać, ale Samuel uśmiechnął się lekko, po czym zaprosił go gestem do środka.
— Nie chciałbym wam przeszkadzać, ale powinniście wypocząć przed jutrem - powiedział spokojnie i oparł się plecami o biurko, zerkając na nich. Arivan uniosła zdziwiona brew i zadała mu nieme pytanie.
— Jutro ma się odbyć koronacja Emilii i to ty masz jej dokonać — wyjaśnił z uśmiechem na ustach, chociaż w jego oczach krył się niepokój. Z resztą w tamtych czasach to nie było dziwne uczucie i towarzyszyło im praktycznie cały czas.
— A nie może ktoś inny? — zapytała Wybrana. Widać była na niej zmęczenie gołym okiem. Miała worki pod oczami, wychudła sporo, ale przez treningi wzmocniła sobie jeszcze bardziej mięśnie. Miała bledszą cerę, a jej zielone tęczówki, wydawały się jakby lekko zamglone. Wszyscy mieli ciężko, ale przecież to ona dźwigała największy ciężar. Obwiniała się o śmierci tych ludzi na bitwach, toczyła walkę z samą sobą, próbując opanować moce, chcące przejąć nad nią władzę. A przede wszystkim to ona została wybrana to stanięcia oko w oko z Lucyferem i walkę z nim. A jak wiadomo pierwszy Upadły Anioł był najsilniejszym demonem i mogła przypłacić życiem, sprzeciwienie się mu. Już wielu tak skończyło. Niestety  nie było już możliwości, aby się wycofała. Za dużo zależało od tego starcia. Życie wszystkich ras. Istnienie ich świata i tego, w którym wychował się Samuel. Jednak dla niej głównie chodziło o bezpieczeństwo i spokój jej najbliższych, którzy może nie byli jej krewnymi przez DNA, ale kochała ich jeszcze mocniej. To oni byli przy niej cały czas. Walczyli z nią, chronili i byli gotowi oddać życie w jej sprawie.
— Emilia nalegała abyś była to ty — powiedział Lukas, a ona potrząsnęła głową wyrywając się z zamyślenia. Nadal miała w głowie słowa Lucyfera i nie myślała o niczym innym.
— Zgoda zrobię to
— To dobrze, bo chyba by mnie zabiła, jakbyś odmówiła — zażartował Blackwell, uśmiechając się szerzej i patrząc na nią z troską w oczach. - A i przed tym musisz wygłosić kilka słów. Nie będę ci mówił o co chodzi, bo ty doskonale wiesz i radzisz sobie z takimi sprawami. Nawet lepiej ode mnie - dodał po chwili namysłu i wyprostował się. Zamierzał wyjść z pokoju i zostawić parę samą, ale kiedy był już przy drzwiach zatrzymał go głos Arivan:
— Masz mi coś za złe? Albo ukrywasz coś? — Zdziwiony jej pytaniami odwrócił się i spojrzał na nią, bacznie się jej przyglądając. Niby była spokojna, ale coś w jej postawie mówiło o podejrzliwości.
— Nie i nie. Dlaczego tak myślisz?
— Bo zachowujesz się inaczej. Zawsze byłeś poważny,a ostatnio zmieniłeś się i to na dobre, ale teraz... teraz znów robisz się ostry. O co ci chodzi? Zrobiłam coś źle? To mi powiedz — powiedział sucho dziewczyna. Nie spuszczała go z niego wzroku, jakby chciała przebić go na wskroś i dowiedzieć się wszystkiego. Lukas uniósł jedną brew i zerknął na Samuela, ale ten tylko zaprzeczył skinieniem głowy, również nie rozumiejąc wybuchu Wybranej.
— Ari jesteś zmęczona...
— Nie jestem i niech odpowie — przerwała swojemu ukochanemu, gdy tylko zaczął bronić starszego Nienarodzonego.
  — Samuel ma rację. Jesteś zmęczona i powinnaś wypocząć.
— Nie dopóki mi nie powiesz
— Ale naprawdę nie jestem o nic zły. Po prostu teraz mamy tak trudny czas, że staram się wszystko ogarnąć i pomóc ci jak umiem - wytłumaczył, ale jej ta odpowiedź chyba nie wystarczyła, bo wstała i podeszła bliżej niego.
— Zmieniłeś się o moim wybuchu w Morskich Błękitach. Uważasz, że nie dam sobie rady z Lucyferem i chcesz stanąć za mnie tak? - spytała ostro, mierząc go wzrokiem.
— Nie... to znaczy chciałbym zastąpić cię w tej walce — powiedział spokojnie i wziął głęboki wdech, zastanawiając się co powiedzieć dalej. — Ale nie dlatego, że myślę, że jesteś za słaba. Zastąpiłbym cię, gdybym mógł, bo nie chcę aby stała ci się krzywda — dokończył, a przy ostatnich słowach głos minimalnie mu się załamał, co od razu zauważyła Arivan. Dziewczyna poczuła się głupio, że tak wybuchła i opuściła głowę.
— Nie wiem co mi jest. Nie chciałam tak się zachować — szepnęła sama do siebie i poczuła dłoń Blackwella na swoim ramieniu.
— Nic się nie stało. Rozumiem, że jesteś zdenerwowana, ale pamiętaj jedno - Przerwał i uniósł jej głowę, trzymając za podbródek. - Nie jestem twoim wrogiem. Będę zawsze za tobą stał i obronię cię w każdej chwili. Jesteś wszystkim co mam i nie pozwolę aby stała cie się krzywda - powiedział poważnie, po czym uśmiechnął się, pocałował ją w czoło, jak robił to jej zmarły tata, po czym otworzył drzwi.
— Dobranoc — powiedział do nich, po czym wyszedł z pokoju i zostawił ich samych.
Arivan stała otępiała i wpatrywała się w drzwi. Samuel od razu wstał i podszedł do niej, obejmując ją od tyłu i zamykając w szczelnym uścisku,
— Idziemy spać? — zapytał, a ona tylko skinęła głową i ruszyła do wyjścia, chwytając go za rękę.
Całą drogę do sypialni Arivan szli w milczeniu. Żadne nie umiało zacząć rozmowy i byli zmęczeni dzisiejszym dniem. Kiedy już znaleźli się w sypialni to od razu przebrali się w piżamę, po czym weszli do łóżka i położyli się.
— Wszystko gra? — zapytał Samuel, leżąc na plecach. Dziewczyna skinęła tylko głową i przytuliła się do jego piersi, zamykając oczy.
— Nie chcę cię po prostu stracić — szepnęła, jeżdżąc palcem po jego nagim torsie.
— Nigdy już cię nie zostawię —  obiecał, po czym objął ją mocniej i zamknął oczy.
Obaj byli tak zmęczeni, że zasnęli już po kilku minutach, jednak Arivan szybko się obudziła. W pokoju panowała ciemność, a jedyne światło dawał blask księżyca, przebijający się przez okna. Dziewczyna spojrzała na chłopaka, ale tak uroczo spał, że nie miała serca go obudzić. Wyślizgnęła się najciszej jak umiała z pod kołdry, po czym wyszła z łóżka. Podeszła do okna i usiadła na parapecie, podciągając nogi pod brodę. Oparła głowę o szybę i zapatrzyła się na jasny księżyc, który był na niebie. Chciałaby być tak wolna i jasna jak on. Móc zapomnieć o wszelkich problemach i zmartwieniach i po prostu świecić na niebie dając ludziom spokój i jakąś dziwną radość.
Ona natomiast czuła się ciężka i zmęczona. Cały czas miała w głowie treść listu od Lucyfera i bała się tego starcia. Bała się stanąć przed nim i strasznie przerażała ją myśl o przegranej. Wciąż widziała twarz tego demona, na której był ten przerażający uśmiech.
Rozmyślając tak o ostatnich wydarzeniach poczuła się strasznie senna. Oczy same jej się zamykały, aż w końcu zapadła w głęboki sen, czując chłód na skroni od zimnej szyby.
                                    ********************************
Cześć i czołem! Witam was po tej dłuuuugiej przerwie i przepraszam za nie obecność, ale niestety krucho było u mnie z czasem. Miałam wyjazd na drugi koniec polski, ale już wróciłam i teraz postaram się dodawać już częściej te rozdziały. Mam nadzieję, że nie opuściliście jeszcze mnie i będzie nadal czytać o losach Arivan i jej bliskich. Jest to już ponad połowa drugiej części  i bardzo się cieszę, że było tutaj was aż tyle. Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nie obecność. Nie będę się usprawiedliwiać. Mówię tylko przepraszam i mam nadzieję, że wrócicie tutaj i będzie ze mną do końca, dając mi motywację do pisania :* 
Do zobaczenia wkrótce :*
 - Dont Cry To Me
Ps. Pamiętajcie o grupie. Będą tam informacje :* Czytelnicy Nienarodzeni 

poniedziałek, 9 maja 2016

Rozdział.11.

Pod wierzbą, pomimo że dochodził już wieczór, wciąż było ciepło. Gałęzie sięgające ziemi stanowiły szczelną osłonę przed zewnętrznym światem. A w środku niej była para zakochanych: chłopak o brązowych włosach i niebiesko-szarych oczach, które miał akurat przymknięte. Jego wyrzeźbiony tors był odkryty, a koszulka leżała kawałek dalej. Miał na sobie tylko spodnie, ale nie wydawał się skrępowany. Zaś na jego klatce piersiowej leżała głowa dziewczyny, której włosy były czekoladowe, a tęczówki w kolorze świeżej trawy. Wpatrywała się z nieśmiałym uśmiechem na ich splecione dłonie, które leżały na brzuchu Samuela.
Każde z nich było pogrążone we własnych myślach i wspominało wydarzenia z przed parunastu minut. Arivan nadal miała rumieńce na swojej twarzy, a jej bluzka była założona na odwrót. Nie przejmowała się tym jednak. Była szczęśliwa, że wyznał jej miłość. Po raz pierwszy od odbicia go Lucyferowi, zobaczyła w jego oczach blask, który tak uwielbiała. Nic więcej jej nie było potrzeba. Żadnych słów ani nic. Wystarczył ten wzrok. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Całowali się namiętnie, on pieścił jej ciało i sprawiał, że co chwilę jęczała z rozkoszy. Był delikatny, czuły i kochający. Nie sprawił jej bólu. Kochali się długo i zapomnieli o wszystkim innym. W tamtej chwili nie liczyła się wojna, upadli czy śmierć. Byli tylko oni dwoje zatraceni w sobie.
Arivan brakowało tego, odkąd straciła chłopaka. Myślała, że nigdy więcej nie doświadczy jego miłości i przygotowała się na to. Samuel jednak zaskoczył ją i widziała, że był pewny. Nie zawahał się. Ani razu nie zaatakował jej, więc zupełnie zapomniała, że w jego żyłach krążyła krew najgorszych demonów z Piekła. Był po prostu chłopcem, którego tak mocno kochała i za którego gotowa była oddać swoje życie.
Uniosła głowę do góry i spojrzała na bruneta, który miał przymknięte oczy, a na policzkach pojawiły się rumieńce. Wydawało się, że myślami odpłynął gdzieś daleko. Arivan nie potrzebowała żadnych słów. Wystarczyła jego obecność i możliwość patrzenia na niego bez żadnego strachu czy niepokoju.
— Co jest? — zapytał nagle Samuel, otwierając oczy i skupiając je na niej. Uśmiechnęła się uroczo i pocałowała go szybko w policzek. Wydawał się zawstydzony i zrobił jeszcze bardziej czerwony, ale może to tylko  z wrażeń. Sama dziewczyna również była rozgrzana i wciąż nie uspokoiła do końca rozszalałego serca, któremu nadal było mało.
— Nic. Nadal nie dotarło do mnie, co się przed chwilą stało — odpowiedziała nieśmiało, a on tylko wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, po czym zapatrzył się na liście drzewa nad nimi. Wydawał się zaniepokojony, zmartwiony czymś.
— Do mnie także — wyszeptał po dłuższej chwili milczenia, ale nie zerknął nawet na Wybrana, która czuła się przez to dziwnie skrępowana. Nie wiedziała, co powinna zrobić. Odsunąć się od niego? A może przytulić mocniej? Znów pojawił się mętlik w jej głowie, a w skroniach nieprzyjemne pulsowanie.
— Samuel, powiedz mi, o co chodzi. Nie chciałeś tego? — spytała twardo Arivan i podniosła się do pozycji siedzącej, zasłaniając nagie piersi dłońmi i nie spuszczając wzroku z chłopaka, który również wpatrywał się w nią z tym samym uczuciem, co przed paroma minutami. Mimo wszystko coś go dręczyło i ona widziała to od razu.
— Chciałem, ale... — zaczął, jednak przerwał. Nie miał pomysłu, jak spleść odpowiednie zdanie i nie wyjść na kretyna. Bał się zrobić jej krzywdę i omal nie zrobił tego już wiele razy. Nie potrafił wybaczyć sobie tego i męczyło go to długi czas. Wolałby, aby była z innym i czuła się bezpieczna, niż z nim i narażona na ciągłe ataki, które mogły skończyć się jej śmiercią. Nie darowałby sobie tego, ale Wybrana nie miała zamiaru go zostawić. Był zbyt ważny dla niej i obiecała sobie walczyć o niego do samego końca.
Dotknął delikatnie jej mokrych włosów i gładził je dłonią. Arivan uśmiechnęła się słabo i przysunęła jeszcze bliżej niego. Czując ciepło jego ciała, miała wrażenie zupełnego spokoju i bezpieczeństwa, a tego brakowało jej od długiego czasu.
— Ale? Samuel powiedz mi. Martwię się — powiedziała dziewczyna, widząc, że sam nie zamierzał kontynuować tematu, więc ona go podjęła.
— Nie chcę cię skrzywdzić...
— Nie kończ nawet. Nic mi się nie stało. Zrozum, było cudownie, przynajmniej mi, ale nie skrzywdziłeś mnie, rozumiesz? — powiedziała, chwytając jego twarz w swoje dłonie i przysuwając ją do siebie.
— Ale mogłem i prawie to się stało — wyznał cicho chłopak, a ona uniosła pytająco brew, nie wiedząc, o co mu chodziło. Samuel westchnął i również usiadł, okrywając jej nagie ramiona swoją bluzą.
— Było kilka takich chwil, gdzie miałem ochotę cię zabić — przyznał się brunet, a Wybraną na chwilę zamurowało. Nie miała pomysłu, co mu odpowiedzieć. Nie gniewała się, ale przestraszyła lekko. Myślała, że skoro odważył się na to, to był pewny, że nic jej się nie stanie, a tu się okazało, że miał chwilę zawahania. Jednak nie zrobił jej krzywdy i to się dla niej liczyło.
— Ale nic mi nie zrobiłeś, a to jest ważne — odezwała się po dłuższej chwili, patrząc w jego szaro-niebieskie oczy i uśmiechając się szeroko.
— Jesteś cudowna, ale nie chcę ryzykować, rozumiesz? — zapytał, na co ona skinęła tylko głową i pochyliła się w jego stronę. Ich usta dzieliły może dwa centymetry i czuł jej oddech na swoich policzkach. Serce mu przyspieszyło. Wiedział, że powinien się pohamować i trzymać na dystans, ale nie umiał. Oszalał na jej punkcie i wróciły wszystkie uczucia, które dawniej do niej czuł. Również w głowie pokazywało mu się coraz więcej prawdziwych wspomnień i łatwiej rozróżniał je od tych wpojonych przez Lucyfera. Jedyne, co nie ustępowało, to ból w głowie. Za każdym razem, kiedy powstrzymywał atak, myślał, że pęknie jak balon i zostanie tylko mnóstwo krwi. Jednak nie stało się to nadal i dlatego nie odpuszczał. Nie miał zamiaru dopuścić, aby kolejny raz zaatakować Arivan i zrobić jej krzywdę.
— Nic mi nie będzie — zapewniła go i chwyciła go za kark, żeby przysunąć jeszcze bardziej. Nie opierał się ani chwilę i natychmiast złączył ich usta w pocałunku. Poczuła nagły przypływ gorąca. Nie myślała o ryzyku, tylko o tym uczuciu w sercu, które teraz chciało wyrwać się z piersi i wlecieć do jego, aby zostać tam na zawsze.
— Kocham cię — wyszeptała nagle Ari, przerywając pocałunek i patrząc mu w oczy. Samuel nie odpowiedział od razu, tylko dotknął delikatnie jej policzka i uśmiechnął się blado.
— Ja ciebie też — powiedział w końcu i musnął jej czoło, przyprawiając o dreszcze. Przymknęła oczy i przytuliła się do jego nagiego torsu. Nie myślała o niczym innym jak on. Tylko to się wtedy liczyło. Nie straty po bitwie na dworze, ani wojna z Lucyferem. Nie żaden z jej armii i pogrzeb, który miał się niebawem zacząć. Zapomniała o tym wszystkim i chociaż wiedziała, że nie powinna tego zrobić jako Wybrana, to teraz nie miała głowy do bałaganu wokół niej i wszystkich innych.
— Wiesz, że powinniśmy wracać? — odezwał się po chwili Samuel, ale nadal głaskał ją plecach i wpatrywał się w liście drzew. Uniosła wzrok na niego z lekkim uśmiechem.
— Wiem, ale nie chcę tam wracać
— Ari, wiesz, że zostałaś Wybraną i nie masz wyjścia. Nikt nie chciałby być na twoim miejscu, ale odwrotu nie ma. Musisz sobie poradzić — powiedział poważnie, zwracając wzrok w jej stronę. Dziewczyna skinęła tylko głową i usiadła prosto, czując jak wzrastały w niej nerwy. Nie rozumiała, dlaczego tak zareagowała na jego słowa, ale nie umiała tego powstrzymać.
  — Łatwo powiedzieć. To nie ty dźwigasz na sobie życie mnóstwa osób, które zginęło i tych, którzy jeszcze żyją. Nie ty masz ich na sumieniu — syknęła przez zaciśnięte zęby i odwróciła od niego wzrok, szukając bluzki.
Gdy zobaczyła ją obok siebie, to sięgnęła po nią i założyła przez głowę, zakrywając nagie ciało. Straciła humor i chociaż nie powinna wybuchać przed nim, bo nie zrobił nic złego, to nie umiała tego powstrzymać.
— Masz rację, ale nie dźwigasz ich żyć, tylko nadzieję na lepszy świat, wolny od zła i przemocy. Pełen spokoju, szczęścia i zgody. To nosisz na swoich barkach, a nie ich i każdy, który ginie, nie ma ci nic za złe. Wiedzą, na co się piszą i doskonale znają ryzyko — wytłumaczył spokojnie chłopak i również usiadł. Niepewnie wyciągnął dłoń w stronę Arivan, kładąc na jej ciepłej ręce. Nie odepchnęła go, lecz splotła ich palce ze sobą.
— To nie jest takie łatwe, jak ty mówisz. Chcę tak myśleć, ale nie potrafię. Widząc tyle martwych osób, mam ochotę z tym skończyć i uciec, ale nie mogę, bo wtedy zginą wszyscy. I dlatego tu jestem. Poza tym nie chcę was zostawiać i skazywać na śmierć — powiedziała twardo, ale jej głos się załamał na moment. W oczach pojawiły się łzy, które chciały wypłynąć, ale ona nie dała im ujść. Zdusiła to w sobie.
— Nie twierdzę, że to łatwe, ale jeżeli nie zaczniesz tak myśleć, to osłabisz się i nie dasz rady przy ostatecznym starciu. Widziałaś, co było na dworze. To nie może się powtórzyć — odpowiedział Samuel i chwycił ją delikatnie za podbródek, zmuszając, aby spojrzała w jego szaro-niebieskie tęczówki, które były pełne miłości. Uśmiechnęła się blado i opuściła wzrok na jego tors.
— Wiem i zrobię wszystko, aby do tego nie dopuścić, ale sama sobie nie poradzę...
— Nie jesteś sama — powiedział od razu Samuel. — Masz mnie i zawsze będę przy tobie, Lukasa i Marlenę, którzy stoją za tobą murem, Vlada i Magnusa, Emilię i Marka. Żadne z nas cię nie zostawi i zostaniemy z tobą do samego końca — zapewnił chłopak i przysunął się do niej, nie odrywając wzroku od jej twarzy.
Arivan nie potrafiła nic powiedzieć. Może i zdawała sobie z tego sprawę, ale kiedy usłyszała to z jego ust, zrobiło jej się lepiej i poczuła się odrobinę lżej. Przytuliła go po prostu i zamknęła oczy, powstrzymując fale łez.
— Pamiętaj, że masz nas — szepnął jej na ucho i pocałował w czoło. Skinęła tylko głową i pogrążyła się we własnych myślach. W głowie miała ostatnie chwile z nim. Wcześniejszą bitwę i śmierć tylu ludzi. Okrutność Upadłych, słowa Lucyfera, które kiedykolwiek usłyszała i wszystkie inne rzeczy, które się wydarzyły, odkąd została wysłana na ziemię. Obrazy przewijały się w jej głowie, jak spójny film. Nieraz wywołując radość, a nieraz ból. Taka mieszanka, które bywała czasem męcząca. Zresztą dużo rzeczy ją wykańczało, ale były też takie, które dawały jej nową siłę i energię do działania i dlatego nadal się nie poddawała. Musiała walczyć i zrobić wszystko, aby uratować swoich najbliższych. Gotowa nawet była do oddania życia na tej wojnie, aby tylko zakończyć tą niepotrzebną śmierć niewinnych.
                                           ***************************
  W sali panowała nadal napięta atmosfera. Magnus z powrotem wrócił do nich i teraz zajmował miejsce przy stole, naprzeciw Lukasa, który wydawał się już znudzony ciągłym gadaniem Valentain'a, stojącego przy biurku i cały czas starającego  się ich przekonać, że byłby lepszym dowódcą od Arivan. Obaj mężczyźni mieli dość słuchania wampira, ale musieli mu to ostatecznie wybić z głowy. Inaczej mógł zasiać jakieś wątpliwości i kłótnie w armii, a to było w tamtym czasie niedopuszczalne. Oznaczałoby osłabienie równoznaczne z klęska.
— To jest jeszcze dziecko. Straciła młodo rodziców i nie mieli okazji jej porządnie wyszkolić. Jak może zostać dowódcą całej armii i wszystkich ras? Nie poradzi sobie — powiedział chłodno król wampirów, mając nadzieję, że ich przekonał.
Magnus jednak tylko westchnął i przeczesał dłonią swoje czarne włosy, które wciąż były mokre po szybkim prysznicu. Po tym, jak zdrzemnął się chwilę, został wezwany przez jednego z fearie, który dostał polecenie od Lukasa, aby przyprowadzić go do sali obrad, bo sam nie mógł ogarnąć Valentain'a. Czarownik od razu się zgodził i wziął tylko odświeżający prysznic, po czym ruszył szybko do pomieszczenia z Lukasem, a gdy tylko znalazł się w środku, od razu do jego uszu dobiegł zdenerwowany głos wampira, który cały czas próbował przekonać Blackwella.
— Jest młoda to fakt, ale i świetnie wyszkolona. Sam ją pilnowałem i wiem, że jest gotowa, a to, że jest tylko nastolatką, to nie jest problem. Zwłaszcza, że przepowiednia i Księga Mędrców się nie mylą. Ona jest Wybraną i nie ma w tym żadnego „ale” — rzekł stanowczo Lukas i zerknął tylko na Valentain'a.
Był już znudzony i miał ochotę wyjść stamtąd, ale niestety wampir cały czas nie odpuszczał tematu i poddawał coraz nowsze powody, które już nawet nie denerwowały Nienarodzonego, tylko bawiły. Miał już tyle lat, a nadal nie potrafił przetrawić odmowy. Fakt, nie przywykł do tego, będąc władcą swojej rasy, ale teraz sytuacja uległa zmianie. Ponad każdym z nich była Arivan, która miała ostateczne słowo i nie podlegało ono dyskusji. Większość osób to zaakceptowała i przyjmowała z pokorą. Niektórzy tylko kłócili się, jak ten stary wampir i nie mogli ustąpić.
— Ale przecież ona nic nie wie o Upadłych. Dowiedziała się o nich przez przypadek. Nie zna ich siły, zagrywek. Nie wie kompletnie niczego o nich, a ma nami pokierować na wojnie. Czeka nas zagłada — powiedział znów Valetaine, nie odpuszczając i zaciskając coraz mocniej dłonie na rancie blatu biurka.
Buzowały w nim nerwy i najchętniej rzuciłby się na mężczyzn i wygnał z pałacu. Niestety obiecał dać schronienie armii Wybranej i podporządkować się jej rozkazom. O ile z pierwszym nie było problemu, bo zamek był ogromny i miał wiele komnat, których nie szło zliczyć i ci, którzy byli tutaj po raz pierwszy, nie ruszali się bez przewodnika,  to z drugim było gorzej. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nastoletnia dziewczyna miała nim rządzić i prowadzić ich do bitwy z Lucyferem. Spodziewał się jej lekkomyślności i przegranej. Nie znał jej i nie miał zamiaru poznawać. Chciał władzy dla siebie i nie miał zamiaru nikomu innemu pozwalać rządzić.
— Skończ już. Ona wie, jacy oni są. Spotkała się z jednym w oko w oko i go zabiła. Przebywając na dworze także pokonała jednego z nich. Teraz na bitwach również udowodniła, jak ich nienawidz i tego, jak traktowali chłopaka. Pierwsza wyciągnie miecz, aby odciąć głowę Lucyferowi i nie mam co do tego wątpliwości — powiedział spokojnie Magnus, patrząc na swoje dłonie. Nie miał ochoty wdawać się kłótnie z kimkolwiek, ale było to nieuniknione przy wampirze.
Król chciał się już odezwać, gdy drzwi sali się otworzyły i stanęła w nich dwójka fearie. Blondyn obejmował jedną dłonią dziewczynę, której rude włosy były w nieładzie, a na twarzy widać było ślady łez. Jej oczy były czerwone i opuchnięte, a całe ciało trzęsło się. Cała trójka mężczyzn przypatrywała się jej i czekała na jakieś wyjaśnienia. Żadne z nich nie wiedziało, dlaczego Emilia była w takim stanie. Jedynie Magnus przeczuwał coś, ale milczał, czekając cierpliwie.
Dwójka młodych podeszła do stołu, a Mark posadził dziewczynę na krześle, pilnując, aby nie upadła.
— Powiedzcie, co się stało. Dlaczego ona wygląda jak trup — odezwał się wreszcie Valentaine takim tonem, że blondyn posłał mu ostre spojrzenie.
— Królowa Semira nie żyje — powiedział z trudem Mark, zerkając na reakcję Emilii, która tylko siedziała i patrzyła na swoje dłonie, ułożone przy sobie na stole. Wciąż nie dotarła do niej informacja o stracie matki. Nie mogła w to uwierzyć. Kochała ją pomimo wszystko i strasznie bolało ją to, co się przed chwilą stało. Serce ledwo biło, a dziewczyna chciała tylko móc się położyć i wypłakać, jakoś przetrawić to wszystko.
— Jak to? — wydusił z siebie Magnus wyraźnie zaskoczony. Nie mógł uwierzyć, że ta silna, rudowłosa kobieta umarła.
— Rany były zbyt ciężkie. Te demony zabrały mi matkę. Nie daruję im tego — powiedziała ledwo słyszalnie Emilia, której głos był ochrypły od krzyku w sali szpitalnej. Z trudem te słowa przeszły jej przez gardło, ale gdy jej się to udało, zabrzmiało, jak skrzeczenie przejawiające się ogromem bólu i gniewu w głosie.
Lukas nadal był w szoku i nie umiał wydusić żadnego słowa. Starał się wszystko przeanalizować i znaleźć jakieś wyjście. Fearie nie mogło być bez królowej. Natychmiast zaczną się kłótnie i ich lud się podzieli, a to nie było konieczne w tamtych czasach. Musieli coś wymyślić i to szybko.
— Przykro mi Emilio. Możesz na nas liczyć — powiedział Valentaine z udawanym żalem, ale  ledwo powstrzymywał złośliwy uśmiech. W głowie miał jedną myśl: zostanę władcą fearie.
Dziewczyna spojrzała na niego z pod rzęs i rzuciła mu krótki uśmiech, który wcale nie był szczery. Domyślała się, co już sobie planował i miała ochotę mu za to przyłożyć. Była jednak zbyt słaba w tamtym momencie.
Zapanowała niezręczna cisza, którą przerywał tylko krótki oddech księżniczki,a ona starała się powstrzymywać wybuch łez. Mark cały czas gładził ją po włosach i próbował  pocieszyć, ale znał to, co teraz czuła i dlatego wiedział, że musiała po prostu to przeżyć. Z czasem ból się zmniejszy i będzie do zniesienia, jednak nigdy nie zniknie i na to musiała się przygotować jego ukochana.
Każde z nich miało inne myśli. Wampir o tym, jak sprawnie przejąć kontrolę na ludem Emilii. Czarownik, jak pomóc dziewczynie i co zrobić w sprawie władzy w jej rasie. Dla niego najlepszym wyjściem było przekazanie jej córce Semiry. Podobnie myślał Lukas, tylko nie wiedział, jak zacząć temat, aby nie dodawać jeszcze więcej bólu młodej księżniczce.
— Fearie nie mogą zostać bez królowej  — powiedziała nagle Emilia, ale jej głos brzmiał, jakby odbity od szkła. Wszyscy zwrócili na nią wzrok i myśleli, co jej odpowiedzieć. Pierwszy głos zabrał Valentaine:
— Myślę, że najlepiej, aby był to ktoś doświadczony
— Chyba nie myślisz o sobie, co? — zapytał ostro Blackwell, który posłał mu ostrzegawcze spojrzenie i zwrócił się w stronę dziewczyny. Ta patrzyła na wampira nienawistnym spojrzeniem, a w oczach nadal miała świeże łzy.
— Możesz pomarzyć, że przejmiesz władzę nad moją rasą — syknęła przez zaciśnięte usta i zerknęła na Nienarodzonego, który nie spuszczał z niej wzroku.  Miał zamiar się odezwać i powiedzieć, co myślał, ale wtedy drzwi otworzyły się po raz kolejny i pokazała się jego oczom uśmiechnięta Arivan, która trzymała za rękę Samuela i mówiła do niego cicho. Wszyscy zamilkli i spojrzeli na nich, a oni zaraz umilkli  i podeszli do stołu. Wybrana od razu zauważyła stan przyjaciółki i zadała nieme pytanie swojemu dawnemu przełożonemu.
— Semira zmarła  — powiedział spokojnie Lukas, unikając wzroku rudowłosej. Brunetka od razu podeszła do dziewczyny i przytuliła ją mocno. Emilia odwzajemniła gest i cicho zaczęła płakać w koszulkę Arivan.
— Będzie dobrze, zobaczysz. Kiedyś przestanie tak boleć, a twoja matka zawsze będzie z tobą w sercu — szepnęła na ucho księżniczce i pogłaskała ją po plecach, aby zapewnić swoje wsparcie. Załamana dziewczyna pokiwała tylko głową, po czym odsunęła się od niej i otarła szybko łzy, aby zachować powagę.
— Właśnie mówiliśmy, że to ja przejmę władzę  — odezwał się wesoło wampir, a wszyscy nagle posłali mu takie samo, ostre spojrzenie. Najgorsze było chyba jednak to u Arivan, która podeszła do niego bliżej i chwyciła mocno za przód koszuli.
— Powtórz to jeszcze raz, a pożałujesz. Jesteś królem wampirów i na nic więcej nie licz, rozumiesz? — zapytała ostro, nie odrywając wzroku od jego czarnych tęczówek, które miały w sobie mnóstwo gniewu, a ten wciąż narastał. Miał zamiar coś powiedzieć, ale Wybrana nie dała mu takiego prawa.
— Myślę, że oczywiste jest, kto przejmie władzę — powiedziała już spokojnie, odwracając się twarzą do reszty zebranych na sali.
— Królowa przekazała tron Emilii — odezwał się Mark, lekko niepewnym głosem, myśląc, że brunetka sama chciała rządzić. Nie mógł się bardziej mylić.
— Miałam to na myśli. Nie będzie lepszej królowej od ciebie — zwróciła się do przyjaciółki ze spokojnym uśmiechem.
— Nie jestem tego taka pewna  — skomentowała tylko rudowłosa dziewczyna i wstała powoli. Od razu pojawił się koło niej Mark, który ją przytrzymał i ustabilizował na nogach.
— Wszystko będzie dobrze. Ale jedno pytanie: Czy się zgadzasz? — zapytał Lukas, który stał się, o dziwo, małomówny i nie miał ochoty na rozmowy.
Emilia wyprostowała się i uniosła głowę, ocierając łzy z policzków. Wyrażała postawą pewność siebie. Nie mogła podjąć innej decyzji.
— Zgadzam się dla mojej matki i mojej rasy. Nie pozwolę, aby im się coś stało i będę ich królową  — rzekła poważnym tonem, nie spuszczając wzroku z Arivan, która na jej słowa uśmiechnęła się szerzej i mrugnęła do niej.
— No to mamy jedną sprawę z głowy. Z koronacją się dogadamy, a ty idź wypocząć — powiedział Magnus, który martwił się również o córkę Semiry, bo znał kobietę i lubił ją, pomimo ciężkiego charakteru. Śmierć zabolała również jego, ale jako nieśmiertelny wiedział, że to normalna kolej rzeczy.
— Magnus ma rację. Mark zabierz ją i zadbaj, aby odpoczęła — zgodziła się Arivan i podeszła do Emilii, która sprawiała wrażenie, jakby była w transie. Skinęła tylko głową, odwróciła się i ruszyła do wyjścia ze swoim chłopakiem u boku. Cała reszta patrzyła na nich ze współczuciem wymalowanym na twarzy. Tylko Valentaine ledwo hamował wybuch złości i nie potrafił tego ukryć.
— Pewnie, od razu dajmy całą władzę dzieciom. Będzie szybciej i prościej w zagładzie — syknął wampir, gdy za fearie zamknęły się drzwi. Lukas tylko westchnął, natomiast Arivan, która miała w sobie nową energię, była gotowa na kłótnię. Spojrzała tylko na Samuela, który uśmiechnął się krzywo i ścisnął jej dłoń, po czym usiadł na krześle obok Magnusa.
— Zamknij się lepiej! Nie masz prawa decydować o innej rasie jak swojej. A tak poza tym, to nad tobą jestem ja, więc radzę ci uważać — powiedziała twardo Wybrana, patrząc mu w oczy. Nie hamowała swojej złości, bo nie cierpiała ojca Vladimira za jego zachowanie i egoizm. Nigdy nie przejmował się niczym innym, jak swoim dobrem. Jedynie swoim synem, ale i tego odtrącał. Nie wiedział nawet, gdzie obecnie był i co robił, ale nie interesowało go to za bardzo.
— A ty uważaj, jak się do mnie zwracasz...
— Bo co? Nic mi nie zrobisz! Może i jesteś królem wampirów, ale nie masz prawa decydować o nikim innym, a nawet wampiry mogą i powinny same o sobie decydować — powiedziała oschle dziewczyna i nie zwracała uwagi na żadne z nich. Mogli być na nią źli, albo uważać za chamską, ale ktoś musiał utemperować tego wampira.
— Ja... ja...
— O? Nie słyszę. Słów ci zabrakło? Radziłabym upewnić się, czy masz język podłączony do mózgu, zanim coś powiesz — dodała tylko, po czym wzięła głęboki oddech i usiadła obok Lukasa, który przyglądał jej się uważnie z lekkim uśmiechem na ustach.
— No, no, potrafisz przygadać — skomentował Magnus, widząc szok na twarzy Valentin'a, który odwrócił się na pięcie i podszedł do okna, nie patrząc na nich.
— Ktoś musi go ogarnąć. Nie możemy mieć buntu w tych czasach — powiedziała spokojnie i zerknęła na mężczyznę, siedzącego obok niej.
— Masz rację, ale następnym razem bądź delikatniejsza. Uraziłaś jego ego — odezwał się nagle Blackwell i posłał jej szczery uśmiech. Mimo to widziała, jak bardzo był zmęczony i wykończony tym wszystkim.
— Dobrze, będę milsza, ale ty idziesz spać natychmiast i to jest rozkaz — powiedziała poważnie i nie pozwoliła mu się wymigać. Pokazała na drzwi, ale i tak nie wstał.
— Za niesubordynację będzie kara.
— Dobra dobra, ale nie bij, Wybrana — poddał się Lukas, unosząc dłonie do góry i wstając z krzesła. Spojrzał tylko na Magnusa, który wzruszył ramionami i zgodził się z Arivan.
Poddał się więc, westchnął i ruszył do drzwi. W głębi duszy dziękował za słowa dziewczyny, bo naprawdę chciał odpocząć i móc w spokoju pomyśleć. Marzył o tym od kilku dni, ale całe to zamieszanie i ostatnia bitwa uniemożliwiały mu to. Teraz wreszcie miał okazję i skorzystał z niej.
— Zaczynam się ciebie bać. Zrobisz się nam jeszcze żandarmem — powiedział żartem Samuel i mrugnął do niej z uśmiechem.
— Spokojnie, nie rozstrzelam was za błędy i sprzeciw — zapewniła Arivan.
— Mam nadzieję, bo źle by wyglądało moje ciało z dziurami od kul — skomentował chłopak. Wybrana uśmiechnęła się tylko i zamyśliła na moment.
Może była zbyt ostra, ale miała dosyć wampira i jego ciągłego gadania, że była za młoda na dowódcę armii. Słuchała tego wystarczająco dużo i wystarczyło jej. Sama nie była pewna, czy da sobie radę, ale nie miała zamiaru powierzyć tego zadania jemu. Jedynie Lukasowi lub Samuelowi. Gdyby mogła, pewnie by im to powierzyła, ale byłoby to egoistyczne, bo obarczyłaby ich wielkim ciężarem. Wolała sama go dźwigać i z nim umrzeć. Ich pragnęła tylko chronić i uszczęśliwiać.
— Okej, skoro napięcie opadło, to mam do ciebie sprawę, Ari — odezwał się nagle Magnus, a ona spojrzała na niego i czekała na ciąg dalszy. Jego ton był swobodny, więc nie zdenerwowała się.
— Musimy zacząć trening. Tym razem sama praktyka. Jesteś gotowa? — zapytał, a Wybrana uśmiechnęła się i skinęła głową, czując w sobie nową energię i siłę walki, którą zyskała dzięki swojemu ukochanemu.
— A Samuel?
— Ja sobie znajdę zajęcie. Muszę potrenować w sali. Znajdę cię później — odpowiedział od razu brunet i uśmiechnął się spokojnie, patrząc w jej zielone oczy.
— Na pewno?
— Tak, nie bój się o mnie — zapewnił i dotknął jej dłoni, która leżała na stole.
— No to idziemy — przerwał im Magnus, wstając. Arivan poszła w jego ślady, ale jeszcze szybko pocałowała Samuela i szepnęła mu coś na ucho. Dopiero potem skierowała się za czarownikiem do drzwi sali. Nim jednak zniknęła za nimi, odwróciła się, uśmiechnęła i posłała buziaka do chłopaka. Złapał go i przyłożył dłoń do serca z szerokim uśmiechem. Dzięki temu Wybrana wyszła spokojna i pełna energii na trening z Magnusem, który nie należał do prostych.
                                              ****************************
       Na korytarzu Samuel spotkał Lukasa, który szedł do swojej komnaty. Nie chciał go zagadywać i denerwować, ale to Blackwell sam się odezwał.
— Wszystko w porządku, Samuel? — zapytał spokojnie, a chłopak uśmiechnął się.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Fizycznie czuł się trochę zmęczony, ale i zadowolony z chwil spędzonych razem z Arivan. Psychicznie natomiast miał mętlik. Nie mógł rozgryźć swoich myśli. Plątały mu się znowu i czuł narastający ból w głowie. Demony nie dawały za wygraną, ale on walczył z nimi. Był pewien jednego – kochał Wybraną i nie miał zamiaru z niej zrezygnować. Nie ważne, ile zatrutej krwi przetoczył mu Lucyfer, jakie wspomnienia wpoił. Wszystko było nieważne, bo i tak nie umiał zdusić w sobie uczucia do niej. Próbował, aby zapewnić jej ochronę, ale poszło to na marne. Szalał za nią i musiał być obok niej. Inaczej czuł, jakby umierał i znikały jego wszelkie siły do życia. Stawał się tym, kim był w Piekle.
— Na tyle, na ile to możliwe w obecnych czasach — odpowiedział wreszcie chłopak i spojrzał w oczy Lukasowi,  który uśmiechnął się lekko.
— Zdaję sobie z tego sprawę, a jak z atakami?
— Lepiej, ale to wciąż ciężkie do powstrzymania — powiedział obojętnie, zerkając na obraz, który wisiał na ścianie.
Przedstawiał jedną z bitew, jaką stoczyły Dzieci Nocy i Księżyca. Było to straszne, ale i miało w sobie jakąś przestrogę. Przynajmniej dla niego. Nie chciał rozlewu krwi, a szczególnie w tych czasach, gdzie w każdej chwili mógł nastąpić atak Upadłych, a oni musieli być jednością. Niestety Valentaine ciągle to utrudniał.
—A czy twój ojciec się kontaktował z tobą? — zapytał nagle Lukas, a Samuel zdziwił się i przez pierwszą chwilę nie mógł wydusić słowa. Sam nie znał odpowiedzi na to pytanie. Niby Lucyfer próbował wejść do jego głowy, ale on skutecznie go blokował, a od kilku dni Pierwszy Upadły chyba ustąpił i dał sobie spokój.
— Nie. Próbuje wejść w moją głowę, ale nie udaje mu się to, a prócz tego nic — odpowiedział szczerze i westchnął tylko.
— Dobrze, w razie czego, powiedz mi, tak? Możesz na mnie liczyć — powiedział Blackwell i chciał już odejść w głąb korytarza, kiedy coś mu się przypomniało. Odwrócił się, więc na pięcie i podszedł z powrotem do chłopaka, kładąc dłoń na jego ramieniu.
— Pamiętaj jedno. Arivan to wrażliwa dziewczyna, więc uważaj, aby jej nie zranić, bo ja się dowiem i wtedy będzie z tobą źle — powiedział oschle, ale nie brzmiał surowo. Bardziej jak ojciec, który martwił się o swoją córkę.
Samuel przez pierwszą chwilę nie mógł pojąć jego słów. Nim jednak zdążył coś odpowiedzieć, Lukas już odszedł i nie wydawał się zdenerwowany. Chłopak uśmiechnął się pod nosem z jego słów i ruszył do swojego pokoju. Wziął to na poważnie, ale nie zamierzał zranić Wybranej. Kochał ją i chciał tylko jej szczęścia. Nic nie liczyło się tak, jak to.
Kiedy tak sobie szedł, usłyszał czyjś zdenerwowany głos. Nie powinien podsłuchiwać, ale nie umiał się powstrzymać. Stanął więc przed drzwiami i pochylił głowę w ich stronę, nasłuchując.
— To są jakieś żarty. Nie dość, że trzymamy tutaj syna Lucyfera, który mógłby nas pozabijać, to jeszcze to. — Rozpoznał ten głos od razu. Wezbrał w nim gniew, ale pohamował go, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Musiał zachować stoicki spokój.
— Wzięli Arivan na dowódcę, a to zwykła małolata, która nawet nie umie powstrzymać emocji i co chwilę ryczy! Jak taka dziewczyna ma nas poprowadzić na wojnę i zapewnić na zwycięstwo!? — Samuel coraz bardziej się złościł, ale zastanawiał także, z kim on rozmawiał, ponieważ nie słyszał drugiego głosu. Może było aż tak źle, że mówił do siebie samego? To prawdopodobne.
— Zginiemy przez tę gówniarę. W dodatku królową fearie ma zostać Emilia. Ta ruda to zwykła małolata i nie zasługuje na ten tytuł. Czy tylko ja tutaj zachowałem zdrowy rozsądek i myślę racjonalnie? — powiedział Valentaine, a chłopak za drzwiami ledwo powstrzymał wybuch śmiechu. Wampir wychodził na kompletnego świra i dupka po tym, co mówił, a on miał ochotę wejść do tego pokoju i powiedzieć, co o nim myślał. Powstrzymywał się jednak i tylko stał, zerkając na boki czy nikt nie szedł. Wolał nie zostać przyłapanym na podsłuchiwaniu króla Dzieci Nocy.
— Uspokój się, ojcze. Nic ci to nie da. Nie możesz przeczekać, przyjdzie odpowiedni moment i wtedy uderzymy — odezwał się drugi głos, który również rozpoznał Samuel. Młody książę wampirów — Vladimir. Po głosie wydawał się być znudzony i zdenerwowany gadaniem swojego rodzica.
— Nie ma czasu na to, synu. Musimy podjąć kroki i to szybko — powiedział Valentaine, a chłopak wstrzymał oddech, zaciskając dłonie w pięści. Czuł, że nerwy osiągały w nim kres i mógł już dłużej nie wytrzymać. Mimo to stał tam i słuchał słów króla, które sprawiły, że znienawidził go do samego końca i miał ochotę przebić serce kołkiem, aby nie zatruwał ich świata.
—  Musimy pozbyć się Arivan i reszty, a potem przejąć zupełną władzę...
                                           *****************
Chciałam dać wam poprawiony, ale to jeszcze kilka dni, więc daję taki. I tak już długo czekacie. Mam nadzieję, że nie jest najgorszy i podoba wam się. Czekam na wasze opinie i przepraszam za tak długą przerwę. Trochę się u mnie porobiło, ale teraz już wracam i kolejny powinnam dodać do następnej środy. Zależy jak z testami i weekendem będzie. Życzcie mi powodzenia i mam nadzieję, że nadal ze mną jesteście.
Buziaki i czekam na opinie :*
   - Dont Cry To Me
Beta: Agrat bat Machlat