sobota, 28 listopada 2015

Rozdział.14.


    Gdy tylko zamknęły się drzwi do pokoju, od razu zabrała się za sprawdzenie dwóch okien. Niestety oby dwa były szczelnie zamknięte. 
Westchnęła poirytowana. Dobrze wiedziała, że użycie magii wiązało się z natychmiastowym alarmem. Pokój był niezwykle zabezpieczony. Taka cela więzienna tyle, że lepiej wyposażona. Arivan wiedziała o tego rodzaju pokojach, były dla tak zwanych  więźniów "lepszego stanu". Nie uciekała wtedy z lochu, bo po pierwsze:miała nadzieję na wyrok śmierci i po drugie:też były tam silne czary. 
Rozejrzała się po pokoju i zobaczyła komodę, biurko, duże ciemne łóżko, półkę na książki i kolejne drzwi (nie licząc tych przez które weszła) pewnie do łazienki. Ściany były w kolorze ciemnego brązu co przywoływało ciężki nastrój. 
Dziewczyna usiadła na skraju łóżku, czując jak opuszczają ją wszelkie siły. Serce zaczęło boleć jeszcze bardziej. Jego pęknięta część na dobre znikła jak ciało chłopaka po śmierci. Zaś druga część krwawiła wewnętrznie i krzyczała, błagając aby reszta jej wróciła. Dziewczyna wiedziała, że to niemożliwe i że krwawienie nigdy nie ustanie, ale też nie zabije jej samo. Miała to być wieczna męka. Poczuła jak po polikach lecą świeże łzy. Nie powstrzymywała ich. Dała upust wszelkim emocjom. Nie obchodziło ją czy ktoś ją usłyszy i co sobie pomyśli. Zaczęła głośno szlochać, dławiąc się co chwila. Drżała strasznie i nie panowała nad sobą. 
Ześlizgnęła się z łóżka, upadając na kolana i opierając dłonie na podłodze. Z trudem łapała oddech, czując jak płuca palą ją z żalu po Samuelu. Serce krwawiło, dusiło się i krzyczało razem z nią. Jej łzy coraz szybciej płynęły po twarzy. Zawsze była pewna, że człowiek nie mógł utopić się we własnych łzach, ale teraz zwątpiła w to. Coraz ciężej oddychała i dławiła się. Nawet po pogrzebie matki nie szlochała tak bardzo. Nawet po stracie ojca nie czuła tak ogromnego bólu, choć wiedziała, że została sama. Wtedy pomyliła się, mówiąc po uroczystości żegnającej ojca "Już nigdy więcej nie pokocham nikogo. Nigdy już nie będę miała bliskiej osoby. Zostałam sama na całe życie" To teraz czuła jak umiera z bólu. Teraz była pewna, że została zupełnie sama. Wtedy nie myślała, że kogoś pokocha, a gdy teraz to się stało, to straciła go tak szybko. Ból jaki odczuwała po śmierci rodziców był niczym przecięcie na sercu w porównaniu z obecnym, który wyrwało połowę jej niewinnego serduszka. Chciała wyrwać drugą, aby przestać cokolwiek czuć, ale nie umiała tego zrobić. Nie wiedziała jak. Przestała zupełnie myśleć. W jej głowie pojawiały się obrazy z Samuelem, a jeden najczęściej. Moment podcięcia szyi jemu i zabicie go. Moment, gdy umarła razem z nim tam w sali. Miała już dość, chciała normalnie oddychać i przestać czuć ból. 
Z trudem wstała na chwiejne nogi i ruszyła do drzwi łazienki. Otworzyła je z trudem przez drżącą dłoń i stanęła przed lustrem. Nie patrzyła na swoją załamaną twarz. W głowie miała zupełnie co innego. Zakończyć te mękę. Znała pomysły ludzi na ziemi, ale uważała je zawsze za brak szacunku do Boga i daru od Niego. Teraz, jednak chciała zrobić to samo. 
Zamachnęła się i -i tak już poranioną ręką od szkła okna w sali- uderzyła w szkło, które rozbiło się na kawałki. Uklękła i wzięła do ręki jeden z większych. Ścisnęła, czując jak przecina skórę i pojawiła się krew. Poczuła dreszcze i ból, który odrobinę zagłuszył ten w sercu. Wciąż, płacząc i oddychając z trudem przystawiła kawałek do nadgarstka. Przymknęła oczy i powiedziała, przez zaciśnięte gardło:
- Pierwsze za to, że cię poznałam - i zrobiłam głębokie cięcie. Przesunęła niżej i znów powiedziała:
- Drugie za to, że nie przekazałam od razu Radzie - i kolejny ruch ręką.
- Trzecie za to, że mnie uratowałeś - znów przecięta skóra i przesunięty kawałek szkła niżej.
- Czwarte że dałam ci się poznać - krew leciała po jej dłoni, powodując ból i pieczenie, ale ona nie przerywała.
- Piąte za to, że dałam się ci omotać - czuła jak powoli robiła się słaba, ale utrzymywała wciąż szkło w dłoni i dalej mówiła:
- Szóste za to, że ci nie powiedziałam prawdy - gardło zaciskało jej się coraz mocniej, a łzy kapały na dłoń, mieszając z krwią.
- Siódme za to, że kłamałam.
- Ósme za to, że nie umiałam cię ochronić - głębsze od innych.
- Dziewiąte, że cie pokochałam ! - te słowa ledwo przeszły, powodując kolejny napływ bólu. Czuła, że traci siły w dłoni, więc przystawiła na czubku nadgarstka szkło i przejechała w dół, mówiąc:
- Dziesiąte za to, że mi ciebie zabrano - kawałek szkła upadł z brzękiem na kafelki, a ona oparła się o ścianę, patrząc rozmazanym wzrokiem na krew płynącą po jej dłoni. Czuła odrętwienie, które przynosiło przyjemną ulgę. Zamknęła oczy, czując jak odpływa w ciemność. Nim pozwoliła się jej całkiem zabrać, wyszeptała jeszcze cichutko w pustą przestrzeń:
- Kocham cie Samuel - po czym zapadła w wyczekiwaną noc.
                  *********
     W pokoju było jasno. Niemal białe ściany i podłoga. Łóżka identyczne poprzedzielane tylko niebieskimi zasłonami. Kilka z nich było zajęte, ale większość pusta. Przy pacjentach uwijały się młode pielęgniarki, a co jakiś czas lekarz dyżurujący. Do prawie każdego przychodził jakiś gość. To córka, lub wnuczka. To żona z dzieckiem lub w ciąży. To chłopak lub dziewczyna. To rodzina albo przyjaciele. Praktycznie każdy miał z kim porozmawiać. Każdy prócz jednej dziewczyny, która leżała na łóżku najbardziej wysuniętym w kąt. 
Patrzyła smutno na pozostałych pacjentów. Dobrze wiedziała, że nikt nie przyjdzie jej odwiedzić, bo po pierwsze: nikt nie wiedział, że była u ludzi i po drugie: nie była chora, ani nic. Po prostu lubiła morfinę. Często zgłaszała się do szpitali, czarując ludzi swoim "urokiem", po czym dostawała tyle ile potrzebowała i wychodziła na własne życzenie. I mimo, że nie był to jej pierwszy raz to jakoś przykro jej się robiło, patrząc na innych pacjentów. Jej matka nigdy nie interesowała się jej uczuciami. Liczyło się tylko, aby była godna jej następstwa i nie sprawiała problemów. Gdyby dowiedziała się o jej małym nałogu, miałaby piekło w domu. Dlatego często znikała na jakiś czas i żyła jak zwykła osiemnastolatka w świecie ludzi. Niestety to nie mogło trwać wiecznie.
Otrząsnęła się z rozmyśleń spojrzała na torebkę, powieszoną nad łóżkiem. Była już prawie pusta, a ona czuła miły spokój w sobie. Była zrelaksowana. Morfina zawsze tak działała na jej gatunek. Wiedziała, że czas najwyższy był wracać. Czekał ją dziś bal, który był bardzo ważny dla jej matki. Wolała nie podpaść.
Powoli przesunęła się na skraj łóżka i postawiła bose stopy na zimnych kafelkach. Przeszły ją dreszcze, ale nie zwróciła na to uwagi. Poszukała swoich czarnych glanów i szybko wciągnęła je na nogi. Spojrzała na wnętrze prawej dłoni i szybko odcięła dopływ morfiny, wyrywając rurkę. Za szczypało ją, ale nie zwróciła na to uwagi. Chciała wstać, ale wtedy usłyszała męski głos za sobą.
- A dokąd to się wybierasz? - dobrze znała ten głos. Brzmiał zimno i surowo. Westchnęła i wiążąc sznurowadła odpowiedziała obojętnie:
- Do domu.
- Tak myślałem. Matka kazała cię odnaleźć i przyprowadzić -powiedział sucho, a ta wzniosła oczy ku niebu.
- Nie jestem dzieckiem. Sama dotrę - stwierdziła rozgoryczona, wstając. Wzięła skórzaną kurtkę z łóżka i założyła ją, zwracając wzrok ku mężczyźnie. Omal nie wybuchła śmiechem widząc, jak ubrał się strażnik od jej matki.
- Serio? Srebrna zbroja i miecz? Wstyd z tobą rozmawiać - stwierdziła z rozbawieniem w głosie. Widziała jak parę twarzy zerkało na nich, szepcząc coś ze śmiechem. Nie dziwiła im się.
- Pani niezwłocznie żąda twojego powrotu - powiedział, nie zwracając uwagi na jej żarty. Dziewczyna westchnęła i spojrzała na dziurkę po igle. Przydałoby jej się to na wynos.
- I radzę ci nie pokazywać się jej w tym stroju - ostrzegł, oglądając ją od stóp do głów. Na jego twarz był wyraz niesmaku.
- Dobra, dobra. Przy przejściu mam ukryte ubrania - wyznała znudzona, stając przed nim. Choć była wysoka to on i tak przewyższał ją o pół głowy, więc musiała zadzierać głowę w górę, aby spojrzeć w jego niebieskie oczy.
- Czemu takie ciacho jest takim sztywniakiem? - zapytała, przechylając lekko głowę w bok. Uśmiechała się zadziornie. Położyła dłonie na jego zbroi i przysunęła jeszcze bardziej. Jego usta wygięły się w grymas uśmiechu. Jedną dłoń miał położoną na rączce miecza. Druga zaś swobodnie zwisała wzdłuż jego ciała.
- Odpowiesz mi? - spytała, poruszając biodrami równocześnie, ocierając się o jego ciało. Uśmiechnął się szczerze, po czym zaraz spoważniał.
- Królowa chcę cię jak najszybciej widzieć i porozmawiać przed balem,który wkrótce ma się odbyć -odpowiedział sucho, unikając jej wzroku.
- Dobra, ale co jest kociaku? - zapytała,poważniejąc. Nie rozumiała zachowania swojego przyjaciela którego znała od lat. Zawsze ją krył i pomagał. Choć był starszy o 10 lat to wyglądał na równego jej. Chociaż zawsze miał poważny ton to przy niej-niekiedy- umiał być zabawny.
- Królowa będzie zła - stwierdził, unikając odpowiedzi. Westchnęła poirytowana.
- Jesteś na mnie zły, że nie odzywałam się przez tydzień? - spytała zaskoczona, a gdy nie odpowiedział sama już wiedziała. Opuściła wzrok i zła odwróciła się na pięcie, plecami do niego.
- Chodźmy już - powiedziała sucho i nie czekając ruszyła do drzwi sali. Nie miała zamiaru musieć wypisywać papierów, więc postanowiła wyjść "skrótem".  
Weszła zła do damskiej toalety na pierwszym piętrze i zamknęła drzwi. Przeczesała dłonią długie, rude włosy. Była zła i sama nie wiedziała na kogo. Czy na strażnika, który był obrażony. Czy na matkę, za to, że coś kombinuje. A może na siebie samą. Sama już nie wiedziała i to ją frustrowało. Podeszła do dużego okna i otworzyła je. Spojrzała w dół i zobaczyła dobry kawałek do ziemi. Nie przestraszyło ją to, jednak. Wzruszyła tylko ramionami, słysząc westchnienie za drzwiami. Wiedziała, że to strażnik, ale nie miała ochoty z nim gadać. Musiała ochłonąć. Nie chciała, jednak zostawiać go bez słowa. Przygryzła dolną wargę, przeklinając siebie w duchu. Powinna być bezwzględna i nie tłumaczyć się nikomu, a na pewno nie jakiemuś strażnikowi.Ona nie potrafiła być taka. Nie była jak jej matka:zimna, bezwzględna i surowa. Nie. Ona była zupełnym przeciwieństwem. Udawała tylko taką, ale tak na prawdę była krucha i słaba.
- Spotkamy się przy przejściu Mark! - krzyknęła, stojąc przy oknie do strażnika. 
Wiedziała, że nie będzie zadowolony, ale była w końcu księżniczką i nie mógł jej karać. Nie bez zgody królowej. Weszła na parapet i przełożyła nogi tak, że zwisały swobodnie nad ziemią. Uśmiechnęła się krzywo, słysząc jak Mark chciał wejść siłą do toalety. Dobrze wiedziała, że mógłby jednym silniejszym kopniakiem wyważyć drzwi. Nie chciał, jednak robić hałasu i zbiegowiska. Zamiast tego westchnął zły na nią i szybkim krokiem skierował się do schodów. 
Rudowłosa zaś siedziała na parapecie i patrzyła na zachodzące słońce. Pomarańczowa barwa była podobna do jej włosów i wprawiała ją w miły nastrój. 
Pamiętała jak za młodu chodziła na wieczorne spacery z rodzicami,siadając potem nad strumykiem i śmiejąc się na cały głos. Miała wtedy pięć lat i był to ich ostatni wspólny spacer. Potem jej ojciec zmarł przez atak demonów przy przejściu, a że był głównym dowódcą to musiał wraz ze strażnikami bronić wejścia do Morskich Błękitów, gdzie była cała jego rodzina i inni z rasy. Zabił demony niestety, oddając wtedy życie. Jej matka zamknęła się w sobie i odsunęła całkowicie córkę od siebie. Kiedyś piękna i dobra królowa stała się po tym wydarzeniu zimna i bezwzględna. A biedna mała pięciolatka musiała sama sobie poradzić ze stratą ukochanego taty. To wtedy poznała Marka. Był od niedawna w straży królewskiej. Miał zaledwie piętnaście lat, a już był strażnikiem. Bardzo jej wtedy pomógł i stał się najlepszym przyjacielem. Zawsze to on ją ratował, bronił i krył przed królową. Ufała mu bezgranicznie, ale nie umiała za bardzo docenić tego jak bardzo ryzykował dla niej. Nie zauważyła przez tyle lat jednego szczegółu, który był widoczny  dla większości w królestwie.
Dziewczyna szybko potrząsnęła głową, wracając na ziemię. Spojrzała w dół i gdy nie zobaczyła żadnego człowieka, przesunęła się na skraj parapetu. Po czym szybko odepchnęła i spadła, ale nie wylądowała boleśnie. Wyćwiczona w tego rodzaju wychodzeniu, upadła zgrabnie w pół przysiadzie. Uśmiechnęła się lekko, prostując i otrzepując kurtkę. Obejrzała się za siebie i zobaczyła, jak do głównych drzwi idzie jej strażnik. Nie czekała na niego tylko uśmiechnęła się zadziornie. Chciała go jakoś rozruszać i dowiedzieć się o co mu chodziło. Ale też trochę zdenerwować. Ruszyła, więc szybkim krokiem przed siebie. Przeszła przez ulicę i weszła do okolicznego lasu. Dobrze znała tą drogę. Jako fearie znała doskonale lasy i umiała zawsze odnaleźć przejście. Taki mały instynkt. Nie oglądała się za siebie. Dobrze wiedziała, że szedł za nią. Nie był zbyt ostrożny, chodząc po suchych gałęziach. Uśmiechała się pod nosem, przyśpieszając kroku. 
- Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteś psychopatą! - zawołała, nie odwracając się. 
Niemal widziała jego krzywy uśmieszek na tych pięknych ustach. Czuła, że przejście jest coraz bliżej. Nie spieszyło jej się do domu. Wolała zostać razem z nim. Choć czasem ją denerwował to lubiła go. Bardzo. 
- Może jestem? - usłyszała odpowiedź i zatrzymała się. Przed sobą miała niewielką jaskinię i wiedziała, że w niej było przejście. Zacisnęła dłonie w pięści. Powinna przejść i iść do matki, ale nie chciała. Przeczuwała coś złego. 
- Dalej, dalej czekają na ciebie - powiedział Mark, stając obok niej. 
Choć miał uśmieszek na ustach to w głosie słyszała żal. Zerknęła na niego i westchnęła. Nie chciała. Przygryzła dolną wargę i zrobiła krok w przód, po czym zatrzymała się.
- Co jest tak ważnego, że pośpieszasz mnie i jesteś zły? - zapytała plecami do niego. Czuła, że zrobił krok w jej stronę. Poczuła ciepło, bijące z pod jego zbroi. Rozluźniło ją to trochę. Cisza, jednak pomiędzy nimi wzrastała. Co wcale jej się nie podobało. Było to krępujące.
- Powiesz mi? - poprosiła słabym głosem. Nie była pewna czy chce usłyszeć odpowiedź. Bała się, bo czuła, że to nie była żadna błahostka. 
Mark westchnął. Usłyszała, że ściągnął żelazne rękawiczki, po czym położył ciepłe dłonie na jej ramionach. Przeszły ją dreszcze. Potarł je z lekkim uśmiechem na ustach. Przysunął się bliżej tak, że jego zbroja przywarła do jej pleców. Nie wytrzymała i odwróciła się do niego twarzą, patrząc w jego oczy. W piwnej barwie widać było smutek.
- Co jest Marki? - zapytała, kładąc dłoń na jego poliku. Uśmiechnął się smutno i opuścił dłonie wzdłuż swojego ciała. Zaczynał w niej narastać coraz większy niepokój.
- Twoja matka robi to przyjęcie dla ciebie - wyznał smutno, a ona nie zrozumiała. Zabrała dłoń i cofnęła się o krok. Teraz zaczynała być zła.
- I oto jesteś zły? Dobrze wiesz, że jako księżniczka muszę uczestniczyć w takich przyjęciach. Mogę nie chcieć, ale muszę - mówiła zła, nakręcając się jeszcze bardziej.
- Nie ja.. - spróbował jej przerwać, ale nie dała mu dojść do słowa, gestykulując zawzięcie.
- Nie mam wyboru jak ty! Ja muszę słuchać durnych rozkazów, kłaniać się kiedy trzeba, przytakiwać, uśmiechać i nie pytać. Jestem jakoś cholerną zabawką i wcale mnie to nie cieszy! - przerwała wściekła, patrząc na jego twarz,na której malował się wesoły uśmieszek. Nie zrozumiała go.
- Co? - zapytała sucho, a on podszedł do niej i odgarnął zbłąkane, rude kosmyki z jej twarzy. Zarumieniała się na ten czuły gest i uśmiechnęła słodko.
 -Jesteś taka piękna - wyznał cicho, dotykając jej twarzy. Przejechał palec po ustach, po czym położył dłonie na jej tali. Dreszcze rozchodziły się po całym jej ciele. Czuła coraz większe ciepło w sobie.
- Mark.. - zaczęła, ale nie była w stanie wydusić słowa. 
Pochylił głowę i ich usta dzieliły centymetry. Przymknęła oczy, a on zapatrzył się na jej twarz. Od lat marzył o tej chwili. Od lat przypatrywał jej się ukradkiem, gdy rozmawiali i pragnął musnąć chociażby jej pełne i czerwone usta. Poczuć ich smak i zatracić się w tym momencie. I choć wiedział, że nie może i złamie jej serce tym, to nie umiał powstrzymać samego siebie. Emocje wzięły górę. Patrzył jak oddycha powoli. 
Tak strasznie przepraszam - pomyślał, ale nie wypowiedział tego. Zamiast tego delikatnie musnął jej ciepłe wargi, a gdy odwzajemniła pocałunek, kładąc dłonie na jego szyi zatracił się całkowicie w cudownym smaku jej ust. Całował ją mocno i namiętnie, a ona nie była mu dłużna.  Ocierała się o jego zbroję, oddychając coraz szybciej. Czuła jak fale ciepła ją zalewają,a podniecenie rośnie. Serce waliło jej jak młot. Nie wiedziała nawet jak długo o tym marzyła. A teraz nie chciała, aby to się skończyło. 
Jednak w pewnym momencie oderwał się od niej, trzymając mocno w tali. Spojrzała na niego z szerokim uśmiechem, ale on nie uśmiechał się. Zamiast tego jego twarz pokazywała udręczenie. Zaniepokoiła się i położyła dłoń na jego rozgrzanym poliku. Wtulił się w jej dłoń,przymykając oczy.
- Co jest? Źle coś zrobiłam? - spytała niepewnie, a on uśmiechnął się smutno.
- Nie ty nie - szepnął - Ja - dodał.
- Nie. Uwierz byłeś świetny - zapewniła z uśmiechem, a on pokiwał przecząco głową. Przysunął ją do siebie i przytulił, chowając twarz w jej miękkie, rude włosy. Objęła go i mocno przytuliła go, ale bała się o co chodziło, bo widziała, że coś go trapiło.
- Powiedz mi proszę - wyszeptała, a on podniósł głowę i spojrzał w jej oczy. Splótł jej dłoń ze swoją i uśmiechnął się lekko.
- Wracajmy już do królestwa. Matka musi ci coś powiedzieć - wyznał smutno, nie umiejąc samemu tego powiedzieć. Puścił ją i popchnął lekko do przodu, w stronę przejścia. Zdenerwowała się i zupełnie zapomniała, że powinna się przebrać.
- Nie rozumiem o co ci chodzi - wyznała z goryczą i ruszyła do przodu. Była i szczęśliwa i zła zarazem.Pogubiła się całkiem i bała co mogła chcieć powiedzieć jej matka. Co było tak straszne, że on tak się zachowywał. Nie przewidziała nawet co może się stać w królestwie.
Mark szedł kawałek za nią i gdy weszła do jaśniejącego przejścia w skale westchnął i uśmiech znikł z jego twarzy. Udręczenie i ból zżerały go od środka. Nienawidził tajemnic, ale nie umiał jej powiedzieć tego. Sam nie chciał tego zrozumieć i marzył, aby tamto było tylko snem. Wiedział, jednak że tak nie będzie. Musiał się z tym pogodzić. Przeczesał ręką swoje blond włosy i napiął miejsce. Musiał doprowadzić dziewczynę do matki. Podszedł do przejścia i stanął przed nim.Zanim wszedł, wyszeptał cicho:
- Zrozumiesz Emilio, ale znienawidzisz mnie wtedy.
                       ********
      Valentaine po rozmowie z synem kazał mu wrócić do królestwa wraz z strażnikiem. Wcześniej, gdy usłyszał słowa syna poczuł dziwną dumę z niego. Martwił się, że będzie zbyt podobny do matki i nie będzie w stanie przejąć królestwa wampirów. Miał wątpliwości czy gotów był na to co zaplanował dla niego już niedługo. Niestety Vladimir upierał się, aby odbić Nienarodzoną. Myśl, że byłaby po stronie wampirów radowała go, ale nie miał głowy do ratowania. Dobrze wiedział, że sama przyjdzie do jego syna. Że, jednak obiecał to Vladowi to posłał dwóch strażników, aby dowiedzieli się gdzie była Arivan i bezpiecznie dostarczyli ją do jego pałacu. Nie miał, jednak nic przeciwko jeżeli po drodze przez "przypadek" stałaby się wampirem. Wtedy musiałaby być po ich stronie. Podobała mu się ta myśl.  Nawet bardzo. 
Zamyślony szedł do głównych drzwi wyjściowych, mając nadzieję, że ominie go przyjemność spotkania któregoś z Rady Starszych. Dobrze wiedział, że czekali tylko na takie okazje, aby móc obraźliwie komentować. Valentaine, miał się też czym odgryźć, bo oni popełnili ogromny błąd, który mógł zaważyć nad ich władzą. Cieszyła go myśl o obaleniu ich i samemu zostaniu głównym i jedynym panem wszystkich ras. Chciał wprowadzić swój rząd i władze. Własne prawa i kary za ich łamanie. A nie miał w zwyczaju okazywać do. Wręcz przeciwnie. Z chytrym uśmiechem wyszedł przed budynek, mrużąc oczy przed słońcem. Nie rozumiał jak inni mogli lubić ten złotawy okrąg na niebie, który jego przyprawiał o nieprzyjemne swędzenie, a jeżeli zbyt długo to i o oparzenia. Poddenerwowany swędzeniem skóry, chciał jak najszybciej wrócić do pałacu i omówić z synem ważną sprawę. Miał nadzieję, że strażnicy szybko sprowadzą Arivan do jego królestwa i bez większych kłopotów. Odrzucił królewską szatę i uklęknął po czym odbił się i wzbił się w górę. Zakręcił w prawo i wystrzelił jak pocisk do przodu. Przydawała się ta wampirza szybkość. Minął szybko lasy, rzekę, łąki i jakąś małą osadę, a potem znów rzeka i las, a wszystko przypominało jedną rozmazaną plamę. W końcu poczuł ulgę, widząc za lasem, na niewielkim wzgórzu ogromny pałac większości z granitu. Był w stylu gotyckim z dużymi strzelistymi wieżami i ogromnymi oknami, które ujawniały pomieszczenia zamku. Niektóre zasłonięte inne nie. Do dużych wrót prowadziły schody z marmuru, a co kawałek można było zobaczyć wampirzych strażników w czarnych mundurach i z szablami w niemal przezroczystym kolorze. Był to niezwykle ceny materiał i jako jeden z dwóch umiał pozbawić wampira życia, ale nie tylko jego. Również inne rasy. Dlatego był tak cenny, bo prócz strasznie strzeżonych tak zwanych "czerwonych broni" z niesamowitego materiału- Alogium, mógł zabić Nienarodzonego. I nie chwaląc się król miał tej broni sporo w swoim arsenale. Czekał tylko na odpowiedni moment, aby móc ich zabić. Taki, jednak od ponad 100 lat jego panowania nie nastąpił. Wciąż miał nadzieję, że wkrótce nadejdzie. 
Valentaine wylądowawszy u stóp schodów, szybko je pokonał, a dwaj strażnicy bezzwłocznie otworzyli przed nim ogromne drzwi. Zerknął na nich tylko i skinął głową, po czym od razu znikł za drzwiami pałacu. Na dużym holu jak zawsze krzątało się dużo służących i nie wszyscy byli wampirami. Niektórzy czekali na przemianę, inni byli po prostu świrami na ich punkcie. Wszyscy jak na baczność kłaniali mu się z opuszczonymi głowami. On jednak nie zwrócił na nich uwagi tylko od razu ruszył w stronę szerokich schodów, które prowadziły na piętro. Chciał jak najszybciej porozmawiać z synem i oświecić go co do najbliższej przyszłości. Szedł szybkim krokiem przez korytarz, nie zawracając uwagi na piękne obrazy, które nie jednego by zachwyciły. On jednak zbyt długo je widywał i znał niemal na pamięć. Nudziło go już, ale nie miał czasu zdobyć nowych. Doszedł do jednych z drzwi i zatrzymał się przy nich. Miały kolor dębowy i napis, który brzmiał: "Królestwo Vladimira" Sam go dla niego zrobił, gdy był mały i przywiesił. Teraz sprawiał,że na jego ustach pojawiał się krzywy uśmieszek.  Słyszał zza drzwi głośną muzykę co świadczyło, że Vlad był w środku.  Nie pukając chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Chłopak siedział na krześle z nogami na ciemnym biurku. Na udach miał położoną czarno-białą gitarę elektryczną, na której coś brzdąkał. Jego smukłe palce jeździły po strunach z wprawą, tworząc melodie, którą zagłuszała głośna muzyka ze stereo stojącym pod oknem. Ojciec odchrząknął, a Vladimir od razu poderwał się i stanął momentalnie na równe nogi. Skłonił się nisko jak wypadało.
- Witaj ojcze. Co cię sprowadza? Coś z Arivan? - zapytał szybko, a Valentaine pokiwał przecząco głową. 
- Strażnicy jeszcze nie wrócili, ale ja mam dla ciebie inną wiadomość - powiedział spokojnie, a syn opadł z powrotem na krzesło. Jedyną wiadomością jaką chciał usłyszeć, było to, że Arivan jest w pałacu cała i
zdrowa. Na to jednak nie mógł na razie liczyć. 
- O co chodzi? - spytał obojętnie, ściszając muzykę pilotem z biurka. Spojrzał leniwie na ojca i czekał na odpowiedź.
- Niedługo fearie urządzają bal i jesteśmy zaproszeni - odpowiedział po chwili, opanowanym tonem, choć w środku denerwował się, bo to nie było wszystko. Vlad westchnął i spojrzał na swoją ukochaną gitarę.
- Świat nieubłagalnie zbliżał się do strasznej wojny, a tym bale w głowach - skomentował sucho. Nie miał najmniejszej ochoty iść na żaden bal. A tym bardziej do Morskich Błękitów, gdzie mnóstwo dziewczyn czekało tylko, aby "zabawić" wampirzego księcia. Nienawidził nachalności i dlatego unikał tego dworu.
- Masz racje, ale wypada się pojawić. Zwłaszcza, że przyda nam się sojusz z nimi - powiedział król, przypatrując się synowi, który nie raczył spojrzeć na niego. Cały czas wpatrywał się w tą gitarę. Irytowało to władce.
- To idź ojcze, ale ja nie mam najmniejszej ochoty na to - powiedział sucho, zerkając na wampira, stojącego naprzeciw niemu.
- Musisz iść ze mną. Jesteś następcą królestwa wampirów i dlatego musisz mieć dobre stosunki z wszystkimi rasami. Pójdziesz czy chcesz czy nie - rozkazał Valentaine, a jego syn spojrzał w ciemne oczy króla. Zdenerwowało go, że mu rozkazywał.
- Nic nie muszę i nie chcę nigdzie iść! - syknął ostro, nie odrywając wzroku od ojca.  Mięśnie władcy napięły się, a on momentalnie wyprostował się. 
- Nie masz wyboru Vladimirze. Pójdziesz tam jeżeli chcesz, aby Arivan była tutaj bezpieczna -powiedział równie ostro, a chłopak wstał i oparł się o biurko, krzyżując dłonie na piersi. 
- Nie zrobisz tego, bo wiesz, że dzięki niej wygramy - skomentował z krzywym uśmiechem Vlad, patrząc na niego. 
- Nie odzywaj się w ten sposób do mnie - ostrzegł król i po chwili dodał - Vlad ty jesteś jedynym następcą i musisz nauczyć się odpowiedzialności !
- Jestem odpowiedzialny, ale nie mam ochoty nigdzie iść - powiedział oschle, zerkając na boki. Westchnął. Choć był wampirem i nie sypiał to czuł się bardzo zmęczony. 
- Zachowujesz się jak dziecko. Rozkazuje ci iść na ten bal i zachowywać jak na księcia przystało - rozkazał ostro. Chłopak chciał odpowiedzieć, gdy drzwi jego pokoju otworzyły się szeroko i stanął w nich jeden ze strażników, wysłanych przez władce po Arivan.
- Królu, książę - zwrócił się z ukłonem do wampirów.
- Mów - zażądał Valentaine, patrząc znudzonym wzrokiem na strażnika.
- Panie sprawdziliśmy wedle rozkazu co z panienką Morgenstern, ale - mężczyzna zamilkł na chwilę, a gdy dokończył do Vlad od razu wyprostował się, a jego martwe serce znów zamarło.
- Ale Arivan Morgenstern uciekła ze szpitala, gdzie przebywała po próbie samobójczej i ślad po niej zaginął...
                     ***********
Dobry wieczór, że tak powiem. Oto 14 rozdział. Mam nadzieję, że się wam podoba i nie ma dużo błędów. Przepraszam, że tak długo, ale rozumiecie 3 gimbaza i w ogóle.  Czekam na wasze opinie szczere do bólu, a next postaram się dodać do piątku *.- Mam nadzieję, że nie zanudziłam was i będziecie ze mną dalej. Do zobaczenia *.- 
PS.Mam do was prośbę jeżeli z rozdziałem jest coś nie tak, nie widać, albo coś to napiszcie mi w komentarzu, albo na facebooku. Mam mały problem i nie wiem czy to tylko u mnie, czy ogólnie. Z góry dzięki.
           -Dont Cry To Me


niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział.13.

Rozdział dedykuje Nikoli Łazuchiewicz :*
  Vladimir patrzył w jej oczy otępiale. To co powiedziała, przeraziło go. Wiedział, że strasznie zabolała ją strata chłopaka, ale nie myślał, że aż tak aby mówić, że już umarła. Nie mogła zginąć, bo była ratunkiem dla świata. Ona była ostatnią nadzieją ludzi i magicznych stworzeń. Nie mógł pozwolić, aby ta nadzieja znikła.
-  Nie umarłaś i nie umrzesz. Nie mogą tego zrobić. Nie pozwolę - powiedział twardo. Widział jak co chwila świeże łzy lecą po jej polikach, by spaść na przybrudzoną bluzkę. Dziewczyna uśmiechnęła się, jednak nie był to uśmiech, który on uwielbiał. Ten był zimny, ostry, ironiczny i złowieszczy zarazem. Cała jej twarz była wypruta z emocji. Przynajmniej tych dobrych.
- A byłeś taki mądry Vlad. Czemu teraz zgłupiałeś? Nie rozumiesz? - zapytała lodowatym tonem. Odsunęła się od niego, czując nagle dziwną i nie zrozumiałą złość na wampira. Powoli otarła łzy z twarzy. Słyszała kroki, osoby idącej w ich stronę. Na chwiejnych nogach podniosła się do pozycji stojącej i oparła o mur za plecami. Chłopak przyglądał jej się uważnie, zastanawiając się co ona robi i czy nie upadnie. Choć ręce jej drżały, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Choć serce krwawiło, a dusza krzyczała w środku za brakującą częścią serca, to ona nie upadła na twardą ziemię. Choć czuła się martwa w środku to podniosła pewnie głowę do góry jak uczyła ją matka.
"Nigdy nie okazuj słabości dziecko. Choćbyś umierała nie pokaż, że jesteś słaba."- wpajała jej od najmłodszych lat. I teraz musiała to zrobić. Przynajmniej puki inni patrzyli na nią. Kroki były coraz głośniejsze. Spojrzała na przyjaciela i powiedziała z tym samym strasznym uśmiechem:
- Ja umarłam w momencie, gdy kat odebrał życie Samuelowi, Vlad - po czym usłyszała, jak drzwi celi otwierają się z piskiem. Spojrzała tam i zobaczyła swojego wuja. Jego niebieskie oczy patrzyły na nią z troską. Nie miał już na sobie szaty tylko normalne dżinsy i czarny sweter. 
- To co ścięcie czy powieszenie? - spytała obojętnie, a on pokiwał przecząco głową. Podszedł do niej powoli, nie zwracając uwagi na wampira, siedzącego pod ścianą. Położył dłonie na ramionach bratanicy, patrząc w jej oczy. Zobaczył to samo co wcześniej Vladimir. Przeraziło go to. Blask w oczach tej wyjątkowej Nienarodzonej, ten połysk zawsze będący w nich, teraz znikł i została tylko zwyczajna zieleń tęczówek. 
- Nie zabiją cię. Zostałaś uniewinniona i odwołano twoją karę - odpowiedział powoli z lekkim uśmiechem. Słyszała w jego głosie ulgę, ale ją to tylko dobiło. Śmierć byłaby dla niej ratunkiem. Nie miała najmniejszej ochoty żyć. W żadnym ze światów. Westchnęła, zaciskając dłonie w pięści. Mięśnie napinała do granic możliwości, aby stać prosto.
- Dziecko to świetna wiadomość. - powiedział, a ona spojrzała na niego jakby chciała zabić go wzrokiem. Dla niej ta wiadomość była wyrokiem wiecznej męki. Nic nie powiedziała tylko patrzyła na wuja. W jego niebieskich oczach widać było strach i zmartwienie. Niestety ona nie umiała, chociażby wykrzywić ust w cień uśmiechu. 
- Arivan wiem, że ci przykro, ale to na prawdę świetna wiadomość. Rada Starszych chcę z tobą porozmawiać i wszystko ci wyjaśnić - dodał po chwili spokojnie. W niej zaś kipiała wściekłość i rozpacz. Ledwo ją powstrzymywała.
- Co oni mogą wyjaśnić? Zabili go, choć nie był niczego świadom.Był niewinny! - syknęła z trudem, nie wrzeszcząc na całą cele. William rozumiał, że przeżyła szok, ale chciał wyjaśnić jej dlaczego tak się stało. Nie mógł, jednak bo Rada absolutnie zabroniła mu tego. Powiedzieli, że sami wszystko jej powiedzą. 
- Dziecko wiem, że dla ciebie może to być bezprawne, ale...
- Nie! Wuju to jest bezprawne! Jak można kogoś skazać, gdy ta osoba jest całkiem nieświadoma naszego świata?Jak?! To jest zwykłe morderstwo! - krzyknęła z łamiącym się głosem i łzami w oczach. Momentalnie wyprostowała się i opanowała, patrząc w bok na przyjaciela, który przyglądał jej się z zaciekawieniem. 

"Jaka ona jest piękna, gdy się złości. Będzie idealną wybraną" - usłyszała myśli Vladimira, jednak nie zwróciła na to uwagi. Nie dziwiło ją to, że Vlad nie blokował przed nią myśli, bo przecież Nienarodzeni nie umieli i nie mogli czytać w myślach innych ras. Wiedziała o tym i teraz była już pewna, że została wybraną. Niestety nie obchodziło ją to. Chciała tylko uwolnić się od bólu. Najlepiej umrzeć.

- Ari. Czasem trzeba coś poświęcić - powiedział i przygryzł dolną wargę, wiedząc, że popełnił błąd. Dziewczyna rzuciła mu mrożące spojrzenie.
- To niech poświęcają swoje marne dupska, ale nie niewinnego chłopaka! - syknęła i przepchnęła się obok wuja. Nie patrzyła czy idzie za nią krewny i wampir. Wiedziała, że pójdą, ale nie obchodziło ją to. Chciała wygarnąć Radzie Starszych wszystko co o nich myślała. Miała serdecznie dość udawania podwładnej. Nie miała nic do stracenia. Szła szybko korytarzem z celami, a jej kroki niosły się daleko w przód. Stanęła przed końcem korytarza. Przed nią był duży hol z świecami na ścianach i dwoma stołami z różnego rodzaju bronią i rzeczami, których nawet nie umiała nazwać. Na samym środku były dwa wystające łańcuchy, a na podłodze były jeszcze zaschłe resztki krwi. Arivan nie miała ochoty na to patrzeć, więc spojrzała w bok i chciała ruszyć do schodów, gdy usłyszała znajomy głos, z celi po swojej prawej.
- Masz szczęście, że jesteś wybraną to cię to ominęło. - jego głos był ochrypły. Dziewczyna powoli odwróciła się twarzą do celi i podeszła do krat, szukając postaci z której wydobył się głos.
- Kim jesteś? - zapytała cicho, słysząc, że za nią pośpiesznie idzie wuj i Vladimir.
Cień poruszył się i z cichym jękiem, wstał z łóżka. Podszedł bliżej celi i światło świec rzuciło się na postać. Arivan wstrzymała powietrze, przyglądając się mężczyźnie z lekko otwartymi ustami. Jego szarzejące włosy były mokre i brudne. Twarz miała niezdrowy szary kolor, a lewe oko miał opuchnięte. Na czole i poliku były ranny cięte. Szata Strażnika była teraz podarta, brudna i zapewne skrywała gorsze rany na jego ciele. Dziewczyna nie wierzyła w to co miała przed oczami. Jego ciemne oczy były teraz przekrwione, a barwa jakby zblakła.
- Strażnik Blackwell? - zapytała zduszonym głosem, nie mogąc oderwać wzroku od swojego przełożonego.
- We własnej osobie Morgenstern - odpowiedział, a na bladych i popękanych ustach pojawił się cień krzywego uśmiechu, który znała niemal na pamięć.
- Co ty tu robisz w takim stanie? - spytała. Było jej żal Nienarodzonego, bo on był zawsze wierny Radzie. Nie wiedziała jak mógł im się narazić aż do tego stopnia. Mężczyzna zbliżył się do krat i położył dłonie na nich. Były całe w strupach i siniakach. Chytry, krzywy uśmieszek poszerzył się. Spojrzał w jej oczy i powiedział:
- Odpowiadam za dane obietnice - dziewczyna nic nie zrozumiała i chciała dopytać przełożonego, jednak pojawiła się pozostała dwójka. Wuj Arivan zerknął tylko na Blackwell'a z obojętną miną, po czym spojrzał na bratanice. Wampir, jednak przyglądał się mężczyźnie za kratami z nie ukrywanym szokiem na twarzy. 
- Arivan chodźmy czekają na ciebie - ponaglił ją wuj, jednak ona nawet nie drgnęła. Wciąż wpatrywała się w przełożonego. Chciała dowiedzieć się o co chodziło i wreszcie poznać całą prawdę. William chwycił ją za ramię i pociągnął, ale ona się zaparła.
- Ale jak to? - zapytała, nie rozumiejąc o jaką obietnice chodzi. Blackwell zerknął na drugiego dorosłego i uśmiechnął się złośliwie.
- Czymże jest moje słowo przeciw Rady? - zapytał ironicznie, patrząc na Williama. Arivan była coraz bardziej  skołowana. Nie było jej dane zapytać o nic więcej, bo wuj ciągnął ją siłą na schody. Odpuściła opór, bo i tak chciała jak najszybciej wygarnąć całą złość Radzie Starszych.
Szli szybkim krokiem poprzez korytarze, aż doszli do tego głównego, który prowadził na salę obrad. Dziewczyna myślała, że tam właśnie ma się udać, jednak William zatrzymał się naprzeciw jednych z drzwi po prawej stronie. Były to drzwi do gabinetu przewodniczącego Rady Starszych. Na samą myśl, że Albus Black był tam, w dziewczynie zaczęła narastać furia. Miała ochotę własnoręcznie pozbawiać go życia, aby poczuł choć trochę jej ból. Hamowała się, jednak puki nie byli sami.
- Zaczekajcie. Powiem, że jesteście - powiedział spokojnie brunet, ale Arivan nie miała zamiaru czekać, aż łaskawie ich przyjmą. Nim wuj zdążył zareagować ona już stała przed drzwiami i z całej siły kopła w nie z impetem. Drzwi z hukiem otworzyły się, uderzając o ciemne ściany gabinetu. Twarze dziewięciu osób, którzy przed chwilą zawzięcie dyskutowali, teraz zamilkli i wpatrzyli się w trójkę osób, stojących w drzwiach. Na twarzy Albusa widać było zmęczenie, ale w oczach było coś innego. Strach? Lek? A może niepokój? Nie szło tego wywnioskować.
- Chcieliście mnie widzieć - powiedziała sucho dziewczyna, nie ruszając się z miejsca. Patrzyła mrożącym krew w żyłach spojrzeniem na przewodniczącego, nie ukrywając złości jaką czuła.
- Tak. Dziecko usiądź - odezwał się opanowanie mężczyzna, siedzący za wielkim dębowym biurkiem w swoim gabinecie. 
- Nie, postoje - syknęła. William, który stał obok niej widocznie się denerwował. Wampir natomiast, zerkając na przyjaciółkę uśmiechał się bezczelnie do pozostałych, zadowolony że ona obrażała i przeciwstawiała się władzy w ich świecie. To był pierwszy znak, że mogłaby poprowadzić bunt.
- Dobrze. Więc zapewne masz wiele pytań. Na wszystkie udzielimy ci możliwości w miarę możliwości - zaproponował Albus z lekkim uśmiechem na ustach. Arivan skrzyżowała dłonie pod piersiami i wyzywająco spojrzała po wszystkich zebranych, zatrzymując się na dłużej na blondynie o niebieskich oczach. Pamiętała jak była dzieckiem i widywała go z ojcem. Byli starymi przyjaciółmi do czasu, aż zmarła jej matka. Potem od wszystkich się odgrodził.
- Wytłumaczcie mi wielce mądrzy kretyni jak to jest, że skazujecie na śmierć zupełnie nieświadomego chłopaka?! Czy takie sukin**ny jak wy nie mają za grosz móżdżka w głowie?! - zapytała niemal z jadem, patrząc na Blacka, teraz już siedzącego w fotelu. Przyglądał jej się uważnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
- Jak to jest Alkutasie, że zabiłeś niewinnego człowieka, choć jest to złamanie naszego kodeksu?! -zapytała, a wampir cicho zaśmiał się na przezwisko przewodniczącego. Na twarzy Nienarodzonej pojawiały się rumieńce, a dłonie zaciskała w pięści.
- Uważaj na słowa, bo obrażasz Rade - ostrzegł Syriusz z złośliwym uśmiechem na myszowatej twarzy.
- W du**e mam wasze ostrzeżenia. Ułatwcie sobie życie i zabijcie mnie. Będzie wam prościej tchórze, tak jak zrobiliście z Samuelem - powiedziała łamiącym się głosem, ale ze złością.
- Nie możemy ciebie zabić już i tak źle postąpiono, zsyłając cię na ziemię z zadaniem. - powiedział spokojnie Jonathan, patrząc na nią. W oczach jego krył się smutek i żal. 
- To po ch*j to zrobiliście?! Raczyło mi powiedzieć, że jestem wybraną. Powinniście mówić Nienarodzonym o przepowiedniach, a nie robić z nas durni, choć to was cały świat uważa za skończonych kretynów, którzy dorwali się do władzy, zabijając resztę! - powiedziała wściekła. Czuła, podnoszącą się adrenalinę w ciele. 
- Jak śmiesz nas obrażać? - zapytał oburzony Syriusz, wstając i podchodząc do niej.
- To dzięki nam panuje pokój pomiędzy rasami. Dzięki nam żyjesz. To my panujemy nad twoim losem i w jednej chwili możemy skrócić twój żywot! - powiedział, plując na jej twarz. Odsunęła się obrzydzona i powiedziała powoli, aby dosłyszał każde słowo:
- To ja panuje nad swoim życiem, a wy, wy możecie co najwyżej pocałować mnie w du*e. A nie nawet tam wam nie pozwole. Jesteście skończonymi mordercami i sukinsyna*i. - Syriusz wściekł się i stracił kontrolę nad sobą. Nim zdążył pomyśleć zamachnął się, ale refleks wampira był o wiele szybszy. Złapał mocno nadgarstek mężczyzny i wykręcił mu go, co spotkało się z jękiem.
- Nie radzę tego powtarzać, bo wyrwę ci ją na amen - ostrzegł ostro Vladimir, puszczając jego dłoń. Ten z wyrazem wściekłości rozmasował bolącą kończynę.
-Zginiesz na stosie wampirze-syknął, ale zgromił go Albus.
- Syriuszu jeszcze raz, a to ja wymierzę ci karę. Siadaj na swoje miejsce - ostrzegł i Nienarodzony momentalnie wrócił na miejsce z opuszczoną głową.
- Arivan, dziecko musisz zrozumieć, że najprawdopodobniej jesteś wybraną z przepowiedni pierwszego Nienarodzonego i musisz nauczyć opanować się dary, które otrzymasz bądź już otrzymałaś, aby poradzić sobie z przeznaczeniem - odezwał się powoli i opanowanie Scott. Zmierzyła go wzrokiem i obojętnie wzruszyła ramionami.
- Nic mnie nie obchodzi przepowiednia. Głupie brednie o przeznaczeniu też nie, więc darujcie sobie prawienie o darach itp. - powiedziała sucho. Chciała coś dodać, ale rozmyśliła się. Po co im wiedzieć o mocach, które miała. Ta wiedza była im zbyteczna.
- Dziewczyno w przepowiedni jest, że masz być najpotężniejszą Mędrczynią, więc musisz opanować je, bo inaczej one opanują ciebie - powiedział Albus spokojnie, a ona się wściekła, że w ogóle coś mówił.
- Zawsze wpajaliście, że Mędrcy to mit i zło, a teraz tak gadacie? Wasze kurze móżdżki nawet tego nie umieją pojąć?! Jeśli mówisz wpierw tak,to trzymaj się tej wersji Alkutasie - poradziła sucho. 
- Wiemy co mówiliśmy i nie zmieniamy zdania, ale nie możemy sprzeciwić się przepowiedni od Stwórcy - wyjaśnił spokojnie przewodniczący, stukając palcami o blat biurka, co denerwowało dziewczynę.
- Już się jej sprzeciwiliście, zabijając chłopaka! Czy wy jesteście ślepi?! Jak można nie było zobaczyć, że oni razem gwarantowali zwycięstwo, teraz ona przyniesie wam zgubę, a ja jej w tym pomogę! - odezwał się wampir, a w jego głosie słychać było złość. Arivan zerknęła na niego, po czym na swoje stopy. Zadziwiał ją ten chłopak. Nie znała go od tej strony. Zawsze uważała go za egoistyczną świnię, ale zmieniała o nim zdanie odkąd próbował jej pomóc. Po jego słowach na sali trwała chwilowa cisza. Nikt nie wiedział jak zaprzeczyć słowom młodego następcy tronu u wampirów, bo były one prawdą. Ari próbowała wniknąć w czyjeś myśli, ale Albus dobrze ukrył swoje za murem. Spojrzała na myszowatą twarz Syriusza i usłyszała jego myśli "Trzeba było i ją zabić. Byłoby po kłopocie, a tak teraz użeraj się z bachorem. Ona miałaby nas zniszczyć? Dobre. Ona miałaby nami rządzić? Po moim trupie!. Ten chłopaczek sam sobie winny śmierci. Trzeba było się nie rodzić! Taki młody a taki podobny do Lucyfera. Byłby drugi potwór, a może i gorszy od ojca"
Dziewczyna nie wytrzymała i przywołała w sobie resztkami sił moc wiatru. Skupiła ją w dłoni powoli, wysysając tlen z płuc Syriusza, który zaczął odchrząkiwać i robić się czerwonawy.
- Ty gnoju! Jak śmiesz tak mówić?! - zapytała ostro, robiąc krok w jego stronę. Cała reszta nie odrywała wzroku od nich, widząc jak Syriuszowi zaczyna braknąć tlenu.
- On nie był potworem! To że ojcem jego był Lucyfer nie oznacza, że i on byłby potworem. Nie poznałeś go! A jeśli ktoś tu jest potworem to tylko wy! - powiedziała i zacisnęła niewidzialną pętle w gardle mężczyzny, który łapczywie łapał powietrze. Płuca go paliły, ale nie mógł dostarczyć im tlenu. Arivan z rządzą mordu patrzyła na niego. Była gotowa zabić go. Zabić za to co myślał o jej ukochanym. Gdy robił się już siny, usłyszała w głowie głos, który zmusił ją do przestania "Zostaw nie warto" Głos należał do nikogo innego jak Samuela, a ona poczuła łzy w oczach. Przestała, a Syriusz momentalnie zaczął łapczywie chwytać powietrze, krztusząc się. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Patrzyli na Nienarodzoną, która właśnie ujawniła część mocy. Spojrzała na Albusa i wyznała:
- Nigdy już nie będę miała do was szacunku. Nie obchodzi mnie co ze mną zrobicie. Po prostu powiedźcie to teraz, bo nie mam ochoty patrzeć na wasze mordy nigdy więcej. Alkutasie powiedz co chcesz ze mną zrobić - cała Rada milczała przez chwilę, a ona miała nadzieje, że skażą ją na śmierć. Byłoby to dla niej wybawienie od bólu, który wciąż rozrywał jej serce. Jej niewinne serce. Vladimir stał obok niej z igrającym uśmieszkiem na ustach. "Moja dziewczynka. Jest wzorem na przywódczynię i nie pozwolę, aby ją skrzywdzili" -słyszała jego myśli. 
- Bardziej już się nie da - szepnęła tak cicho, że tylko on mógł usłyszeć. Zdziwił się, ale nic nie powiedział. Sam nie wiedział co mógłby powiedzieć. Ktoś odchrząknął, a Arivan uniosła głowę, patrząc na Albusa, który teraz wstał i rozejrzawszy się po sali skupił wzrok na trójce stojącej w gabinecie.
- Rada Starszych zdecydowała, że Vladimir zostaje odesłany do swojego domu, a Arivam zostaje w Alias, gdzie rozpocznie szkolenie do opanowania swoich mocy - zdecydował, a dziewczyna opuściła luźno ręce, czując jaj opada z niej resztka siły. "Nie ma mowy. Nie zostanie tu. Zabiorę ją stąd. Wykończą ją inaczej."- usłyszała zdenerwowane myśli wampira. Mimowolnie uniosła jeden kącik ust do góry. Był na swój sposób uroczy. Skinęła tylko głową i tak mając już plan w głowie, po czym spojrzała na Vladimira.
- Dziękuje - powiedziała głośno, po czym przytuliła go i szepnęła na ucho możliwie jak najciszej:
-Nie zostanę.- po czym puściła go i zwróciła się twarzą do Rady.
- Ostrzegam was tylko, że źle na tym wyjdziecie - powiedziała oschle, ale nikt nie przejął się jej słowami. Albus rozkazał zabrać ją do jednego z pokoi w ośrodku treningowym Strażników. Nie musieli jej pchać szła spokojnie, ale w głowie miała tylko jedno. Uwolnić się od męki.
Vladimir patrzył jak znikna za zakrętem na korytarzu. Nie chciał jej zostawiać zbyt bał się, że sobie coś zrobi. Niestety czterech strażników w drzwiach uniemożliwiało mu pogoń.
- Pożałujecie swoich błędów - syknął, patrząc z odrazą wprost w oczy Albusa Blacka.
                      *********
    Vladimir czekał na ojca w małym pokoiku sam na sam ze strażami. Wiedział, że nie miał co się z nimi bić. Bąć co bąć on był młody i oni wiedzieli więcej jak zabić wampira. Czekał, więc niecierpliwie aż dotrze jego ojciec i będzie mógł mu powiedzieć, że trzeba odbić Arivan. Strasznie martwił się o tę dziewczynę i to nie dlatego, że była wybraną tylko po prostu zależało mu na niej jak na nikim innym. Wiedział, że kiedyś ją strasznie zranił, zabawiając się z inną, gdy byli razem, ale teraz wydoroślał i chciał tylko, aby ona nie cierpiała. Zrozumiał jak ważna była dla jego martwego serca po spotkaniu w lesie. Choć ją zaatakował to potem gryzło go sumienie (które o dziwo ma). Nie chciał się do tego przyznać, bo wampir-szczególnie następca władcy- nie mógł być słaby i okazywać litości. Nie mógł mieć pięty Achillesowej, ale niestety on taką miał. A na imię miała Arivan. Wypierał się tego, ale gdy widział jak cierpi to czuł furie i miał ochotę zabić każdego kto jej to zrobił. A puki co miał na oku 10 głów członków Rady. A potem każdego, kto sprawi, że na jej twarzy pojawią się łzy.
Czekał na rodziciela co chwila, chodząc z kąta w kąt. W końcu się doczekał. Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich wysoki, postawny mężczyzna o krótkich czarnych włosach. Jego twarz była blada jak marmur, a rysy ostre. Patrzył czarnym wzrokiem na syna, a na ustach błąkał się chytry uśmieszek, który Vlad odziedziczył po ojcu. Na szczęście większość charakteru miał po matce. 
- Witaj ojcze - odezwał się powoli syn, kłaniając lekko przed mężczyzną. Jego ubiór był typowy dla władcy. Eleganckie spodnie i koszula, a na nich peleryna w szkarłacie. Dobrze, że odzwyczaił się od noszenia wszędzie korony. 
- Mogłem przewidzieć, że mój syn będzie chciał udawać aniołka - powiedział, podchodząc bliżej, a dwójka ochroniarzy momentalnie ruszyła za nim. 
- Nie udaje nic - syknął z głową pochyloną w dół. Był zły, ale wiedział, że nie może odgryzać się własnemu ojcu.
- No oczywiście, ale dobrze to wymyśliłeś. Ona ci zaufa i po tym zdarzeniu Rade znienawidzi. I teraz będzie już po naszej stronie. Brawo! - pochwalił go starszy wampir z chytrym uśmiechem. W chłopaku wezbrała złość, ale nic nie odpowiedział. Wiedział, że to było bez sensu.
- No no synek wdał się we mnie, a już się martwiłem, że będziesz jak matka - przyznał z ulgą w głosie. 
- Żebyś się nie przeliczył - szepnął sam do siebie. Musiał szybko działać. Uniósł głowę, krzyżując z nim spojrzenie. Ojciec uniósł jedną brew zaciekawiony.
- Dobra dobra, ale musimy ją stąd zabrać - zdecydował ostro, patrząc na wampira przed sobą. Uśmiech drugiego poszerzył się, ukazując lśniące białe kły.
- Mój synek chce ratować kogoś prócz siebie koniec świata - stwierdził sarkastycznie ojciec chłopaka, nie odrywając wzroku od syna. Wiedział, że coś ukrywał i nie podobało mu się to wcale. Syn powinien był być całkowicie posłuszny, a on nie był taki od pewnego czasu.
- Jest nam potrzebna. Bez niej nie wygramy - powiedział, ale unikał wzroku starszego. Ten taksował go wzrokiem, unosząc jedną brew, aż zrozumiał o co tak na prawdę chodziło.Znał swoje dziecko i dobrze wiedział co roiło mu się w główce.
- Nie wierze. Zadurzyłeś się w tej Nienarodzonej - syknął z odrazą władca wampirów. Zaczęła w nim narastać złość. Vladimir wiedział, że musi kłamać jak tylko potrafił, inaczej nigdy nie pomoże wydostać Arivan z tego piekła.
- Żartujesz ojcze? W życiu nie zakochałbym się w zwyczajnej dziewczynie, a tym bardziej o skażonej krwi Nienarodzonej! - obruszył się Vlad, patrząc twardym wzrokiem w czarne oczy rodziciela.
- To dlaczego tak bardzo chcesz ją stąd wydostać? - zapytał chytrze Valentine. Jego syn uśmiechnął się chytrze i wyglądał teraz jak kopia ojca. Byli zupełnie podobni. Oboje wredni i oboje egoistyczni. Po chwili odpowiedział, a jego słowa wywołały złośliwe uśmiechy na twarzy pozostałej reszty wampirów:
- Ponieważ jest nam potrzebna do przejęcia władzy
                   ***********
Cześć i czołem! Oto i trzynasty rozdział ;) Mam nadzieję, że jest najgorszy i was nie zanudził. Przepraszam, że dopiero dziś, ale jakby się wściekli w mojej szkole ze sprawdzianami -.- A do tego w domu dużi roboty -.- I jeszcze nauka na konkurs -.- Zgon :* Ale coż znalazłam czas, więc napisałam dla was rozdział. O ile znajde w tygodniu czas to wstawie next, ale nie obiecuje ;* Wszelka krytyka i groźby mile widziane ;D Coż czekam na opinie i do zobaczenia *.-
     -Dont Cry To Me

piątek, 13 listopada 2015

Rozdział.12

Dedykuję ten rozdział Carrie. Mam nadzieję, że się spodoba. :*
  Arivan nie wierzyła w to co zobaczyła. Jeden ruch dłoni kata i jej ukochany upadł na szklaną posadzkę. Od razu zaczęła się tworzyć wokół niego kałuża krwi. Dziewczyna waliła z całej siły w szklane szyby, zapominając, że nie wolno było jej być w Alias. Zupełnie straciła panowanie nad sobą. Czuła ból ogarniający całe jej ciało. Zupełnie jakby ktoś wyrwał jej serce z piersi.
- To nie prawda! - krzyknęła, uderzając w okno.
Vladimir próbował ją zatrzymać, ale na marne. Dziewczyna wpadła w amok. Nie odrywała wzroku od martwego ciała chłopaka, które otaczała coraz większa kałuża szkarłatnej krwi. Uderzała kostkami z całej siły, nie patrząc, ze szyba zaczynała pękać. Nagle kolejne uderzenie i szyba pękła w drobny mak. Momentalnie moc wiatru znikła z Arivan, a ona ukazała się zaskoczonej sali pełnej Nienarodzonych. Wszystkie oczy patrzyły na nią, ale ona nie odrywała wzroku od jednej osoby. Główny z Rady Starszych patrzył na nią z lekko rozchylonymi ustami i zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
- Ty gnoju! Jak mogłeś go zabić! Ty morderco! - wykrzyczała mu prosto w twarz. Jej głos ociekał złością i bólem straty.
Rzuciła się w stronę Albusa, gdy kogoś silne ramiona złapały ją i unieruchomiły. Upadł z nią na ziemię i przytrzymał mocno, gdy ona klęczała i wyrywała mu się z całej siły, krzycząc obelgi pod adresem Black'a.
Spojrzała w bok, ale ciała Samuela już nie było. Dobrze wiedziała dlaczego. Ciało zabite szkarłatnym ostrzem zmieniało się w popiół. Działało to, jednak tylko na magiczne stwory. Dla demonów trzeba było mieć inne. Została tylko duża plama jego krwi. Spojrzała jeszcze raz na mężczyznę i przestała się wyrywać. Patrzyła po prostu na niego, a po jej polikach płynęły łzy. Nie mogła wydusić żadnego słowa. W jej gardle stanęła gula, a serce ledwo już biło.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał ostro jeden z Rady Starszych, patrząc na nią  - I to jeszcze z wampirem-dodał niemal z odrazą. Zerknęła tylko na niego i zaraz wróciła spojrzeniem na Albusa.
- Odpowiedz - powiedział chłodno, choć w jego oczach widać było szok. Dziewczyna nie miała na to siły. Opadła z sił i opuściła wzrok na podłogę. Czuła jak powoli traci świadomość. Wiedziała, że długo nie utrzyma przytomności.
- Ona...my chcieliśmy zapobiec śmierci chłopaka, ale...spóźniliśmy się - odezwał się spokojnie Vladimir wciąż, trzymając ją ciasno w ramionach. Nie zerknął nawet na kałuże krwi. Po pierwsze bo było mu żal Arivan, która jak się zorientował szczerze go kochała i teraz strasznie cierpiała. A po drugie czuł zapach jej i czysty instykt wampira wzbudzał w nim głód.
- Decyzja Rady była ostateczna, a Arivan Morgenstern miała zakaz przebywania w Alias. Kara nie skończyła się, a ona złamała zakaz - powiedział ten sam co wcześniej mężczyzna z chytrym uśmieszkiem, patrząc to na załamaną dziewczynę, to na Albusa. Ten wciąż wpatrywał się w dziewczynę.
- To prawda - przyznał w końcu na co zdenerwował się Vladimir. Wciąż trzymał, klęczącą Ari w ramionach.
- I co? Ją też zamordujecie? Chcecie do końca wymazać przepowiednie? Zabiliście chłopaka, bo baliście się, że sprzymierzy się ze swoim ojcem. Przed obojgiem zatailiście prawdę o nich, a teraz pozbędziecie się jeszcze jej, pod pretekstem złamania kary? Jesteście tchórzami i powinno się was obalić od władzy! - powiedział ostro wampir, stając z drżącą dziewczyną w ramionach. Kipiała w nim złość na nich. Nie rozumiał jak mogli być tak głupi i ślepi na to co się działo. Wszystkie oczy były teraz wpatrzone w niego. Jedne ze zdziwieniem, inne ze złością , a jeszcze niektóre z dumą. Albus Black patrzył na niego zaś z zaciekawieniem. Cała reszta Rady była wściekła, że śmiał ich obrazić. Chłopak, jednak nie bał się ich i był gotów stanąć z nimi do walki. Miał dość zepsutych rządów Rady Starszych.
Wtedy z trybun wyszedł jeden mężczyzna. Miał włosy z pasmami siwizny, a zielone oczy co chwila zerkały na dziewczynę. Były pełne smutku i strachu.
- Albusie nie rób nic pochopnie. Arivan jest młoda i dobrze wiemy, że jest naszą jedyną szansą - odezwał się spokojnie, stając obok młodzieży. Brunetka zerknęła na niego, a on uśmiechnął się smutno. Położył dłoń na jej ramieniu i ścisnął lekko. Ona stała z opuszczoną głową, a po jej polikach ciekły łzy. Zaczęła też drżeć. Tylko dzięki silnym ramionom wampira trzymała się na nogach.
- Co proponujesz Williamie? - zapytał spokojnie, choć reszta Rady wyrażała sprzeciw i najchętniej wykonaliby na tej dwójce egzekucje od razu. Jednak to on miał decydujący głos i nie wydawał się zbytnio za śmiercią Arivan.
- Nie możemy jej zabić. Dziewczyna nie zrobiła nic złego. Jest młoda i zauroczona. Dobrze wiesz jak brzmi przepowiednia Albusie. Nie powinniśmy się jej sprzeciwiać - powiedział chłodno William, mierząc się wzrokiem z Black'iem. Ten zaś widocznie zamyślił się nad tym.
- Albusie ona złamała karę. Musi zostać ukarana. Tak... - zaczął mężczyzna z Rady Starszych, ale główny przerwał mu sucho.
- Dość! Dziewczynę i chłopaka zaprowadzić do lochów, aż Rada nie podejmie ostatecznej decyzji co do nich - rzekł sucho, a William widocznie odetchnął  z ulgą. Zerknął na brunetkę i powiedział.
- Pozwól, że zaprowadzę...
- Nie! Ty zostajesz z nami! - przerwał mu ostro Albus, a ten otworzył usta, chcąc coś powiedzieć. W ostatniej, jednak chwili się rozmyślił. Skinął tylko głową, a do młodzieży podeszło czterech Strażników i chwyciło ich pod ramiona. Wampir trochę się szarpał, ale w końcu poddał się i dał się wyprowadzić z sali, patrząc co chwila na ledwo światową przyjaciółkę. Nim zniknęli za drzwiami, usłyszeli syczący głos jednego z Rady:
- Jej śmierć byłaby najprostsza.
                  *********
- Albusie chyba nie chcesz jej zabić? Dobrze wiesz, że nie możemy przeciwstawiać się przepowiedni - odezwał się William, gdy wszyscy świadkowie już wyszli, a została tylko Rada Starszych i on. Mężczyzna, wciąż stał za ławą i patrzył niewidocznym wzrokiem przed siebie. Potrząsnął głową,wracając do świadomości i zwracając wzrok ku brunetowi.
- Złamała zakaz i dobrze o tym wiesz - stwierdził chłodno po chwili, a on pokiwał przecząco głową.
- "Dwójka młodych z oddzielnych światów. Całkowicie różni, a jednak złączą się. Gdy na niebie pojawi się czerwona gwiazda oni dokonają najtrudniejszego wyboru.Ta dwójka stanie naprzeciw złu lub siebie. Ta dwójka zdecyduje o istnieniu świata. Ona jako najpotężniejsza mędryczni. On zaś najsilniejszy Upadły. Dzieci anioła i Upadłego. Dzieci Nieba i Piekła. Oni wezmą we władanie życia wszystkich trzech światów." - wyrecytował mężczyzna, patrząc na każdego z Rady. Znał ich wszystkich od ponad 300 lat i wiedział jaki kto jest. Wszyscy milczeli, a on zwrócił się do jednego z członków.
- Jonathanie dlaczego milczysz? Dobrze znasz ten tekst i wiesz co oznacza, prawda? - spytał, a blondyn o niebieskich oczach, skrzyżował z nim swoje spojrzenia, po czym powoli powiedział:
- Masz rację Williamie. Ta dziewczyna jest mędrczynią.
- Nie wiemy tego! Nie ujawniły się jej moce, a czerwonej gwiazdy nie widać na niebie - odezwał się mężczyzna po prawej stronie głównego. Wstał, a kaptur spadł z jego głowy, ukazując myszowatą twarz z zadartym nosem i siwymi włosami. Brązowe oczy patrzyły na niego ze złością.
- Ale to są oni. Inne przepowiednie zwiastujące ich się sprawdziły! - nie dawał za wygraną wuj Arivan. Zerkał na blondyna, szukając u niego pomocy. Przyjaźnił się z nim od ponad dwustu lat. Znali się bardzo długo, ale szesnaście lat temu, gdy blondyn zastąpił zmarłego ojca w Radzie Starszych, oddalił się od przyjaciela. Zamknął się w sobie i nie chodził nigdzie bez reszty rady. William wiedział, że coś złego działo się z nim. A przyczyną tego była ta Rada.
- Ma rację. Przepowiednia zaczęła się spełniać, a my popełniliśmy błąd, wysyłając ją na poszukiwania chłopaka. Ona zakochała się w nim, a my złamaliśmy jej serce. Ona musi być po naszej stronie, a teraz wątpię, aby chciała nas chociaż widzieć - powiedział Jonathan, patrząc niewidomym wzrokiem przed siebie. Był widocznie zamyślony. Jego stary przyjaciel zdziwił się, że powiedział coś co zdenerwowało resztę.
- Możliwe, że wydaliśmy na siebie wyrok śmierci - stwierdził sucho, zwracając wzrok w stronę Albusa. Ten patrzył na niego, a w oczach tlił się strach.
- Jeżeli ją zabijemy to nie będzie żadnej przepowiedni - powiedział z chytrym uśmiechem ten o myszowatej twarzy. Nazywał się Syriusz i był w Radzie od ponad 250 lat.
- Wtedy magiczne stwory wypowiedzą nam otwartą wojnę - stwierdził ostro William, wiedząc, że już większość przedstawicieli wiedziała o Arivan i chłopaku.
- Skąd możesz to wiedzieć? - spytał ostro Syriusz. Jego brązowe oczy nie spuszczały z niego wzroku.
- Bo już większość dowiedziała się o przepowiedni.Wampiry,wilkołaki, fearie i syreny już wiedzą. I tylko czekają na nasz błąd. Dobrze wiesz, że chcą was obalić od władzy - powiedział twardo, patrząc na Albusa, który od jakiegoś czasu milczał.
Spojrzał on na bruneta i westchnął. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, a mięśnie pomimo ubywających lat, wciąż silne, były napięte pod szatą.
- Ten kto im to powiedział przypłaci to życiem - zapowiedział, szaro włosy ostro, zupełnie nie wspominając o dziewczynie. Zerknął z odrazą na kałuże krwi, która niedawno krążyła jeszcze w żyłach młodego chłopaka.
- Albusie teraz nie możemy się zajmować tym go wygadał tajemnice. Mamy większy problem -odezwał się po raz pierwszy mężczyzna po lewej stronie ławy. Wstał, odsłaniając swoją twarz. Chociaż miał ponad 400 lat, wyglądał na nie więcej jak 40. Miał blond włosy, krótko obcięte, oraz matowo-zielone oczy. Jego prawy polik odznaczała długa blizna. Nikt nie wiedział skąd ją miał. Spojrzał zimnym wzrokiem najpierw na przewodniczącego Rady, a później na starego przyjaciela.
- Będziecie debatować tak do świąt Bożego Narodzenia, a my nie mamy czasu. Ostrzegałem cię, że śmierć chłopaka przysporzy kłopotów, ale ty nie słuchałeś - rzekł spokojnie, mierząc się wzrokiem z mężczyzną o siwych włosach. Albus doskonale pamiętał jak przed egzekucją Scott przyszedł do niego i powiedział, że powinien wszystko przerwać. Zbył go, wtedy machnięciem ręki, a teraz płacił za to.
- Gdyby go oszczędzić, dziewczyna zapewne byłaby po naszej stronie - dodał, na co podniósł się Syriusz i zły powiedział:
- Jest synem pierwszego Upadłego! Ma jego krew. Był zagrożeniem dla wszystkich!
- Nie! Ponieważ kochał Arivan i jestem pewien, że nie zostawiłby jej dla biologicznego ojca. Nawet jeśli jest nim Gwiazda Poranna! - powiedział zły Scott, uderzając dłonią o blat. Nawet William zdziwił się na jego nerwowe zachowanie, bo słynął on jako jeden z najspokojniejszych w Radzie.
- Miał jego krew. A krew ciągnie to krwi - nie dawał za wygraną Syriusz. Pozostała piątka z Rady Starszych milczała, jakby bojąc się odezwać choćby słowem.
- Ale miał też w sercu panienkę Morgenstern-przypomniał Jonathan, zerkając na Scotta, który ledwo dostrzegalnie się uśmiechnął.
- Powinniśmy ją też zabić i po kłopocie - stwierdził ten o myszowatej twarzy.
- Chcesz wojny z resztą ras?! Proszę bardzo idź do nich i powiedz o planach! Będą na pewno zachwyceni! Według podpisanych traktatów sprawy o przepowiedniach, powinniśmy uzgadniać z przedstawicielami. I tak już to złamaliśmy, więc mają pretekst do ataku. Chcesz im dać kolejny!? - spytał zdenerwowany Scott, mierząc się z nim wzrokiem.
- Scott ma rację. Nie możemy jej zabić. Powinniśmy sprawić, aby została przywódczynią tak jak powinno być - powiedział William,zerkając na każdego ze stojących mężczyzn.
- Szesnastolatka ma nami rządzić?! Dobre sobie. Może od razu pójdźmy do Upadłych i oddajmy się w ich ręce. Oszczędzimy czasu - skomentował sucho Syriusz.
- Według przepowiedni to ona ma....
- Przepowiednia to tak... bla bla bla. Jest gówno warta! To ja... To my utrzymujemy porządek w tym świecie, a nie głupia księga! - przerwał mu Syriusz, mówiąc ostro.
William chciał już odpowiedzieć, gdy ktoś uderzył w blat pięścią z całej siły. A dłoń należała do Albusa. Wyprostował się i rozejrzał po zebranych.
- Zamknijcie się! Kłótnie nic nam nie dadzą. Śmierć dziewczyny nic nam nie pomoże - spojrzał na myszowatą twarz, gromiąc go wzrokiem, na co zaśmiała się pozostała trójka. - Racja jest w tym, że musimy uważać na traktaty z rasami - tu spojrzał twardo na Scotta, który skinął poważnie głową - I racja, że nie powinniśmy przeciwstawiać się przepowiedni i przeznaczeniu - skrzyżował wzrok z Jonathanem, który tylko skinął głową. - Ale nie możemy też nastolatce powierzyć władzy i ciężaru nad światem - tu zwrócił się w stronę Williama, który wpatrywał się w niego, słuchając uważnie. -Musimy działać, bo dobrze wiemy, że jest coraz gorzej - dokończył już spokojnym tonem, patrząc na członków Rady.
- Więc co proponujesz? - zapytał cicho Syriusz, zerkając tylko na twarz Albusa. Pojawił się na niej delikatny chytry uśmiech, który zaraz znikł. Odwrócił się w stronę Williama,który niecierpliwie czekał na odpowiedź o losie jego bratanicy.
                     *********
     Arivan siedziała w kącie, jednej celi lochów. Kolana miała przy klatce piersiowej, a głowę opartą o zimny kamień na ścianach. Patrzyła niewidomym wzrokiem przed siebie. Słone łzy wciąż leciały strumykiem po jej twarzy,kapiąc na bluzkę. W głowie przelatywały jej obrazy, a serce z każdym uderzeniem bolało jakby ktoś rozrywał je na części. Każdy oddech palił ją w płucach, a tłukący ból w całym ciele sprawiał, że nie umiała się poruszyć. Oczy piekły ją od łez, który końca nie było widać. Co chwila ocierała łzy, bo nienawidziła płakać. W końcu dała za wygraną, oparła głowę o kamień o po prostu patrzyła przed siebie, pozwalając, aby krople, w których był jej ból leciały swobodnie po jej polikach. Miała nadzieję, że razem z nimi wypłynie i ból z serca. Nie było to, jednak możliwe.
W głowie migały jej obrazy. Ich pierwsze spotkanie, gdy uratowała go i nieprzytomnego zabrała do domu. Później, kiedy uratował ją i zaopiekował się. Spotkanie z nim. Tańczenie w barze. Prawie pocałowanie się i to rozkoszne uczucie w niej. Później ich pocałunek pod murem. Pożegnanie przed hotelem i spotkanie następnego dnia. Ich upojne chwile w jego łóżku. Pamiętała każdy dotyk jego ust i dłoni na swoim ciele. Każdy oddech na swojej szyi i każdy pocałunek. Przez ten krótki czas zawładnął jej sercem,choć myślała, że to niemożliwe. Myślała, że nigdy nie zakocha się tak na poważnie. A jednak to się stało. I znikło za sprawą jednego czerwonego ostrza. Co chwila miała obraz śmierci Samuela. Gdy kat przystawił ostrze do jego szyi i pociągnął. Jak trysnęła krew, a chłopak upadł bezwładnie na ziemię. Pamiętała kosmyki włosów, wymykających się z pod jego kaptura. Choć nie widziała, jego twarzy była pewna, że to on. Czuł jego obecność w budynku. To musiał być on. Wolałaby, aby to był ktoś inny, ale dobrze wiedziała, że to niemożliwe.
Usłyszała jak drzwi celi się otwierają i wchodzi ktoś. Z ociąganiem uniosła głowę i choć miała zamazany wzrok rozpoznała przyjaciela wampira.
Vladimir stał chwilę nieruchomo, przyglądając się brunetce w kącie. Po tym jak zaciągnęli ich do lochów, wepchnęli go do osobnej celi. Nie mógł usiedzieć na jednym miejscu,martwiąc się o dziewczynę. Przekonał, więc z trudem strażnika, aby pozwolił mu być w jednej celi. Patrzył teraz na nią i widział jak rozsypała się całkowicie po śmierci Samuela. Choć jego martwe serce wyrywało do niej, to strasznie bolało go jej cierpienie. Na prawdę zależało mu na tej brunetce.
Skrzyżowała z nim swoje spojrzenie, a w jej zielonych oczach jakby zgasł ten blask, który miała od zawsze. Nawet podczas pogrzebu rodziców, na którym i on był miała go w oczach, choć były pełne łez. Teraz, jednak znikł, a kolor tęczówek jakby zbladł. Po bladych polikach wciąż ciekły słone krople bólu straty. Ręce jej drżały. Wezbrał w nim gniew na tych, którzy tak ją skrzywdzili. Którzy odważyli się ją zranić.
Powoli podszedł do niej, niepewny jak zareaguje. Ona, jednak spuściła wzrok i spojrzała na swoje smukłe dłonie, teraz drżące jak po 20 szklankach kawy.
Usiadł obok niej i niepewnie objął jedną dłonią. Zwykle był pewny swoich ruchów, ale z nią było inaczej. Bał się, że ją rozsypie do końca. O ile było to jeszcze możliwe. O dziwo przysunęła się do niego i położyła głowę na jego ramieniu. Poczuła choć chwilową ulgę. Ból, jednak nie zmniejszył się.
- Dziękuje - wyszeptała słabym i zachrypniętym głosem.
- Za co? - zapytał zdziwiony, patrząc na nią. Ona, jednak nie zerkała na niego tylko w ciemność korytarza za salą.
- Za to, że przyszłej tu ze mną i broniłeś mnie - powiedziała łamiącym się głosem. Łzy z wolna przestawały lecieć z jej oczu. Czuła się słaba i wiedziała, że w końcu nie da rady utrzymywać przytomności.
- Zawsze chcę ci pomóc - powiedział, obejmując ją mocniej. - Niestety nie udało się-wyszeptał gorzko w przestrzeń celi. Arivan westchnęła co spowodowało większy ból w płucach. Przymknęła powieki, starając się stracić świadomość.
- Tysiąc razy prościej jest nie mieć serca. Bez obrazy - powiedziała, komentując rozrywające się jej serce.
- Nie gniewam się. Myślisz co z nami zrobią? Zabiją nas? - zapytał beznamiętnie, nie patrząc na nią. Skupił wzrok na pająku, który robił sieć w przeciwległym kącie pomieszczenia. Nie bał się o siebie, bo gdyby nawet go zabili to jego ojciec wypowiedziałby im wojnę, a był na to przygotowany od jakiegoś czasu. Za to nie chciał, aby Ari coś się stało.
Brunetka, słysząc pytanie Vladimira nie odpowiedziała. Pozwoliła, aby nawiedziło ją jedno wspomnienie z upojnej nocy i Samuelem.
  Leżała pod nim,wygięta w łuk,czując spełnienie w sobie swoje i jego. Chłopak opadł po chwili na nią, trzymając ręce po bokach jej głowy. Spojrzał na nią z oczami pełnymi miłości i szczęścia. Uniósł się trochę, po czym pocałował ją czule w czoło i wyszeptał, myśląc,że nie usłyszy:
- Kocham cie Ari.
Poczuła jak ostatecznie serce rozerwało się jej na pół i krwawiło. Myślała, że może umrze, ale niestety to tak nie działało. To miało być wieczne krwawienie, przypominające o stracie części serca. Otworzyła oczy,czując świeże łzy na polikach. Spojrzała w ciemne oczy wampira i powiedziała oschłym tonem, pełnym bólu i gniewu:
- Ja już jestem martwa.
                     *******
Tamtam tada oto 12 rozdział :D Wiem, że zabijecie mnie za Samuela, ale cóż ukryję się dobrze :* Za błędy was przepraszam, bo piszę na telefonie i ciężko wychwycić błędy. Dawajcie krytykę :D I mam do was prośbę, ponieważ blog ma dużo wyświetleń z czego się strasznie cieszę :D Bo wiem, że te wypociny mają sens;) Wracając do prośby, jeżeli ktoś czyta tego bloga niech komentuje. Naprawdę, ponieważ chciałabym dawać co jakiś czas dedykacje, a nie wiem czy jesteście czy nie. Więc piszcie co myślicie o blogu, histori, o mnie czy jakieś pytania to dawać :)
A next postaram się dodać do piątku, ale wszystko zależy od was :*

piątek, 6 listopada 2015

Rozdział.11.

   Samuel był otumaniony, gdy ciągnęli go jakimś korytarzem. Wzrok miał rozmazany, ale światło z lamp raziło go w oczy. Dwaj Strażnicy ciągnęli go, nie patrząc, że co chwila uderzał o coś nogami. W końcu zatrzymali się, a Samuela postawiono na nogi. Chłopak zachwiał się, ale dwóch Nienarodzonych trzymało go mocno. Stali przed ogromnymi świerkowymi drzwiami z różnymi znakami, których nie znał. Skupił wzrok na jednym punkcie, aby odzyskać ostrość obrazu. I udało się. Rozejrzał się na boki i ujrzał szeroki korytarz, a w ścianach mnóstwo drzwi. Pomiędzy nimi wisiały przeróżne obrazy, przedstawiające różne sceny. Chłopak zobaczył dokładnie jeden. Mężczyzna o białych Jak śnieg włosach w miłosnym uścisku z kobietą o długi brązowych włosach. Pomiędzy nimi buchał ogień, a nad nim było niemowlę. Chłopak czuł dziwne deja-vu, ale nie zastanawiał się nad tym, ponieważ ogromne drzwi otworzyły się przed nim. Strażnicy pchnęli go do przodu, a on cudem nie upadł. Spojrzał na dużą sale. Na jej szczycie była ława, gdzie było dwunastu starszych mężczyzn w bordowych szatach. Nie było praktycznie ścian tylko ogromne okna, który pokazywały piękny widok. Z jednej strony piękne miasto, a z drugiej bajeczne wzgórza. Widok był piękny, ale co z tego jak chłopak czuł, że wewnętrznie umierał. Po bokach były ławy dla świadków, jednak były one praktycznie całkowicie puste. Tylko jedno miejsce zajmował mężczyzna w szarej szacie. Nie widział jego twarzy. Na chwiejnych nogach podszedł do mównicy. Czuł się jakby był w sądzie. Nie było to, jednak miejsce, które znał. Oparł dłonie na mównicy i spojrzał na mężczyzn pustym wzrokiem. Jeden z nich wstał i przemówił bezbarwnym tonem.
- Samuel Night. Syn Nienarodzonej i Upadłego - przedstawił go, a chłopak od razu rozpoznał go. Zanim jeszcze ściągnął kaptur.
- Ty gnoju!Zabiłeś mi rodziców!Zniszczę cię! - krzyknął brunet. Wezbrała w nim furia.
- Spokój!Mówisz do najwyższego z Rady! - odezwał się mężczyzna po prawej stronie Albusa.
- Piep**e to kim jest! Dla mnie jest mordercą! - krzyknął i ruszył w ich stronę. Momentalnie, jednak pojawił się jeden ze Strażników i chwycił go za ramiona. Black uśmiechał się tylko złośliwie, patrząc na bezradność chłopaka.
- Zapłacisz mi za ich śmierć! - zapowiedział, po czym uspokoił się, wiedząc, że to bez sensu. Wyszarpnął się i stanął prosto na środku sali.
- Czego wy ludzie chcecie ode mnie? - spytał ostro, a oni spojrzeli po sobie, po czym odezwał się się Albus:
- Jesteś z przepowiedni, a Rada Starszych zdecyduję co zrobić z tobą. Masz prawo powiedzieć coś w swojej obronie
- Jakiej obronie?! Ja nie wiem o jaką pieprz*ną przepowiednie wam chodzi! Jesteście chorzy psychicznie! - powiedział zły. Nie miał nic do stracenia, a nie umiał opanować nerwów.
- Jak śmiesz?! Jesteśmy Nienarodzonymi, a ty powinieneś nam dziękować. Dzięki nam ziemia i ludzie jeszcze istnieją! - powiedział blondyn po prawej głównego z Rady.
- Że kim? Jesteście mordercami! Za nic wam nie będę dziękował! Gardzę wami! - krzyknął, niemal,plując na nich ze złości.
- Zamilcz! - powiedział ostro Albus, krzyżując się spojrzeniem z młodym. Reszta Rady Starszych zaczęła coś szeptać. Jeden przez drugiego zerkał na chłopaka, który ledwo powstrzymywał gniew.
- Skoro nie masz nic do powiedzenia to będziemy głosować - rzekł Black, a reszta ucichła,czekając na pytanie szefa.
- Kto jest za egzekucją chłopaka? - spytał Albus i momentalnie w górę wystrzeliło dziesięć rąk.
- Kto jest za ułaskawieniem? - zapytał. Żadnej ręki.
- Kto się wstrzymuje? - spytał i dwie ręce się uniosły. Chłopak nie wierzył w to co słyszy.
- Za co wy chcecie mnie zabić? - spytał zły. Nic nie rozumiał. Co niby takiego zrobił, że chcieli go zabić?
Albus Black spojrzał w jego szaro-niebieskie oczy i powiedział coś co sprawiło, że serce chłopaka zatrzymało się z przerażenia.
- Ponieważ jesteś synem pierwszego Upadłego, Lucyfera - chłopak stał jak kamień z lekko rozchylonymi ustami. Nie wierzył w to co usłyszał. Dwaj Strażników chwyciło go i z trudem zmusiło do pójścia do drzwi.
- Zabierzcie go do lochu, aż do podjęcia decyzji o rodzaju egzekucji - usłyszał jeszcze głos mężczyzny, a potem wyłączył świadomość, poruszając machinalnie nogami.
To koniec - pomyślał.
                             **********
   Po paru minutach, gdy Arivan otrząsnęła się z szoku, wstała i oparła się o ścianę. Przerażenie ogarnęło całe jej ciało, a w głowie było tylko jedno zdanie. Spóźniłaś się. Spóźniłaś się...
Dziewczyna cała się trzęsła czuła jak boleśnie serce odbija się od żeber. Bała się. Bała co zrobią z Samuelem. W jej głowie pojawiały się najgorsze myśli. Powieszą go, będą torturować, spalą na stosie, obedrą ze skóry. Nie miała na to siły. Wzrok jej się zamazywała, a ona nie zdała sobie sprawy, kiedy zaczęła płakać. Słone łzy ciekły po jej polikach i spływały po podbródku. Opadła na kolana, chowając twarz w dłoniach. Kiwała przecząco głową. Nie chciała dopuścić do siebie tej wiadomości. Ona, jednak boleśnie odbijała się po jej głowie. Myślała gorączkowo.
- Alias. Muszę wrócić do Alias - szepnęła sama do siebie. Wstała na miękkich nogach i skierowała się do drzwi. Otarła łzy i spojrzała na ciała rodziców Samuela. Poczuła ogromne poczucie winy, że to przez nią umarli. Nie mogła, jednak teraz załamać się. Musiała uratować chłopaka. Wyszła szybkim krokiem na dwór i złapała głęboki oddech powietrza. Odchyliła głowę do góry i wyprostowała się. Jak miała dostać się do Alias, skoro bram pilnowali Strażnicy. To było niemożliwe. Musiała, jednak spróbować. Dla niego.
- Pomogę ci dostać się do Alias - usłyszała dobrze znany jej głos. Odwróciła się na pięcie, a w dłoni miała już miecz. Młody wampir stał oparty o motor jej chłopaka ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Niby jak? - spytała ostro.
- To proste. Jako syn królowa wampirów mam przepustki - odpowiedział, nie spuszczając z niej ciekawskiego wzroku.
- A co chcesz w zamian? - zapytała. Nie miała czasu na targowanie. Była gotowa poświęcić wszystko, byle tylko uratować Samuela.
- Nic nie chce - odpowiedział Vladimir z chytrym uśmieszkiem.
- Nie pieprz. Znam cię nie od dziś i wiem, że nic nie robisz za darmo. Więc gadaj co chcesz - powiedziała ostro, a on zrobił krok w jej stronę.
- Ała. Nie oceniaj mnie tak surowo. Skarbie chcę pomóc mojej przyjaciółce tyle... No i towarzyszyć jej w Alias - powiedział. Był od niej może dwa kroki. Było to zbyt blisko dla niej.
- Dobra. Ale co będziesz miał z tego? - spytała,przyglądając mu się uważnie. Nie ufała mu ani trochę, ale był jej jedyną opcją.
- Jesteś tą z przepowiedni, więc chcę po prostu później, abyś wiedziała, że jestem po twojej stronie, gdy przepowiednia się spełni - odpowiedział z twarzą tuż przy jej. Cofnęła się o krok i skinęła głową.
- Zgoda. Chodźmy już - powiedziała sucho, a on uśmiechnął się.
- Jak rasowa przywódczyni - skomentował i ugiął kolana. Przed odbiciem się, powiedział do niej:
- Trzymaj się mnie.
Odbiła się od razu po nim i wzniosła się w powietrze. Leciała nad miastem w stronę lasu. Vladimir doskonale wiedział, gdzie chciał dotrzeć. Popisywał się przed nią, robiąc różnorakie akrobacje. To obroty, to piruety, to jakieś wygibasy. Normalnie komentowałaby to, ale wtedy nie miała na to najmniejszej ochoty. Myślała tylko i wyłącznie o Samuelu, aby zdarzyć na czas. Nie bała się przeciwstawić Radzie. Nie bała się o karę za wtargnięcie do Alias, ale o życie chłopaka. Oto, że go zamordują. Gdyby chcieli go mieć jako Nienarodzonego, nie zabiliby jego rodziców. Wciąż miała obraz martwych ciał w kałuży krwi. Dzień wcześniej widziała ich uśmiechniętych i radosnych. Najprawdopodobniej widziała też ich wspomnienia. A chwile temu widziała ich sztywne ciała z wymalowanym bólem na twarzy. Wiedziała, że to jej wina. Czuła straszny ciężar na sercu, ale strach o niego był trzy razy gorszy.
Leciała parę metrów za wampirem i zobaczyła jak pikuje w dół w sam środek lasu. Arivan westchnęła i poszła w ślad za nim. Otoczyła ją ciemność i chłód drzew, po czym wylądowała płynnie na ziemi. Dziewczyna ujrzała proste plecy Vladimira i dwóch innych mężczyzn przed nim. Obaj blondyni. Byli identyczni, a różnicą były ich włosy. Jeden z nich miał kręcone, a drugi proste. Ich niebieskie oczy co chwila łypały podejrzliwie na nią. Wyglądali na normalnych, dobrze zbudowanych nastolatków. Biła od nich magiczna aura, ale taka, której ona nie znała. Nigdy wcześniej nie czuła takiej mocy. Czuła dreszcze na ciele. Chłopcy szeptali coś pomiędzy sobie, ale głos młodego wampira był zdenerwowany. Arivan, chcąc coś usłyszeć użyła daru i wyostrzyła słuch. Udawała, że był wpatrzona w ziemię, ale słyszała ich wymianę zdań.
- Pan nie będzie zadowolony. Wiesz jak nie lubi sprzeciwu.
- Wezmę to na siebie. Ona musi wiedzieć.
- Nie! On mówił, że albo sama się dowie albo w ogóle!
- Nie ma czasu. Musi poznać prawdę.
- Nie!
- Słuchajcie. Złapali chłopaka, jeśli czegoś nie zrobimy to go zabiją!
I nastała głucha cisza. Każde słowo odbijało się w głowie dziewczyny, jak dzwon. Serce boleśnie uderzało o żebra. W oczach miała łzy, ale nie mogła rozkleić się w tamtym momencie. Musiała być twarda i nieugięta.
- Ale Pan mówił, że...że on bezpiecznie do nas dotrze. Szpieg nawalił - usłyszała głos blondyna w prostych włosach. Na słowo szpieg nasunęła mu się jedna osoba. Lukas Blackwell. Była pewna na 99%, że to on. Wezbrała w niej złość i miała ochotę kogoś pobić. Wiedziała, że coś z nim było nie tak, ale nie myślała o zdradzie Rady Starszych. Zawsze wydawał się być bezwzględnie posłuszny im. Wiedziała kogo pierwszego zabiję przy okazji. Nigdy nie zabijała, ale teraz była gotowa zrobić to bez skrupułów.
- Widzisz. Musimy, więc ratować sytuacje. Musimy dostać się do Alias! - powiedział stanowczo Vladimir i cała trójka wyprostowała się. Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała na chłopaków. Czekała, przestępując z nogi na nogę. Niecierpliwiła się strasznie i denerwowała, bo czas mijał.
- Arivan poznaj oto Max i Rolanda - przedstawił, pokazując wpierw na tego o kręconych włosach.
- Dobra. Pomogą? - zapytała od razu, a on uśmiechnął się chytrze.
- Młoda ty się tak nie mądruj - powiedział Roland, patrząc na nią uważnie.
- Odczep się. Vlad to jak będzie? - zwróciła się do wampira. Blondyn o prostych włosach zrobił krok w przód, a na jego usta wypełzł złośliwy uśmieszek.
- I ona jest niby tą z przepowiedni? Trochę opryskliwa jak na anielice - skomentował. Dziewczyna zmroziła go wzrokiem, czując jak z o puszków jej palców przeskakują iskry. Ogień z jej wnętrza zaczynał się wydostawać. Starała się to powstrzymać, ale nie za bardzo jej się to udawało.
- A chcesz mieć spłaszczony ten ryj, czy wreszcie uzyskam odpowiedź? - zapytała zgryźliwie. Vladimir zaśmiał się, zerkając to na Arivan to na braci.
- Dobra, dobra Ari wiem, że świerzbi cię moc, ale opanuj się jeśli chcesz uratować tego fagasa - powiedział spokojnie. Dziewczyna spojrzała wpierw na blondynów potem na następce tronu wampirów. Zdziwiło ją, że wiedział o aktywującej się z niej mocy.
- Dobra. To jak będzie? - zapytała sucho.
- Jaka chamska. A podobno Nienarodzeni są mili. Co za kłamstwo - odezwał się drugi blondyn imieniem Maks. Ta westchnęła, tracąc siłę na odzywki. Chciała po prostu odnaleźć już chłopaka i aby całe te tajemnice się skończyły.
- Wyobraź sobie, że mam więcej na głowie niż bycie miłą dla wszystkich wokół - powiedziała cicho, drżącym głosem. Ręce także jej drżały, więc zacisnęła je w pięści.
- Dobra tak, więc Arivan ci dwaj tutaj to Upadłe Anioły. Synowie Belzebuba i pomogą nam dostać się do Alias-powiedział wampir, a ją zatkało. Nigdy wcześniej nie widziała anioła, a tym bardziej nie Upadłego. Była zszokowana, bo mówiono o nich, że są gorsi od demonów. Że są okrutni, bez uczuć i nie mają za grosz skrupułów. Ci może nie byli najmilsi, ale nie wydawali się potworami. Wiedziała, jednak, że nie mogła ich ocenić, bo nie znała ich. Jej usta były lekko rozchylone co wywołało uśmiech na twarzach pozostałych.
- Zaraz zaczniesz się ślinić - ostrzegł Roland, a ona momentalnie się ocknęła.
-Sorry. Nigdy wcześniej nie spotkałam Upadłego.-przyznała, opuszczając zawstydzona wzrok.
- Nie dziwię się. Nie często spotykam się z Nienarodzonymi. Mamy raczej złą opinię wśród was - powiedział Max. Skinęła tylko głową i spojrzała na Vladimira. Chyba zobaczył w jej oczach łzy, bo spoważniał.
- Dobra to co możemy ruszyć? - zapytał, podchodząc do niej.
- Drugiemu się spieszy, ale dobrze. A pogadamy kiedy? - spytał ze złośliwym uśmieszkiem, zerkając na wampira. Ten skinął głową, ale jego twarz nie miała typowego uśmieszku.
- To zaczynamy. Szybszy sposób czy wolniejszy? - zapytał Roland, zacierając dłonie z zadziornym uśmiechem.
- Szybszy! - powiedziała od razu Arivan, a Vlad westchnął i podszedł do niej.
- Przytrzymaj się mnie. Ten sposób nie jest zbyt przyjemny - szepnął jej na ucho, obejmując jedną ręka. Niepewnie przysunęła się do niego, czując się nieswojo. Dwaj Upadli stanęli naprzeciw siebie i zaczęli mówić coś w nieznanym jej języku. Chwycili się za ręce, a wokół nich zaczął wzniecać się wiatr. Iskry przeskakiwały pomiędzy nimi, a wiatr był coraz silniejszy. Arivan czuła coraz większy chłód. Nagle pomiędzy dłońmi Upadłych pojawiła się błękitna kula. Zaczęła rosnąć, a oni złapali ją i rozciągnęli,tworząc jakby okrągłe drzwi. Były wysokości 2 metrów. Zadowoleni z siebie chłopacy, odwrócili się do młodzieży.
- Państwo pierwszy - powiedzieli równocześnie, z uśmiechem, który nie wróżył nic dobrego. Vladimir podszedł z Arivan u boku do przejścia. Dziewczyna ze starych ksiąg ojca, wiedziała, że to portal i umiały go tworzyć tylko potężne istoty. Wiedziała też jaki jest niebezpieczny.
- Postaraj się nie myśleć - szepnął z pokrzepiającym uśmiechem, a potem porwał ich wir portalu.
                             *********
  Arivan upadła na twardą ziemię, łapiąc łapczywie powietrze. Z trudem oddychała. Gdy była w portalu czuła jakby ktoś rozrywał jej ciało na części, a potem po wyjściu z niego znów je łączył. Bolały ją wszystkie kości i mięśnie, a płuca paliły jakby podpalone. Przymknęła oczy, klęcząc na ziemi. Skupiła się, aby unormować oddech. Brała głębokie wdechy i powoli wydychała powietrze ustami. Poczuła chłodną dłoń na ramieniu. Wiedziała, że to Vladimir stał nad nią.
- Wszystko gra? - zapytał, klękając przy niej. Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz. Zdziwiło ją to, że zobaczyła w jego oczach. Troskę i zmartwienie. Uśmiechnęła się i skinęła głową.
- Nie było przyjemne, co? - spytał, z lekkim uśmiechem.
- Nie będzie to mój ulubiony środek transportu - skomentowała z bladym uśmiechem. Zaśmiał się i wstał, podając jej dłoń. Przyjęła ją i wstała. Czuła dość silne zawroty głowy, ale to było nie ważne, bo udało im się. Stali na wzgórzu i widzieli piękne miasto. Miasto, w którym dorastała. Gdzie miała mnóstwo wspomnień. Gdzie świecił zawsze piękny biały księżyc, a gwiazd było więcej niż gdziekolwiek indziej. Alias. Świat Nienarodzonych. Jej dom. Uśmiechnęła się pod nosem, ale uśmiech znikł z jej twarzy, gdy zobaczyła ogromny budynek na wzgórzu. Dwie ściany były ze szkła, a reszta pokryta starą cegłą. Budynek był cudowny, ale to co w nim się odbywało nie było ani trochę fajne. Przeszły ją dreszcze, gdy dostrzegła płomienie pochodni, zapalające się przed nim i na jego ścianach. Wiedziała co to oznaczało. Ścisnęło się jej serce ze strachu.Spojrzała przerażona na chłopaka obok i zaraz za niego.
- Gdzie tamci? - spytała. Myślała, że będą z nimi. Może ich siła by im pomogła. Niestety nie miała na co liczyć. Nigdzie ich nie było. Nie wyczuwała tego.
- Nie chcą ryzykować - odpowiedział krótko, patrząc przed siebie. Arivan westchnęła i uklękła. Nie miała czasu do stracenia.
- Ja lecę. Ty nie musisz - powiedziała i odbiła się od ziemi. Wzbiła się w powietrze, ponad chmury i poleciała w stronę budynku. Teleportacja byłaby szybsza, ale wykryliby ją od razu. Przy Ratuszu były specjalne czary ochronne. Podobne tylko znacznie silniejsze były na granicach światów. Dlatego nie mogła po prostu sama się tutaj teleportować. Ciekawiło ją jak udało się teleportować bez wiedzy Rady Starszych, Upadłym. Nie miała, jednak na to czasu. Od razu wyczuła za sobą chłopaka. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy zrównał z nią lot.
- Sama wpadasz w kłopoty, a ja jestem ciekaw w jakie tym razem - odezwał się z chytrym uśmiechem. Pokiwała głową z dezaprobatą i zapikowała w dół. Wylądowała na dachu budynku, cicho jak powietrze. Vladimir był tuż obok niej.
- Dobra, a jak masz zamiar dostać się do środka niezauważona? - spytał, a ona przygryzła dolną wargę. Nie miała czasu nad tym myśleć wcześniej. Teraz, jednak miała pustkę w głowie. Mogła wypalić dziurę ogniem w dachu, ale od razu by o nich wiedzieli. Woda raczej nie była tutaj przydatna. Zamknęła oczy, przeczesując włosy ręką. Westchnęła poirytowana, ale w głowie pojawił jej się cichy,znajomy głos. Głos jej matki, mówiący: Spróbuj wiatru. Dziewczyna zaczynała tracić już siły, ale jej matka mogła mieć rację. Była to jej jedyna szansa. Skupiła się z całej siły tak jak przy ogniu i wodzie.Nie było łatwo jej to zrobić, bo czuła, że w środku jest gdzieś Samuel. Czuła mnóstwo energii Nienarodzonych i jedną wyjątkową. Tego chłopaka o szaro-niebieskich oczach. I to sprawiło, że zebrała w sobie całą energie. Czuła jak z samego środka jej wylatuje wiatr. Wsiąkał w jej żyły i mięśnie. Czuła jak zanikają i jak zrobiła się strasznie lekka. Jej nogi oderwały się od ziemi. Usłyszała jak chłopak z boku wciągnął powietrze ze świstem. Spojrzała w dół na swoje i zobaczyła tylko przezroczystą poświatę. Domyśliła się, że jej nie widział. Zerknęła na niego w bok i chwyciła go za rękę. Wlała wiatr w niego, a on się wzdrygnął. Nie wyrwał, jednak dłoni z uścisku. Już po chwili zamrugał oczami i spojrzał na nią z chytrym uśmieszkiem.
- Fajna sztuczka. Chyba lepiej nie być twoim wrogiem - skomentował, a ona puściła go. Spojrzała na gwiazdy i wiedziała, że nie zostało dużo czasu. Za chwilę będzie północ.
- Lepiej nie - przyznała sucho i ruszyła niczym duch do skraju dachu. Gdy tam była usłyszała charakterystyczne bębnienie, oznaczające początek egzekucji. Przerażona zrobiła krok w przód i opuściła się do połowy wysokości okien budynku. Vladimir był zaraz za nią. Dziewczyna spojrzała na salę. Rada w czerwonych płaszczach zajmowała swoje miejsce. Na trybunach było kilkunastu Nienarodzonych, a na samym środku klęczał chłopak. Miał szary płaszcz na sobie i kaptur, zasłaniający twarz.Jednak postawa i wymykające się kosmyki włosów mówiły, że to Samuel. Zanim stał kat z czerwonym ostrzem w dłoni. Arivan ruszyła do przodu, jednak nie udało jej się przejść przez szybę. Dotknęła jej dłońmi, ale nie mogła nic zrobić. Patrzyła przerażona na rozgrywającą się scenę na sali. Zdziwiło ją jedno. Nigdzie nie było Lukasa. Nie miała, jednak czasu, aby o tym myśleć, bo Albus Black wstał i przemówił chłodnym tonem.
- Zebraliśmy się tutaj,aby dokonać egzekucji Samuela Night'a. Wyrok wykonany zostanie przez podcięcie szyi-rzekł, a cała sala czekała w oczekiwaniu. Dziewczyna patrzyła szeroko otwartymi oczami na środek sali z jej chłopakiem.
- Wykonać wyrok - dotarł do jej uszu suchy ton Albusa. Po poliku dziewczyny spłynęła łza. Usłyszała głos wampira za sobą, ale nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
- Przykro mi - Arivan patrzyła zdrętwiała jak kat podnosi miecz i przystawia go do szyi chłopaka. Chciała coś zrobić,  chciała to przerwać. Zaczęła walić z całej siły pięściami w szybę, ale metalu. Usłyszała dźwięk rozcinanej z precyzją skóry, a potem spokojną noc przerwał przeraźliwy krzyk. Krzyk pełen bólu. Krzyk wydobywający się z gardła Arivan:
- Nie!!!
                 **********
Tak wiem, że mnie pozabijacie za zakończenie. Wredna ja, ale cóż trzeba trochę dramatu nie? A następny rozdział pojawi się dopiero w weekend chyba, że jakoś mnie zmotywujecie :) Czekam na wasze (mordercze lub nie) opinie :D
A teraz uciekam się kryć :*
       -Dont Cry To Me