piątek, 30 października 2015

Rozdział.10.

       Mężczyzna stał na środku polany. Dookoła płonął stary las. Trawa i ziemia płonęły na około niego, ale on nie przejmował się tym. Stał z ręki na plecach. Miał nienaganną czarną marynarkę i spodnie. Długie do połowy włosy w kolorze śniegu, były idealnie proste. Mięśnie były napięte pod ubraniem. Jego czarne jak noc oczy były puste jak studnia. Twarz blada jak z marmuru miała ostre rysy. Wyglądałby jak normalny trzydziestolatek, gdyby nie jeden szczegół. Ogromne, czarne skrzydła wyrastające z jego pleców. Były zarazem piękne i przerażające. Przeplecione łańcuchami, które wydawały się strasznie ciężkie. 
Ogień sięgał coraz wyżej, ale go nie dotykał. Zupełnie jakby była wokół niego jakaś bariera. Czekał cierpliwie, aż przyjdą jego słudzy. Denerwował się coraz bardziej, bo wiedział, że czas uciekał nieubłaganie. W końcu zobaczył jak dwóch młodych chłopaków nadlatuje z daleka. Lecieli płynnie, a jeden próbował przegonić drugiego. Obaj byli podobni do siebie tyle, że jeden miał kręcone blond włosy, a drugi proste. Ich skrzydła nie była tak wielkie, ale również budziły zachwyt. Miał szary kolor z prześwitami czarnego. Wylądowali płynnie przed panem, klękając na jedno kolano.
- Witaj najmroczniejszy panie - rzekli równocześnie, z opuszczonymi nisko głowami. 
- Wstańcie i mówcie co wiecie-powiedział ostro mężczyzna, obaj wstali. 
- Panie nasz szpieg mówi...
- On powiedział, że....
- Zamknij się.
- Nie ty nie się ucisz - przekrzykiwali się nawzajem.
- Ja powiem!
- Nie ja! - i zaczęli się szarpać. Ich przywódca westchnął. 
- Spokój! - powiedział władczo, a oni momentalnie stanęli sztywno, patrząc na szefa. Ten pokiwał głową z dezaprobatą. 
- Dzieci Belzebuba, a zachowują się jak smarkacze - skomentował sucho, a oni opuścili głowy.
- Wybacz panie - rzekli razem skruszeni. 
- Roland mów co się dowiedzieliście - powiedział do blondyna o prostych włosach. Ten skinął głową i spojrzał na mężczyznę.
- Nasz szpieg nie znalazł jeszcze chłopaka, ale twierdzi, że to tylko kwestia czasu - odpowiedział spokojnie chłopak.
- Nie ma tego czasu! Dałem mu go już dość! - krzyknął zły, a obaj słudzy cofnęli się przerażeni.
- Panie on mówił, że wie kto o nim wie tylko musi wydusić to z tej osoby - powiedział cicho ten o kręconych włosach.
- Co za nieudacznik!Dałem mu proste zadanie! Znaleźć chłopaka i tyle! A on tego nie potrafi?! Dziecko by dało radę! - mówił zły, chodząc w tą i z powrotem. Chłopcy stali z opuszczonymi głowami,co chwila zerkając na pana.
- Czas ucieka. Planowałem to tyle lat. Zawsze chłopak nie dożył osiemnastu lat, a teraz jak wszystko jest na dobrej drodze to ten debil wszystko mi spieprzy! Nie mogę na to pozwolić... - mówił do siebie co chwila, patrząc na nich. Nagle stanął i spojrzał na sługów.
- Wy dwaj macie powiedzieć mu, że ma jeszcze 48 godzin, a jeśli nie znajdzie chłopaka sam go odwiedzę i wtedy pogadamy inaczej! - powiedział ostro, a dwaj chłopaków skinęło głowami. Nim odlecieli blondyn o prostych włosach zapytał:
- Panie, a co z dziewczyną?
- To proste, albo dołączy do nas, albo będzie naszym wrogiem - rzekł ostro, a słudzy spojrzeli po sobie. 
- Lećcie i powiedźcie mu to, a ja mam spotkanie z naszymi sojusznikami! - rozkazał, a tamci momentalnie odbili się do góry i odlecieli, rozjuszając bardziej ogień. 
Mężczyzna stał, myśląc gorączkowo. Denerwował się, że nie idzie po jego myśli. 
- Nie pozwolę, aby zaprzepaścił mój plan jakiś debil! - syknął, odwracając się. Ugiął kolana i odbił się od ziemi. Jego wielkie skrzydła zaczęły równomiernie machać, wzbijając go w górę. Miejsce, gdzie stał od razu pochłonął ogień. Teraz już pustoszył cały teren. Ogień miał pochłonąć cały świat.
                     *********
       Arivan otworzyła oczy. Zobaczyła ciemność nocy i przebłyski światła księżyca. Spojrzała w bok i zobaczyła nagą klatkę piersiową Samuela. Oddychał równomiernie, a ona uśmiechnęła się,przypominając sobie wcześniejsze zdarzenia. Ich niesamowite pożądanie, rozkosz i spełnienie. Dziewczyna nigdy wcześniej nie robiła tego z nikim,ale nie żałowała, że zrobiła to z nim. Czuła teraz znowu te skurcze w żołądku. Uniosła się do pozycji siedzącej, a kołdra opadła na jej nogi. Pisnęła cicho i zakryła się nią pod szyję. Spojrzała z rumieńcami na chłopaka, ale ren spał spokojnie z lekkim uśmiechem na ustach. Widok jak śpi był tak słodki i uroczy, że sprawiał, że serce dziewczyny rozpływało się. Pochyliła się nad nim i pocałowała delikatnie w skroń.
Po czym powoli przesunęła na skraj łóżka i sięgnęła po bieliznę na ziemi. Szybko włożyła stanik, a później,wstając majtki. Wzięła też z ziemi bluzkę chłopaka i założyła ją. Była dużo za duża, ale pachniała nim i była przytulnie ciepła. Podeszła na palcach, nie chcąc go obudzić, do okna.
Wyjrzała przez nie, ale nic nie zobaczyła. Obserwowała czujnie las w oddali,ale nic nie dojrzała. Z uśmiechem spojrzała na drzewo, gdzie wcześniej siedziała,obserwując go. Teraz miała go przy sobie i czuła spokój w środku. Był też, jednak strach że straci go.
Oparła się o parapet i patrzyła zadumana na gwiazdy. Było ich mnóstwo, a ona wyobrażała sobie, że jedną z nich jest jej matka, a zaraz obok ojciec. Widziała jak przyglądają jej się uważnie i albo się uśmiechają,albo załamują ręce nad jej czynami. W duchu modliła się, aby jakimś cudem nie wiedzieli o tym co zrobiła z Samuelem. Domyślała się, że tata w szczególności nie byłby szczęśliwy.
Stała tak jakiś czas, aż coś za jej plecami upadło na podłogę. Od razu odwróciła się gotowa do ataku, ale nikogo nie ujrzała. Chłopak spał dalej na łóżku. Nie wyczuwała nikogo w pokoju, ale wolała być pewna i czujna. Rozejrzała się i powoli podeszła do łóżka. Chciała z powrotem położyć się obok niego,ale wtedy jej uwagę przykuła jedna rzecz na podłodze. Czarny notes,którego wcześniej tam nie było. Była tego pewna. To musiało spaść,ale skąd. Biurko było ponad pół tora metra od notesu, więc sam by tak daleko nie upadł.
Zaczynała się martwić. Podeszła i wzięła go do ręki. Wiedziała, że to Samuela i nie powinna otwierać, ale od dawna zżerała ją ciekawość. Niepewnie otworzyła go i zobaczyła pierwszy rysunek. Zupełnie jakby kraty więzienia,a za nimi jakiś mężczyzna schowany na za kapturem. Rysunek był tajemniczy,ale wyglądał realnie. Następne rysunki przedstawiały tego samego faceta tyle, że w różnych sytuacjach. To stał na polanie, a z jego pleców wyrastały piękne skrzydła. Albo tańczący z jakąś dziewczyną. Twarze obojga były ukryte. Było parę rysunków z tamtym mężczyzną, a potem zobaczyła rysunek dziewczyny. Leżała na łóżku, identycznym jak to chłopaka. Miała ranę na głowie, a koszulka była przesiąknięta krwią. Dopiero po chwili zrozumiała, że to była ona. Zaparło jej dech. Spojrzała na następną kartkę. Także ona tyle, że stoi na dworze odwrócona plecami i patrzy z boku. Uchwycił emocje na jej twarzy. Strach, niepewność i zmartwienie. Rysunek był praktycznie idealną kopią jej. Następne rysunki przedstawiały ją w różnych pozycjach/sytuacjach. Na jednym wygina się tańcząc. Na innym stoi pod drzewem,patrząc w niebie. Jeszcze na innym podaje kawę mężczyźnie, ubrana w swój uniform pracownika. Na kolejnym siedzi pod ścianą z podkulonymi nogami. Na jeszcze innym widać ją jak wbija nóż w potwora. Miała na sobie czarny płaszcz, a ostrze wydawało się identyczne jak to jej. I nie myliła się. To była sytuacja, gdy pierwszy raz go spotkała i uratowała. Ale on był nieprzytomny,więc skąd by to pamiętał?- pytała siebie w myślach.
Następnie był obraz ich tańczących razem i moment, gdy prawie się pocałowali. Na ostatniej z zarysowanych kartek był moment, gdy całują się na ulicy. Widząc to łzy pojawiły się w jej oczach. To było cudowne. Nigdy wcześniej nie przeżyła czegoś takiego, a ten chłopak dawał jej coraz więcej szczęścia. Patrzyła na rysunek jaj zahipnotyzowana, czując jakby wargi Samuela na swoich. Przymknęła lekko oczy, gdy nagle ktoś chwycił ją w talii. Pisnęła, ale rozpoznała dłonie bruneta.
Ten przyciągnął ją do siebie, tak że jego klata przylegała do jej pleców. Objął ją mocno w talii, a ona położyła jedną dłoń na jego. Drugą wciąż trzymała notes. Zamknęła oczy, a on położył głowę na jej szyi. Jego ciepły oddech wywoływał przyjemne dreszcze, a twardość,którą czuła na pośladkach wzbudzała podniecenie. Chłopak delikatnie przygryzł płatek jej ucha, a ona jęknęła cichutko, czując jak dreszcze przebiegają po jej ciele. Zaśmiał się cicho i przygryzł jeszcze raz. Dziewczyna zaczęła szybciej oddychać, a on pocałował zagłębienie w jej szyi. Pocałował kolejny raz i zaczął ssać jej skórę i lekko podgryzać. Dziewczyna odchyliła głowę na bok, dając mu łatwiejszy dostęp. Chłopak robił chwilę jej malinkę, po czym dmuchał na nią. Czuła lekkie pieczenie, ale nie bolało jej. Uśmiechała się lekko.
- Jesteś moja  - szepnął na ucho, a ją przeszły kolejne dreszcze.
- Oglądałaś moje bazgroły  -powiedział, ale w jego głosie nie było złości czego się obawiała. 
- To nie bazgroły. Masz talent Samuel - powiedziała szczerze, patrząc na rysunek. Ciężko było się skupić,gdy rosło w niej pożądanie z każdą chwilą.
- Mmm - zamruczał tylko i zaczął składać pocałunki na jej szyi. Przymknęła oczy,rozkoszując się dotykiem jego słodkich ust. Traciła powoli świadomość. W podbrzuszu pojawiły się skurcze, a ona czuła jak jej nogi trzęsą się. Siłą napinała mięśnie, aby nie upaść. Dłoń chłopaka zjechała niżej i znalazła się w jej majtkach. Znalazł jej czuły punkt i poruszył nim, przez co jęknęła i odruchowo chwyciła się jego silnych ramion, czując, że długo sama nie ustoi. Niemal widziała jego uśmiech, choć nadal obcałowywał jej szyję. Zaczął poruszać palcem, ocierając o ten punkt, a ona co chwila jęczała targana dreszczami i skurczami w podbrzuszu.
Poruszał nimi coraz szybciej, gdy nagle wsunął jeden w nią. Jęknęła głośno i poczuła jak traci władzę w nogach. Jednak silna dłoń chłopaka nie pozwoliła jej upaść. Przytrzymał ją mocno i zanurzył głębiej palec. Czuła jak pożądanie osiąga szczyt, więc zaczęła ocierać się o niego, nie świadoma co robi. Samuel cicho westchnął z zadowolenia i nagle wyciągnął dłoń z jej bielizny. Momentalnie obrócił ją twarzą do siebie i natarł na jej usta. Nie była całkiem świadoma, ale oddawała pocałunki. Chwycił ją za tyłek i uniósł, a ona oplotła nogi wokół niego. Wiedziała co się stanie i nie mogła się doczekać. Zatracili się znów w sobie.
                  *********
    Następnego dnia, gdy tylko Arivan wstała cicho ubrała się i wyszła od niego, zostawiając kartkę przy łóżku, że przyjdzie do niego wieczorem. Szybkim krokiem szła przez ulice, starając się myśleć racjonalnie. Przeczuwała, że stanie się coś złego. Musiała dowiedzieć się co takiego.
Dziwne wydawało jej się to, że śnił jej się Blackwell. Widziała go całego w ranach, w jakiejś cuchnącej celi. Wydawało jej się to, jednak nierealne. Zawsze był posłuszny Radzie Starszych, więc dlaczego mieliby go karać. Zaczynała się martwić, że wariuje. Zastanawiała się czy Vladimir powiedział ojcu o jej darze. Jeśli tak to miała kłopoty. Wiedziała, że sama nie obroni siebie i chłopaka przed wampirami. Miała tylko nadzieję, że uda jej się go gdzieś ukryć. Myślała, gdzie ale było to ciężko, bo co chwila wracały wspomnienia z nocy i nie mogła się skupić. Uśmiechała się na samą myśl o chłopaku.
Dochodziła już do pracy, gdy ktoś wpadł na nią. Zachwiała się, ale zaraz złapała równowagę i spojrzała na nieznajomego. Miał puzowatą twarz i niebieskie oczy. Blond włosy były jak zawsze w nieładzie, ale nadawały mu chłopięcy urok. Rozpoznając swojego znajomego z Alias Marka uśmiechnęła się i przytuliła go.
 -Co ty tu robisz Mark? - spytała, a chłopak wyprostował się. Na jego twarzy był niepewny uśmiech,a w oczach kryło się zmartwienie.
- Mam zadanie na ziemi - odpowiedział, a ona uśmiechnęła się szerzej.
- To świetnie twoje pierwsze zadanie poza Alias! Jakie dostałeś? - spytała szybko, a młody Nienarodzony lekko się speszył.
- Mam uratować jakąś dziewczynę od chłopaka sadysty. Niby gdzieś tutaj - odpowiedział niepewnie.
- Łał jak na pierwszy raz to nie masz zbyt łatwego zadanie - skomentowała, a on zaśmiał się sucho. Wiedziała, że coś go trapiło. Wyczuwała to, był marny w maskowaniu uczuć.
- Co cię martwi Mark? - zapytała,przyglądając mu się uważnie. Chłopak odwrócił od niej wzrok, patrząc a bok. Widziała, że wahał się czy jej powiedzieć. Zachęciła go uśmiechem.
- Mów. Mo możesz zaufać,przecież wiesz - dodała, a on spojrzał w jej zielone oczy, bijące szczerością. 
- Ja...Arivan ja muszę ci to powiedzieć! - wyznał łamiącym się głosem. Wiedziała, że to co powie będzie bardzo złe.
- Ja... Rada Starszych...oni kazali mi... Mówili...zabronili.. Nakazali... - plątał się Mark, a w niej rósł strach, gdy tylko usłyszała o radzie.
- Mark mów o co chodzi - pogoniła go, patrząc w przerażone niebieskie oczy.
- Oni rano odnaleźli ciebie u tego chłopaka...są pewni, że to ten z przepowiedni i...i.... - chłopak zaciął się siłą,powstrzymując łzy. Z każdym jego słowem serce dziewczyny przyspieszało ze strachu. 
- I ?Mów - pogoniła go.
- I kazali mi ciebie zatrzymać, abyś ich nie wyczuła, że idą po chłopaka. Są już u niego i... - dokończył, a ona poczuła, jakby ktoś wbił nóż w jej serce. Przerażenie osiągnęło szczyt.
- Mark!! Nie mówisz poważnie!! Zabije ich jeśli mu coś zrobią! - krzyknęła i zerwał się do biegu. Biegła jak najszybciej umiała, a po parunastu metrach skupiła się i znikła w chmurze złoto-błękitnego pyłu, zostawiając zdezorientowanego blondyna na chodniku. 
            ************
           Chłopak, gdy po przebudzeniu nie zobaczył obok siebie Arivan zląkł się, ale uspokoił się po przeczytaniu kartki od niej. Z uśmiechem na ustach ubrał czyste ubrania i zszedł na dół, gdzie jego matka robiła śniadanie.
- Co tam synku? - spytała, gdy usiadł przy stole, biorąc kanapkę z talerza.
- Wszystko gra. Gdzie tata? - spytał, rozglądając się po pomieszczeniu. Nigdzie go nie widział.
- Za domem robi coś w garażu. A kim jest ta brunetka, co tutaj nocowała? - zagadnęła kobieta, siadając naprzeciw syna. Ten przewrócił oczami, wiedząc, że bez przesłuchania się nie obejdzie.
- Arivan. Moja dziewczyna - odpowiedział krótko, biorąc łyk soku.
- Wydaję się miła. Dlaczego nie została na śniadanie? - spytała matka. Chłopak westchnął.
- Bo musiała iść do pracy - powiedział spokojnie. Kobieta uśmiechnęła się do syna.
- Rozumiem, że masz osiemnaście lat i mogło was ponieść. I ja z twoim ojcem byliśmy młodzi i nie bronimy ci tego. Mam tylko nadzieję, że zabezpieczyłeś się, aby nie zostać tatą-powiedziała poważnie, a on zaśmiał się. Rozbawiła go tym, jak krępowała ją rozmowa o tym.
- Tak mamo - skłamał. Nie myślał o tym wczoraj. Za każdym razem zatracał się a Arivan i chciał sprawić jej jak największą przyjemność. Zakochał się w niej po uszy i myślał tylko o niej. Omamiła go całkowicie.
- Dobrze - powiedziała tylko jego matka i usłyszeli jak otwierają się drzwi do domu.
- Tato to ty? - krzyknął, kończąc śniadanie. Wstał, ale nie usłyszał odpowiedzi odłożył do zlewu naczynia i odwrócił się. Stanął jak wryty, widząc obce osoby w drzwiach. Jego matka pisnęła, upuszczając brudne naczynia na podłogę. Było ich pięciu. Każdy dobrze zbudowany w płaczu i kapturze na głowie. W dłoniach trzymali długie, lśniące miecze. Jeden z nich, na samym przodzie, miał bordową szatę i patrzył na Samuela z chytrym uśmiechem. 
- Witaj chłopcze - odezwał się mężczyzna, robiąc krok w ich stronę. Chłopakowi same napięły się mięśnie. 
- Kim jesteś? - spytał ostro, chowając matkę za siebie. Przyglądał mu się ze złośliwym uśmieszkiem.
- Albus Black i przyszedłem zabrać cię do ojca - odrzekł.
- Ja mam ojca i matkę. To jakaś pomyłka - powiedział ostro, zerkając na czterech mężczyzn za Albusem. Wiedział, że nie pokona wszystkich. Zwłaszcza, że mieli profesjonalne ostrza.
- O nie mój drogi. To nie są twoi prawdziwi rodzice - powiedział, a na twarzy bruneta odmalował się szok.
- Kłamiesz!Prawda mamo? - zapytał, patrząc na Black'a. Nie uzyskał, jednak odpowiedzi. Zaskoczony spojrzał na matkę, która zerkała na przybyszy. Zrównała spojrzenie z synem. W jej oczach lśniły łzy.
- Chcieliśmy ci powiedzieć, ale baliśmy się - wyznała, a on poczuł jakby dostał w twarz. Cofnął, się gdy chciał dotknąć jego polika. Nie umiał spojrzeć na nią. Oszukiwali go przez cały ten czas. W głowie miał kompletny mętlik. 
- W takim razie kto jest biologicznymi? - zdołał tylko zapytać. Kobieta przygryzła dolną wargę, zerkając na siwiejącego mężczyznę.
- Powiedz mu. Ma prawo znać prawdę - powiedział zgryźliwie Albus.
- Moja zmarła siostra. Była jak tamci, ale zakochała się w nie byle jakim Upadłym. Z tego związku jesteś ty. Niestety ona zmarła po porodzie, a ja zawsze chciałam mieć syna. Od razu cię pokochałam. Samuel zawsze byłeś i będziesz moim synkiem - odpowiedziała mu po chwili, a chłopak trawił informacje. Wszystko mieszało mu się w głowie. Nie mógł nic powiedzieć. Patrzył w podłogę, próbując nie zacząć krzyczeć na wszystkich.
- Samuel musisz iść z nami. Ziemia to nie twój dom. Nie należysz do tego świata. Jesteś jak twój ojciec. To tam powinieneś być - odezwał się Black, a brunet spojrzał na niego. Może i miał mętlik w głowie i nic nie rozumiał, ale był pewny jednego.
-Nigdzie nie idę. To jest mój dom-powiedział twardo, a mężczyzna pokiwał głową z dezaprobatą. 
- Zła odpowiedź. Przykro mi chłopcze, ale nie ma czasu. Pójdziesz z nami czy tego chcesz czy nie -powiedział ostro, a chłopak zobaczył jak dwóch facetów idzie w jego stronę z mieczami. Zaczął szarpać się z nimi, nie chcąc ulec. W końcu, jednak udało im się go przytrzymać. Choć wciąż się wierzga to nie miał czas na ucieczkę. Spojrzał z nienawiścią na siwowłosego, gdy usłyszał przeraźliwy krzyk jego matki. Zobaczył jak osuwa się na ziemię, a jeden z mężczyzn wyciąga z jej ciała zakrwawione ostrze.
- Nie! - krzyknął Samuel, widząc jak jego matka umiera. Spojrzała na niego z łzami w oczach, po czym znieruchomiała na dobre. Chłopak zaczął się rzucać i próbował wyrwać się. Na marne. Łzy ciekły po jego polikach, gdy zobaczył jak do kuchni wpada przerażony ojciec i upada przy ciele żony. Nim zdążył cokolwiek zrobić inny Nienarodzony zatopił ostrze w jego szyi. Trysnęła na chłopaka krew, a jego tata upadł obok kobiety. Samuel rzucał się z całej siły i przeklinał na nich non stop, a łzy ciekły po jego twarzy.
- Uspokój go  -usłyszał głos Albusa i po sekundzie poczuł jak ktoś uderza go w głowie. Zobaczyła mroczki przed oczami, a potem już tylko stracił świadomość i zapadł się w ciemność.
  Arivan pojawiła się przed domem chłopaka i zobaczyła otwarte drzwi. Przerażona wbiegł do środka, jednak nikogo nie było. Wyczuła tylko magię. Wiedziała, że chwilę temu byli tu Nienarodzeni. Spóźniła się. Spóźniła o parę chwil. A teraz nie wiedziała co z Samuelem. Przerażona czuła zapach śmierci. Na chwiejnych nogach do kuchni. Stanęła w drzwiach i zobaczyła straszny bałagan. Poprzewracane meble i krew na ścianie i podłodze. Weszła i zobaczyła coś co zmroziło krew w jej żyłach. Na podłodze leżeli rodzice chłopaka. Cali we krwi. Martwi, ranni i zakrwawieni. Martwi.
To słowo sprawiło, że Arivan cofnęła się i potykając o coś upadła na brudną podłogę.
                    ********
Tylko mnie nie zabijać! Mam nadzieję, że was niezanudziłam tym rozdziałem. Dobra wiadomość jest taka, że rozdziału miało nie być, ale udało mi się znaleźć czas, choć wiadomo jak to przed Wszystkim Świętymi o.O No, ale cieszcie się, bo o to 10 rozdział i myślę, że się udał. Zła wiadomość taka, że nie wiem kiedy kolejny, bo przyszły tydzień mam same sprawdziany. Trzecia gimnazjum [*] Postaram się dodać w środę, bo mam luźniej, ale nie obiecuję. No i nim zapomnę: WESOŁEGO HALLOWEN ANIOŁKI!!!
     -Don't Cry To Me

wtorek, 27 października 2015

Rozdział.9.

  Rozdział dedykuje Nikoli Łazuchiewicz, która chciała mnie zabić. Mam nadzieję, że ci się spodoba. Miłego czytania wszystkim:*
                ********
Patrzyła jak szedł wolnym krokiem w jej stronę z tym krzywym uśmieszkiem na ustach.Dobrze wiedziała, że miała nie małe kłopoty. Od razu zablokowała swoje myśli. Chciała chociaż obronić Samuela. Nie mogła go wydawać. Wewnątrz siebie czuła, że byłby to ogromny błąd. O dziwo mężczyzna przez chwilę miał otwarty umysł, więc dziewczynie udało się zarejestrować krótki obraz.
Strażnik Blackwell stał w sali obrad, w Alias, a na przeciw niego był najwyższy z Rady Starszych, Albus Black. Miał na sobie długą czarną szatę. Jego szare oczy nie spuszczały wzroku ze strażnika.

- Musisz wydusić z niej prawdę! Ten chłopak musi być nasz!Inaczej czeka nas zagłada! Pan... 

I obraz znikł. Dziewczyna nie mogła nic poradzić. Blackwell stanął przed nią z obojętną miną. Jego umysł był zamknięty na kłódkę, ale ona nadal próbowała coś wyciągnąć.
- Witaj... - zaczęła, a mężczyzna przerwał jej ruchem dłoni.
- Mów co to miało znaczyć - rozkazał ostro, a ona opuściła wzrok na swoje kozaki.
- Ja... Oni mnie zaatakowali. Nie miałam wyboru - odpowiedziała cicho. Nie mogła spojrzeć mu w oczy. Był jej przełożonym i mimo wszystko był rangą wyższy od niej.
- To jest nie istotne. Co to było z mocą?Od kiedy masz dar ognia?Dlaczego nie zgłosiłaś się do Rady? - zapytał sucho Strażnik, a Arivan podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Bo nie wiedziałam wcześniej. Przed chwilą to był pierwszy raz! - powiedziała trochę podniesionym głosem. Przyjrzał jej się z krzywym uśmiechem.
- Wyglądałoby to jakbyś dobrze umiała posługiwać się mocą. Więc radze od razu ci się przyznać - powiedział spokojnie z rękami na plecach. Na jego czarny płaszcz zaczął spadać śnieg.
Dziewczyna spojrzała w górę i zobaczyła płatki śniegu lecą z nieba wprost na jej twarz. Uwielbiała ten biały puch, ale wtedy nie pomagał on ani trochę.
- Kiedy ja na prawdę nie wiedziałam wcześniej! To samo jakoś przyszło - powiedziała lekko ochrypłym tonem. Nie chciała się zachowywać jak małe dziecko i dlatego starała się nie krzyczeć.
- Na pewno, a jestem królowa Elżbieta I - skomentował mężczyzna, a brunetka zaśmiała się cicho.
- Gdybyś miał lokowane włosy i trochę bardziej damskie ciuchy to kto wie... - zażartowała, ale Blackwell, ani się nie uśmiechnął. Patrzył na nią uważnie, a w jego oczach nie szło nic wynaleźć.
- Chcesz odpowiadać przez Radą Starszych? - zapytał, a ona westchnęła. Nie chciała. Jasne, że nie. Wiedziała, że choć o tym nie mówiono, Rada miała swoje sposoby, aby dowiedzieć się tego co chcą. Wolała ich nie poznawać. Sama już nie wiedziała co zrobić. Nie ufała ani przełożonemu ani Radzie Starszych. 
- Nie - przyznała cicho, patrząc na swoje zmarznięte dłonie. 
- No więc... - zaczął i zrobił coś co ją zupełnie zaskoczyło. Chwycił ją za ramiona i mocno przytrzymał, a ona zdrętwiała, nie wiedząc co zrobić. Przez moment jeszcze milczała zbyt zszokowana jego zachowaniem i tym błyskiem w oczach, którego nigdy wcześniej nie widziała. Zawsze był opanowany, spokojny i nie okazywał emocji. Teraz wydawał się przestraszony i zmieszany, co nie spodobało się dziewczynie. 
- Arivan jeśli nie chcesz, aby Rada cię przesłuchała to powiedz mi prawdę. Powiedz wszystko co stało się od przybycia na ziemię - powiedział spokojnie, a ona spojrzała mu w oczy. O dziwo miała ochotę wyjawić mu wszystko. To o Francji, o Samuelu, o przepowiedni i o wampirach. Chciała, ale zaraz w tle głowy pojawił się cichy głosik, który natarczywie powtarzał : Nie ufaj mu. Wyda cię Radzie. Narobi ci kłopotów!
I ostatecznie ten głosik wygrał.
- Ale kiedy prócz tego zdarzenia nie było nic - odpowiedziała głosem bez wyrazu. 
- Dlaczego tak uparcie kłamiesz? - spytał, a ona uśmiechnęła się chytrze. Musiała być tą co zawsze przy nim. Wciąż trzymał ją za ramiona, ale nie próbowała się wyrwać. Wtedy zdradziłaby, że coś ukrywała. Musiała grać i to wyjątkowo dobrze.
- A czemu ty nie możesz myć zębów? - zapytała zgryźliwie, wachlując się dłonią przed twarzą. 
Puścił ją i zrobił krok w tył. Miły wyraz na dobre znikł z jego twarzy.
- Zachowujesz się jak dziecko. Człowiek chce pomóc, ale ty jak zwykle nie umiesz tego docenić - powiedział Blackwell oschłym tonem. 
- Bla bla idź tak truć komu innemu - powiedziała, ze zgryźliwym uśmiechem.
- Ty na serio chcesz kłopotów co? - spytał ostro.
- Lukas..kłopoty to moje drugie imię - odpowiedziała z fałszywym entuzjazmem. 
- Nawet nie wiesz w jakie teraz się pakujesz - powiedział sucho, a ona przewróciła oczami.
- Oj gadaj ty tak komu innemu, a nie mi trujesz - skomentowała znudzona, patrząc na niego. Widziała jak coraz bardziej się denerwował. Mimo to uśmiechnął się krzywo i spojrzał prosto w jej oczy.
- Zniszczysz siebie i jego, dziecko - powiedział sucho i nim zdążyła coś odpowiedzieć zniknął w szaro-niebieskim pyle.
Arivan zakrztusiła się i spojrzała w miejsce, gdzie chwile temu stał jej przełożony. Była przestraszona tym, że widział jak użyła mocy i chyba wiedział o Samuelu. Bała się, że wygada wszystko Radzie. Zastanawiało ją jedno. Skoro wiedział o chłopaku, czemu już nie powiedział im. Nie rozumiała nic. Przez to wszystko wypadło jej z głowy spotkanie z chłopakiem.
Odwróciła się by wrócić do baru i akurat wpadła na kogoś. Oparła się o dobrze wyrzeźbiony tors i spojrzała w górę na uśmiechniętą twarz bruneta. Objął ją silnymi ramionami i pochylił głowę.
- Aż tak na mnie lecisz? - zażartował, a ona zaśmiała się, ale on wyczuł, że coś ją trapiło.
- Ej co jest misia? - spytał, a ona uśmiechnęła się, patrząc mu w oczy. O dziwo nie umiała mu skłamać prosto w oczy. Dlatego opuściła wzrok na jego kurtkę. Pierwszy raz miała takie problemy z kłamaniem.
- Nic. Trochę zmęczona jestem - skłamała. Źle się czuła, że go oszukała, ale nie mogła mu powiedzieć. Po pierwsze bała się, że uznałby ją za wariatkę i po drugie nie chciała ryzykować, że nie będzie chciał jej znać. Samuel przyglądał się jej i ani trochę nie uwierzył, ale nie chciał męczyć jej na mrozie. Zwłaszcza, że coraz mocniej padał śnieg.
- To może chodźmy do mnie co? - spytał, a ona skinęła głową i uśmiechnęła się. Będąc w jego ramionach zapominała o strachu. Czuła się bezpieczna i szczęśliwa. Chciała zostać przy nim jak i nie myśleć o tym całym bajzlu. Wiedziała jednak, że to nie mogła tak robić całe życie.
Musiała w końcu zdecydować. Oddać go Radzie ? Czy nie? Teraz, jednak skupiła się na tym, aby nie zrobić czegoś głupiego przy nim.
                    **********
     Po tym jak dojechali pod dom chłopaka, weszli do środka i Samuel pomógł ściągnąć jej kurtkę. Po czym wziął ją za rękę i poprowadził do niewielkiej, przytulnej kuchni.
- Weźmiemy coś do picia co? - zaproponował, a ona z uśmiechem skinęła głową. W czasie, gdy brunet wybierał sok dziewczyna zauważyła przez uchylone drzwi do salonu, naprzeciw kuchni,jego rodziców. Śmiali się, a kobieta o długich ciemnych włosach, siedziała na kolanach postawnego mężczyzny, który jak na swój wiek wyglądał przystojnie. Matka Samuela pochyliła się i pocałowała męża, a ten nie był jej dłużny. Arivan przez mgłę zobaczyła obrazy: Ta sama kobieta tyle, że młodsza i z wyraźnym brzuchem ciążowym, siedziała tak samo jak ta obecna i patrzyła głęboko w oczy mężczyźnie, który czule gładził ją po brzuchu. Potem zobaczyła jak ten sam silny facet trzyma małego chłopca na rękach, jakby był ze szkła. Uśmiecha się do niego i mówi coś tym słodkim głosem, zarezerwowanym dla dzieci. Następnie zobaczyła jak ta para patrzy z czułością na chłopca w wieku około 5 lat, który bawi się samochodami na dywanie. Ten sam chłopiec w wieku 10 lat gra w grę z rodzicami i cała trójka śmieję się w głos. 
Potem wszystkie obrazy zlewały się w całość, a ona czuła zawroty głowy. Oparła się o ścianę, łapiąc oddech. Nie rozumiała co to było. Miała możliwość wglądu w umysł i wspomnienia innych, ale umiała nad tym panować, a to przed chwilą nie było jej zamiarem. Nie miała pojęcia jak to zatrzymać. A teraz po tym co zobaczyła czuła ciężar wewnątrz siebie. Czuła się winna, bo narażała go na niebezpieczeństwo.
- Wszystko w porządku? - wyrwał ją z zamysłu głos Samuela. Spojrzała na niego. Trzymał w ręku tacę z szklankami i sokiem. Patrzył na nią uważnie, zmartwionym wzrokiem. 
- Tak - odpowiedziała,a on podszedł do niej.Zerknął na salon i uśmiechnął się lekko.
- Chodźmy do mnie, bo tu widzę, że moi rodzice zajęli salon - stwierdził z uśmiechem.
- Nie mają nic przeciwko? - spytała, zerkając na parę dorosłych.
- Nie. Oni... Hmm powiedzmy, że to co robię ze swoim życiem to moja sprawa - odpowiedział, a ona uśmiechnęła się blado. Przytłaczał ją ciężar sekretu, winny, kłamstw i strachu. 
- Idziemy? - zapytała szybko, widząc, że chciał ją spytać. Skinął głową i przepuścił ją przodem.
Odstawił na biurko tacę. W tym czasie Arivan usiadła na łóżku i rozejrzała się po pokoju. Te same plakaty co ostatnio. Ta sama pościel. Wszystko było identyczne. Chłopak usiadł obok niej i dotknął jej polika. Spojrzała mu z trudem w oczy.
- Powiedz mi co się dzieje - powiedział spokojnie, a ona uśmiechnęła się blado. Miała straszną ochotę powiedzieć mu o wszystkim, ale nie mogła się na to zdobyć. Powstrzymywał ją dziwny, wcześniej nie znany, strach. 
- Nic się nie dzieje. Praca mnie trochę zmęczyła - odpowiedziała. Czuła się coraz gorzej, ale trzymała się. Samuel przyglądał jej się uważnie. Martwił się o nią i widziała to. Z chwili na chwilę traciła siły i chciała po prostu, aby ją przytulił. Spojrzała mu w oczy, po czym zrobiła coś co zaskoczyło chłopaka. Usiadła mu na kolana i przytuliła się do niego. Samuel objął ją i zaczął głaskać po plecach.
- Ej kicia powiedz co się dzieję? - spytał, głaszcząc ją po plecach. Nie umiała odpowiedzieć. Pierwszy raz od bardzo dawna czuła się jak małe dziecko. Bezbronna i bezradna. Nienawidziła tego uczucia, ale dobrze wiedziała, że nie da rady sobie sama.
- Ja... - zaczęła, ale głos uwiązł jej w gardle. Nie była w stanie powiedzieć mu prawdy.
- Mogłabym spać dziś u ciebie? - spytała po chwili. Nie miała innego pomysłu, a poza tym zbyt bała się, że w nocy coś mu się stanie. Miała przeczucie, że Blackwell wygadał wszystko Radzie.
- Oczywiście, ale powiedz mi co się stało? - powiedział Samuel, unosząc za podbródek jej twarz i patrząc w jej oczy. Uśmiechnęła się smutno i przysunęła usta do jego ust.
- Nie gadajmy - powiedziała i pocałowała go. Zaczęli się namiętnie całować, a dziewczyna czuła rosnące gorąco w całym ciele. Jej serce waliło jak oszalałe.
- Ale...ja...martwię się....o...ciebie... - mówił pomiędzy pocałunkami, jednak Arivan nie zwracała na to uwagi. Momentalnie usiadła na jego kolanach okrakiem, nie przerywając pocałunków. Trzymała go mocno za szyję, a on w tali. Zatracali się w chwili, nie myśląc co będzie dalej. 
Chłopak zaczął schodzić pocałunkami niżej po linii szczęki, aż doszedł do szyi. Zatrzymał się na niej i składał namiętne pocałunki. Co chwila przygryzał skórę, a ona nie wytrzymała i jęknęła. Oddychali coraz szybciej i czuła skurcze w podbrzuszu. W tym czasie ona po omacku ściągnęła jego koszulę. Sekundę potem nie miała już swojej, a on zaczął składać mokre pocałunki na jej szyi. Rosło pomiędzy nimi pożądanie i nie myśleli, aby przerywać.
Nagle chwycił ją mocno w pasie i położył na łóżku. Pozbył się szybko spodni i znalazł się zaraz nad nią. Gdy on się rozbierał ona pozbyła się swoich jeansów i została w samej bieliźnie. Chłopak wrócił do obcałowywania jej ciała. Dziewczyna trzymała go za mięśnie na plecach. Czuła się rozkosznie i co chwila z jej ust wydobywał się cichy jęk. Jedna z dłoni znalazła się na jej majtkach, po czym zagłębiła w nie. Dziewczyna zaskoczona pisnęła, gdy dotknął jej kobiecości.Samuel spojrzał w jej oczy, a ona uśmiechnęła się zachęcająco. Wrócił do całowania jej szyi i pieszczenia jej.
Arivan jęczała coraz głośniej, czując wielką rozkosz i pożądanie. Nie miała zamiaru przerywać.
                    **********
   Lukas Blackwell szedł długim korytarzem, do gabinetu głównego z Rady Starszych. Był zdenerwowany i miał mętlik w głowie. Chciał pomóc podopiecznej, ale ona najwyraźniej nie chciała pomocy. Był zły. Miał mnóstwo na głowie, a teraz jeszcze to co zobaczył przez urywek chwili w głowie dziewczyny. Widział jak całowała się z młodym chłopakiem i był pewny, że to ten, którego chcę odnaleźć Rada. Choć przysięgał bezwzględne posłuszeństwo Nienarodzonym i Radzie Starszych to wiedział, że teraz musiał zataić przed nimi prawdę. Wzniósł mury w swojej głowie i zablokował emocje. Dobrze pamiętał co obiecał ojcu Arivan przed śmiercią. To dlatego zrobił wszystko, aby zostać jej przełożonym. Chciał ją uchronić, ale nie udało mu się to. I tak trafiła na ziemię, a przepowiednia,którą znał niemal na pamięć zaczęła się wypełniać. Chciał ją uchronić przed tym, ale było za późno. Dlatego od paru nocy nie robił nic innego jak szukanie kruczku w tej przepowiedni. Niestety puki co nic nie znalazł,a czas uciekał.
Stanął przed dużymi dębowymi drzwiami i westchnął. Czekała go ciężka rozmowa. Zebrał się w sobie i otworzył drzwi.
- Witaj Albusie Black - odezwał się oficjalnie, do mężczyzny na biurkiem. Tamten o siwych włosach wstał i obszedł biurko, patrząc uważnie na Strażnika.
- Witaj Strażniku Blackwell. Co za wieści mi przynosisz? - spytał od razu radny. Lukas skrzyżował ręce na plecach i wyprostował się.
- Nic. Arivan nie znalazła chłopaka i nadal chcę wiedzieć więcej. Może powinniśmy jej powiedzieć prawdę - odpowiedział spokojnie Nienarodzony. Najwyższy z Rady Starszych prychnął i oparł się o blat biurka. Mimo iż miał ponad 500 lat to wyglądał na 40. Wiedział, jednak że długo już nie pociągnie.
- Nie mówisz poważnie Lukas. Nie poradzi sobie z tym. Załatwimy chłopaka i będzie po sprawie. Przepowiednia się nie spełni, a my wrócimy do normalności - powiedział sucho mężczyzna. 
- A może dałaby radę? A my nie powinniśmy sprzeciwiać się przepowiedniom pierwszego z nas - powiedział Strażnik.
- Żartujesz? To dziecko. Nie możemy powierzyć całego naszego istnienia szesnastolatce, która nie dość, że jest opryskliwa to w dodatku wybuchowa. Pozabijałaby nas wszystkich - skomentował Albus ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Nie jest taka. Jest odpowiedzialna, dobra i... - Lukas zamilkł i spojrzał na mężczyznę, który teraz przyglądał mu się podejrzliwie.
- Ty coś wiesz prawda? Mów natychmiast! -  rozkazał Black, a Blackwell spojrzał na niego twardo.
- Nic nie wiem. Wszystko ci powiedziałem...
- Nie kłam!Mów natychmiast, albo porozmawiamy w inny sposób - syknął ostro najwyższy z Rady Starszych. Strażnik wzdrygnął się na jego groźbę, ale nie uląkł się. Nie mógł.
- Nic nie wiem - powtórzył twardo. Albus pokiwał przecząco głową, mrucząc coś pod nosem. Spojrzał na Nienarodzonego i rzekł ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- W takim razie czeka cię kara - rzekł, a Blackwell skinął głową. Wiedział co go czeka i był na to gotów. 
Przez drzwi weszło dwóch Strażników i chwyciło za ramiona z Lukasa, który nie opierał się. Albus odszedł od biurka i podszedł do okna. Wyglądał przez nie na Alias i stał do reszty plecami. Po chwili powiedział coś co zmroziło krew w żyłach Nienarodzonego:
- Nie przestawajcie puki nie powie wszystkiego.
Strażnicy prowadzili go do lochów pod budynkiem. Znał to miejsce. Był tam nie raz. Tylko wcześniej to on prowadził innych na karę, a teraz czekało to jego. Czuł strach, bo wiedział jakie to straszne cierpienie. Był, jednak gotów to znieść. Było to niczym dla ofiary jaką złożyli rodzice Arivan. Wiedział o wszystkim i chciał jej powiedzieć, jednak nie mógł. Jeden z Nienarodzonych pchnął go do przodu i kazał uklęknąć. Przypięli mi łańcuchy do nadgarstków. Spojrzał do góry i zobaczył postać w kapturze. Miała białe jak śnieg włosy, które kontrastowały z czarnymi jak węgiel oczami. Jej ciało było blade jak marmur i nieskazitelne. Patrzyła niego z chytrym uśmiechem na krwisto-czerwonych ustach.
- Ostatnia szans. Powiedz co wiesz, a ominie cię kara - rzekła bezbarwnym tonem. Nie odezwał się ani słowem, tylko spuścił wzrok na łańcuchy. Kobieta westchnęła, mrucząc coś pod nosem i zaczęła pracę. Lukas zaczął czuć jak ktoś wbija mu szpikulce w ciało. Głęboko aż do kości. Ból promieniował po całym ciele, ale on milczał. Zacisnął tylko dłonie w pięści. Potem czuł jak jego kość jego nogi łamię się z przeraźliwym dźwiękiem. Przygryzł dolną wargę, ale nic nie powiedział. Jego noga krwawiła z rany, tak jak ręce i reszta ciała od powstałych dziur. Dalej czuł jak wypalają mu skórę na ciele. Najbardziej na klacie. Ból był nie do zniesienia. Czuł jak pali mu się skóra. Jak komórko zaczynają zwęglać się. Chciał krzyczeć, ale nie pisnął nawet słowa. Kobieta zaczęła siłą umysłu robić rany na jego ciele jak od noża. Przejechała po jednym oku, a on poczuł ogromny ból. Zacisnął z całej siły usta, czując jak krew cieknie z jego twarzy. Ból był w całym ciele. Nie było miejsca wolnego od niego. Lukas mimo to nie poddał się i wciąż nie otworzył chociażby na milimetr umysłu. Nie mógł skazać ma zgubę Arivan i tego chłopaka. Miał ochronić ją, a nie. Nagle wszystko stanęło. Lukas stracił wszystkie siły. Trzymał się siłą woli.
Kobieta zaprzestała torturom i spojrzała na Strażnika.
- Powiedz Albusowi, że na razie nic z niego nie wycisnę. Muszę mieć czas - rzekła władczo, a tamten od razu oddalił się. Lukas siłą uniósł głowę co spotęgowało ból. Czuł każdą komórkę ciała i każdy ból. Jeden od ognia, inny od szpil inny jeszcze od miecza. Mimo to cudem utrzymywał przytomność. Kobieta uklękła przed nim i spojrzała mu w oczy. Złośliwy uśmiech nie schodził z jej ust. Blackwell czuł jak traci świadomości. Ostatnie co usłyszał przed utratą przytomności było jej pytanie:
- Dlaczego jesteś gotów umrzeć za smarkatą nastolatkę?
                 ********
Tamtaram oto 9 rozdział. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie. Myślę, że nie zanudziłam was na śmierć i będziecie czekać na 10 :D Postaram się go dodać w sobotę. Czekam na wasze opinie i przyjmę całą krytykę! Dawajcie! Jeśli macie jakieś pytania to pytajcie czy tu czy na facebooku czy asku. Jak wolicie. Czekam ;*
       -Dont Cry To Me

sobota, 24 października 2015

Rozdział.8.

  Dziewczyna odwzajemniła pocałunek, czując jak jej ciało zalewa fala dreszczy. Gorąco zaczęło rozlewać się po całym jej wnętrzu, a ona nie umiała nad tym zapanować. Nie próbowała nawet. Chwyciła go za kurtkę, bojąc się, że upadnie. Samuel trzymał ją mocno w talii i przycisnął do zimnego muru. Nie zwracali na to uwagi. Natarł na nią całym ciałem, całując zachłannie. Jego wargi rozszerzyły jej i język wślizgnął się do środka jej ust. Wyszła ze swoim mu na spotkanie, otwierając bardziej usta. Ich języki zaczęły szaleńczy taniec o dominację, a dziewczyna czuła jak z każdą chwilą rośnie w niej gorąco. Chwyciła go mocno za kurtkę na plecach. Całował ją zachłannie, napierając silnym ciałem. Nie zwracali uwagi na nic. Na to, że to grudzień i padał śnieg. Że ludzie z domów mogli im się przyglądać, że ktoś mógł ich nakryć. Nic ich nie obchodziło. Liczyła się tylko ich dwójka i tamta chwila. Nie chcieli, aby kiedykolwiek się skończyła, jednak musieli oddychać. Oderwał się od niej, łapiąc oddech. Jego poliki były czerwone. Oddychał szybko i nierówno, patrząc na nią. Ona również miała znacznie szybszy oddech i i twarz w rumieńcach. Trzymała się mocno jego kurtki, czując, że traci władzę w nogach. Uśmiechnął się do niej szeroko, a ona nie była mu dłużna.
- Jesteś cudowna - szepnął, odgarniając zbłąkany kosmyk z jej twarzy. Opuściła wzrok, czując się onieśmielona przy nim. Delikatnie dotknął jej podbródka i uniósł go, aby móc patrzyć w jej zielone oczy.
- Zrobiłem coś nie tak? - spytał zaniepokojony, a ona zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nie. Ja po prostu... Nigdy wcześniej... - nie umiała racjonalnie mówić co, było dla niej zupełnie nowe. Nigdy wcześniej po całowaniu nie było czegoś takiego. Nie mogła myśleć. Wszystko mieszało jej się w głowie, a gorąco wciąż było w jej ciele. Kolana miękły jej i siłą trzymała się na nogach. Uśmiechnął się uroczo, patrząc na jej twarz.
- Nie całowałaś się wcześniej? - zapytał po chwili.
- Ja... Nie, tak - przyznała nieśmiało. Przysunął twarz do jej i złożył na niej delikatny pocałunek. To było wspaniałe, a ona poczuła jak kolejna iskra przeskakuję przez jej ciało.
- Czyli jestem jakoś wyjątkowy skoro mi pozwoliłaś - powiedział z uroczym uśmiechem. 
- Chyba tak - przyznała z nieśmiałym uśmiechem. Czuła się jak mała, bezbronna dziewczynka, ale bezpieczna, gdy Samuel był obok. I podobało jej się to uczucie. Przyciągnęła go do siebie, a on zaśmiał się uroczo.
- Mało ci? - spytał ze śmiechem.
- Może - odpowiedziała figlarnie, a on nie męczył jej długo. Pocałował ją krótko, ale to wystarczyło, aby zaczęła drżeć.
- Drżysz. Zamarzniesz mi - powiedział, pocierając jej ramiona, a ona chciała mu wytłumaczyć, że to nie z zimna. Odpuściła sobie, jednak. Fakt faktem nie miała już siły. 
- Może odprowadzę cię do domu, co? - spytał, a ona skinęła głową.
- Mieszkam w tym hotelu za zakrętem - odpowiedziała, a on zdziwił się.
- Dlaczego? A dom? - spytał szybko.
- Rodzice nie żyją, a ja nie mam reszty rodziny. Więc podróżuję z miejsca na miejsce. Nie mam stałego domu - odpowiedziała, wzruszając ramionami. Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Poczuła się tak jak kiedyś w ramionach ojca lub matki. Spokojna, bezpieczna i szczęśliwa. Pierwszy raz od śmierci rodziców. I nie chciała wychodzić z jego objęć. Wtuliła się w niego, wdychając zapach perfum. 
- Może pójdziesz do mnie? Mam dość miejsca - zaproponował, a ona spojrzała mu w oczy. Chciała strasznie chciała, ale coś ją powstrzymywało. Coś mówiło, że to zły pomysł. Przynajmniej na razie.
- Nie. Ja... Trochę za szybko dla mnie - odpowiedziała po dłuższej chwili.
- Rozumiem, a mogę cię chociaż odprowadzić? - zapytał. Wiedziała, że był zasmucony, ale ukrywał to z całych sił. Skinęła głową z uśmiechem i wyplątała się z jego uścisku niechętnie.  Złapał ją za rękę i ruszyli w stronę hotelu. Arivan wciąż lekko drżała, ale serce już wracało do rytmu. Czuła, jednak ściskanie w żołądku, czego nie umiała wyjaśnić. 
Kiedy byli już pod drzwiami budynku, zatrzymali się. Spojrzała ma niego z uśmiechem, on jednak widocznie posmutniał.
- Co jest? - zapytała, dotykając jego polika w czułym geście. Uśmiechnął się do niej.
- Wolałbym się nie rozstawać. Czuję jakbym miał cię już nie zobaczyć - wyznał, a ją to zdziwiło. Nie rozumiała o co mogło chodzić. Zobaczyła w jego oczach miłość mieszaną ze strachem. Bolało ją serce, przez to, że był smutny.
- Zobaczymy się jutro. Przyjdziesz do baru o 18 to gdzieś wyskoczymy,co? - zaproponowała, on widocznie się rozluźnił. Skinął głową i przysunął ją do siebie. Wydawał się być spokojniejszy i uradowany.
- Wiesz, że zwariowałem? - spytał, a ona zaśmiała się. 
- To chyba ja też - odpowiedziała, a on chciał ją pocałować. Gdy tylko musnął jej usta, ktoś ich rozdzielił. Chłopak upadł na chodnik, a dziewczyna próbowała wyrwać się z rąk obcego, który uparcie nią potrząsał za ramiona. Od razu wiedziała, że to młody likantrop. Gdyby nie Samuel od razu by go pokonała. Nie mogła, jednak przy nim użyć mocy. Próbowała, więc uwolnić się tak jak robiły to zwykle dziewczyny w jej wieku. Nie było to niestety proste, bo emocje, aż w niej kipiały.
- Nienarodzona!Zakała!Zabiję!Nienarodzona! - krzyczał, a ją ogarnęło przerażenie. Wrzeszczał kim była, a obok był brunet. Wilkołak zamachnął się na nią, ale wtedy chwycił go Samuel i odciągnął od niej. Przyłożył dwa razy tamtemu i pchnął na chodnik.
- Odwal się od mojej dziewczyny! - krzyknął zły. Wyprostował się, gdy młody podnosił się z ziemi. 
- Twoja laska jest morderczynią. Jest Nienarodzoną. Zniszczy świat! - mówił szybko i niewyraźnie likantrop.
- Odpie**ol się! Jeszcze raz ją obrazisz, a rodzona matka cię nie pozna! - powiedział wściekły chłopak, potrząsając likantropem. Ten wciąż obrażał Arivan, więc brunet nie wytrzymał. Uderzył dwa razy młodego w głowę, po czym mocno pchnął znów o chodnik. Wilkołak potrząsnął głową, czując krew spływającą ze skroni.
- Sam zobaczysz, że umrzesz przez nią! - syknął tamten, a Samuel zamachnął się. Gdyby nie dłoń dziewczyny, która chwyciła go, zrobiłby miazgę z przeciwnika.
- Wynoś się! - powiedziała ostro, a ten syknął coś niezrozumiale i zaczął biec daleko od nich. 
- Spokojnie - zwróciła się do bruneta, który stał przed nią. Dotknęła jego rozpalonej twarzy. - Już go nie ma. Wszystko gra - zapewniła, a on spojrzał w jej oczy.
- Obrażał cię. Załatwię go, jak znów go spotkam. Co on gadał? - mówił zły brunet. Chwycił brunetkę w talii i przyciągnął do siebie. Nie zdążyła nawet zareagować. Strasznie szybko zmieniał nastroje.
- Nie wiem. Pewnie naćpany. Gadał bzdury - odpowiedziała,choć była podenerwowana tym co wygadywał likantrop. Gdyby nie sztuka dobrego kłamstwa, pewnie nie uwierzyłby jej.
- Jaka Nienarodzona?O co mu chodziło? - zapytał podejrzliwie, a ona wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Nie słuchaj go. Nie wiedział co gada. To świr - powiedział. Cholera mógł zacząć coś podejrzewać, a to nie było jej na rękę. Nie była gotowa mu powiedzieć.
- Masz rację. To co widzimy się jutro? - zapytał z uśmiechem. Skinęła głową i spojrzała mu w oczy.
- To będę iść... - zaczęła, a on uśmiechnął się szerzej. Przybliżył się i pocałował ją krótko, po czym przedłużył to. Trwało to chwile, ale ona i tak straciła rozum. Poczuła gorąco w całym ciele, ale po chwili znów stała na chodniku, a on patrzył na nią z szerokim uśmiechem.
- Dobranoc Arivan. Śnij o mnie - szepnął jej na ucho, a ona zaśmiała się. 
Kiedy znikła za drzwiami hotelu odetchnęła głęboko, czując jak straciła siły. Jednak w inny, cudowny sposób. Czuła się wreszcie spokojna i szczęśliwa. Nie chciała tego stracić dlatego wolała nie myśleć o ojczyźnie. Chciała tylko myśleć o Samuelu i nie było to trudne. Bo nie wychodził z jej głowy. Zaczęła rozmyślać o wcześniejszych wydarzeniach, pocałunkach i boskim uśmiechu chłopaka. Czuła jak zatracała się w nim, a jej serce biło wyłącznie dla niego. Pierwszy raz przeżywała takie coś.
                 *************
    Następnego dnia, gdy Arivan była w pracy uśmiech nie schodził z jej twarzy. I to nie ten wyuczony tylko prawdziwy. Nie miała go na ustach od śmierci taty. Wtedy myślała, że już nigdy nie będzie szczęśliwa. Jednak jeden brunet o szaro-niebieskich oczach przywrócił radość w jej życiu. W dodatku serce znów biło radośnie, a gdy go widziała nagle przyspieszało. Z rana przed pracą kupiła sobie telefon, aby w razie czego móc napisać do niego. Nie był to tani telefon, ale spodobał jej się, więc wydała ponad 400 zł, aby był jej. Wysłała mu zaraz swój numer, na ten, który dał jej wczoraj. Sama nie wiedziała jak. Po prostu, gdy szła się myć z kieszeni kurtki wypadła kartka z numerem i krótką wiadomością "Gdyby coś dzwoń o dowolnej porze." Uśmiechnęła się pod nosem. Czuła się jak te nastolatki z filmów. Chciała skakać i piszczeć z radości. Opanowywała się jednak. 
W pracy odliczała czas do końca zmiany, aby znów spotkać Samuela. Marzyła o kolejnych pocałunkach, żartach, przytulaniu i jego wzroku tak pełnego miłości. Rozpływała się w jego objęciach.  Kiedy dochodziła godzina 17.30 ktoś wszedł do kawiarni. Podawała akurat kawę mężczyźnie, który rozmawiał przez telefon, gdy go wyczuła. Od razu wiedziała kto. Nie da się pomylić zapachu wampira z żadnym innym. A tego znała bardzo dobrze. Spięła się cała z kawą w ręce. Myślała pośpiesznie co zrobić, aby jakoś mu uciec. Nie mogła z nim rozmawiać przy ludziach. Wiedziała, że on nie pohamowałby się przy nich. Musiała wyjść z baru. Postawiła kubek na stole i bez słowa podeszła do lady, gdy stał szef. Chciała go poprosić o szybsze wyjście z pracy. 
Stanęła przed nim niepewnie, zerkając w bok. Młody wampir rozglądał się znudzonym wzrokiem po ludziach, a dwójka ochroniarzy nie odstępowała go na krok. Czas szybko uciekał.
- Szefie mogłabym wyjść teraz? - zapytała, a on przyjrzał jej się uważnie.
- A to dlaczego? - spytał ciekawy. Dziewczyna nie miała pojęcia co odpowiedzieć. 
- Bo mam wizytę u lekarza. Mogę? Odpracuję w inny dzień. Proszę - powiedziała. Czuła jak nerwy podnoszą się, a natura Nienarodzonej ostrzega ją przed czymś. Szef westchnął i uśmiechnął się do niej. Nie był to, jednak miły uśmiech. Wiedziała co chodziło mu po głowie, gdy mówił:
- Idź, ale jesteś winna mi przysługę - Arivan przeszły dreszcze obrzydzenia, gdy przeczytała myśli mężczyzny, ale nic nie powiedziała. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła na zaplecze. Zdjęła strój i przebrała się w ciuchy, po czym wyszła tylnymi drzwiami na dwór, zapinając kurtkę pod szyję. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła pustą ulicę przed sobą bez wampirów. Ruszyła do przodu trochę spokojniejsza. Szła dość szybko, gdy ktoś spadł dachu, lądując perfekcyjnie w półprzysiadzie. Stanęła jaj głaz, patrząc jak Vladimir, wstał i otrzepał płaszcz. Zaczęła się cofać, wznosząc mur w swojej głowie. Nie mogła pozwolić, aby czytał w jej myślach, a kiedyś odkryła, że jako jeden z nielicznych wampirów umiał to robić. Zatrzymała, czując za sobą drugiego wampira. Nie spuszczając wzroku z tego przed sobą, wyczuła trzeciego, po swojej lewej i czwartego po prawej. Nie miała za bardzo jak uciec.
- Czego chcesz? - zapytała ostro, a on z chytrym uśmiechem zatrzymał się przed nią. 
- Porozmawiać z moją była dziewczyną, która non stop mnie unika. Czyżbyś się bała? - spytał z kpiną w głosie. Wezbrała w niej złość, ale hamowała ją. 
- Nie boję się ciebie. Żadnego wampira - odpowiedziała ostro. Zaśmiał się krótko, dotykając jej polika. Cofnęła się przed nim.
- Nie dotykaj mnie. Dawno temu straciłeś do tego prawo - syknęła, czując coraz większy gniew. Uśmiechnął się szerzej, ukazując dwa białe kły.
- Ach tak?A niby dlaczego? - zapytał, udając głupka. Zacisnęła ręce w pięści, hamując ochotę, aby zmyć mu ten uśmieszek z twarzy.
- Jak wolałeś piep**yć tanie wampirki to proszę bardzo, ale mnie nie dotykaj - powiedziała ostro. Wiedziała, że specjalnie ją prowokował, aby była zła. Chciał, aby przestała się hamować.
- Daj spokój. Książę wampirów ma potrzeby. A ty nie kwapiłaś się do tego. Ale skarbie wiesz przecież, że one nic nie znaczą - powiedział, zbliżając twarz do jej. Spojrzała w jego czarne oczy,po czym syknęła:
- Dla mnie ty jesteś nikim - wampir odsunął się od niej, ale chytry uśmiech nie znikł z jego twarzy.
- Szkoda. No, ale w końcu i tak pisane jest ci coś innego. Przepowiednia wybrała dawno temu za ciebie - powiedział i z satysfakcją zobaczył, jak przez jej twarz przemknął wyraz gniewu.
- Jaka przepowiednia? - spytała, przez zaciśnięte usta.
- Moje złotko o tobie. Nie mów, że nie wiedziałaś, że jesteś tą o której mówi się od stworzenia Nienarodzonych - odpowiedziała z wyrazem samozadowolenia na twarzy. 
- Kłamiesz. Nie ma żadnej przepowiedni - powiedziała, choć wiedziała, że się nie mylił. Własna matka jej to wyznała. Nikt, jednak nie powiedział dokładnie jak ona brzmiała.
- Oboje wiemy, że nie. Tylko ty nie chcesz tego przyjąć do siebie, ale jesteś Tą co zdecyduję o istnieniu światów. Córką Pana, który upodobał cie sobie na władczynie. Tą, która wypowie wojnie i ... - zamilkł, patrząc jak jej twarz tężeje z nerwów. Chciał jej powiedzieć wszystko, aby rozbić ją do końca. Wiedział jednak, że wtedy jego plan może tracić szlak.
- Jesteś czymś więcej niż Nienarodzoną, a gdy Rada Starszych dowie się o tym to zechcę się usunąć -dokończył. Zataił najważniejszą część przepowiedni, ale wiedział, że mogł wyjawić jej w tamtym momencie.
- Gadasz bzdury. Rada nie robi tak. Gdybym była tą z przepowiedni już dawno by mnie usunęli -stwierdziła, choć nie była pewna tego czy to prawda. Już od jakiegoś czasu wiedziała, że Rada się psuła od środka. Ktoś ją wyniszczał. Tylko nie wiadomo kto. 
- Wcale, że nie zrobiliby tego, bo jesteś im potrzebna Arivan. Wykorzystają cię, a potem...sama się przekonasz - rzekł, patrząc w jej oczy. Wzbierał w niej gniew, którego nie umiała opanować. Rzuciła się na Vladimira i zwaliła go z nóg. Zaczęła okładać go pięściami, ale on dobrze się bronił. Zwalił ją z siebie i znalazł się nad nią. Przygniótł ją swoim ciałem, a ona nie była w stanie się wydostać. Wierciła się, próbując go zrzucić, ale na marne. Złapał jedno ręką obie jej i unieruchomił nad jej głową.
- Jesteś głupia, myśląc, że mnie pokonasz Ari - powiedział z uśmieszkiem na twarzy, a ona zła przestała się wierzgać i spojrzała mu prosto w oczy.
- Zejdź ze mnie - syknęła, przez zaciśnięte zęby. Zaśmiał się i pochylił nad nią. Jego usta znalazły się tuż przy jej szyi. Spanikowała. Wiedziała co chciał zrobić i nie mogła mu pozwolić. 
- Zostaw!Zejdź!Nie!! - krzyczała wściekła, próbując z całych sił go zrzucić. Nie dawał się, jednak. Wiedziała, że zaraz to zrobi. Przerażona traciła siły, gdy usłyszała głos matki "Wejdź w głąb siebie i odnajdź ogień" Arivan spróbowała. Znieruchomiała i zamknęła oczy. Tak jak wtedy we Francji tak i teraz czuła jak coś dziwnego dzieje się w jej środku. Czuła rosnące gorąco w całym ciele. Wciąż rosło, ale ona nie czuła piekącego bólu. Tylko ciepło, oblewające jej ciało. Usłyszała krzyk Vladimir i nacisk ma jej ciało zelżał. Otworzyła oczy i zobaczyła jak piątka wampirów patrzy na nią z nieukrywanym zdziwieniem na twarzy. Na płaszczu młodego wampira były ślady wypalonego materiału i poparzonej skóry. Spojrzała na swoje dłonie, które teraz były całe z ognia. Iskrzył i strzelał z palców, jednak nie palił jej. Uśmiechnęła się pod nosem, wstając.
- Ty nie jesteś Nienarodzoną! Nie było mowy o takich darach w przepowiedni - powiedział zły Vladimir, patrząc na dłonie dziewczyny.
- No widzisz, więc radzę spadaj. Chyba, że chcesz więcej - powiedziała z chytrym uśmiechem. Nad jedną z jej dłoni pojawiła się kula ognia. 
- Złapcie ją!Ojciec musi to zobaczyć - rozkazał książę, a czwórka ochroniarzy trochę niepewnie podeszła do Arivan. Ta nie czuła strachu tylko moc wypływającą z niej. Gdy jeden z nim chciał ją złapać rzuciła w niego kulą ognia. Zajął się od razu. Ogień i słońce największy wróg wampira. Przypomniała sobie z lekcji obrony. Patrzyła jak tamten po paru sekundach z krzykiem zamienił się w popiół. Następnych dwóch zatrzymało się, nie wiedząc co zrobić.
- Dalej! - rozkazał następca. Ruszyli niepewni, a Arivan wyciągnęła ręce przed siebie, że mogą ją złapać. Tamci, jednak nie byli chętni. Zdenerwowana sprawiła, że kolejne dwie kule pojawiły się w jej dłoniach i rzuciła w dwóch strażników. Zaczęli płonąć, a dziewczyna zaśmiała się, patrząc na przestraszonego wampira. Ruszyła w jego stronę, gdy ją olśniło. Zabiła trzech, a gdzie czwarty ochroniarz. Kiedy tylko o tym pomyślała ktoś chwycił ją od tyłu, unieruchamiając ręce u boku. Zaczęła się wierzgać, ale był silniejszy. Zamknęła, więc oczy i skupiła się na mocy w niej. Skierowała ją do tylnej części ciała i już po chwili ochroniarz, odskoczył od niej, stając w płomieniach. Spojrzała w miejsce, gdzie był książę, ale już go nie było. Zaśmiała się pod nosem i zamknęła oczy. Zdusiła moc we wnętrzu siebie, a potem wyszeptała:
- Dziękuje mamo - spojrzała na kupki popiołu i wzdrygnęła się. Nienawidziła używać siły, a tym bardziej zabijać, ale czasem było to koniecznością. Poprawiła kurtkę i ruszyła chodnikiem, gdy usłyszała czyjeś klaskanie i głośny śmiech. Rozpoznała go od razu. Śmiech przerażający i zwiastujący coś złego. Nawet klaskanie miał charakterystyczne. Zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na mężczyznę pod drzewem kawałek dalej. Przeszły ją ciarki i mięśnie znów napięły się na maksa.

"To są jakieś żarty. Najpierw wampiry. Teraz on. Lepiej być nie mogło"-pomyślała, gdy szedł w jej stronę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wiedziała, że miała niemałe kłopoty.
                  ************
   Oto 8 rozdział. Myślałam, że dodam dopiero w weekend, ale udało mi się dziś, bo cóż...szkoda gadać, ale cieszcie się, bo oto kolejna część:) Mam nadzieję, że nikt mnie nie zabiję za zakończenie, ale tak jakoś wyszło. Lubię was męczyć :D Wytrzymacie chyba parę dni co? Postaram dodać się w tygodniu kolejny, ale nie wiem, bo mam konkurs, sprawdziany i poprawkę, więc zobaczymy co będzie. Trzymajcie za mnie kciuki w środe na konkursie z matmy. Przyda ni się. Moja prośba jest, że jeśli ktoś ma uwagi do bloga, pytania i propozycje to niech pisze. Na pewno wezmę pod uwagę. Dziękuję tym którzy komentują, bo to motywacja dla mnie i zachęcam komentujcie :*
  -Dont Cry To Me

Rozdział.7.

    Arivan wzdrygnęła się, zapominając, że jest na drzewie. Zdążyła tylko krzyknąć, a już uderzyła boleśnie o ziemię. Zaklęła pod nosem, przeklinając swoją nie uwagę i usiadła, rozcierając bolące plecy. W głowie jej się zakręciło, gdy się podniosła, ale nie zwróciła na to uwagi. Otrzepała się z brudu i spojrzała na dom chłopaka. Już dawno światła były pogaszone, a on zapewne spał spokojnie. Arivan westchnęła i spojrzała w niebo.
- Mamo jak ja mam to wszystko ogarnąć? - spytała, wiedząc, że szybko nie otrzyma odpowiedzi. Zerknęła jeszcze raz na okno Samuela i podjęła decyzję, że nic już tutaj nie zrobi, więc może się przespać w ciepłym łóżku hotelu. Zastanawiało ją tylko jedno. Co ją obudziło? Od małego miała czuły sen i mogła to być głupia wiewiórka na drzewie, ale jej to nie pasowało. Czuła, że było to coś innego i nie taka błahostka. Nie wiedziała tylko co. Zrezygnowana, więc zwrócił się w stronę ulicy i ruszyła do hotelu. Musiała w spokoju pomyśleć nad wszystkim co ostatnio się stało:nad spotkaniem z przełożonym, snem o matce, przepowiedni i itd, i ułożyć to wszystko w logiczną całość. Nie miała, jednak pojęcia jak i to ją denerwowało. W dodatku mieszały jej się uczucia i czuła się zagubiona. -Dlaczego ja?-zapytała sfrustrowana, idąc chodnikiem. Domyślała się, że nie uzyska odpowiedzi i nie pomyliła się.
W końcu doszła do hotelu i skierowała się do swojego pokoju. Zatrzasnęła za sobą drzwi i opadła na miękkie łóżko. Zamknęła oczy, czując jak ciężar wszystkich wydarzeń przytłacza ją. Miała serdecznie dość całej tej kary i zadania. Chciała wrócić do Alias i móc spokojnie doszkolić się na strażniczkę. Nie było to, jednak możliwe, bo zostało jej 185 dni.
     Następnego dnia Arivan była w pracy trochę rozkojarzona. Dwa razy pomyliła zamówienia, jednak mając szefa zauroczonego nią uszło jej to na sucho. Był to jakiś plus. Dziewczyna nie miała głowy do zamówień. Non stop myślała o matce i przepowiedni. Chciała wiedzieć co w niej jest dokładnie. I czy na pewno chodziło o nią. Czy na pewno to Ten chłopak. Miała myśl, aby przenieść się do Alias i znaleźć Księgę Przepowiedni. Wiedziała, jednak że od razu wykryłaby ją Rada Starszych, a poza tym kompletnie nie miała pojęcia, gdzie ona była. Musiała, więc wyjaśnić to w inny sposób. Nie miała, jednak pomysłu na to. Czekała tylko, aż będzie 19.00 i skończy się jej zmiana. Marzyła, aby położyć się w wannie gorącej wody, zamknąć oczy i udawać, że nie istnieję. Niestety nie mogła żyć z zamkniętymi oczami.
Podczas, gdy podawała zamówienie starszej pani, która patrzyła pogardliwie na jej strój kelnerki, do kawiarni wszedł ktoś. Od razu wyczuła kto to był. Przeklęła się w duchu i szybko odeszła od pani z uśmiechem. Nie odwróciła się tylko nerwowo ruszyła do drzwi kuchni. Musiała się ukryć. Nie mógł jej zobaczyć. Nie mogli się spotkać. Nie mogła znowu pozwolić mu, aby mieszał jej uczucia. Nie mogła dać mu znowu złudnej nadziei. Musiała ukryć się przed nim dopóki nie wyjdzie z baru.
Trzymała już dłoń na klamce, gdy usłyszała sztuczny głos swojego szefa.
- Panno Moren proszę obsłużyć tego młodzieńca - westchnęła, wiedząc, że nie wymiga się. Powoli odwróciła się i opuszczoną głową ruszyła w stronę lady baru. Przeklęła się za to, że związała włosy w kok, zamiast zostawić rozpuszczone. Miałaby jak się ukryć, choć trochę. Podeszła do szefa, który uśmiechnął się i wyszedł na zaplecze. Arivan przez sekundę zebrała w sobie siłę i podniosła głowę, patrząc na klienta. Jego krótkie brązowe włosy, były teraz postawione na żel. Na czarnej kurtce, topiły się płatki śniegu. Jego niebiesko-szare oczy, patrzyły na nią zdziwione, a usta były delikatnie rozchylone. Zaczerwienione od zimna. Są tak seksowne-pomyślała i od razu zbeształa się za myśl. Cholera Arivan to twoje zadanie. Nie możesz nic do niego czuć!. 
Co podać? - zapytała spokojnie, choć w środku cała się trzęsła. Chłopak nagle ocknął się i spojrzał w jej oczy,
- Znam cię, prawda? - zapytał od razu, a ona przygryzła dolną wargę. Skłamać czy przyznać się do prawdy? 
Ja...nie wydaję mi się - skłamała. Poczuła ukłucie w sercu, ale nie zwróciła na nie uwagi.Musiała to zrobić. Przynajmniej tak myślała. Zaprzeczył jej słowom, kiwnięciem głowy.
- Na pewno cię znam. Jesteś Arivan, prawda? - nie ustępował Samuel, nie spuszczając z niej wzroku. Musiała coś wymyślić. Miała straszną ochotę powiedzieć mu wszystko, ale wiedziała, że nie może.
- Co podać? - powtórzyła pytanie, udając, że nie słyszała jego pytania.
- Odpowiedzi na pytania - odpowiedział krótko. Przyjrzała mu się uważnie chwilę zamyśliła. Nagle w jej głowie pojawił się głos jej matki ze snu "Zawsze ufaj sercu i nie okłamuj go." Westchnęła, wiedząc, że jej mama się nie myliła.
- Dobrze. Zaraz kończę zmianę. Poczekaj na mnie przed barem - powiedziała, a chłopak uśmiechnął się lekko i wyszedł z baru. Dziewczyna przejechała dłońmi po twarzy. Wiedziała, że teraz nie miała już wyboru. Chociaż mogłabym się wymknąć tyłem i uciec do hotelu... Nie on wie, gdzie pracuję. Będzie mnie męczył co dnia. Muszę z nim pogadać i jakoś zrazić do siebie.-myślała. Zanim się obejrzała była już dziewiętnasta i kończyła się jej zmiana, Poszła na zaplecze i ściągnęła swój strój kelnerki. Przebrała się w zwykłe dżinsy i czarny sweter. Fioletową spódniczkę i bluzeczkę na ramiączkach odwiesiła na wieszak. Założyła długie kozaki i narzuciła kurtkę na siebie. Odetchnęła głęboko, wiedząc, że łatwo nie będzie. Jednak nie wiedzieć czemu chciała z nim pogadać. Być obok niego i poczuć jego ciepło. Zapięła do połowy kurtkę i wyszła z zaplecza. Pożegnała jeszcze szefa, który gapił się uparcie na jej tyłek dopóki nie zniknęła za drzwiami wejściowymi baru. Stanęła na chodniku i od razu poczuła mróz na ciele.Zapięła kurtkę pod samą szyję i rozejrzała się. Nie wiedziała nigdzie Samuela. Wyszła bliżej ulicy i wyostrzyła wzrok. Szukała go. Nie było go nigdzie. Nie spodobało jej się to. Myślała, gdzie pójść, gdy usłyszała jakieś krzyki i wymawiane imiona. Wiedziała, że ktoś się bił. Domyślała się też kim była jedna z osób. Ruszyła w stronę dochodzących dźwięków i nagle zobaczyła grupkę ludzi w kole, którzy krzyczeli jeden, przez drugiego.
- Chris!!!
- Sam!!
- Nawal mu!!! Dołóż mu!!! - słyszała co chwila krzyki nieznajomych. Przepchnęła się na sam przód grupy i zobaczyła, jak brunet szarpał się ze swoim wrogiem. Od razu było widać kto wygrywał. Samuel co chwila zadawał mu ciosy, a Chris niestety nie umiał celnie bić. Dziewczyna westchnęła, poirytowana zachowaniem.
- Jak dzieci - mruknęła pod nosem i pewnie podeszła do bruneta. Chwyciła go za ramię, gdy chciał zadać cios w twarz przeciwnikowi. Ten spojrzał na nią, a w oczach miał furię. Zamachnął się na nią, a ona uchyliła się przed ciosem w ostatniej chwili zaskoczona jego reakcją.
- Spokój! - krzyknęła, a on nagle opuścił dłoń i przyjrzał jej się uważnie. Musiał już zorientować się, że to ona, bo momentalnie się uspokoił. Puściła jego ramię i spojrzała na drugiego. Czarnowłosy miał zagojone poprzednie rany, ale teraz miał świeże rozcięte pod okiem, na prawej skroni i podbite oko. A nos nie był w najlepszym stanie. W Arivan nie było za grosz współczucia, bo wyczuwała od niego jakim był dupkiem i wiedziała z jego myśli, co zrobił nie jednej dziewczynie. Spojrzała z powrotem na Samuela, który miał tylko rozcięcie na skroni. Prócz tego był raczej bez ran.
- Zachowujecie się jak dzieci! Bijecie się na każdym kroku! Dorośnijcie! - powiedziała po chwili zła, cofając się o krok. Tłum za jej plecami zaczął na nią buczeć.
- Wam radzę ogarnąć się! Jak można namawiać do bójek?! Kibicować im? A co jak któryś by umarł? - dodała, odwracając się do grupki ludzi. Umilkli nagle, słysząc ostatnie słowa.
- Ale Chris to łajdak. Robię z dziewczynami co by mu się podobało i nazywa je szmatami. Samuel dobrze zrobił! - odezwał się blondyn w tłumie, a większość mu zawtórowała. Pamiętała go. Brat dziewczyny, którą uratował brunet. Nie dziwiła mu się.
- Łajdak to zbyt delikatne słowo. Obrażasz łajdaków na świecie. Tego nawet nie można nazwać robakiem - powiedziała, patrząc z powrotem na opierającego się o ścianę chłopaka. Patrzył na nią, a biła od niego czysta złość i nienawiść. Nie dziwiło jej to, a ona nie miała innych uczuć co do niego.
- Bo obraziłoby się robaka - dodała. Tłum zaśmiał się i zaczął na dobre wyzywać przegranego.
- Dość! - krzyknęła, mając dość wyzwisk.
- Wiadomo, że on nie jest osobą, którą lubicie, ale zamiast non stop się lać. Zróbcie coś innego, co? -powiedziała nerwowo, a ktoś z tłumu zapytał co takiego.
- Wiem, że skrzywdził wiele dziewczyn i jest dla mnie śmieciem, ale weźcie go zawleczcie na policję i tam wszystko powiedźcie. Bicie go tylko sprawi, że bardziej będzie to robił. Niech posiedzi trochę w pierdlu to może zrozumieć - odpowiedziała spokojnie, patrząc na chłopaka, który zły wstał i podszedł do mnie.
- Znajdę cię i popamiętasz mnie - syknął jej na ucho, a ona cofnęła się ze wstrętem,
- Proszę bardzo. Nie boję się ciebie - powiedziała głośno. Ten zamachnął się, ale powstrzymała go ręka Samuela, który cały czas milczał. Odepchnął go i chwyciło go dwóch  mężczyzn w mundurach. Jak się okazało byli to policjanci.
- To to młody doigrałeś się wreszcie. Dziewczyna wszystko powiedziała i teraz pogadamy na komisariacie - odezwał się sucho ten, który wyglądał na starszego.
Tłum skandował "Uuuu", a dziewczyna spojrzała na bruneta obok siebie, po czym na policjantów, zadając nieme pytanie. Jeszcze brakowało jej tego, że trafiłby do aresztu.
- Uznajemy, że tego pana tu nie ma, a reszta rozchodzi się. Już! - powiedział drugi twardo. Natychmiast tłum zaczął się rozchodzić, a Arivan chwyciła Samuela, za ramię i pociągnęła. Ten, jednak stał i patrzył na Chrisa.
- Chodź - powiedziała, nalegając. Spojrzał na nią i oprzytomniał. Ruszył do przodu, niemal ciągnąc ją za sobą. Usłyszała jeszcze groźbę Chrisa:
- Policzymy się! - Po czym starała się tylko nie zgubić towarzysza. Szła szybko, a on i tak ciągnął ją za rękę, trzymając mocno, jakby bał się, że wyrwie mu się i ucieknie. Zatrzymał się w końcu przy budynku. Spojrzała na szyld nad czarnym drzwiami: "Klub Edom". Westchnęła i spojrzała na Samuela, który przybił piątkę ochroniarzowi i pociągnął ją do środka. Uderzyła ją głośna muzyka i zapach marihuany. Znała go ze spraw jako młodsza Strażniczka. Ratowała już nie jednego naćpanego i nienawidziła tego świństwa. Chłopak ciągnął ją,aż doszli do głównej sali. Tam tłum młodych nastolatków tańczył lubieżnie, obściskiwał się na parkiecie lub w kącie,pili drinki i gadali wesoło przy stolikach. Na raz uderzyło ją mnóstwo emocji tych ludzi. Pożądanie, radość, spełnienie, podniecie, zmieszanie i niepewność. Próbowała je odsuwać, bo już bolała ją głowa.  W końcu jej towarzysz zatrzymał się przy stoliku w kącie sali, gdzie muzyka nie była tak bardzo głośna.
- Usiądziesz? - odezwał się pierwszy raz od bójki. Był widocznie zawstydzony. Dziewczyna skinęła głową i zajęła miejsce na kanapie, a on zaraz usiadł obok niej. Unikał jej wzroku, a ona domyślała się czemu. Może i jakimś cudem blokowała przed nią emocje i myśli, ale ona do głupich nie należała. Rozejrzała się po sali i widziała mnóstwo obcych twarzy. Nie zagłębiała się w ich myśli, ale była nadal czujna. Po chwili wróciła do twarzy chłopaka, który uparcie patrzyła w jeden punkt przed sobą. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, a mięśnie wciąż napięte. Westchnęła.
- Masz niezłą siłę. I musisz nienawidzić tamtego chłopaka - powiedziała, chcąc zacząć rozmowę,
- Nienawidzę go z całego serca. Parę lat temu moja kuzynka wylądowała przez niego w szpitalu po gwałcie - odpowiedział lodowatym tonem nawet na nią, nie zerkając. Zatkało ją. Tego się nie spodziewała. Rozumiała go. Dotknęła jego ramienia, ściskając lekko. Poczuła jak rozluźnia się nieco. Spojrzał na nią, a w jego oczach był smutek, przez co zabolało ją serce.
- Nie dziwie ci się, ale teraz już się nie wywinie - powiedziała spokojnie, a on skinął głową. Znów odwrócił głowę i spojrzał na parkiet.
- Przepraszam - wyszeptał tak, że prawie nie usłyszała. Zdziwiona spytała za co, a on chwile milczał,
- Nie chciałem cię uderzyć. Po prostu wpadłem w furię, widząc co próbował zrobić tamtej dziewczynie. Nie umiałem się opanować. Przepraszam - odpowiedział po dłuższej chwili, patrząc teraz na ciemny blat stołu. Arivan zaśmiała się z tego jaki jaki był skrępowany, bo było to dla niej urocze. Rzadko kiedy spotykała chłopaka, który otwarcie by przeprosił kogoś za cokolwiek.
- Nic się nie stało na prawdę. Rozumiem cie - zapewniła go, a ona spojrzał w jej oczy, szukając czegoś co mówiłoby, że kłamię. Nie znalazł chyba nic, bo uśmiechnął się. Ona również nie mogła powstrzymać ust przed uśmiechem. Nie rozumiała dlaczego, ale zarażał ją.
- Mieliśmy pogadać, tak? - zapytała dziewczyna, chcąc utrzymać rozmowę. Nie chciała znowu krępującego milczenia. Skinął głową.
- Nie mogłem przestać o tobie myśleć - wyznał, a ona poczuła jak lekko się rumieni. Przeklęła siebie za to w duchu.
- Chciałem się dowiedzieć co ci się wtedy stało w lesie-  dodał po chwili, a ona westchnęła. No i  zaczęło się pod górkę.
- Wracałam do domu, gdy ktoś mnie napadł i ugodził jakimś narzędziem. Okradł mnie i uciekł. Potem pamiętam jak obudziłam się w twoim łóżku i ciebie - skłamała na poczekaniu. Nie mogła wymyślić nic lepszego.Wiedziała, że kłamanie nie popłaca, ale musiała. Gdyby powiedziała mu prawdę, uznałby ją za wariatkę. Skinął głową i chwilę się zastanowił. Ona w tym czasie spojrzała na barek, przy którym siedziało kilka osób. Wiedziała, że dwójka z nich to wilkołaki. Musiała mieć tą parkę na oku, bo mogła narobić niezłego zamieszania. Likantropy są znane z tego, że nie za dobrze panują nad gniewem, a ta para była jeszcze młoda, więc tym bardziej. Obserwowała ich chwilę jak rozmawiali o czymś, ale nie mogła dosłyszeć o czym. Musieli mieć jakoś barierę.
- Zrobił ci coś? - wyrwał ja nagle z zamyślenia głos Samuela. Spojrzała na niego zdziwiona, kojarząc o co mógł pytać. Zaprzeczyła, jednak on uniósł jedną brew, niedowierzająca.
- Na prawdę. Pamiętałabym i czułabym - powiedziała szybko. Przynajmniej to nie było kłamstwem.
- Okej, a dlaczego tak szybko wyszłaś ode mnie? - spytał, a ona odpowiedziała nim zdążyła pomyśleć.
- Bo nie znam cię - przygryzła dolną wargę, wiedząc jak to zabrzmiało.
- Auć - skomentował tylko.
- Ja... nie oto mi chodziło. Jestem tu nowa. Przeprowadziłam się ze starego miasta i nie znam nikogo. Nie podejrzewam, że ty zrobiłbyś coś złego. Jestem pewna, że nie-zapewniła go szybko, a on uśmiechnął się szeroko.
- Żartowałem, ale jesteś słodka jak się tłumaczysz - powiedział, ze śmiechem,a na jej ustach pojawił się większy rumieniec. Serce zabiło trochę szybciej, ale ona próbowała je uciszyć. Zaśmiała się trochę nerwowo, a on nagle zbliżył się do niej. Spanikowała i zastygła. Poczuła jak jej serce staję w oczekiwaniu. Jego usta było parę centymetrów od jej. Czuła ciepły oddech na twarzy. Jego uroczy uśmiech i oczy wpatrzone w nią. Jego dłoń dotknęła czule jej rozpalonego polika, a ją przeszły dreszcze. W duchu szepnęła Zrób to. On, jednak odgarnął niesforny kosmyk jej włosów za ucho i odsunął się trochę. Serce znów zaczęło spokojnie bić, a ona poczuła małe ukłucie żalu. Zdusiła je, jednak.
- Jesteś... - zaczął, patrząc na jej twarz, ale zamilkł.
- Co jestem? - dopytała ciekawa Arivan.
- Intrygująca - odpowiedział - Jednego dnia ratuje cię, a potem znikasz. Teraz spotykam cię w kawiarni,a potem jak wojowniczka zapobiegasz bójce. A teraz siedzisz, ze mną w klubie, choć widać, że nie ufasz facetom. Zdradź mi dlaczego przyszłaś tu ze mną?-zapytał, przysuwając trochę twarz do niej. Nie cofnęła się. Sama nie wiedziała czemu. Przez chwilę myślała nad odpowiedzią. Nie wiedziała sama czemu przyszła z nim. Jak miała odpowiedzieć?
- Ja...obiecałam ci rozmowę, a dotrzymuję słowa - rzekła po chwili ze zwątpieniem. W głębi wiedziała, że był zupełnie inny powód. Skinął głową i zerknął na parkiet,
- Mi nie chcę się gadać - powiedział po chwili z chytrym uśmiechem. - Zatańczysz? - spytał, a ona przygryzła dolną wargę. Umiała tańczyć nie żeby coś, po prostu nie była pewna czy powinna to robić. A w ogóle z zwykłym człowiekiem.
- Nie daj się prosić - powiedział, chwytając jej zmarznięte dłonie. Spojrzała na nie, czując przyjemne ciepło. Uśmiechnęła, się przenosząc wzrok na jego twarz i skinęła głową. Wstał i ściągnął kurtkę, po czym pomógł ściągnąć Arivan. Odłożył je na sofę i złapał ją za rękę ciągnąc za rękę na parkiet. Gdy znalazł dość miejsca,przyciągnął ją do siebie, złączył ich dłonie i zaczęli tańczyć w rytm muzyki. Był trochę skrępowana, ale to z czasem ustępowało. Czuła się coraz swobodniej u jego boku i zapominała o tym wszystkim wokół. O przepowiedni. O tym kim była i kim był on. O Alias. O każe i zadaniu. O wydarzeniu z Francji. Zapominała o wszystkich męczących ją rzeczach. Skupiła się na tańcu i po prostu dała się ponieść muzyce.
Nagle muzyka się zmieniła, zwolniła. Samuel przyciągnął ją do siebie, kładąc jedną dłoń na jej tali, a drugą, unosząc na wysokość ramienia. Mieli je złączone. Ona położyła wolną dłoń na jego ramieniu i zaczęli tańczyć wolniej w takt. Czuła jak całkowicie się rozluźniła i zapomniała o wszystkim co ją otaczało. Śmiała się, wirując w ramionach chłopaka, który złapał ją i przyciągnął do siebie. Nadala się śmiejąc położyła dłonie na jego silnie umięśnionej klatce piersiowej i spojrzała na jego twarz. Miał wypieki na twarzy, a w jego oczach kryło się silne uczucie. Nie umiała oderwać wzroku od nich. Nagle cały świat się zatrzymał, a oni zostali sami. Chłopak objął ją mocniej w talii i przysunął twarz do jej. Arivan poddała się chwili i zamknęła oczy. Zrób to- powtórzyła drugi raz w myślach. Jej serce stanęło, a ona wstrzymała oddech. Czuła, że jego wargi są tuż przy jej. Czuła ciepły oddech. Jego szybko bijące serce pod dłońmi. Napięte mięśnie i lekkie zdenerwowanie. Gdy poczuła jak jego usta muskają jej, a pomiędzy nimi przeskakuję iskra, która rozeszła się po całym jej ciele,wszystko znikło. Silne ramiona znikły, a ona uderzyła boleśnie tyłkiem o parkiet. Zdziwiona spojrzała w górę, gdzie pijana dziewczyna przepraszała Samuela. Ten machnął nią ręką i pomógł wstać Arivan, która zdążyła odzyskać rozum.
- Wszystko gra? - zapytał, ona skinęła głową.
- Chcesz usiąść? - znów skinęła głową. Nie wiedzieć czemu nie umiała się odezwać. Może to przez to co wydarzyło się przed chwilą, a może dlatego, że wiedział iż to niewłaściwe. Podeszła do stolika i opadła na sofę, a on u jej boku. Lekko zawstydzony wziął do ręki jej dłoń i splótł ze swoją. Spojrzała zaskoczona na niego. Już sama nie wiedziała co robić. Jej serce wariowało, ale ona uparcie chciała słuchać rozumu. Przygryzła dolną wargę. Była sfrustrowana. Nie wiedziała co zrobić.
- Przepraszam za tamtą.Popsuła nam chwilę - powiedział, a ona uśmiechnęła się lekko z rumieńcem na twarzy. Za nim znów zaczęła myśleć przysunęła się do niego i pochyliła lekko. Ich twarzy dzieliły może dwa centymetry, a jej serce znów zaczęło walić jak szalone.
- Nic nie popsuła - szepnęła, a on uśmiechnął się i drugą ręką dotknął jej polika. Zamknęła oczy, znów czując jak jej serce staję w oczekiwaniu. Usta były już niemal jej. Jego druga ręka puściła jej dłoń i znalazła się na jej tali, gdzie chwycił ją mocno. Ona położyła dłonie a jego udzie i czekała. Sekunda, dwie, trzy.Poczuła muśnięcie warg i trochę mocniejsze. Fala ciepła zaczęła zalewać jej ciało, ona zaczęła tracić rozum, gdy nagle.... ktoś upadł na ich stolik, ona odskoczyła jak oparzona. Pisnęła, widząc młodego chłopaka, z piwem w ręce. Wstał niezdarnie i przeprosił, po czym zataczając się odszedł. Zły Samuel westchnął i spojrzał na Arivan, która straciła całkiem nastrój.
- Wrócę już do domu - powiedziała, a jego twarz od razu się zmieniła. Z wesołej na smutną i poważną. Skinął tylko głową i wstał, podając jej kurtkę.
   
    Gdy wyszli z klub od razu zapięła się szczelnie kurtką, czując mróz nocy. Przynajmniej nie padał śnieg. Dziewczyna zaczekała na Samuela, który rozmawiał o czymś z ochroniarzem. Był widocznie zdenerwowany, ale chyba osiągnął to co chciał, bo podszedł do niej z ulgą na twarzy. Stanął przed nią i spojrzał w jej oczy.
- Na pewno nie chcesz gdzieś jeszcze pójść? - spytał z nadzieją w głosie, a ona zaprzeczyła głową. Nie miała już siły na nic. Chciała wrócić do hotelu i móc wydrzeć się na cały głos przez ten mętlik w niej. Z jednej strony tak strasznie chciała, aby ją pocałował, a z drugiej wiedziała, że to złe i nie powinna w ogóle myśleć o tym. Serce mówiło, jednak co innego. A ona traciła siłę do odpychania tego. Chciała zrobić to co mówiło jej serce, jednak powstrzymywał ją rozum. Od małego ojciec wpajał jej, że powinno kierować się mózgiem i logiką. Matka zaś, że sercem. Kiedy umarła w głowie została nauka ojca. Teraz ciężko było się przestawić.
- Jest jeszcze wcześnie, więc może pójdziemy do baru? Albo do kina? - spytał. Nie dawał za wygraną, a jego smutne oczy łamały niemal jej serce. W głowie, jednak powtarzały się słowa: "Łamiesz prawo. Będziesz miała kłopoty..." A ona nie umiała się ich pozbyć.
- Ja...dzisiaj nie mam już za bardzo ochoty na kino, ale możemy coś zjeść - powiedziała, choć myślała zupełnie coś innego. Uśmiechnął się od razu na jej słowa, a ona nie umiała powstrzymać swoich ust przed uniesieniem się go góry,
- To chodźmy do baru. Jest za rogiem jeden fajny - powiedział i chwycił ją pod ramię. Dała mu się prowadzić, czując przyjemne ciepło bijące od niego, nawet przez grubą kurtkę. Szli może 100 metrów, gdy zatrzymał się przed drzwiami baru. W środku, było parę osób, a w dużych oknach widziała kilku chłopaków grających w bilard. Samuel chciał wejść do środka, gdy ona zatrzymała się jak kamień. Patrzyła na chłopaka, który stał przy stole bilardowym i akurat szykował się do uderzenia bili. Arivan spanikowała i nie była w stanie się ruszyć. Wiedziała, że jeśli on ją zobaczy, to będą kłopoty. Do głupich nie należał i domyśliłby się szybko. Musiała zniknąć stamtąd jak najszybciej i zabrać ze sobą chłopaka. Inaczej narażała go na duże niebezpieczeństwo. Od ruchowo napięła mięśnie i wyszukała reszty jego ochroniarzy. Trójka była z nim przy grze, a pozostała dwójka piła drinka przy barze. Nie miała najmniejszej ochoty na kolejne spotkanie z Vladimirem. Zwłaszcza,że on chciał od niej przepowiedni, a ta nie miała pojęcia czy wie chociaż trochę o jej treści. Jeśli tak to musiała zabrać jak najdalej od niego Samuela.
- Co jest? - sprowadziło ją na ziemię pytanie chłopaka, który teraz przyglądał jej się uważnie. Wyglądał na zmartwionego. Nie było to dziwne. Twarz miała bladą, a kolor był tylko na zmarzniętych policzkach i jej pełnych ustach, które miała zaciśnięte w wąską kreskę.
- Nic. Po prostu rozmyśliłam się. Wolę wrócić już do domu - odpowiedziała szybko, a on od razu domyślił się, że coś jest nie tak.
- Ktoś kogo nie lubisz tam jest? - zapytał, patrząc przez szybę na ludzi w środku. Arivan zerknęła jeszcze raz na wampira, ale ten był zajęty grą. Wiedziała, że długo to nie potrwa i wyczuję ją, a wtedy to koniec. Nie dałaby rady tylu wampirom, a nie mogła okazywać jakichkolwiek dziwnych rzeczy przy nowym znajomym. Musiała udawać całkiem normalną, choć do normalności było jej daleko. Skinęła tylko głową, a on zrobił krok w jej stronę. Objął ją w tali i skrzyżował z nią spojrzenie.
- Powiedz kto, a popamięta mnie - powiedział twardo, a ona przygryzła dolną wargę.
- Nie trzeba. Po prostu chodźmy już - poprosiła z błagającą miną. Chłopak dotknął jej polika czułym gestem i skinął głową. Złapał ją pod ramię i ruszył chodnikiem. Odwróciła głowę, sprawdzając czy zauważył ją, ale udało im się. Spojrzała na Samuela i uśmiechnęła się z ulgą. Odwzajemnił gest i spojrzał na drogę. Widziała swój hotel, ale nie chciała mówić, że tu mieszka. Wolała dać się prowadzić chłopakowi i zobaczyć co to przyniesie. Czuła dziwny spokój przy nim i lubiła to uczucie.
                                                **************
Vladimir, wyczuwając obecność Nienarodzonego przerwał grę i odwrócił się twarzą do okna. Jedyne co zobaczył to prószący śnieg. Był, jednak pewny, że czuł młodego Nienarodzonego. I domyślał się kto to był. Uśmiechnął się chytrze i spojrzał na swojego towarzysza gry. Ten również miał intrygujący uśmiech na twarzy. Przeczesał ręką czarne włosy i westchnął.
- Nasza milutka Arivan znów czegoś szuka - powiedział zgryźliwie, a ochroniarz w czarnym podkoszulku, który odłożył już kije, przyjrzał mu się uważnie.
- Ta młoda mnie denerwuję. Wiadomo, że ma jakieś zadanie na ziemi. Inaczej nie byłaby tu w takiej pogodzie i nie pracowała jak zwykła dziewczyna - powiedział sucho, a następca wampirów skinął głową.
- Musi to być, albo bardzo ważne zadanie, albo została wygnana - skomentowała, myśląc. Nie mógł rozgryźć tej dziewczyny co go denerwowało. Był z nią blisko przed pół roku, a teraz ona udawała, że go nie znała. W dodatku nie chciała mu pomóc. Gdyby wtedy nie tamten chłopak, to przekonałby ją siłą, aby dała im tą Księgę Przepowiedni. Niestety musiał pojawić się on.
- Nie mogli jej wygnać. Wiedzą jaka jest ważna. Nie ryzykowaliby - powiedział strażnik, podchodząc bliżej księcia wampirów. Ten oparł się plecami o stół bilardowy i pogrążył w zadumie.
- Masz rację. Nie daliby szansy zgarnięcia jej Mrocznemu. Wiedzą, że wszystko zależy od niej i... - zamilkł na chwilę, by po chwili znów kontynuować.-i chłopaka. Tego z przepowiedni. Ale przecież Rada Starszych nie znalazła go jeszcze. Od razu by go skazali bez podstaw. Byle nie dopuścić do przepowiedni. Więc dlaczego ryzykują i wysyłają ją na ziemie bez ochrony?-spytał, nie oczekując odpowiedzi. Patrzył na swoje idealnie zadbane buty i myślał gorączkowo co takiego mogłoby zmusić Starszych, aby wysłali ją samiutką na ziemię. Ochroniarz również myślał, przez chwilę, aż w końcu odezwał się chłodnym tonem:
- Wysłali ją, aby odwaliła brudną robotę.
- Niby jaką? - zapytał Vladimir zaintrygowany.
- Ma odnaleźć chłopaka i dostarczyć im go - odpowiedział sucho, a książę uśmiechnął się chytrze.
- No jasne. Po co oni mają brudzić sobie ręce, jak mogą wysłać młodą Strażniczkę, która nic nie wie o tym kim jest. Przecież ona zrobi wszystko dla Rady. Jest im całkowicie posłuszna. Jak tylko go znajdzie odda go im, a wtedy to koniec - powiedział ponuro chłopak. W jego oczach czaił się gniew. Napiął wszystkie mięśnie. Nienawidził Rady, ani Nienarodzonych. Wyjątkiem była Arivan, do której miał wyjątkową słabość.
- Jeśli oni go dostaną to będzie koniec z nami wszystkimi - dodał strażnik następcy.
- Przecież Mroczny straci resztę siły. Zniknie ostatnia szansa na zmienienie rządów. Nie będzie już szansy na naszą władzę - mówił ostro Vladimir, czując jak narasta w nim gniew - Musimy coś zrobić-dodał, a ochroniarz uśmiechnął się chytrze, patrząc na swojego podopiecznego.
- Co takiego? - spytał, a chłopak spojrzał w jego oczy. W jego była czysta złość i intryga. Uśmiech na twarzy nie obiecywał nic dobrego.
- Niech go znajdzie,ale musi się w nim zakochać. Wtedy nie będzie wstanie go oddać Radzie.-powiedział pewnie, a ochroniarz, wątpiąc zapytał "Jak?'.
- Po prostu dajmy jej czas. I tak zakochałaby się w nim. Tak jest w przepowiedni.To musi się stać, a my pomożemy. Trzeba by było odwiedzić Alias i mojego starego znajomego. Pomoże nam z Księgą. Skoro ona nie może jej znaleźć to znajdziemy ją sami i podrzucimy jej. Musi wiedzieć kim jest i kim jest chłopak - powiedział, patrząc niewidomym wzorkiem na okno. Miał już plan i miał zamiar go spełnić, nie patrząc na konsekwencję.
- To ruszajmy - zdecydował ochroniarz, podając płaszcz księciu. Może nie czuli zimna, ale nie chcieli zwracać uwagi śmiertelnych.
- Najpierw odwiedzę ojca. Musze powiedzieć mu co nieco - powiedział, idąc do drzwi z chytrym uśmiechem. Szykowały się kłopoty.
                                            ***************
    Dziewczyna kończyła jeść popcorn z kina, idąc wesoło chodnikiem z Samuelem u boku. Byli na filmie pt."Zbaw nas od złego" i choć nie rozumiała horrorów, to musiała przyznać, że był niezły. Śmiała się z żartów chłopaka od wyjścia z kina i rozmawiali o wszystkim. Czuła się tak swobodnie i jak całkiem normalna szesnastolatka. Zapomniała, że była kimś innym. Pierwszy raz od dawna dobrze się bawiła i to z prawię obcą osobą. Nie myślała już o całym tym bałaganie i przepowiedni.
- No dobra wiem, że kąpiel w ketchupie to nie mądry pomysł, ale miałem pięć lat i urodziny. Rodzice pozwoli mi na jedno absurdalne życzenie, więc wymyśliłem to. Miałem pięć lat! - powiedział, udając oburzonego Samuel. Tak na prawdę nie umiał, powstrzymać szerokiego uśmiechu. Dziewczyna, śmiejąc się sięgnęła do pudełka po popcorn, ale było puste. Wyrzuciła je, więc i spojrzała na towarzysza. Uśmiechał się do niej. Oparła się o ścianę budynku za nią i przyglądała mu się uważnie.
- Dobra, teraz ty mi powiedz coś upokarzającego o sobie. Ja już dość powiedziałem - powiedział, podchodząc krok bliżej. Uśmiech zbladł na jej twarzy i spojrzała w bok. Nie miała ochoty na mówienie o wspomnieniach, choć miała te dobre o rodzicach. Wolała to przemilczeć.
- Coś nie tak?  -zapytał po chwili, dotykając jej polika. Czuł, że zadrżała lekko. Arivan spojrzała mu w oczy, po czym wtuliła twarz w jego dłoń. Czuła przyjemne ciepło od niej. Rozchodziło się po twarzy, w dół do serca.
- Nie. Po prostu moi rodzice nie żyją - wyznała, a on od razu spoważniał. Wpatrywał się w nią chwile, po czym powiedział, przybliżając się:
- Przykro mi - dziewczyna uśmiechnęła się i położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Mówił coś jeszcze, ale ona nie słuchała. Skupiła się na jego twarzy. Wydatnych polikach. Oczach pełnych radości i tego uczucia. Jego usta, mówiące coś o stracie. Jego idealne ciało. przejechała dłońmi po całym torsie, a on zamilkł, patrząc na jej dłonie, po czym spojrzał znów na nią. Jego dłonie znalazły się na jej talii, mocno ściskając. Nie drgnęła. Po raz kolejny tego wieczoru świat zatrzymał się miejscu. Przysunął twarz do jej, nie odrywając od niej wzroku. Ona oddychała znacznie szybciej, a serce stanęło znów w oczekiwaniu. Czuła, że po kolejnym nie udanym ruchu złamie się na pół. Marzyła już, aby ją pocałował i przestała całkiem myśleć konsekwencjach. Chciała po prostu być nastolatką. Poczuć jak to jest na prawdę. I tak była już wygnana, mogłaby przywyknąć do ziemi. Zamknęła oczy, czekając niecierpliwie.

On patrzył na jej twarz uważnie. Była tak piękna, delikatna i bezbronna.Nie broniła się przed nim. Była w jego objęciach i dawała mu znak, że nie miałaby nic przeciwko, gdyby ją pocałował. Marzył o tym od pierwszego spotkania jej. Nie mógł przestać o niej myśleć, a teraz miał okazję. Przybliżył usta i lekko musnął jej, smakując jak świetnie smakują. Zamknął oczy i mocniej nacisnął na jej wargi. Poczuł jak zadrżała, ale nie odsunęła się co uznał za zgodę. Chwycił ją mocniej w talii i natarł na jej usta.

                                   **************
Oto 7 rozdział!!! Wiem mało akcji, ale macie trochę bardziej romantycznie. W następnym powinno już być trochę akcji i może czegoś wiecie *.- Mam nadzieję, że dużo błędów nie ma. Rozdział byłby wczoraj,ale zajęłam się wyglądem bloga i mam nadzieję, że teraz bardziej się podoba. Jeśli jakieś macie sugestie to piszcie. Na pewno wezmę pod uwagę. No i piszcie co myślicie o takiej akcji i co myślicie, że będzie dalej. Jestem ciekawa pomysłów, więc czekam. Buziaki :*
          -Don't Cry To Me 
Ps. Przewyższyłam samą siebie. ponad 4500 słów :D Brawo ja :*