piątek, 25 grudnia 2015

Hej! Nie zobaczymy się pewnie do Nowego Roku,więc teraz chce wam złożyć życzenia świąteczne i noworoczne. Tak,więc życzę Wam abyście spełnili swoje marzenia. Aby każdego dnia był na waszych twarzach uśmiech,a w sercu i głowie jak najmniej zmartwień. Żebyście dostali wymarzone prezenty i te święta były cudowne i radosne. Aby czas wam za szybko nie minął a wy cieszli się każdą chwilą. Dużo zdrowia dla wszystkich,szczęścia w życiu. No i żebym was tyle nie męczyła z rozdziałami :* A tak na serio to wszystkiego co najlepsze, Wesołych Świąt i Udanego Sylwestra dla wszystkich moich czytelników :D
Dziękuję,że jesteście i czytacie moje wypociny -.*
Do zobaczenia w nowym roku :*
-Dont Cry To Me

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział.16

       Po przeczytaniu w myślach Vladimirowi, Diana chciała jak najszybciej opuścić tamto pomieszczenie. Niestety wampir chyba rozwinął się z Emilią, która jakoś przestała się opierać. W pewnym momencie Nienarodzona przeprosiła ich i po prostu wyszła z pokoju. Gdy tylko została sama na korytarzu czuła, że opada z resztki sił. Miała go za przyjaciela, a on po prostu chciał ją wykorzystać. Myślał, że dzięki niej obejmie władze. No to się przeliczył. Znowu zaczęła go nienawidzić. Teraz znowu miała ochotę się zabić, ale przypomniała sobie, że nie była już Arivan i zaczynała nowe życie. Nie było łatwe, bo połowa jej serca nie przestawała krwawić,ale ona wiedziała też, że Samuel chciałby aby dalej żyła. Pragnęła tylko, aby odwiedzał ją w stanach. Żeby po prostu nie zapomniała jego. Diana wróciła do swojego pokoju i padła na łóżko. Chciała jak najszybciej zapaść w sen, aby nie móc myśleć o tym czego przed chwilą się dowiedziała. Powinna już przyjąć do wiadomości, że może liczyć tylko na siebie. Postawiła sobie jedną zasadę. Żadnego przywiązywania się, bo zawsze kończyło się to bólem dla niej, a miała go nad to. Na szczęście  zasnęła w miarę szybko i nie miała jakoś strasznych snów.
  Od spotkania Emilii z wampirem minęło parę dni. W tym czasie księżniczka zdążyła chyba z milion razem powtórzyć już jakim to Vlad jest bufonem i jak go nienawidzi. Na usta Diany ścisnęła się riposta,że nie wyglądało na to przy ich spotkaniu. Wiedziała, jednak  że tylko by ją zdenerwowała, a to nie było im potrzebne. Milczała, więc i starała się być przydatna. Zauważyła jedną sprawę. A mianowicie, że rudowłosa często wspominała o Marku i potrafiła bardzo dużo o nim rozmawiać. A jak oglądała się za nim i ten jej wzrok. Mówił tylko jedno i łatwo się było domyśleć co to było. Niestety strażnik rzadko kiedy się pojawiał, a jak już był to przekazywał wiadomość i znikał. Zastanawiało ją dlaczego to robił, ale nie był zbyt rozmowny. Diana próbowała go zagadywać, ale wykręcał się i oddalał. Martwiło ją to,  bo Emilia powiedziała jej, że to jej najlepszy przyjaciel, a teraz ją olewał. Księżniczka nie raz żaliła się jak jej brakuje Marka i obwiniała się, że to ona coś złego zrobiła. Diana nie mogła tego znieść i dlatego próbowała zmusić go do wyznania o co chodziło. Niestety był twardy jak głaz. Domyślała się,jednak co było grane. Bal zbliżał się nieubłagalnie, a razem z nim i oświadczyny. Diana też nie była optymistycznie nastawiona,ale nie mówiła nic na ten temat. Wolała to przemilczeć. Zwłaszcza po tym co usłyszała ze wspomnień Vladimira. Nie chciała nigdy go zobaczyć na oczy. Miała dość fałszywości wokół siebie. Czuła się potwornie zraniona, bo miała go za przyjaciela, a okazał się taki sam jak jej ojciec. Po prostu idealna kopia. Wciąż po głowie chodziły jej słowa wampira, ale ukrywała wszelkie uczucia. Postanowiła mieć serce z kamienia, aby już więcej nie cierpieć.
Z każdym dniem było bliżej do balu, a Emilia coraz bardziej się denerwowała. Miała ochotę zwiać przed zaręczynami, ale wiedziała, że to tylko pogorszyłoby jej sytuacje. I tak by wyszła za niego. Nie miała wyboru. Miało to uratować dwór i ją samą oraz zapewnić władzę fearie po wojnie. Choć nie kochała Vladimira to oswajała się z myślą, że nigdy nie wyjdzie za mąż za tego kogo kocha. Najwidoczniej nie było jej to pisane.
Diana była z nią cały czas, nie licząc snu i odwiedzania toalet. Próbowała ją uspokajać, zapewniać, że nie będzie tak źle i wszystko jakoś się ułoży. Pocieszała ją, że Mark nie jest na nią zły, choć nie była pewna. Mówiła, że po prostu miał dużo pracy jako strażnik przed tak ważną uroczystością. Sama też wolała to sobie tłumaczyć. Dorwała go nie raz w ogrodach Morskiego Błękitu, gdzie spacerował sam i rozmyślał. Wypytywała go o co mu chodziło i dlaczego taki był, ale on zbywał ją machnięciem ręki. Nie poddawała się, jednak i wciąż go męczyła. Wymyślał ogólne odpowiedzi, że nie miał czasu, że dużo zajęć i pracy przed balem, ale gdy tylko wspominał o balu zaraz wyczuwała w jego głosie żal i gniew. Jego oczy wykazywały cały czas jakiś niezrozumiały gniew, ale przy Emilii stawały się obojętne. Nie rozumiała tego. Myślała, że będzie w nich żal, smutek i rozpacz, a nie najgorsza z możliwych obojętność. Pewnego dnia, gdy nie dawała mu spokoju i pytała, był widocznie zdenerwowany i niemal pękł, ale nie powiedział. Zacisnął zamiast tego usta w wąską kreskę i milczał, uspokajając się. Wtedy Emilia zrobiła coś co uważała za łamanie prywatności osobistej. Przeczytała mu w myślach i usłyszała rozgoryczony głos zranionego chłopaka:
- Ponieważ ja ją kocham najmocniej na świecie, a ona ma wyjść za tego debila! Nie mogę tego znieść i nie mogę patrzeć na nią, wiedząc że wkrótce będzie jego żoną, a nie moją! - może i to było myśli, ale niemal słyszała jak krzyczał to ze łzami w oczach. Poczuł dziwne ukłucie w sercu. Dobrze wiedziała co czuł. Ona straciła swoją miłość, a on właśnie teraz ją tracił. Nie chciała na to pozwolić, ale nie wiedziała jak nie dopuścić do zaręczyn. Była pewna jedno. Łatwo nie odpuści. Nie uratowała swojego ukochanego, ale nie chciała pozwolić, aby ktoś jeszcze przeżywał to co ona. Zwłaszcza, że Emilia też coś czuła do Marka, więc mogłoby im się udać. Gdyby nie Vlad i pomysł ich rodziców. Czy dorośli nigdy nie widzą tego co dzieci ich chcą i czują? W ogóle nie znają ich, a planują im życie tak, aby sami mieli z tego korzyść. To okrutne i samolubne.
Wtedy, gdy przeczytała w myślach strażnika nie wytrzymała i po prostu go przytuliła, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Wiedziała, że słówka typu "Wszystko będzie dobrze" tylko by go dobiły. Wolała już milczeć.
Odwzajemnił uścisk, ale tylko na moment, po czym odsunął się, mruknął pożegnanie i odszedł w przeciwną stronę. Zauważyła, że zaciskał z całej siły dłonie w pięści. Wiedziała, że powstrzymywał łzy. Chciała iść za nim, ale musiała wrócić do księżniczki.
Szybko więc odwróciła się na pięcie i wróciła do pałacu. Skierowała się do pokoju Emilii, a gdy tylko tam weszła zobaczyła rudowłosą, stojącą w oknie z groźną miną. Spojrzała na nią z pod wilka i z powrotem na okno.
- Miałam cię za przyjaciółkę - syknęła przez zaciśnięte zęby,a Diana nie zrozumiała, jednak po przeczytaniu jej w myślach od razu zrozumiała.
- Em nie myśl, że ja z nim kręcę. Chciałam się go dowiedzieć o co mu chodziło... - zaczęła się tłumaczyć,idąc w jej stronę.
- I dlatego się z nim obściskiwałaś ?! - zapytała zła, stając twarzą do niej. W jej oczach kryły się łzy.
- Nie obściskiwałam się.Ja...powiedział mi coś co go zasmuciło to chciałam pocieszyć go tyle. Nie próbowałabym go zarwać, bo wiem ile jest dla ciebie wart - powiedziała twardo, a Emilia położyła dłonie na biodrach w groźnej postawie.
Patrzyła na nią lodowatym wzorkiem, ale Diana się nie bała. Miała już z tym sporo doświadczenia.
- Niby co takiego? - zapytała oschłym głosem, patrząc w bok na okno, gdzie było widać ogród, w którym przed chwilą była z Markiem.
- Nie mogę ci powiedzieć. Zabiłby mnie, ale kazał cię zapewnić, że nie przez ciebie się tak zachowuje - powiedziała spokojnie, a rudowłosa westchnęła, opuszczając dłonie wzdłuż ciała. Z oczy także zniknęła złość. Został tylko smutek.
- To dlaczego tak mnie traktuje? Brakuje mi go - powiedziała łamiącym się głosem, ale nadal powstrzymywała łzy tak cisnące się do oczu.
- Ma swoje problemy, a ty musisz mu dać czas. Może porozmawiaj z nim szczerze. Zapewne ci wyjaśni wszystko - skłamała, przygryzając na moment dolną wargę.
Zapadła ciężka cisza, a Emilia odwróciła się plecami do niej i odetchnęła głęboko. Skrzyżowała dłonie na piersi, a wszystkie mięśnie miała napięte. Widać było, że zmaga się uczuciami i próbuję je ukryć jak najgłębiej w sobie.
- Nie to i tak nic nie da, a ja mam niedługo zaręczyny. Muszę być na niego gotowa - powiedziała po chwili księżniczka, nie odwracając się do Diany, która próbowała wykryć w jej głosie uczucia. Niestety był on jak z lodu. Całkowicie bezbarwny.
Dziewczyna przy oknie poprawiła zieloną suknię i wyprostowała się, patrząc na ogród.
- Będę gotowa na ten bal jak na księżniczkę przystało-postanowiła twardo, a Nienarodzona zaniepokoiła się. Coś złego działo się z tą fearie,a  ona nie wiedziała co. Miała coś na myśli, co chciała powiedzieć, ale wtedy do drzwi ktoś zapukał. Emilia zaprosiła obcego i stanęła w nich krucha blondynka, która była służącą królowej. Spojrzała na córkę swojej władczyni i ukłoniła się nisko, po czym na Dianę i rzekła:
-Królowa chcę cię natychmiast widzieć-zaskoczyło to czarnowłosą, ale skinęła głową i ruszyła za blondynką. Nim jeszcze znikła za drzwiami to szepnęła do przyjaciółki:
- Trzymaj się. Zaraz wrócę - po czym szybko dogoniła służącą na korytarzu. Była niższa od Diany i drobniejsza. Strasznie nieśmiała i bojaźliwa. Z tego co dowiedziała się od innej dziewczyny, to królowa uratowała ją z patologicznej rodziny, w której ojciec bił ją i miał zamiar zabić. Wtedy Semira rozkazała likwidację rodziny, ale oszczędzenie blondynki. Dostąpiła ona zaszczytu bycia osobistą służącą władczyni. Miała teraz ponad 23 lata, ale wyglądała na szesnaście i nadal nie rozmawiała z praktycznie nikim. Była skryta w sobie, ale przy królowej jaśniała i robiła się o wiele piękniejsza i weselsza. Widać było, że traktowała ją jak matkę, którą kochała nad życie.
Szybko minęły kilka korytarzy i dotarły do złotych drzwi zdobionych kryształami. Była to królewska komnata, którą teraz zajmowała sama Semira. Służąca zapukała do drzwi i usłyszała zaproszenie, weszła, a zaraz za nią Diana.
Poprawiła swoją fioletową sukienkę, która była jej ulubioną.
Skłoniła się jak blondynka w stronę królowej.
- Witaj Diana. Leno możesz odejść - odezwała się kobieta, siedząca na dużej białej sofie w ciemno różowej sukni z odkrytymi ramionami. Była piękna trzeba przyznać. Lena szybko wycofała się z pomieszczenia i zostały same we dwie.
- Pani czy coś się stało? - zapytała spokojnie, patrząc w jej oczy. Była nauczona dobrych manier na dworze i wiedziała jak się zachować. Królowa uśmiechnęła się zimno i usiadła prosto.
- Jesteś blisko z moją córką prawda?
- Tak, ale o co chodziło pani? - spytała,a Semira wskazała, aby usiadła obok niej. Niechętnie spełniła jej prośbę.
- Powiedz mi czy zaprzestała z próbami odwołania balu - zażądała. Diana przygryzła dolną wargę. Jeżeli odmówi to może mieć problem, a jeśli powie to Emilia będzie zła. Nie miała, jednak wyjścia. To była królowa, a ona mogła jej powiedzieć bardzo ogólnie i wtedy ani nie skłamię, ani nie zdradzi przyjaciółki.
- Tak pani. Zgodziła się na zaręczyny i będzie gotowa na bal - odpowiedziała po chwili i wcale nie minęła się z prawdą. Przed chwilą Emilia to powiedziała. Królowa wydała się rozluźnić i uśmiechnęła się półgębkiem w jej stronę.
- Brawo nie doceniłam ciebie - pochwaliła ją, biorąc łyk wina z kieliszka, stojącego na stoliku. Nienarodzona speszyła się i zarumieniła.
- Słyszałaś o tym co się stało w Alias? Jakaś Arivan, która jest wybraną uciekła i wcale się jej nie dziwię, ale do rzeczy. Czy może jej gdzieś nie spotkałaś, bo długo wędrowałaś prawda? - Diana skinęła głową, czując jak się stresuję, bo to o niej była mowa, a ona musiała kłamać. -  No więc może gdzieś zobaczyła brunetkę, która była ładna, ale zagubiona i pewnie załamana, po tym jak zabili jej chłoptasia - dokończyła Semira chłodno, a czarnowłosa opuściła wzrok i splotła dłonie ze sobą. Nie miała pojęcia co powiedzieć. Nie mogła się przyznać, bo zaraz by ją wydali Radzie Starszych,a ona wolała umrzeć niż im pomóc w czymkolwiek.
- Nie niestety nie pani. Nigdzie jej nie zauważyłam - powiedziała i spojrzała znów jej w oczy. Królowa nie była zadowolona, ale nic nie odpowiedziała. Milczała chwilę, patrząc w kieliszek, który był w połowie pusty.
- Cóż trudno, ale mam dla ciebie sprawę. Nie pozwól Emilii wychodzić z dworu-rozkazała, a Diana skinęła głową i odważyła się na pytanie:
- A dlaczego? - królowa westchnęła, ale nie miała problemu z odpowiedzią. Widocznie ją to nudziło. Spojrzała na nią chłodno i powiedziała:
- Ponieważ Upadli zaczęli pojawiać się w świecie ludzi i atakują ich. Czekają tylko na magiczne istoty, aż zaczną działaś. Coraz częściej dostajemy informacje o zmarłych fearie z poza dworu i nie chcę, aby dołączyła do niego moja córka - powiedział spokojnie królowa, a Diana zamyśliła się. Wiedziała o Upadłych, ale oni od ponad 200 lat nie ujawniali się ze swojego świata w trzecim wymiarze. Co jakiś czas tam było słychać o pojedynczym Upadłym, ale szybko go "uspokajano". A teraz są praktycznie co dnia i to niepokoiło Dianę. Może dlatego wśród Nienarodzonych i magicznych ras była taka napięta atmosfera. Może to to było w przepowiedni, że to ich ma zgładzić. Nie była, jednak pewna czy dałaby rade. Oni byli silniejsi od Nienarodzonych i do pokonania jednego było potrzebne z trzech doświadczonych Nienarodzonych. Przeciwko jeden na jednego rasa dziewczyny zwykle przygrywali. Więc jak ona miałaby dać radę przeciwko nim wszystkim i może jeszcze przeciwko przywódcy, Lucyferowi. Zginęłaby od razu.
- Dobrze przypilnuję jej pani - powiedziała po chwili Diana, wracając na ziemię z rozmyśleń.Spojrzała na królową, która przyglądała jej się podejrzliwie.
- Możesz odejść - powiedziała, zbywając ją machnięciem dłoni, a ta szybko wstała i ukłoniła się królowej, po czym wycofała się z pokoju. Będąc już poza wzrokiem kobiety, odetchnęła głęboko i opuściła dłonie, czując jak uchodzi z niej napięcie. Było blisko, aby dowiedziała się, że to ona była Arivan Morgenstern. Jednak ona wypierała się tego i nazywała się Dianą i tak wszyscy mieli o niej myśleć. Nie inaczej. Wybrana umarła tamtego dnia, gdy dokonano egzekucji na Samuelu Night'cie.
                                               ******************
         Po rozmowie z królową Diana nie spuszczała z oczu Emilii i jeszcze bardziej jej pilnowała. Nie chciała, aby stała się jej krzywda, a jako księżniczka była niezłą chrapką dla Upadłego Anioła. Mogliby nieźle ją wykorzystać, a nie miała zamiaru na to pozwolić. Przez te trzy tygodnie rudowłosa, ani razu nie odwiedziła świata śmiertelników. Była o to zła na przyjaciółkę, ale słuchała się jej. Zamiast tego co dnia rozmawiała z nią o balu i kreacjach, które chciały ubrać.
Emilia wybrała piękną złotą suknię, która była lekka i na ramiączkach. Ozdabiana czerwonymi kryształami, a do tego złote szpilki i czerwony naszyjnik z kryształem. Kiedy w dzień balu ubrała ją wyglądała przepięknie. Strój uwydatniał każdy jej atut, a czerwone usta i dość mocny makijaż dodawały seksapilu. Wyglądała jak przyszła królowa fearie i tak się zachowywała.
Diana pomimo oporu i dzięki gadaniu przyjaciółki założyła długą niebieską sukienkę, bez ramiączek i z dekoltem w serca, która uwydatniała jej biust, ale nie wulgarnie i była ozdobiona małymi złotymi kryształkami. Wyglądała pięknie, a baleriny dodawały jej uroku. Miała lekki makijaż, który uwzględniał wydłużone rzęsy i lekko czerwone usta. Jej czarne włosy były lokowane jak kiedyś, a czerwone końcówki już coraz mniej widocznie. Wyglądała pięknie, co powtarzała jej przyjaciółka. Ona może i tak wyglądała, ale czuła się jakoś zmęczona tym wcześniej, bo wcześniej w Alias rzadko chodziła na bale, a jak już tam była to szybko się zmywała. Nie lubiła tłoku i tego całego gwaru. Fałszywych uśmiechów i ciągłych pytań i fałszywych komplementów. Teraz nie miała, jednak wyjścia i musiała tam iść. Po pierwsze poprosiła ją Emilia, która chciała mieć w niej wsparcie, a po drugie miała zaproszenie i królowa byłaby zła, jakby odmówiła. Zgodziła się więc, choć nie chciała widzieć Vladimira,a tym bardziej z nim rozmawiać. Nienawidziła go, przynajmniej chciała i bała się, że mógł rozgryźć jej prawdziwą tożsamość. Wtedy byłaby trupem i od razu, albo trafiłaby do Alias lub do królestwa wampirów. Tak czy tak byłaby marionetką.
Emilia chwilę przed balem, gdy już miała opuścić jej pokój strasznie się zdenerwowała. Jej przyjaciółka przewidziała to i starała się ja uspokoić.
- Ale ja nie chcę! Nie chcę tego bufona za męża! Nie chcę nawet go widzieć! Nie dam rady Diana! Chcę morfiny! - krzyczała na cały pokój. Chociaż gestykulowała mocno to i tak jej idealny kok nie zniszczył się, ani trochę. Magia fryzjera fearie. Czarnowłosa chwyciła ją za ramiona i potrząsnęła.
- Uspokój się! Dasz radę jesteś następczynią tronu! Musisz to zrobić dla poddanych! I nie będzie żadnej więcej morfiny - powiedziała ostro, a rudowłosa o dziwo po ponad półgodzinnej furii, uspokoiła się i spojrzała na nią smutnym wzrokiem.
- A co jak nie? - zapytała cicho, patrząc na swoją kreację. Diana uśmiechnęła się krzywo i puściła ją.
- To ja ci pomogę - obiecała, a Emilia uśmiechnęła się i przytuliła ją szybko, po czym wróciła jej pełna dumy postawa księżniczki.
- Chodźmy, bo matka mnie zabije - zdecydowała i ruszyła do wyjścia z przyjaciółką u boku. Może i minęło tylko parę miesięcy od ich spotkania to one były dla siebie jak siostry. Przynajmniej tak myślała Emilia, bo Diana wciąż odrzucała od siebie uczucia, a tym bardziej przywiązanie. Jej serce już dostatecznie krwawiło. Poza tym miała wyrzuty, że ją okłamywała cały czas. Powinna powiedzieć jej prawdę, ale bała się reakcji i sama chciała zapomnieć, że była Arivan. Pragnęła zostawić tamto życie za sobą. I powoli jej się to udawało. Nie licząc koszmarów nocnych o jej rodzicach, Samuelu i innych sprawach za życia Arivan. Męczyło ją to, ale starała się nie myśleć o tym.
Gdy wyszły z pokoju czekało na nich dwóch strażników. Jeden obcy, a drugi był doskonale znany Emilii. Jego zbroja lśniła jak nigdy wcześniej, a jego blond włosy starannie ułożone. Piwne oczy spoczęły na księżniczce i nawet uśmiechnął się lekko. Diana, jednak wiedziała, że czuł się zdradzony i zraniony.
- Pięknie wyglądasz - pochwalił szczerze, a ona mruknęła "dziękuję', po czym spojrzała na czarnowłosą.
- Chodźmy - rozkazała i ruszyła do przodu, nie patrząc na blondyna, który był zbity z tropu.
- Ma ciężki dzień do przejścia - szepnęła mu Nienarodzona i pośpieszyła do złej Emilii.
Od jakiegoś tygodnia strasznie olewała Marka, który chciał choć trochę z nią przebywać. Może dziewczyna chciała mu pokazać jak to jest, a może chciała złagodzić ból już teraz, bo gdy wyjdzie za mąż to nie będą mogli się widywać. Chciała już teraz się do tego przygotować zapewne.
Szła szybko, a  Diana musiała niemal biec, aby ja dogonić. Gdy już dotarły do wielkich drzwi, całych ze szkła stanęły jak wryte. Za nimi widać było mnóstwo gościa, z czego większość to fearie i wampiry z dworów. Królowa siedziała na ozdobnym krześle u szczytu sali, a obok niej na czarno-czerwonym tronie siedział król wampirów. Jego czarne włosy były ułożone starannie, a nienaganny garnitur nie miał choćby jednego zagięcia. Semira miała czerwoną suknię z obszerną spódnicą i mocny makijaż, który dodał jej nie tyle seksapilu co zło wrogości. Patrzyła na wszystkich obojętnie, popijając wino i rozmawiając o czymś z Valentaine'm.
Emilia wzięła głęboki wdech, po czym wyprostowała się, a drzwi się przed nią otworzyły na oścież. Cała sala zaprzestała tańczenia i zwróciła wzrok na córkę królowej. Wszyscy kłaniali jej się nisko, gdy szła do fotela obok matki z głową uniesioną do góry.
Za nią szła Diana, która była speszona tymi wszystkimi spojrzeniami i cichymi szeptami z tłumu. Gdy już zajęła miejsce obok Semiry tłum wrócił do zabawy, a czarnowłosa stanęła obok miejsca przyjaciółki, jak wypadało dla służącej. Uśmiechnęła się do blondynki, która ubrana w zieloną suknię, rozglądała się po sali z lekko przerażoną miną. Nie zwróciła nawet uwagi na Nienarodzoną.
Bal trwał już jakiś czas, gdy do znudzonej księżniczki podszedł on. Miał czarny garnitur i uczesane długie czarne włosy. Blada twarz była ozdobiona krzywym uśmieszkiem. Patrzył na przyszłą narzeczoną i powiedział:
- Zatańczysz? - Emilia niechętnie skinęła głową i pozwoliła się poprowadzić w tłum, który zaraz zrobił im miejsce.
Wampir chwycił ją jedną dłonią w talii, a drugą złączył z jej na wysokości ich głów, po czym zaczął ruszać się w rytm muzyki ze skrzypiec i innych instrumentów. Patrzyli sobie w oczy, a ich twarze były niezwykle blisko siebie.
- Rodzice nas obserwują - szepnął jej na ucho, po czym obrócił ją z gracją wokół własnej osi.
- Czekają kiedy uklękniesz - skomentowała z krzywym uśmiechem. Zaśmiał się sucho i przysunął ją jeszcze bardziej do siebie.
- Spokojnie niedługo Emilio. Ale najpierw dajmy im niezłe przedstawienie, aby było wiarygodnie -powiedział z uśmiechem i zbliżył swoje usta do jej. Chciała mu przerwać i nie dopuścić znów, aby ją omotał. Nie umiała, jednak przerwać. Nie mogła, bo matka by ją udusić. Natarł na jej usta i zaczęli się namiętnie całować, Z każdą chwilą coraz więcej osób na nich zerkało z zaciekawieniem i zaczynali szeptać. Oto chodziło, więc Vladimir całował coraz namiętniej, wiedząc że niedługo będzie finał tej nocy.
Diana patrzyła jak Emilia tańczy z jej byłym przyjacielem i nagle zaczęli się całować. Nie mogła na to patrzeć. Czuła dziwne uczucie, które nazywało się chyba zawodem.
Zwróciła wzrok w inną stronę i zobaczyła coś co ją zamurowało. W kącie sali stał chłopak o brązowych, krótkich włosach. Miał czarno-białą koszulę i na to długi płaszcz. Patrzył na zgromadzonych znudzonym wzrokiem, aż spojrzał na nią. Ich spojrzenia się skrzyżowały, a ona poczuła coś dziwnego. Coś czego nie umiała wytłumaczyć. Może strach. Nie wiedziała, ale to sprawiło, że odeszła od miejsca Emilii i ruszyła do niego. Weszła w tłum i zgubiła nieznajomego. Szła, jednak do miejsca gdzie go zobaczyła. Rozglądała się, ale nie widziała go nigdzie. Szła szybko,ale długa suknia nie ułatwiała jej sprawy. Nagle zderzyła się z kimś, kto mocno i brutalnie chwycił ją i ustawił do pionu. Spojrzała na niego, mówiąc przeprosiny i zamarła. Miał lodowate oczy, ale czuła, że skądś go znała. Zdawało jej się, że z Alias. Może to któryś z Rady, albo Strażników - pomyślała i od razu cofnęła się o krok.
- Uważaj jak chodzisz młoda - mruknął pod nosem, po czym przepchnął się obok niej i zniknął w tłumie.
Diana chwilę stała otępiała, po czym pod impulsem ruszyła za nim. Szybko znalazła się za drzwiami sali, ale nie znalazła go nigdzie. Rozejrzała się i westchnęła. Wiedziała, że skądś go znała, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd. Strasznie zaczęła ją boleć głowa. Westchnęła, opadając z sił i skierowała się w głąb korytarza do drzwi wyjściowych dworu. Chciała uciec na chwilę od tego całego zamieszania i pomyśleć w spokoju, a czuła, że to uda jej się tylko w jednym miejscu, gdzie miała najpiękniejsze wspomnienia.
Szybko znalazła się przy drzwiach, ale wiedziała, że nie będzie prosto jej wyjść. Postanowiła użyć daru, bo dawno już ich nie używała. Zamknęła oczy i pomimo bólu głowy skupiła się i przywołała wiatr, który po wszedł w nią i momentalnie sprawił, że była niewidoczna.
Otworzyła oczy, a na korytarzu nikogo nie było. Na szczęście, bo miałaby kłopoty. Otworzyła drzwi i zobaczyła zdziwione miny strażników, którzy nikogo nie widzieli. Przeszła ostrożnie obok nich i skierowała się w dół po schodach do jaskini w lesie Morskich Błękitów. Szybko ją odnalazła i na powrót stała się widoczna. Odetchnęła z ulgą i spojrzała na suknię. Trochę dziwny strój na spacer, ale cóż nie pomyślała o przebraniu się.
Weszła zamiast tego w głąb jaskini i zobaczyła jaśniejącą kulę na ścianę. Podeszła do niej i pomyślała o konkretnym miejscu, aby nie musieć iść tam las i miasto u ludzi. Poczuła jak porywa ją wir i nagle znikła z tamtego miejsca. Podróż trwała zaledwie sekundę, a ona wylądowała na podłodze w starym pokoju Samuela. Podniosła się i otrzepała suknię. Nie lubiła takich podróży, bo robiło jej się nie dobrze, ale były bezpieczniejsze niż jakby sama się teleportowała. Mogła ją wtedy wykryć Rada Starszych.
Dziewczyna usiadła na nieruszonym łóżku. Wszystko wyglądało jak dawniej. Położyła się, tuląc kołdrę chłopaka. Zamknęła oczy i pozwoliła, myślą napłynąć. Przypomniał jej się sen z ostatniej nocy. Widziała w nim ukochanego z krwią na ubraniach i złym uśmiechem na twarzy, który stał nad ciałem martwej rodzinny z dwójką dzieci. Gdy spojrzał w jej stronę wzrok się rozmył i nagle zamiast niego pojawił się mężczyzna. Miał białe włosy i twarz z kamienia. Ubrany w czarny strój, trzymał w dłoni czerwono-złoty miecz. Wyglądałby jak Nienarodzony, gdyby nie szczegół. Za jego pleców wyrastały ogromne skrzydła w kolorze kruka. Miał jej jakby przeplatane łańcuchami, a końcówki niektórych były złote. Spojrzał we śnie na nią i uśmiechnął się krzywo,a  czarne oczy wyrażały triumf. Wtedy obudziła się cała spocona. Nie rozumiała snu i tłumaczyła go sobie jako tęsknotę za chłopakiem. Czuła, jednak wewnątrz siebie, że to nie było tylko to.
Następnie myśli Vladimira, które ją zraniły. Cieszyła się, że jej nie rozpoznał, jednak bała się, że może w końcu rozpozna. Myślała też o rodzicach i żałowała, że nie było ich obok niej w tych trudnym życiu. Wiedziała, że będzie coraz gorzej, a ona na to nie miała siły.
Nagle usłyszała coś z dołu. Jakby coś spadło. Przestraszyła się, bo nie miała pojęcia kto mógłby tu przyjść. Napięła się i ostrożnie wstała, aby nie zrobić hałasu. Od razu w dłoni pojawił się miecz z czerwonego Alogium. Podeszła powoli do drzwi,a potem do schodów. Wyjrzała na dół i zamarła. Zobaczyła duże szare skrzydła na plecach jakiegoś mężczyzny, który wyczuł jej obecność i odwrócił się w jej stronę. Na jego twarzy igrał uśmieszek, a blade oczy wyrażały obrzydzenie i złość. Podniósł miecz do góry, a ona wiedziała, że marny jej los.
                                                   ****************
Cześć i czołem. Od razu ostrzegam nie miałam kiedy sprawdzić, bo wściekli się w mojej szkole. Same sprawdziany i zadania, szału można dostać. No i święta, a ja muszę pomóc w domu, więc wiecie. Ale udało mi się znaleźć czas u kuzynki i oto masz szesnasty rozdział. Mam nadzieję,że nie ma dużo błędów, bo starałam się na bieżąco sprawdzać, ale wiadomo jak to jest. No i mam nowy telefon, więc wiecie muszę go ogarnąć. Dobra z dobrym wiadomości mam dla was to, że pierwsza cześć dobiega końca, ale spokojnie będę pisać drugą, jeśli nadal będziecie ze mną:D A ze złych to tak. Następny rozdział będzie dopiero w styczniu. Najszybciej po 4 stycznia. Dlaczego? Najważniejszy powód to przyjeżdża mój chłopak i chcę z nim spędzić czas chyba rozumiecie. Poza tym nasi nauczyciele przed świętami robią najwięcej sprawdzianów i w ogóle. No i w domu święta, sylwester i urodziny siostry.No i mam niezłe kłopoty w szkole, przez co też doły częste, więc chcę się odstresować w tej przerwie. Myślę, że rozumiecie mnie :) Trochę tego jest, więc przykro mi,ale poczekacie do stycznia. Mam nadzieję, że wytrzymacie :* Wiem, że będziecie mnie chcieli zabić, ale jakoś się ukryję. :P A potem mam do was parę pytań, ale to po nowym roku. Tak więc co... do zobaczenia w styczniu i mam nadzieję, że poczekacie :* A spokojnie życzenia wam złoże, ale to jeszcze czas :* Do zobaczenia *.-
              -Dont Cry To Me

sobota, 5 grudnia 2015

Rozdział.15.

   Dziewczyna o włosach do ramion w kolorze skrzydeł kruka, jednak końcówki były czerwone, szła poprzez las z dłońmi w kieszeniach czarnej kurtki. Białe opuszki spadały z nieba na jej głowę, ale na szczęście nie rozmazały jej makijażu. Oczy podkreślone kredką i ciemnym cieniem. Dodatkowo rzęsy wydłużone tuszem, a usta krwisto-czerwoną szminką. Nie spieszyło jej się, bo sama nie wiedziała dokąd ma iść. Zamiast o tym myśleć to wracała do wydarzeń z wczorajszego dnia....
   Przetarła oczy i zamrugała kilkakrotnie, przyzwyczajając się do jasnego światła. Była w jasnym pomieszczeniu, które w Alias znane było jako Sala Chorych. Była tu już kilka razy, ale zwykle były to niewielkie rany i szybko wychodziła stamtąd. Teraz czuła coś uciskowego na ręce i wiedziała co to było. Bandaż, który zatamował krwotok. Spojrzała na niego i w oczach znów pojawiały się obrazy z wcześniejszych dni. Wszystkie zlewały się w jedną mazaję i przyprawiały ją o straszliwy ból głowy w skroniach. Miała już serdecznie dość bólu i dlatego pragnęła popełnić samobójstwo. Nie udało się, jednak bo ktoś ją znalazł i w ostatnim momencie uratował.
- A było tak blisko... - szepnęła do siebie. Rozejrzała się po sali, ale nikogo nie zauważyła. Było to strasznie dziwne. Zwykle kręciła się jakaś pielęgniarka, ale teraz była tylko ona. Wtedy podjęła natychmiastową decyzję. Przesunęła się na skraj łóżka, po czym opuściła nogi na podłogę i przeszły ją dreszcze,gdy bose stopy dotknęły zimnej powierzchni. Szybko założyła sweter, który leżał na pobliskim łóżku, po czym wciągnęła buty i wstała. Poczuła zawroty głowy, ale nie upadła. Wzięła głęboki oddech i przywołała wiatr. Poczuła to co wcześniej. Jak wlewa się w nią, a ona przestaje być widoczna dla innych. Inaczej szybko by ją złapali. Ruszyła powoli do drzwi, gdy stanęła jak wryta. W stronę szedł Albus Black w długim szarym płaszczu. Spanikowała, ale zaraz przypomniała sobie, że przecież jest niewidzialna, więc gdy tylko drzwi się przed nim otworzyły, przemknęła obok niego, uważając, aby go nie dotknąć. Odetchnęła z ulgą, gdy była już na korytarzu. Ruszyła spokojnie przed siebie, gdy usłyszała krzyk mężczyzny z Rady Starszych:
- Straże!!!
Dziewczyna zerwała się do biegu, wiedząc, że zaraz zlecą się strażnicy. Biegła sprintem, aż dotarła do głównych drzwi. Rozejrzała się uważnie, ale nikogo nie było. Wstrzymała, więc oddech i otworzyła je. Ostre promienie słońca uderzyły jej twarz i sprawiły przyjemne ciepło. Wyszła na zewnątrz i odetchnęła z ulgą. Dwójka strażników patrzyła przed siebie, nie widząc jej. Uśmiechnęła się półgębkiem i przygryzła dolną wargę. Chciała zrobić na złość Radzie,więc zeszła po schodach i stanęła na środku trawnika. Spojrzała w górę i zobaczyła w oknie Sali Chorych zdenerwowaną twarz Albusa. To dało jej siłę. Momentalnie ulotniła się z niej moc i znów była widoczna. Strażnicy rozdziawili usta z zaskoczenia, ale najwięcej satysfakcji dała jej przerażona mina Black'a. Arivan uśmiechnęła się krzywo i sarkastycznie zasalutowała mu, po czym przywołała w głowie obraz lasu i po sekundzie znikła z Alias.
Kiedy tylko wyszła już z lasu to skierowała się do miasta. Miała w kieszeni spodni swój portfel, a w nim trochę pieniędzy. Postanowiła, że zmieni się całkowicie, aby Rada już jej nie odnalazła. Chciała odgrodzić się od tamtego świata, a potem zdecydować co dalej. Tak, więc udała się do pierwszego salonu fryzjerskiego i zmieniła fryzurę, po czym na krótkich zakupach kupiła nowy strój i rzeczy do makijażu. W toalecie baru przebrała się i wyszła na ulicę. Myśląc, gdzie ma się udać przygryzła dolną wargę. Pojawiało jej się jedno miejsce. Dom Samuela. Chciała wiedzieć co się tam działo i dlatego po prostu tam poleciała. Gdy weszła do środka zastała taki sam bałagan jak wcześniej. Na podłodze w kuchni, wciąż była krew, ale już nie było ciała rodziców chłopaka. Zaczęło jej się robić słabo i dlatego poszła na górę o miękkich nogach. Kiedy tylko otworzyła drzwi pokoju, poczuła jeszcze większy ciężar, przygniatający ją. W oczach pojawiły jej się łzy, ale weszła powoli do środka i usiadła na łóżku, czując zapach Samuela. Wtuliła się w jego kołdrę i pozwoliła sobie na płacz. Miała już nową fryzurę i trochę dziwnie się czuła. Zamknęła oczy i wyszeptała:
- Tak strasznie tęsknie - Po czym puściła kołdrę i wstała. Gdy szła do okna, nadepnęła na coś. Spojrzała w dół i zobaczyła czarny notatnik Samuela. Upadła na kolana i wzięła go w dłonie. Gdy przeglądała jego rysunki, szlochała coraz głośniej, ale gdy zobaczyła ostatni rysunek. Ich przytulonych do siebie. On siedział na kanapie, a ona przed nim pomiędzy jego nogami. Tulił ją mocno i całował w szyję. W tle były świąteczne ozdoby, więc było to marzenie jego. Poczuła miłe ciepło, ale zaraz naszedł ją okropny ból. To nigdy się nie spełni.Otarła łzy i przycisnęła notatnik do piersi. Wstała i podeszła do okna, ale zanim wyszła ostatni raz spojrzała na pokój, po czym szepnęła cicho, łamiącym głosem:
- Przepraszam...
     Potrząsnęła głową i otarła cieknącą łzę. Stanęła na skraju lasu, a przed sobą widziała polanę teraz śpiącą jak to w zimie. Westchnęła, po tym jak wyszła z domu Samuela, zupełnie nie wiedziała co robić. Choć w nowo kupionej torbie miała parę ubrań i notatnik, ale to wcale nie pomagało. Przysporzyło jej to kolejnych ciężarów, ale nie umiała po prostu tego wyrzucić. To była jedyna pamiątka po chłopaku. Myślała co robić. Nie mogła wrócić do Alias, bo nie miała zamiaru pomagać Radzie Starszych. Vladimir nie odezwał się, więc pewnie już o niej zapomniał. Miała co prawda znajomych innych ras, ale nie chciała prosić ich o pomoc. Musiała, albo znaleźć jak najszybciej pracę, lub wrócić do Alias. A druga opcja odpadała na starcie. Chciała już zawrócić do lasu i miasta, gdy usłyszała łamaną gałąź za sobą. Momentalnie napięła mięśnie i przywołując w głowie obraz miecza, obróciła się na pięcie. Czując za sobą czyjąś obecność zamierzyła się i zaatakowała, ale jej broń zderzyła się z pniem drzewa. Dziewczyna o rudych włosach pisnęła i w ostatnim momencie odskoczyła od ostrza Arivan. Potknęła się przy tym i upadła na zamarzniętą ziemię.
- Kim jesteś? - zapytała ostro brunetka, trzymając ostrze w jej stronę. Druga dziewczyna była piękna, a jej oczy wyrażały złość. Jej miedziane oczy były bardzo znajome. Kojarzyła je z jednym, a lekko szpiczaste uszy potwierdziły kim były.
- Fearie? - spytała oschle, a tamta skinęła głową i powoli podniosła się, otrzepując szaro-niebieską suknię. I to nie zwykła fearie,
- Emilia Lee, a ty? - przedstawiła się rudowłosa, a Arivan zdziwiła się. To była córka królowej fearie w Morskich Błękitach. Dlatego kojarzyła jej oczy. Jak była mała to ojciec parę razy spotkał się z jej matką i widziała jej ostre i obojętne spojrzenie. Nie polubiła jej. Ale jej córka nie miała tego samego wyrazu. Wręcz przeciwnie. 
- A ty jak się nazywasz? - powtórzyła pytanie Emilia, a Arivan przygryzła dolną wargę. Nie mogła podać prawdziwych danych, bo od razu by ją wydali Radzie Starszych.Wiedziała, że już pewnie każda rasa wiedziała, że jest poszukiwana. Musiała kłamać, a nowy styl mógł jej to ułatwić. Podniosła głowę i wyprostowała się,a miecz znikł z jej dłoni. Wzięła głęboki oddech i powiedziała pierwsze co przyszło jej na myśl:
- Diana Night - skłamała,a rudowłosa uśmiechnęła się.
- Co tu robisz? Czy księżniczka nie powinna być w pałacu? - zapytała spokojnie czarnowłosa, ale w jej głosie było słychać odrobinę zgryźliwości. Emilia skrzyżowała dłonie na piersi. 
- Nie twój interes. Nienarodzona też raczej nie powinna być w świecie śmiertelnych - stwierdziła sucho, patrząc na nią. Diana zdenerwowała się i zacisnęła dłonie w pięści. Nie miała zamiaru nikomu się tłumaczyć.
- Ojoj widzę, że czuły punkt trafiłam - dodała po chwili rudowłosa.
- Twoja matka, raczej nie będzie zachwycona, że tutaj jesteś. Taka suknia łatwo się tu zniszczy -skomentowała ostro czarnowłosa. Emilia westchnęła, patrząc na swoją piękną suknię, której końcówki były już przemoczone. Opuściła dłonie wzdłuż ciała.
- Piep**e tą suknie i to wszystko. Nie chcę tam wracać! - powiedziała rozżalona fearie. 
- Ej kto ci zalazł za skórę co Emilio,że tak mówisz? - spytała Arivan, robiąc krok w jej stronę. Przeklinała swoją wrażliwość, ale nie umiała zostawić kogoś z problemem. Takie uroki bycia Nienarodzoną. A w dodatku nie wiedziała, że bycie wybraną nasilało to jeszcze bardziej.
- Gdyby twoja matka oświadczyła ci, że wychodzisz za jakiegoś bufonowatego księcia to jakbyś się zachowała? - zapytała sarkastycznie,a Diana uśmiechnęła się krzywo, rozumiejąc o co jej chodziło.
- Wkurzyłabym się po całej linii - wyznała, kładąc dłoń na odkrytych ramionach rudowłosej. Ta spojrzała zaskoczona jej w oczy. Czarnowłosa  uśmiechnęła się lekko i dodała poważnym głosem:
- Ale zrozumiałabym, że to pewnie jest bardzo ważne i może uratować mnóstwo osób. I pewnie zgodziłabym się na ślub dla dobra innych - powiedziała Diana, a Emilia nie odrywała od niej wzroku choćby na sekundę. W jej oczach pojawiało się zrozumienie na słowa Nienarodzonej, ale też smutek, który niemal od razu ukryła. 
- Masz rację - przyznała księżniczka z lekkim smutkiem w głosie. 
- Ale nie chcę tam być sama, bo zwariuję z moją matką - dodała, a Diana uśmiechnęła się krzywo.
- Wiesz ja nie mam nic konkretnego do roboty, więc mogę się pilnować, abyś nie zwariowała -zaproponowała z uśmiechem brunetka. Emilia od razu się rozchmurzyła.
- Na prawdę? Potrzebuję dziewczyny, która mnie zrozumie i ogarnie w razie czego.
- Oto stoję przed tobą - powiedziała Nienarodzona, rudowłosa uśmiechnęła się szeroko.
- To chodź ze mną - powiedziała i chwyciła ją za rękę, po czym zaciągnęła w stronę bramy, Arivan choć na chwilę zapomniała i postanowiła jedno. Od teraz nie była Arivan Morgenstern, ale Diana Night.
                                       **********************
         W dużym pokoju o ścianach błękitnych we wzorze fal morskich. Meble w pokoju, albo były błękitne, albo białe. Na dużej białej kanapie siedziała kobieta. Miała ona rude włosy zaplątane w warkocz, a ciało odziane w niemal przezroczystą suknię w kolorze nocy. Jej ciemne oczy patrzyły leniwie na kieliszek z winem, który trzymała w dłoni. Mężczyzna siedzący obok niej, miał na sobie elegancką marynarkę i stylowe spodnie. Patrzył czarnymi oczami na kobietę z krzywym uśmieszkiem. Może i była innej rasy, ale intrygowała go. Jej charakter i zachowanie wzbudzały w nim dawne uczucia, które były przy jego zmarłej żonie. Miał na nią chrapkę, ale nie okazywał tego. Nie był tym typem faceta.
- Twoja córka, chyba nie jest zachwycona - stwierdził sucho, a kobieta spojrzała mu w oczy. Jak zawsze miała zimne spojrzenie i postawę pełną dumy,
- A twój syn? Moje dziecko przynajmniej wie co musi zrobić - stwierdziła obojętnie, popijając łyk wina. Valentaine dostał swój ulubiony trunek, czyli Rh0+. Popijał ją ze złotego kieliszka.
- On się dowie w swoim czasie i spokojnie będzie gotów. Ty zajmij się przygotowaniem balu, a ja zajmę się oświadczynami - powiedział spokojnie, a Semira uśmiechnęła się krzywo, zerkając na niego z boku.
- Spokojnie wszystko będzie gotowe. Słyszałeś wieści z Alias? - zapytała z błyskiem w oku, a on skinął, że ma się rozwinąć. - Rada Starszych wydała rozkaz, że ktokolwiek zobaczy te młodą Morgenstern ma natychmiast przekazać to im, a najlepiej przekazać do rąk własnym. Śmierdzący lenie nie mają zamiaru ruszać nawet tyłka tylko czekać - powiedziała ostro królowa fearie, patrząc w czarne jak węgiel oczy wampira.
- Wiadomo i dlatego musimy jak najszybciej zjednoczyć siły przeciwko nim - stwierdził król wampirów, biorąc łyk czerwonego trunku. Kobieta uśmiechnęła się krzywo, patrząc na kończące się wino.
- Najpierw ślub inaczej nie pomogę wam. Chcę mieć pewność, że nie wykiwacie nas jak już władza wpadnie w nasze ręce. Pamiętaj Valentaine nie jestem głupią królową - ostrzegła go lodowatym głosem. Wampir uśmiechnął się krzywo. Oj kręciło go i to bardzo.
- Spokojnie Semira umowa jest umową. Z resztą wszystko spiszemy przy ślubie naszych dzieci -zapewnił ją spokojnie.
- Dobra dobra. Powiedz mi lepiej czy ty czegoś nie wiesz o tej Morgenstern. Twój synek jest z nią podobno blisko - zagadnęła z ciekawskim uśmiechem na ustach. Król zaśmiał się szorstko.
- Niby tak, ale dziewczyna przepadła. Zwiała z Alias i ślad po niej przepadł. A mój syn szybko o niej zapomniał - powiedział obojętnie Valentaine, a Semira pociągnęła znudzona łyk.
- Bo ci uwierzę. Nie znamy się od dziś - stwierdziła szorstko.- Kiedy oświecisz Vladimira?-zapytała po chwili ciszy, a on spojrzał na nią zdziwiony.
- Nie martw się. Porozmawiam z nim niedługo i będzie gotów - powiedział wymijająco, a Semira zaśmiała się sucho.
- Oby, bo inaczej nici z umowy - ostrzegła ostro, a on uśmiechnął się krzywo, ale patrzył na kieliszek zamiast na nią. Sam nie wiedział jak ma przekazać synowi wiadomość, że będzie się żenił.
                                                 **********************
          Po tym jak dziewczyn przeszły przez portal Emilia od razu poszła zakomunikować matce, że Diana zostaję u niej. Matka nie miała nic przeciwko i wydzieliła jej pokój obok córki. Rudowłosa zostawiła brunetkę samą w nowym pokoju, bo musiała iść na spotkanie z matką w sprawie balu. Nie chętnie, ale poszła. Nienarodzona natomiast usiadła na białym, dużym łóżku i westchnęła zmęczona. Straciła siły i chciała po prostu móc się przespać. Odłożyła torebkę pod łóżko i wślizgnęła się pod aksamitną kołdrę. Zamknęła oczy i pomimo krwawiącego serca szybko zasnęła. Śnił jej się Samuel. Ich wspólne chwilę, a potem jak umiera. Widziała tą scenę co chwila na nowo.Widziała, jak umierał i jak znikał. Co chwila pokazywały jej się jego cudowne oczy. Szaro-niebieskie tęczówki zawsze z mnóstwem miłości, a potem z ogromnym cierpieniem. Chciała się obudzić, więc gdy tylko ktoś zapukał do drzwi, usiadła gwałtownie, budząc się  z koszmaru. Przespała ponad półtorej dnia. Przetarła oczy i zawołała:
- Proszę - drzwi się otworzyły i stanął w nich chłopak. Miał blond włosy i był w zbroi straży dworu fearie. Jego piwne oczy patrzyły na nią zdziwione.
- Emilia kazała ciebie przyprowadzić - powiedziała onieśmielony. Diana skinęła głową i wstała z łóżka, zapominając, że była w samej bluzie i bieliźnie. Chłopak od razu odwrócił się zawstydzony sytuacją.
- Możesz dać mi chwilę - powiedziała, a on skinął głową. Dziewczyna szybko podeszła do szafy i otworzyła ją.
- No nie - jęknęła, widząc same sukienki. Nie przepadała za ich noszeniem, ale chyba nie miała wyboru.
- Czy coś nie tak? - zapytał strażnik.
- Nie,a tak apropo jak masz na imię? - zapytała, przeglądając sukienki. Wszystkie nie dość, że niemal prześwitujące to jeszcze strasznie dopasowane. Wzięła w końcu ciemno-fioletową i baletki do nich.
- Mark,a ty? - usłyszała po chwili, a ona uśmiechnęła się lekko i ściągnęła bluzę, zostając na samej bieliźnie.
- Diana. Ładne imię masz Mark, a wiesz czemu Emilii chcę mnie widzieć? - zapytała, zakładając suknię. Była obcisła i uwydatniała jej krągłości. Westchnęła, widząc swoje odbicie. Założyła baletki, przeczesała ręką włosy. Nie mogła nic poradzić na swoje bladą skórę i czerwone oczy od płaczu.
- Nie wiem, ale pewnie chodzi o bal - rzekł, a w jego głosie słychać było żal i złość. Stanęła obok niego i przyjrzała mu się uważnie.
- Dlaczego myślę, że nie cieszysz się z tego powodu? - spytała z lekkim uśmiechem. Odwzajemnił go, ale nie był on ani trochę szczery.
- Bo nie podoba mi się to, a teraz chodźmy - powiedział i ruszył do przodu korytarzem,a ona szła obok niego. Przyjrzała mu się uważnie i wiedziała dlaczego. Za dobrze znała uczucia i umiała rozbroić innych.
- Kochasz ją co, nie? - spytała z lekkim uśmiechem. On natomiast wzruszył ramionami i przyspieszył kroku.
- I co z tego. Ona niedługo wyjdzie za mąż - powiedział rozżalony. Był strasznie wściekły, że tak się dzieję, ale nie mógł nic na to poradzić. Był tylko strażnikiem. Dianie zrobiło się przykro z tego powodu, ale nie mogła nic na to poradzić.
- Powinieneś o nią walczyć - powiedziała słabo, jedyne co jej przyszło na myśl. Zaśmiał się sucho, stając przed jednymi drzwiami.
- Emilii tam czeka - powiedział sucho.
- Ty nie idziesz? - zapytała, ale on tylko skinął przecząco głową i odszedł w drugą stronę. Diana patrzyła za nim chwilę, po czym otworzyła drzwi i zobaczyła złą rudowłosą, chodzącą w tą i z powrotem. Była nieźle zdenerwowana. Cała spięta i non stop przeklinała coś pod nosem. To na matkę, to na los, to na niedoszłego narzeczonego, to na życie itd.
- Ej co jest? - zapytała Diana, podchodząc do niej i zatrzymując. Chwyciła ją za ramiona i zmusiła, aby spojrzała jej w oczy.
- Matka umówiła mnie dziś z tym bufonem! - krzyknęła wściekła i wyrwała się brunetce. Chwyciła za lampkę stojącą na stoliku i cisnęła ją w ścianę. Reszty lampki rozbiły się po podłodze. Nienarodzona wzdrygnęła się patrząc zdziwiona na koleżankę.
- Uspokój się, bo pogorszysz sytuację - poradziła, a Emilia nagle opadła na niebieską sofę i zakryła dłońmi twarz. Zaczęła cicho płakać.
- Emilia wiem, że to ciężkie, ale taki jest los księżniczki, wiesz o tym - powiedziała, siadając obok niej i kładąc dłoń na jej.
- Ja nie chcę być księżniczką! Piep**ę to! Chcę być normalną nastolatką! - powiedziała, patrząc w jej oczy. Diana na chwilę straciła rezon, bo weszła w jej głowę. Zobaczyła jak leży w szpitalu i podpięta jest do morfiny. I to nie raz, choć nic jej nie było. Ona była uzależniona od niej! Momentalnie odwróciła wzrok i spojrzała na biały stolik.
- Nie możesz już brać morfiny. Twoja matka udusiłaby cię jakby wiedziała - syknęła przez zaciśnięte zęby. Emilia spojrzała na nią zaskoczona.
- Skąd wiesz?
- Ja dużo wiem Em i nie pozwalam ci tego robić! - powiedziała ostro czarnowłosa,a rudowłosa westchnęła, patrząc na swoje niebieskie paznokcie. Nowiutki lakier, wcale nie poprawił jej humoru.
- Wiem, ale ja nie chcę tego życia. Nie chcę wychodzić za mąż, a na pewno nie za jakiegoś głupiego księcia wampira - powiedziała drżącym głosem, a Dianę zamurowało. Był tylko jeden książę wampirów, a ona znała go. Aż za dobrze. Nie mogła uwierzyć, że to mógł być on.
- Za kogo? - zapytała lekko otumaniona.
- No za tego bufona Vladimira. Wiesz bożyszcze u wampirów i synalek Valentaine. Debilny rozpieszczony bachor! - odpowiedziała zła i wzięła łyk wina, stojącego na stoliku. Diana poczuła się jakby ktoś dostał w twarz. Sama nie wiedziała czemu, ale czuła się zdradzona. Milczała przez chwilę, aż uświadomiła sobie jedno. On zaraz tu będzie i mógł ją rozpoznać. Nie mogła na to pozwolić. Musiała uniknąć spotkania z nim.
- Emilia on na pewno zaraz przyjdzie, więc zostawię was samych-  powiedziała zaniepokojona Diana i jak na zawołanie usłyszała pukanie do drzwi.
- Pani przybył książę Vladimir - usłyszała głos strażnika za drzwi. Nie był to Mark. Emilia momentalnie spięła się i spojrzała na czarnowłosą.
- Nie idź proszę - poprosiła, a ona przygryzła dolną wargę. Nie chciała ryzykować, ale nie umiała też odmówić jej błagalnemu spojrzeniu.
- Dobrze - powiedziała i westchnęła. Na robię sobie kłopotów- pomyślała, gdy drzwi się otworzyły. Stanął w nich on. Nie kto inny jak nieziemsko przystojny wampir o czarnych włosach i twarzy mówiącej, że każdy jest gorszy od niego. Jak zawsze uśmiechał się zadziornie. Spojrzał tylko obojętnie na Dianę i zaraz skupił wzrok na Emilii. Nie był w najlepszym humorze. Za dobrze czarnowłosa go znała. Wiedziała, że coś go trapiło. Mimo wszystko martwiła się o niego.
- Witaj Emilio - przywitał się, muskając wierzch jej dłoni chłodnymi ustami.
- Witaj Vladmirze - odpowiedziała mu sucho i usiadła z powrotem na kanapie. Usiadł obok niej, zerkając na Dianę, która przypatrywała mu się.
- To moja służąca. Ma zostać - powiedziała księżniczka, a wampir skinął głową. Spojrzał w miedziane oczy fearie i uśmiechnął się lekko.
- Nie wiesz jak ucieszyła mnie wiadomość o naszych zaręczynach. Nie mogę się doczekać, aż zostaniesz moją żoną - wyznał, a jego głos ani na moment się nie zachwiał. Emilia wpatrywała się w niego trochę zdziwiona. Wiedziała co powiedziała jej matka. Nie miała innego wyjścia, jak udawać zakochanej w nim, choć jej serce należało do innego.
- Tak ja również nie mogę się doczekać, ale matka mówiła, że to jeszcze trochę czasu - powiedziała, a on zbliżył się do niej i chwycił jej dłoń.
- Tak, ale będziemy mięli trochę czasu, aby poznać się lepiej, a bardzo mi na tym zależy - powiedział i pochylił się nad nią z zadziornym uśmiechem. Przybliżył swoje usta do jej, a ona nie wiedziała co zrobić. Gdy wargi wampira natarły na jej miała ochotę go odepchnąć, ale nie mogła. Zamiast tego odwzajemniła pocałunek.
Diana wiedziała, że powinna odwrócić wzrok i wyjść, ale nie umiała coś innego nie pozwoliło jej tego zrobić. A były to myśli Vladimira, gdy przeczytała jedną z nich poczuła, jak kolejny nóż wbija się w resztkę jej serca i rani je po raz kolejny. Zwłaszcza ostanie słowa wypowiedziane przez niego:
"Ponieważ jest nam potrzebna do przejęcia władzy"
                                                 **********************************
         Hello! Oto kolejny rozdział. Mam nadzieję, że nie najgorszy i nie zanudził was. Przepraszam, że dopiero teraz, ale ten tydzień było trochę zabiegany. Problemy w szkole i egzaminy próbne, a dziś jeszcze pogrzeb, więc wiecie trochę mało czasu,a w dodatku jeszcze konkurs na opowiadanie i musze też je napisać. Załamałam się, bo ograniczyli mnie do trzech stron :( Normalnie nieźle muszę skracać, ale cóż mam już dwa, a chcę dać parę pani do wyboru, więc wiecie. No dobra, ale macie wreszcie rozdział i przepraszam za błędy. Liczę na wasze szczere opinie i przyjmuję krytykę :* Czekam na was, a next pojawi się w przyszłym tygodniu, ale nie obiecuje, że przed piątkiem, bo sami wiecie. No i mam dla was potem jedną wiadomość, ale to za tydzień *.- Czekam i pa :*
            -Dont Cry To Me

sobota, 28 listopada 2015

Rozdział.14.


    Gdy tylko zamknęły się drzwi do pokoju, od razu zabrała się za sprawdzenie dwóch okien. Niestety oby dwa były szczelnie zamknięte. 
Westchnęła poirytowana. Dobrze wiedziała, że użycie magii wiązało się z natychmiastowym alarmem. Pokój był niezwykle zabezpieczony. Taka cela więzienna tyle, że lepiej wyposażona. Arivan wiedziała o tego rodzaju pokojach, były dla tak zwanych  więźniów "lepszego stanu". Nie uciekała wtedy z lochu, bo po pierwsze:miała nadzieję na wyrok śmierci i po drugie:też były tam silne czary. 
Rozejrzała się po pokoju i zobaczyła komodę, biurko, duże ciemne łóżko, półkę na książki i kolejne drzwi (nie licząc tych przez które weszła) pewnie do łazienki. Ściany były w kolorze ciemnego brązu co przywoływało ciężki nastrój. 
Dziewczyna usiadła na skraju łóżku, czując jak opuszczają ją wszelkie siły. Serce zaczęło boleć jeszcze bardziej. Jego pęknięta część na dobre znikła jak ciało chłopaka po śmierci. Zaś druga część krwawiła wewnętrznie i krzyczała, błagając aby reszta jej wróciła. Dziewczyna wiedziała, że to niemożliwe i że krwawienie nigdy nie ustanie, ale też nie zabije jej samo. Miała to być wieczna męka. Poczuła jak po polikach lecą świeże łzy. Nie powstrzymywała ich. Dała upust wszelkim emocjom. Nie obchodziło ją czy ktoś ją usłyszy i co sobie pomyśli. Zaczęła głośno szlochać, dławiąc się co chwila. Drżała strasznie i nie panowała nad sobą. 
Ześlizgnęła się z łóżka, upadając na kolana i opierając dłonie na podłodze. Z trudem łapała oddech, czując jak płuca palą ją z żalu po Samuelu. Serce krwawiło, dusiło się i krzyczało razem z nią. Jej łzy coraz szybciej płynęły po twarzy. Zawsze była pewna, że człowiek nie mógł utopić się we własnych łzach, ale teraz zwątpiła w to. Coraz ciężej oddychała i dławiła się. Nawet po pogrzebie matki nie szlochała tak bardzo. Nawet po stracie ojca nie czuła tak ogromnego bólu, choć wiedziała, że została sama. Wtedy pomyliła się, mówiąc po uroczystości żegnającej ojca "Już nigdy więcej nie pokocham nikogo. Nigdy już nie będę miała bliskiej osoby. Zostałam sama na całe życie" To teraz czuła jak umiera z bólu. Teraz była pewna, że została zupełnie sama. Wtedy nie myślała, że kogoś pokocha, a gdy teraz to się stało, to straciła go tak szybko. Ból jaki odczuwała po śmierci rodziców był niczym przecięcie na sercu w porównaniu z obecnym, który wyrwało połowę jej niewinnego serduszka. Chciała wyrwać drugą, aby przestać cokolwiek czuć, ale nie umiała tego zrobić. Nie wiedziała jak. Przestała zupełnie myśleć. W jej głowie pojawiały się obrazy z Samuelem, a jeden najczęściej. Moment podcięcia szyi jemu i zabicie go. Moment, gdy umarła razem z nim tam w sali. Miała już dość, chciała normalnie oddychać i przestać czuć ból. 
Z trudem wstała na chwiejne nogi i ruszyła do drzwi łazienki. Otworzyła je z trudem przez drżącą dłoń i stanęła przed lustrem. Nie patrzyła na swoją załamaną twarz. W głowie miała zupełnie co innego. Zakończyć te mękę. Znała pomysły ludzi na ziemi, ale uważała je zawsze za brak szacunku do Boga i daru od Niego. Teraz, jednak chciała zrobić to samo. 
Zamachnęła się i -i tak już poranioną ręką od szkła okna w sali- uderzyła w szkło, które rozbiło się na kawałki. Uklękła i wzięła do ręki jeden z większych. Ścisnęła, czując jak przecina skórę i pojawiła się krew. Poczuła dreszcze i ból, który odrobinę zagłuszył ten w sercu. Wciąż, płacząc i oddychając z trudem przystawiła kawałek do nadgarstka. Przymknęła oczy i powiedziała, przez zaciśnięte gardło:
- Pierwsze za to, że cię poznałam - i zrobiłam głębokie cięcie. Przesunęła niżej i znów powiedziała:
- Drugie za to, że nie przekazałam od razu Radzie - i kolejny ruch ręką.
- Trzecie za to, że mnie uratowałeś - znów przecięta skóra i przesunięty kawałek szkła niżej.
- Czwarte że dałam ci się poznać - krew leciała po jej dłoni, powodując ból i pieczenie, ale ona nie przerywała.
- Piąte za to, że dałam się ci omotać - czuła jak powoli robiła się słaba, ale utrzymywała wciąż szkło w dłoni i dalej mówiła:
- Szóste za to, że ci nie powiedziałam prawdy - gardło zaciskało jej się coraz mocniej, a łzy kapały na dłoń, mieszając z krwią.
- Siódme za to, że kłamałam.
- Ósme za to, że nie umiałam cię ochronić - głębsze od innych.
- Dziewiąte, że cie pokochałam ! - te słowa ledwo przeszły, powodując kolejny napływ bólu. Czuła, że traci siły w dłoni, więc przystawiła na czubku nadgarstka szkło i przejechała w dół, mówiąc:
- Dziesiąte za to, że mi ciebie zabrano - kawałek szkła upadł z brzękiem na kafelki, a ona oparła się o ścianę, patrząc rozmazanym wzrokiem na krew płynącą po jej dłoni. Czuła odrętwienie, które przynosiło przyjemną ulgę. Zamknęła oczy, czując jak odpływa w ciemność. Nim pozwoliła się jej całkiem zabrać, wyszeptała jeszcze cichutko w pustą przestrzeń:
- Kocham cie Samuel - po czym zapadła w wyczekiwaną noc.
                  *********
     W pokoju było jasno. Niemal białe ściany i podłoga. Łóżka identyczne poprzedzielane tylko niebieskimi zasłonami. Kilka z nich było zajęte, ale większość pusta. Przy pacjentach uwijały się młode pielęgniarki, a co jakiś czas lekarz dyżurujący. Do prawie każdego przychodził jakiś gość. To córka, lub wnuczka. To żona z dzieckiem lub w ciąży. To chłopak lub dziewczyna. To rodzina albo przyjaciele. Praktycznie każdy miał z kim porozmawiać. Każdy prócz jednej dziewczyny, która leżała na łóżku najbardziej wysuniętym w kąt. 
Patrzyła smutno na pozostałych pacjentów. Dobrze wiedziała, że nikt nie przyjdzie jej odwiedzić, bo po pierwsze: nikt nie wiedział, że była u ludzi i po drugie: nie była chora, ani nic. Po prostu lubiła morfinę. Często zgłaszała się do szpitali, czarując ludzi swoim "urokiem", po czym dostawała tyle ile potrzebowała i wychodziła na własne życzenie. I mimo, że nie był to jej pierwszy raz to jakoś przykro jej się robiło, patrząc na innych pacjentów. Jej matka nigdy nie interesowała się jej uczuciami. Liczyło się tylko, aby była godna jej następstwa i nie sprawiała problemów. Gdyby dowiedziała się o jej małym nałogu, miałaby piekło w domu. Dlatego często znikała na jakiś czas i żyła jak zwykła osiemnastolatka w świecie ludzi. Niestety to nie mogło trwać wiecznie.
Otrząsnęła się z rozmyśleń spojrzała na torebkę, powieszoną nad łóżkiem. Była już prawie pusta, a ona czuła miły spokój w sobie. Była zrelaksowana. Morfina zawsze tak działała na jej gatunek. Wiedziała, że czas najwyższy był wracać. Czekał ją dziś bal, który był bardzo ważny dla jej matki. Wolała nie podpaść.
Powoli przesunęła się na skraj łóżka i postawiła bose stopy na zimnych kafelkach. Przeszły ją dreszcze, ale nie zwróciła na to uwagi. Poszukała swoich czarnych glanów i szybko wciągnęła je na nogi. Spojrzała na wnętrze prawej dłoni i szybko odcięła dopływ morfiny, wyrywając rurkę. Za szczypało ją, ale nie zwróciła na to uwagi. Chciała wstać, ale wtedy usłyszała męski głos za sobą.
- A dokąd to się wybierasz? - dobrze znała ten głos. Brzmiał zimno i surowo. Westchnęła i wiążąc sznurowadła odpowiedziała obojętnie:
- Do domu.
- Tak myślałem. Matka kazała cię odnaleźć i przyprowadzić -powiedział sucho, a ta wzniosła oczy ku niebu.
- Nie jestem dzieckiem. Sama dotrę - stwierdziła rozgoryczona, wstając. Wzięła skórzaną kurtkę z łóżka i założyła ją, zwracając wzrok ku mężczyźnie. Omal nie wybuchła śmiechem widząc, jak ubrał się strażnik od jej matki.
- Serio? Srebrna zbroja i miecz? Wstyd z tobą rozmawiać - stwierdziła z rozbawieniem w głosie. Widziała jak parę twarzy zerkało na nich, szepcząc coś ze śmiechem. Nie dziwiła im się.
- Pani niezwłocznie żąda twojego powrotu - powiedział, nie zwracając uwagi na jej żarty. Dziewczyna westchnęła i spojrzała na dziurkę po igle. Przydałoby jej się to na wynos.
- I radzę ci nie pokazywać się jej w tym stroju - ostrzegł, oglądając ją od stóp do głów. Na jego twarz był wyraz niesmaku.
- Dobra, dobra. Przy przejściu mam ukryte ubrania - wyznała znudzona, stając przed nim. Choć była wysoka to on i tak przewyższał ją o pół głowy, więc musiała zadzierać głowę w górę, aby spojrzeć w jego niebieskie oczy.
- Czemu takie ciacho jest takim sztywniakiem? - zapytała, przechylając lekko głowę w bok. Uśmiechała się zadziornie. Położyła dłonie na jego zbroi i przysunęła jeszcze bardziej. Jego usta wygięły się w grymas uśmiechu. Jedną dłoń miał położoną na rączce miecza. Druga zaś swobodnie zwisała wzdłuż jego ciała.
- Odpowiesz mi? - spytała, poruszając biodrami równocześnie, ocierając się o jego ciało. Uśmiechnął się szczerze, po czym zaraz spoważniał.
- Królowa chcę cię jak najszybciej widzieć i porozmawiać przed balem,który wkrótce ma się odbyć -odpowiedział sucho, unikając jej wzroku.
- Dobra, ale co jest kociaku? - zapytała,poważniejąc. Nie rozumiała zachowania swojego przyjaciela którego znała od lat. Zawsze ją krył i pomagał. Choć był starszy o 10 lat to wyglądał na równego jej. Chociaż zawsze miał poważny ton to przy niej-niekiedy- umiał być zabawny.
- Królowa będzie zła - stwierdził, unikając odpowiedzi. Westchnęła poirytowana.
- Jesteś na mnie zły, że nie odzywałam się przez tydzień? - spytała zaskoczona, a gdy nie odpowiedział sama już wiedziała. Opuściła wzrok i zła odwróciła się na pięcie, plecami do niego.
- Chodźmy już - powiedziała sucho i nie czekając ruszyła do drzwi sali. Nie miała zamiaru musieć wypisywać papierów, więc postanowiła wyjść "skrótem".  
Weszła zła do damskiej toalety na pierwszym piętrze i zamknęła drzwi. Przeczesała dłonią długie, rude włosy. Była zła i sama nie wiedziała na kogo. Czy na strażnika, który był obrażony. Czy na matkę, za to, że coś kombinuje. A może na siebie samą. Sama już nie wiedziała i to ją frustrowało. Podeszła do dużego okna i otworzyła je. Spojrzała w dół i zobaczyła dobry kawałek do ziemi. Nie przestraszyło ją to, jednak. Wzruszyła tylko ramionami, słysząc westchnienie za drzwiami. Wiedziała, że to strażnik, ale nie miała ochoty z nim gadać. Musiała ochłonąć. Nie chciała, jednak zostawiać go bez słowa. Przygryzła dolną wargę, przeklinając siebie w duchu. Powinna być bezwzględna i nie tłumaczyć się nikomu, a na pewno nie jakiemuś strażnikowi.Ona nie potrafiła być taka. Nie była jak jej matka:zimna, bezwzględna i surowa. Nie. Ona była zupełnym przeciwieństwem. Udawała tylko taką, ale tak na prawdę była krucha i słaba.
- Spotkamy się przy przejściu Mark! - krzyknęła, stojąc przy oknie do strażnika. 
Wiedziała, że nie będzie zadowolony, ale była w końcu księżniczką i nie mógł jej karać. Nie bez zgody królowej. Weszła na parapet i przełożyła nogi tak, że zwisały swobodnie nad ziemią. Uśmiechnęła się krzywo, słysząc jak Mark chciał wejść siłą do toalety. Dobrze wiedziała, że mógłby jednym silniejszym kopniakiem wyważyć drzwi. Nie chciał, jednak robić hałasu i zbiegowiska. Zamiast tego westchnął zły na nią i szybkim krokiem skierował się do schodów. 
Rudowłosa zaś siedziała na parapecie i patrzyła na zachodzące słońce. Pomarańczowa barwa była podobna do jej włosów i wprawiała ją w miły nastrój. 
Pamiętała jak za młodu chodziła na wieczorne spacery z rodzicami,siadając potem nad strumykiem i śmiejąc się na cały głos. Miała wtedy pięć lat i był to ich ostatni wspólny spacer. Potem jej ojciec zmarł przez atak demonów przy przejściu, a że był głównym dowódcą to musiał wraz ze strażnikami bronić wejścia do Morskich Błękitów, gdzie była cała jego rodzina i inni z rasy. Zabił demony niestety, oddając wtedy życie. Jej matka zamknęła się w sobie i odsunęła całkowicie córkę od siebie. Kiedyś piękna i dobra królowa stała się po tym wydarzeniu zimna i bezwzględna. A biedna mała pięciolatka musiała sama sobie poradzić ze stratą ukochanego taty. To wtedy poznała Marka. Był od niedawna w straży królewskiej. Miał zaledwie piętnaście lat, a już był strażnikiem. Bardzo jej wtedy pomógł i stał się najlepszym przyjacielem. Zawsze to on ją ratował, bronił i krył przed królową. Ufała mu bezgranicznie, ale nie umiała za bardzo docenić tego jak bardzo ryzykował dla niej. Nie zauważyła przez tyle lat jednego szczegółu, który był widoczny  dla większości w królestwie.
Dziewczyna szybko potrząsnęła głową, wracając na ziemię. Spojrzała w dół i gdy nie zobaczyła żadnego człowieka, przesunęła się na skraj parapetu. Po czym szybko odepchnęła i spadła, ale nie wylądowała boleśnie. Wyćwiczona w tego rodzaju wychodzeniu, upadła zgrabnie w pół przysiadzie. Uśmiechnęła się lekko, prostując i otrzepując kurtkę. Obejrzała się za siebie i zobaczyła, jak do głównych drzwi idzie jej strażnik. Nie czekała na niego tylko uśmiechnęła się zadziornie. Chciała go jakoś rozruszać i dowiedzieć się o co mu chodziło. Ale też trochę zdenerwować. Ruszyła, więc szybkim krokiem przed siebie. Przeszła przez ulicę i weszła do okolicznego lasu. Dobrze znała tą drogę. Jako fearie znała doskonale lasy i umiała zawsze odnaleźć przejście. Taki mały instynkt. Nie oglądała się za siebie. Dobrze wiedziała, że szedł za nią. Nie był zbyt ostrożny, chodząc po suchych gałęziach. Uśmiechała się pod nosem, przyśpieszając kroku. 
- Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteś psychopatą! - zawołała, nie odwracając się. 
Niemal widziała jego krzywy uśmieszek na tych pięknych ustach. Czuła, że przejście jest coraz bliżej. Nie spieszyło jej się do domu. Wolała zostać razem z nim. Choć czasem ją denerwował to lubiła go. Bardzo. 
- Może jestem? - usłyszała odpowiedź i zatrzymała się. Przed sobą miała niewielką jaskinię i wiedziała, że w niej było przejście. Zacisnęła dłonie w pięści. Powinna przejść i iść do matki, ale nie chciała. Przeczuwała coś złego. 
- Dalej, dalej czekają na ciebie - powiedział Mark, stając obok niej. 
Choć miał uśmieszek na ustach to w głosie słyszała żal. Zerknęła na niego i westchnęła. Nie chciała. Przygryzła dolną wargę i zrobiła krok w przód, po czym zatrzymała się.
- Co jest tak ważnego, że pośpieszasz mnie i jesteś zły? - zapytała plecami do niego. Czuła, że zrobił krok w jej stronę. Poczuła ciepło, bijące z pod jego zbroi. Rozluźniło ją to trochę. Cisza, jednak pomiędzy nimi wzrastała. Co wcale jej się nie podobało. Było to krępujące.
- Powiesz mi? - poprosiła słabym głosem. Nie była pewna czy chce usłyszeć odpowiedź. Bała się, bo czuła, że to nie była żadna błahostka. 
Mark westchnął. Usłyszała, że ściągnął żelazne rękawiczki, po czym położył ciepłe dłonie na jej ramionach. Przeszły ją dreszcze. Potarł je z lekkim uśmiechem na ustach. Przysunął się bliżej tak, że jego zbroja przywarła do jej pleców. Nie wytrzymała i odwróciła się do niego twarzą, patrząc w jego oczy. W piwnej barwie widać było smutek.
- Co jest Marki? - zapytała, kładąc dłoń na jego poliku. Uśmiechnął się smutno i opuścił dłonie wzdłuż swojego ciała. Zaczynał w niej narastać coraz większy niepokój.
- Twoja matka robi to przyjęcie dla ciebie - wyznał smutno, a ona nie zrozumiała. Zabrała dłoń i cofnęła się o krok. Teraz zaczynała być zła.
- I oto jesteś zły? Dobrze wiesz, że jako księżniczka muszę uczestniczyć w takich przyjęciach. Mogę nie chcieć, ale muszę - mówiła zła, nakręcając się jeszcze bardziej.
- Nie ja.. - spróbował jej przerwać, ale nie dała mu dojść do słowa, gestykulując zawzięcie.
- Nie mam wyboru jak ty! Ja muszę słuchać durnych rozkazów, kłaniać się kiedy trzeba, przytakiwać, uśmiechać i nie pytać. Jestem jakoś cholerną zabawką i wcale mnie to nie cieszy! - przerwała wściekła, patrząc na jego twarz,na której malował się wesoły uśmieszek. Nie zrozumiała go.
- Co? - zapytała sucho, a on podszedł do niej i odgarnął zbłąkane, rude kosmyki z jej twarzy. Zarumieniała się na ten czuły gest i uśmiechnęła słodko.
 -Jesteś taka piękna - wyznał cicho, dotykając jej twarzy. Przejechał palec po ustach, po czym położył dłonie na jej tali. Dreszcze rozchodziły się po całym jej ciele. Czuła coraz większe ciepło w sobie.
- Mark.. - zaczęła, ale nie była w stanie wydusić słowa. 
Pochylił głowę i ich usta dzieliły centymetry. Przymknęła oczy, a on zapatrzył się na jej twarz. Od lat marzył o tej chwili. Od lat przypatrywał jej się ukradkiem, gdy rozmawiali i pragnął musnąć chociażby jej pełne i czerwone usta. Poczuć ich smak i zatracić się w tym momencie. I choć wiedział, że nie może i złamie jej serce tym, to nie umiał powstrzymać samego siebie. Emocje wzięły górę. Patrzył jak oddycha powoli. 
Tak strasznie przepraszam - pomyślał, ale nie wypowiedział tego. Zamiast tego delikatnie musnął jej ciepłe wargi, a gdy odwzajemniła pocałunek, kładąc dłonie na jego szyi zatracił się całkowicie w cudownym smaku jej ust. Całował ją mocno i namiętnie, a ona nie była mu dłużna.  Ocierała się o jego zbroję, oddychając coraz szybciej. Czuła jak fale ciepła ją zalewają,a podniecenie rośnie. Serce waliło jej jak młot. Nie wiedziała nawet jak długo o tym marzyła. A teraz nie chciała, aby to się skończyło. 
Jednak w pewnym momencie oderwał się od niej, trzymając mocno w tali. Spojrzała na niego z szerokim uśmiechem, ale on nie uśmiechał się. Zamiast tego jego twarz pokazywała udręczenie. Zaniepokoiła się i położyła dłoń na jego rozgrzanym poliku. Wtulił się w jej dłoń,przymykając oczy.
- Co jest? Źle coś zrobiłam? - spytała niepewnie, a on uśmiechnął się smutno.
- Nie ty nie - szepnął - Ja - dodał.
- Nie. Uwierz byłeś świetny - zapewniła z uśmiechem, a on pokiwał przecząco głową. Przysunął ją do siebie i przytulił, chowając twarz w jej miękkie, rude włosy. Objęła go i mocno przytuliła go, ale bała się o co chodziło, bo widziała, że coś go trapiło.
- Powiedz mi proszę - wyszeptała, a on podniósł głowę i spojrzał w jej oczy. Splótł jej dłoń ze swoją i uśmiechnął się lekko.
- Wracajmy już do królestwa. Matka musi ci coś powiedzieć - wyznał smutno, nie umiejąc samemu tego powiedzieć. Puścił ją i popchnął lekko do przodu, w stronę przejścia. Zdenerwowała się i zupełnie zapomniała, że powinna się przebrać.
- Nie rozumiem o co ci chodzi - wyznała z goryczą i ruszyła do przodu. Była i szczęśliwa i zła zarazem.Pogubiła się całkiem i bała co mogła chcieć powiedzieć jej matka. Co było tak straszne, że on tak się zachowywał. Nie przewidziała nawet co może się stać w królestwie.
Mark szedł kawałek za nią i gdy weszła do jaśniejącego przejścia w skale westchnął i uśmiech znikł z jego twarzy. Udręczenie i ból zżerały go od środka. Nienawidził tajemnic, ale nie umiał jej powiedzieć tego. Sam nie chciał tego zrozumieć i marzył, aby tamto było tylko snem. Wiedział, jednak że tak nie będzie. Musiał się z tym pogodzić. Przeczesał ręką swoje blond włosy i napiął miejsce. Musiał doprowadzić dziewczynę do matki. Podszedł do przejścia i stanął przed nim.Zanim wszedł, wyszeptał cicho:
- Zrozumiesz Emilio, ale znienawidzisz mnie wtedy.
                       ********
      Valentaine po rozmowie z synem kazał mu wrócić do królestwa wraz z strażnikiem. Wcześniej, gdy usłyszał słowa syna poczuł dziwną dumę z niego. Martwił się, że będzie zbyt podobny do matki i nie będzie w stanie przejąć królestwa wampirów. Miał wątpliwości czy gotów był na to co zaplanował dla niego już niedługo. Niestety Vladimir upierał się, aby odbić Nienarodzoną. Myśl, że byłaby po stronie wampirów radowała go, ale nie miał głowy do ratowania. Dobrze wiedział, że sama przyjdzie do jego syna. Że, jednak obiecał to Vladowi to posłał dwóch strażników, aby dowiedzieli się gdzie była Arivan i bezpiecznie dostarczyli ją do jego pałacu. Nie miał, jednak nic przeciwko jeżeli po drodze przez "przypadek" stałaby się wampirem. Wtedy musiałaby być po ich stronie. Podobała mu się ta myśl.  Nawet bardzo. 
Zamyślony szedł do głównych drzwi wyjściowych, mając nadzieję, że ominie go przyjemność spotkania któregoś z Rady Starszych. Dobrze wiedział, że czekali tylko na takie okazje, aby móc obraźliwie komentować. Valentaine, miał się też czym odgryźć, bo oni popełnili ogromny błąd, który mógł zaważyć nad ich władzą. Cieszyła go myśl o obaleniu ich i samemu zostaniu głównym i jedynym panem wszystkich ras. Chciał wprowadzić swój rząd i władze. Własne prawa i kary za ich łamanie. A nie miał w zwyczaju okazywać do. Wręcz przeciwnie. Z chytrym uśmiechem wyszedł przed budynek, mrużąc oczy przed słońcem. Nie rozumiał jak inni mogli lubić ten złotawy okrąg na niebie, który jego przyprawiał o nieprzyjemne swędzenie, a jeżeli zbyt długo to i o oparzenia. Poddenerwowany swędzeniem skóry, chciał jak najszybciej wrócić do pałacu i omówić z synem ważną sprawę. Miał nadzieję, że strażnicy szybko sprowadzą Arivan do jego królestwa i bez większych kłopotów. Odrzucił królewską szatę i uklęknął po czym odbił się i wzbił się w górę. Zakręcił w prawo i wystrzelił jak pocisk do przodu. Przydawała się ta wampirza szybkość. Minął szybko lasy, rzekę, łąki i jakąś małą osadę, a potem znów rzeka i las, a wszystko przypominało jedną rozmazaną plamę. W końcu poczuł ulgę, widząc za lasem, na niewielkim wzgórzu ogromny pałac większości z granitu. Był w stylu gotyckim z dużymi strzelistymi wieżami i ogromnymi oknami, które ujawniały pomieszczenia zamku. Niektóre zasłonięte inne nie. Do dużych wrót prowadziły schody z marmuru, a co kawałek można było zobaczyć wampirzych strażników w czarnych mundurach i z szablami w niemal przezroczystym kolorze. Był to niezwykle ceny materiał i jako jeden z dwóch umiał pozbawić wampira życia, ale nie tylko jego. Również inne rasy. Dlatego był tak cenny, bo prócz strasznie strzeżonych tak zwanych "czerwonych broni" z niesamowitego materiału- Alogium, mógł zabić Nienarodzonego. I nie chwaląc się król miał tej broni sporo w swoim arsenale. Czekał tylko na odpowiedni moment, aby móc ich zabić. Taki, jednak od ponad 100 lat jego panowania nie nastąpił. Wciąż miał nadzieję, że wkrótce nadejdzie. 
Valentaine wylądowawszy u stóp schodów, szybko je pokonał, a dwaj strażnicy bezzwłocznie otworzyli przed nim ogromne drzwi. Zerknął na nich tylko i skinął głową, po czym od razu znikł za drzwiami pałacu. Na dużym holu jak zawsze krzątało się dużo służących i nie wszyscy byli wampirami. Niektórzy czekali na przemianę, inni byli po prostu świrami na ich punkcie. Wszyscy jak na baczność kłaniali mu się z opuszczonymi głowami. On jednak nie zwrócił na nich uwagi tylko od razu ruszył w stronę szerokich schodów, które prowadziły na piętro. Chciał jak najszybciej porozmawiać z synem i oświecić go co do najbliższej przyszłości. Szedł szybkim krokiem przez korytarz, nie zawracając uwagi na piękne obrazy, które nie jednego by zachwyciły. On jednak zbyt długo je widywał i znał niemal na pamięć. Nudziło go już, ale nie miał czasu zdobyć nowych. Doszedł do jednych z drzwi i zatrzymał się przy nich. Miały kolor dębowy i napis, który brzmiał: "Królestwo Vladimira" Sam go dla niego zrobił, gdy był mały i przywiesił. Teraz sprawiał,że na jego ustach pojawiał się krzywy uśmieszek.  Słyszał zza drzwi głośną muzykę co świadczyło, że Vlad był w środku.  Nie pukając chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Chłopak siedział na krześle z nogami na ciemnym biurku. Na udach miał położoną czarno-białą gitarę elektryczną, na której coś brzdąkał. Jego smukłe palce jeździły po strunach z wprawą, tworząc melodie, którą zagłuszała głośna muzyka ze stereo stojącym pod oknem. Ojciec odchrząknął, a Vladimir od razu poderwał się i stanął momentalnie na równe nogi. Skłonił się nisko jak wypadało.
- Witaj ojcze. Co cię sprowadza? Coś z Arivan? - zapytał szybko, a Valentaine pokiwał przecząco głową. 
- Strażnicy jeszcze nie wrócili, ale ja mam dla ciebie inną wiadomość - powiedział spokojnie, a syn opadł z powrotem na krzesło. Jedyną wiadomością jaką chciał usłyszeć, było to, że Arivan jest w pałacu cała i
zdrowa. Na to jednak nie mógł na razie liczyć. 
- O co chodzi? - spytał obojętnie, ściszając muzykę pilotem z biurka. Spojrzał leniwie na ojca i czekał na odpowiedź.
- Niedługo fearie urządzają bal i jesteśmy zaproszeni - odpowiedział po chwili, opanowanym tonem, choć w środku denerwował się, bo to nie było wszystko. Vlad westchnął i spojrzał na swoją ukochaną gitarę.
- Świat nieubłagalnie zbliżał się do strasznej wojny, a tym bale w głowach - skomentował sucho. Nie miał najmniejszej ochoty iść na żaden bal. A tym bardziej do Morskich Błękitów, gdzie mnóstwo dziewczyn czekało tylko, aby "zabawić" wampirzego księcia. Nienawidził nachalności i dlatego unikał tego dworu.
- Masz racje, ale wypada się pojawić. Zwłaszcza, że przyda nam się sojusz z nimi - powiedział król, przypatrując się synowi, który nie raczył spojrzeć na niego. Cały czas wpatrywał się w tą gitarę. Irytowało to władce.
- To idź ojcze, ale ja nie mam najmniejszej ochoty na to - powiedział sucho, zerkając na wampira, stojącego naprzeciw niemu.
- Musisz iść ze mną. Jesteś następcą królestwa wampirów i dlatego musisz mieć dobre stosunki z wszystkimi rasami. Pójdziesz czy chcesz czy nie - rozkazał Valentaine, a jego syn spojrzał w ciemne oczy króla. Zdenerwowało go, że mu rozkazywał.
- Nic nie muszę i nie chcę nigdzie iść! - syknął ostro, nie odrywając wzroku od ojca.  Mięśnie władcy napięły się, a on momentalnie wyprostował się. 
- Nie masz wyboru Vladimirze. Pójdziesz tam jeżeli chcesz, aby Arivan była tutaj bezpieczna -powiedział równie ostro, a chłopak wstał i oparł się o biurko, krzyżując dłonie na piersi. 
- Nie zrobisz tego, bo wiesz, że dzięki niej wygramy - skomentował z krzywym uśmiechem Vlad, patrząc na niego. 
- Nie odzywaj się w ten sposób do mnie - ostrzegł król i po chwili dodał - Vlad ty jesteś jedynym następcą i musisz nauczyć się odpowiedzialności !
- Jestem odpowiedzialny, ale nie mam ochoty nigdzie iść - powiedział oschle, zerkając na boki. Westchnął. Choć był wampirem i nie sypiał to czuł się bardzo zmęczony. 
- Zachowujesz się jak dziecko. Rozkazuje ci iść na ten bal i zachowywać jak na księcia przystało - rozkazał ostro. Chłopak chciał odpowiedzieć, gdy drzwi jego pokoju otworzyły się szeroko i stanął w nich jeden ze strażników, wysłanych przez władce po Arivan.
- Królu, książę - zwrócił się z ukłonem do wampirów.
- Mów - zażądał Valentaine, patrząc znudzonym wzrokiem na strażnika.
- Panie sprawdziliśmy wedle rozkazu co z panienką Morgenstern, ale - mężczyzna zamilkł na chwilę, a gdy dokończył do Vlad od razu wyprostował się, a jego martwe serce znów zamarło.
- Ale Arivan Morgenstern uciekła ze szpitala, gdzie przebywała po próbie samobójczej i ślad po niej zaginął...
                     ***********
Dobry wieczór, że tak powiem. Oto 14 rozdział. Mam nadzieję, że się wam podoba i nie ma dużo błędów. Przepraszam, że tak długo, ale rozumiecie 3 gimbaza i w ogóle.  Czekam na wasze opinie szczere do bólu, a next postaram się dodać do piątku *.- Mam nadzieję, że nie zanudziłam was i będziecie ze mną dalej. Do zobaczenia *.- 
PS.Mam do was prośbę jeżeli z rozdziałem jest coś nie tak, nie widać, albo coś to napiszcie mi w komentarzu, albo na facebooku. Mam mały problem i nie wiem czy to tylko u mnie, czy ogólnie. Z góry dzięki.
           -Dont Cry To Me


niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział.13.

Rozdział dedykuje Nikoli Łazuchiewicz :*
  Vladimir patrzył w jej oczy otępiale. To co powiedziała, przeraziło go. Wiedział, że strasznie zabolała ją strata chłopaka, ale nie myślał, że aż tak aby mówić, że już umarła. Nie mogła zginąć, bo była ratunkiem dla świata. Ona była ostatnią nadzieją ludzi i magicznych stworzeń. Nie mógł pozwolić, aby ta nadzieja znikła.
-  Nie umarłaś i nie umrzesz. Nie mogą tego zrobić. Nie pozwolę - powiedział twardo. Widział jak co chwila świeże łzy lecą po jej polikach, by spaść na przybrudzoną bluzkę. Dziewczyna uśmiechnęła się, jednak nie był to uśmiech, który on uwielbiał. Ten był zimny, ostry, ironiczny i złowieszczy zarazem. Cała jej twarz była wypruta z emocji. Przynajmniej tych dobrych.
- A byłeś taki mądry Vlad. Czemu teraz zgłupiałeś? Nie rozumiesz? - zapytała lodowatym tonem. Odsunęła się od niego, czując nagle dziwną i nie zrozumiałą złość na wampira. Powoli otarła łzy z twarzy. Słyszała kroki, osoby idącej w ich stronę. Na chwiejnych nogach podniosła się do pozycji stojącej i oparła o mur za plecami. Chłopak przyglądał jej się uważnie, zastanawiając się co ona robi i czy nie upadnie. Choć ręce jej drżały, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Choć serce krwawiło, a dusza krzyczała w środku za brakującą częścią serca, to ona nie upadła na twardą ziemię. Choć czuła się martwa w środku to podniosła pewnie głowę do góry jak uczyła ją matka.
"Nigdy nie okazuj słabości dziecko. Choćbyś umierała nie pokaż, że jesteś słaba."- wpajała jej od najmłodszych lat. I teraz musiała to zrobić. Przynajmniej puki inni patrzyli na nią. Kroki były coraz głośniejsze. Spojrzała na przyjaciela i powiedziała z tym samym strasznym uśmiechem:
- Ja umarłam w momencie, gdy kat odebrał życie Samuelowi, Vlad - po czym usłyszała, jak drzwi celi otwierają się z piskiem. Spojrzała tam i zobaczyła swojego wuja. Jego niebieskie oczy patrzyły na nią z troską. Nie miał już na sobie szaty tylko normalne dżinsy i czarny sweter. 
- To co ścięcie czy powieszenie? - spytała obojętnie, a on pokiwał przecząco głową. Podszedł do niej powoli, nie zwracając uwagi na wampira, siedzącego pod ścianą. Położył dłonie na ramionach bratanicy, patrząc w jej oczy. Zobaczył to samo co wcześniej Vladimir. Przeraziło go to. Blask w oczach tej wyjątkowej Nienarodzonej, ten połysk zawsze będący w nich, teraz znikł i została tylko zwyczajna zieleń tęczówek. 
- Nie zabiją cię. Zostałaś uniewinniona i odwołano twoją karę - odpowiedział powoli z lekkim uśmiechem. Słyszała w jego głosie ulgę, ale ją to tylko dobiło. Śmierć byłaby dla niej ratunkiem. Nie miała najmniejszej ochoty żyć. W żadnym ze światów. Westchnęła, zaciskając dłonie w pięści. Mięśnie napinała do granic możliwości, aby stać prosto.
- Dziecko to świetna wiadomość. - powiedział, a ona spojrzała na niego jakby chciała zabić go wzrokiem. Dla niej ta wiadomość była wyrokiem wiecznej męki. Nic nie powiedziała tylko patrzyła na wuja. W jego niebieskich oczach widać było strach i zmartwienie. Niestety ona nie umiała, chociażby wykrzywić ust w cień uśmiechu. 
- Arivan wiem, że ci przykro, ale to na prawdę świetna wiadomość. Rada Starszych chcę z tobą porozmawiać i wszystko ci wyjaśnić - dodał po chwili spokojnie. W niej zaś kipiała wściekłość i rozpacz. Ledwo ją powstrzymywała.
- Co oni mogą wyjaśnić? Zabili go, choć nie był niczego świadom.Był niewinny! - syknęła z trudem, nie wrzeszcząc na całą cele. William rozumiał, że przeżyła szok, ale chciał wyjaśnić jej dlaczego tak się stało. Nie mógł, jednak bo Rada absolutnie zabroniła mu tego. Powiedzieli, że sami wszystko jej powiedzą. 
- Dziecko wiem, że dla ciebie może to być bezprawne, ale...
- Nie! Wuju to jest bezprawne! Jak można kogoś skazać, gdy ta osoba jest całkiem nieświadoma naszego świata?Jak?! To jest zwykłe morderstwo! - krzyknęła z łamiącym się głosem i łzami w oczach. Momentalnie wyprostowała się i opanowała, patrząc w bok na przyjaciela, który przyglądał jej się z zaciekawieniem. 

"Jaka ona jest piękna, gdy się złości. Będzie idealną wybraną" - usłyszała myśli Vladimira, jednak nie zwróciła na to uwagi. Nie dziwiło ją to, że Vlad nie blokował przed nią myśli, bo przecież Nienarodzeni nie umieli i nie mogli czytać w myślach innych ras. Wiedziała o tym i teraz była już pewna, że została wybraną. Niestety nie obchodziło ją to. Chciała tylko uwolnić się od bólu. Najlepiej umrzeć.

- Ari. Czasem trzeba coś poświęcić - powiedział i przygryzł dolną wargę, wiedząc, że popełnił błąd. Dziewczyna rzuciła mu mrożące spojrzenie.
- To niech poświęcają swoje marne dupska, ale nie niewinnego chłopaka! - syknęła i przepchnęła się obok wuja. Nie patrzyła czy idzie za nią krewny i wampir. Wiedziała, że pójdą, ale nie obchodziło ją to. Chciała wygarnąć Radzie Starszych wszystko co o nich myślała. Miała serdecznie dość udawania podwładnej. Nie miała nic do stracenia. Szła szybko korytarzem z celami, a jej kroki niosły się daleko w przód. Stanęła przed końcem korytarza. Przed nią był duży hol z świecami na ścianach i dwoma stołami z różnego rodzaju bronią i rzeczami, których nawet nie umiała nazwać. Na samym środku były dwa wystające łańcuchy, a na podłodze były jeszcze zaschłe resztki krwi. Arivan nie miała ochoty na to patrzeć, więc spojrzała w bok i chciała ruszyć do schodów, gdy usłyszała znajomy głos, z celi po swojej prawej.
- Masz szczęście, że jesteś wybraną to cię to ominęło. - jego głos był ochrypły. Dziewczyna powoli odwróciła się twarzą do celi i podeszła do krat, szukając postaci z której wydobył się głos.
- Kim jesteś? - zapytała cicho, słysząc, że za nią pośpiesznie idzie wuj i Vladimir.
Cień poruszył się i z cichym jękiem, wstał z łóżka. Podszedł bliżej celi i światło świec rzuciło się na postać. Arivan wstrzymała powietrze, przyglądając się mężczyźnie z lekko otwartymi ustami. Jego szarzejące włosy były mokre i brudne. Twarz miała niezdrowy szary kolor, a lewe oko miał opuchnięte. Na czole i poliku były ranny cięte. Szata Strażnika była teraz podarta, brudna i zapewne skrywała gorsze rany na jego ciele. Dziewczyna nie wierzyła w to co miała przed oczami. Jego ciemne oczy były teraz przekrwione, a barwa jakby zblakła.
- Strażnik Blackwell? - zapytała zduszonym głosem, nie mogąc oderwać wzroku od swojego przełożonego.
- We własnej osobie Morgenstern - odpowiedział, a na bladych i popękanych ustach pojawił się cień krzywego uśmiechu, który znała niemal na pamięć.
- Co ty tu robisz w takim stanie? - spytała. Było jej żal Nienarodzonego, bo on był zawsze wierny Radzie. Nie wiedziała jak mógł im się narazić aż do tego stopnia. Mężczyzna zbliżył się do krat i położył dłonie na nich. Były całe w strupach i siniakach. Chytry, krzywy uśmieszek poszerzył się. Spojrzał w jej oczy i powiedział:
- Odpowiadam za dane obietnice - dziewczyna nic nie zrozumiała i chciała dopytać przełożonego, jednak pojawiła się pozostała dwójka. Wuj Arivan zerknął tylko na Blackwell'a z obojętną miną, po czym spojrzał na bratanice. Wampir, jednak przyglądał się mężczyźnie za kratami z nie ukrywanym szokiem na twarzy. 
- Arivan chodźmy czekają na ciebie - ponaglił ją wuj, jednak ona nawet nie drgnęła. Wciąż wpatrywała się w przełożonego. Chciała dowiedzieć się o co chodziło i wreszcie poznać całą prawdę. William chwycił ją za ramię i pociągnął, ale ona się zaparła.
- Ale jak to? - zapytała, nie rozumiejąc o jaką obietnice chodzi. Blackwell zerknął na drugiego dorosłego i uśmiechnął się złośliwie.
- Czymże jest moje słowo przeciw Rady? - zapytał ironicznie, patrząc na Williama. Arivan była coraz bardziej  skołowana. Nie było jej dane zapytać o nic więcej, bo wuj ciągnął ją siłą na schody. Odpuściła opór, bo i tak chciała jak najszybciej wygarnąć całą złość Radzie Starszych.
Szli szybkim krokiem poprzez korytarze, aż doszli do tego głównego, który prowadził na salę obrad. Dziewczyna myślała, że tam właśnie ma się udać, jednak William zatrzymał się naprzeciw jednych z drzwi po prawej stronie. Były to drzwi do gabinetu przewodniczącego Rady Starszych. Na samą myśl, że Albus Black był tam, w dziewczynie zaczęła narastać furia. Miała ochotę własnoręcznie pozbawiać go życia, aby poczuł choć trochę jej ból. Hamowała się, jednak puki nie byli sami.
- Zaczekajcie. Powiem, że jesteście - powiedział spokojnie brunet, ale Arivan nie miała zamiaru czekać, aż łaskawie ich przyjmą. Nim wuj zdążył zareagować ona już stała przed drzwiami i z całej siły kopła w nie z impetem. Drzwi z hukiem otworzyły się, uderzając o ciemne ściany gabinetu. Twarze dziewięciu osób, którzy przed chwilą zawzięcie dyskutowali, teraz zamilkli i wpatrzyli się w trójkę osób, stojących w drzwiach. Na twarzy Albusa widać było zmęczenie, ale w oczach było coś innego. Strach? Lek? A może niepokój? Nie szło tego wywnioskować.
- Chcieliście mnie widzieć - powiedziała sucho dziewczyna, nie ruszając się z miejsca. Patrzyła mrożącym krew w żyłach spojrzeniem na przewodniczącego, nie ukrywając złości jaką czuła.
- Tak. Dziecko usiądź - odezwał się opanowanie mężczyzna, siedzący za wielkim dębowym biurkiem w swoim gabinecie. 
- Nie, postoje - syknęła. William, który stał obok niej widocznie się denerwował. Wampir natomiast, zerkając na przyjaciółkę uśmiechał się bezczelnie do pozostałych, zadowolony że ona obrażała i przeciwstawiała się władzy w ich świecie. To był pierwszy znak, że mogłaby poprowadzić bunt.
- Dobrze. Więc zapewne masz wiele pytań. Na wszystkie udzielimy ci możliwości w miarę możliwości - zaproponował Albus z lekkim uśmiechem na ustach. Arivan skrzyżowała dłonie pod piersiami i wyzywająco spojrzała po wszystkich zebranych, zatrzymując się na dłużej na blondynie o niebieskich oczach. Pamiętała jak była dzieckiem i widywała go z ojcem. Byli starymi przyjaciółmi do czasu, aż zmarła jej matka. Potem od wszystkich się odgrodził.
- Wytłumaczcie mi wielce mądrzy kretyni jak to jest, że skazujecie na śmierć zupełnie nieświadomego chłopaka?! Czy takie sukin**ny jak wy nie mają za grosz móżdżka w głowie?! - zapytała niemal z jadem, patrząc na Blacka, teraz już siedzącego w fotelu. Przyglądał jej się uważnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
- Jak to jest Alkutasie, że zabiłeś niewinnego człowieka, choć jest to złamanie naszego kodeksu?! -zapytała, a wampir cicho zaśmiał się na przezwisko przewodniczącego. Na twarzy Nienarodzonej pojawiały się rumieńce, a dłonie zaciskała w pięści.
- Uważaj na słowa, bo obrażasz Rade - ostrzegł Syriusz z złośliwym uśmiechem na myszowatej twarzy.
- W du**e mam wasze ostrzeżenia. Ułatwcie sobie życie i zabijcie mnie. Będzie wam prościej tchórze, tak jak zrobiliście z Samuelem - powiedziała łamiącym się głosem, ale ze złością.
- Nie możemy ciebie zabić już i tak źle postąpiono, zsyłając cię na ziemię z zadaniem. - powiedział spokojnie Jonathan, patrząc na nią. W oczach jego krył się smutek i żal. 
- To po ch*j to zrobiliście?! Raczyło mi powiedzieć, że jestem wybraną. Powinniście mówić Nienarodzonym o przepowiedniach, a nie robić z nas durni, choć to was cały świat uważa za skończonych kretynów, którzy dorwali się do władzy, zabijając resztę! - powiedziała wściekła. Czuła, podnoszącą się adrenalinę w ciele. 
- Jak śmiesz nas obrażać? - zapytał oburzony Syriusz, wstając i podchodząc do niej.
- To dzięki nam panuje pokój pomiędzy rasami. Dzięki nam żyjesz. To my panujemy nad twoim losem i w jednej chwili możemy skrócić twój żywot! - powiedział, plując na jej twarz. Odsunęła się obrzydzona i powiedziała powoli, aby dosłyszał każde słowo:
- To ja panuje nad swoim życiem, a wy, wy możecie co najwyżej pocałować mnie w du*e. A nie nawet tam wam nie pozwole. Jesteście skończonymi mordercami i sukinsyna*i. - Syriusz wściekł się i stracił kontrolę nad sobą. Nim zdążył pomyśleć zamachnął się, ale refleks wampira był o wiele szybszy. Złapał mocno nadgarstek mężczyzny i wykręcił mu go, co spotkało się z jękiem.
- Nie radzę tego powtarzać, bo wyrwę ci ją na amen - ostrzegł ostro Vladimir, puszczając jego dłoń. Ten z wyrazem wściekłości rozmasował bolącą kończynę.
-Zginiesz na stosie wampirze-syknął, ale zgromił go Albus.
- Syriuszu jeszcze raz, a to ja wymierzę ci karę. Siadaj na swoje miejsce - ostrzegł i Nienarodzony momentalnie wrócił na miejsce z opuszczoną głową.
- Arivan, dziecko musisz zrozumieć, że najprawdopodobniej jesteś wybraną z przepowiedni pierwszego Nienarodzonego i musisz nauczyć opanować się dary, które otrzymasz bądź już otrzymałaś, aby poradzić sobie z przeznaczeniem - odezwał się powoli i opanowanie Scott. Zmierzyła go wzrokiem i obojętnie wzruszyła ramionami.
- Nic mnie nie obchodzi przepowiednia. Głupie brednie o przeznaczeniu też nie, więc darujcie sobie prawienie o darach itp. - powiedziała sucho. Chciała coś dodać, ale rozmyśliła się. Po co im wiedzieć o mocach, które miała. Ta wiedza była im zbyteczna.
- Dziewczyno w przepowiedni jest, że masz być najpotężniejszą Mędrczynią, więc musisz opanować je, bo inaczej one opanują ciebie - powiedział Albus spokojnie, a ona się wściekła, że w ogóle coś mówił.
- Zawsze wpajaliście, że Mędrcy to mit i zło, a teraz tak gadacie? Wasze kurze móżdżki nawet tego nie umieją pojąć?! Jeśli mówisz wpierw tak,to trzymaj się tej wersji Alkutasie - poradziła sucho. 
- Wiemy co mówiliśmy i nie zmieniamy zdania, ale nie możemy sprzeciwić się przepowiedni od Stwórcy - wyjaśnił spokojnie przewodniczący, stukając palcami o blat biurka, co denerwowało dziewczynę.
- Już się jej sprzeciwiliście, zabijając chłopaka! Czy wy jesteście ślepi?! Jak można nie było zobaczyć, że oni razem gwarantowali zwycięstwo, teraz ona przyniesie wam zgubę, a ja jej w tym pomogę! - odezwał się wampir, a w jego głosie słychać było złość. Arivan zerknęła na niego, po czym na swoje stopy. Zadziwiał ją ten chłopak. Nie znała go od tej strony. Zawsze uważała go za egoistyczną świnię, ale zmieniała o nim zdanie odkąd próbował jej pomóc. Po jego słowach na sali trwała chwilowa cisza. Nikt nie wiedział jak zaprzeczyć słowom młodego następcy tronu u wampirów, bo były one prawdą. Ari próbowała wniknąć w czyjeś myśli, ale Albus dobrze ukrył swoje za murem. Spojrzała na myszowatą twarz Syriusza i usłyszała jego myśli "Trzeba było i ją zabić. Byłoby po kłopocie, a tak teraz użeraj się z bachorem. Ona miałaby nas zniszczyć? Dobre. Ona miałaby nami rządzić? Po moim trupie!. Ten chłopaczek sam sobie winny śmierci. Trzeba było się nie rodzić! Taki młody a taki podobny do Lucyfera. Byłby drugi potwór, a może i gorszy od ojca"
Dziewczyna nie wytrzymała i przywołała w sobie resztkami sił moc wiatru. Skupiła ją w dłoni powoli, wysysając tlen z płuc Syriusza, który zaczął odchrząkiwać i robić się czerwonawy.
- Ty gnoju! Jak śmiesz tak mówić?! - zapytała ostro, robiąc krok w jego stronę. Cała reszta nie odrywała wzroku od nich, widząc jak Syriuszowi zaczyna braknąć tlenu.
- On nie był potworem! To że ojcem jego był Lucyfer nie oznacza, że i on byłby potworem. Nie poznałeś go! A jeśli ktoś tu jest potworem to tylko wy! - powiedziała i zacisnęła niewidzialną pętle w gardle mężczyzny, który łapczywie łapał powietrze. Płuca go paliły, ale nie mógł dostarczyć im tlenu. Arivan z rządzą mordu patrzyła na niego. Była gotowa zabić go. Zabić za to co myślał o jej ukochanym. Gdy robił się już siny, usłyszała w głowie głos, który zmusił ją do przestania "Zostaw nie warto" Głos należał do nikogo innego jak Samuela, a ona poczuła łzy w oczach. Przestała, a Syriusz momentalnie zaczął łapczywie chwytać powietrze, krztusząc się. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Patrzyli na Nienarodzoną, która właśnie ujawniła część mocy. Spojrzała na Albusa i wyznała:
- Nigdy już nie będę miała do was szacunku. Nie obchodzi mnie co ze mną zrobicie. Po prostu powiedźcie to teraz, bo nie mam ochoty patrzeć na wasze mordy nigdy więcej. Alkutasie powiedz co chcesz ze mną zrobić - cała Rada milczała przez chwilę, a ona miała nadzieje, że skażą ją na śmierć. Byłoby to dla niej wybawienie od bólu, który wciąż rozrywał jej serce. Jej niewinne serce. Vladimir stał obok niej z igrającym uśmieszkiem na ustach. "Moja dziewczynka. Jest wzorem na przywódczynię i nie pozwolę, aby ją skrzywdzili" -słyszała jego myśli. 
- Bardziej już się nie da - szepnęła tak cicho, że tylko on mógł usłyszeć. Zdziwił się, ale nic nie powiedział. Sam nie wiedział co mógłby powiedzieć. Ktoś odchrząknął, a Arivan uniosła głowę, patrząc na Albusa, który teraz wstał i rozejrzawszy się po sali skupił wzrok na trójce stojącej w gabinecie.
- Rada Starszych zdecydowała, że Vladimir zostaje odesłany do swojego domu, a Arivam zostaje w Alias, gdzie rozpocznie szkolenie do opanowania swoich mocy - zdecydował, a dziewczyna opuściła luźno ręce, czując jaj opada z niej resztka siły. "Nie ma mowy. Nie zostanie tu. Zabiorę ją stąd. Wykończą ją inaczej."- usłyszała zdenerwowane myśli wampira. Mimowolnie uniosła jeden kącik ust do góry. Był na swój sposób uroczy. Skinęła tylko głową i tak mając już plan w głowie, po czym spojrzała na Vladimira.
- Dziękuje - powiedziała głośno, po czym przytuliła go i szepnęła na ucho możliwie jak najciszej:
-Nie zostanę.- po czym puściła go i zwróciła się twarzą do Rady.
- Ostrzegam was tylko, że źle na tym wyjdziecie - powiedziała oschle, ale nikt nie przejął się jej słowami. Albus rozkazał zabrać ją do jednego z pokoi w ośrodku treningowym Strażników. Nie musieli jej pchać szła spokojnie, ale w głowie miała tylko jedno. Uwolnić się od męki.
Vladimir patrzył jak znikna za zakrętem na korytarzu. Nie chciał jej zostawiać zbyt bał się, że sobie coś zrobi. Niestety czterech strażników w drzwiach uniemożliwiało mu pogoń.
- Pożałujecie swoich błędów - syknął, patrząc z odrazą wprost w oczy Albusa Blacka.
                      *********
    Vladimir czekał na ojca w małym pokoiku sam na sam ze strażami. Wiedział, że nie miał co się z nimi bić. Bąć co bąć on był młody i oni wiedzieli więcej jak zabić wampira. Czekał, więc niecierpliwie aż dotrze jego ojciec i będzie mógł mu powiedzieć, że trzeba odbić Arivan. Strasznie martwił się o tę dziewczynę i to nie dlatego, że była wybraną tylko po prostu zależało mu na niej jak na nikim innym. Wiedział, że kiedyś ją strasznie zranił, zabawiając się z inną, gdy byli razem, ale teraz wydoroślał i chciał tylko, aby ona nie cierpiała. Zrozumiał jak ważna była dla jego martwego serca po spotkaniu w lesie. Choć ją zaatakował to potem gryzło go sumienie (które o dziwo ma). Nie chciał się do tego przyznać, bo wampir-szczególnie następca władcy- nie mógł być słaby i okazywać litości. Nie mógł mieć pięty Achillesowej, ale niestety on taką miał. A na imię miała Arivan. Wypierał się tego, ale gdy widział jak cierpi to czuł furie i miał ochotę zabić każdego kto jej to zrobił. A puki co miał na oku 10 głów członków Rady. A potem każdego, kto sprawi, że na jej twarzy pojawią się łzy.
Czekał na rodziciela co chwila, chodząc z kąta w kąt. W końcu się doczekał. Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich wysoki, postawny mężczyzna o krótkich czarnych włosach. Jego twarz była blada jak marmur, a rysy ostre. Patrzył czarnym wzrokiem na syna, a na ustach błąkał się chytry uśmieszek, który Vlad odziedziczył po ojcu. Na szczęście większość charakteru miał po matce. 
- Witaj ojcze - odezwał się powoli syn, kłaniając lekko przed mężczyzną. Jego ubiór był typowy dla władcy. Eleganckie spodnie i koszula, a na nich peleryna w szkarłacie. Dobrze, że odzwyczaił się od noszenia wszędzie korony. 
- Mogłem przewidzieć, że mój syn będzie chciał udawać aniołka - powiedział, podchodząc bliżej, a dwójka ochroniarzy momentalnie ruszyła za nim. 
- Nie udaje nic - syknął z głową pochyloną w dół. Był zły, ale wiedział, że nie może odgryzać się własnemu ojcu.
- No oczywiście, ale dobrze to wymyśliłeś. Ona ci zaufa i po tym zdarzeniu Rade znienawidzi. I teraz będzie już po naszej stronie. Brawo! - pochwalił go starszy wampir z chytrym uśmiechem. W chłopaku wezbrała złość, ale nic nie odpowiedział. Wiedział, że to było bez sensu.
- No no synek wdał się we mnie, a już się martwiłem, że będziesz jak matka - przyznał z ulgą w głosie. 
- Żebyś się nie przeliczył - szepnął sam do siebie. Musiał szybko działać. Uniósł głowę, krzyżując z nim spojrzenie. Ojciec uniósł jedną brew zaciekawiony.
- Dobra dobra, ale musimy ją stąd zabrać - zdecydował ostro, patrząc na wampira przed sobą. Uśmiech drugiego poszerzył się, ukazując lśniące białe kły.
- Mój synek chce ratować kogoś prócz siebie koniec świata - stwierdził sarkastycznie ojciec chłopaka, nie odrywając wzroku od syna. Wiedział, że coś ukrywał i nie podobało mu się to wcale. Syn powinien był być całkowicie posłuszny, a on nie był taki od pewnego czasu.
- Jest nam potrzebna. Bez niej nie wygramy - powiedział, ale unikał wzroku starszego. Ten taksował go wzrokiem, unosząc jedną brew, aż zrozumiał o co tak na prawdę chodziło.Znał swoje dziecko i dobrze wiedział co roiło mu się w główce.
- Nie wierze. Zadurzyłeś się w tej Nienarodzonej - syknął z odrazą władca wampirów. Zaczęła w nim narastać złość. Vladimir wiedział, że musi kłamać jak tylko potrafił, inaczej nigdy nie pomoże wydostać Arivan z tego piekła.
- Żartujesz ojcze? W życiu nie zakochałbym się w zwyczajnej dziewczynie, a tym bardziej o skażonej krwi Nienarodzonej! - obruszył się Vlad, patrząc twardym wzrokiem w czarne oczy rodziciela.
- To dlaczego tak bardzo chcesz ją stąd wydostać? - zapytał chytrze Valentine. Jego syn uśmiechnął się chytrze i wyglądał teraz jak kopia ojca. Byli zupełnie podobni. Oboje wredni i oboje egoistyczni. Po chwili odpowiedział, a jego słowa wywołały złośliwe uśmiechy na twarzy pozostałej reszty wampirów:
- Ponieważ jest nam potrzebna do przejęcia władzy
                   ***********
Cześć i czołem! Oto i trzynasty rozdział ;) Mam nadzieję, że jest najgorszy i was nie zanudził. Przepraszam, że dopiero dziś, ale jakby się wściekli w mojej szkole ze sprawdzianami -.- A do tego w domu dużi roboty -.- I jeszcze nauka na konkurs -.- Zgon :* Ale coż znalazłam czas, więc napisałam dla was rozdział. O ile znajde w tygodniu czas to wstawie next, ale nie obiecuje ;* Wszelka krytyka i groźby mile widziane ;D Coż czekam na opinie i do zobaczenia *.-
     -Dont Cry To Me