wtorek, 7 lutego 2017

Rozdział.14.

Tydzień później Arivan pracowała nad swoimi mocami w sali treningowej. Prócz niej był jeszcze tylko Magnus, który co chwilę wzdychał zrezygnowany, że dziewczyna nie skupia się na tym co on mówił, oraz Samuel który czytał książkę w kącie sali i co jakiś czas zerkał na swoją ukochaną z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Wciąż myślał, czy powiedzieć jej o tym, co usłyszał, podsłuchując rozmowę wampirów. Wiedział, że nie mogli im ufać i powinni uważać na to co przy nich mówią i robią, ale nie chciał dokładać kolejnych zmartwień dziewczynie, która miała już i tak sporo na głowie.
Ostatnie wydarzenia sprawiły, że Arivan była strasznie rozkojarzona. Cały czas myślała o tym jak przechytrzyć Lucyfera i ochronić całą armię. Nie chciała dopuścić do kolejnych śmierci kogokolwiek. Martwiła się, że gdy on znów zaatakuje nie będą w stanie się obronić i przegrają, dlatego też zaraz po treningu większość czasu spędzała u siebie w pokoju czytając Księgę. Próbowała znaleźć w niej informacje o Pół Raju i jak się do niego dostać, ale puki co nie doszła do tego. Owszem dowiedziała się wiele o swojej rasie, która już praktycznie wyginęła. Pomogło jej to w opanowaniu samej siebie i mocy, oraz przybliżyło jej prawdziwą naturę. Starała się wszystko przyswajać jak najszybciej, ale nie było to łatwe, kiedy od świtu do południa trenowała z Magnusem magię, potem miała trening sztuk walki z Lukasem i Samuelem przez trzy godziny. Dalej miała trochę wolnego czasu dla siebie, więc szła coś zjeść, nie raz odwiedzała chorych w sali szpitalnej, którzy cieszyli się jej widokiem lub szła na spacer po ogrodzie, aby pomyśleć w samotności. Niby do następnego dnia miała wolne, ale w praktyce prawie co dnia było spotkanie w sprawie Lucyfera i jego armii. Kończyło to się zwykle kłótnią, bo król wampirów chciał ich pierwszy zaatakować, a cała reszta uważała, że przyniesie im to zgubę.
Arivan przywykła już do tego i nawet nie zauważyła, że niektóre czynności robiła odruchowo i bez zastanowienia, jak to że zwykle o osiemnastej szła do sali obrad, gdzie zawsze było spotkanie. I to jej nie przeszkadzało.
Prócz martwienia się jednak o wojnę i swoją armię, bała się o swojego przyjaciela wampira. Vlad nie wrócił do zamku od kilku dni i nie dawał żadnego znaku życia. Dziewczyna pytała jego ojca o to, ale ten zbywał ją zawsze tą samą śpiewką : "Vladimir jest dorosły i ma prawo robić co chcę. Pewnie poluje, albo musiał się odstresować. Nie dziwię mu się" Mówił to zawsze z wyrzutem w jej stronę. Domyślała się, że obwiniał ją o to i miała poniekąd rację. Chociaż Samuel zapewniał ja, że to nie jej wina i nic nie mogła poradzić, to ona czuła, że wampir uciekł, bo nie mógł znieść tego, że nie odwzajemniała jego uczuć. Była zła sama na siebie za to, ale nie mogła nic poradzić na to co czuła i do kogo. Nie dałaby rady wymusić tego uczucia do Vlada, bo prędzej czy później pękłaby i cierpiałby o wiele bardziej. Musiał to kiedyś zrozumieć.
— Ari jesteś tutaj w ogóle? —  zapytał po raz któryś Magnus, widząc jak dziewczyna odpłynęła w swoje myśli.
Potrząsnęła szybko głową, skupiając się na nim i słuchając tego, co mówił.
—  Co się z tobą dzieje? Od godziny w ogóle mnie nie słuchasz i nie wychodzą ci zaklęcia. Musisz się skupić, bo inaczej w bitwie z Lucyferem przegrasz po pierwszym jego ataku —  ostrzegł Magnus. 
Nie mówił nerwowym tonem, tylko bardziej ojcowskim, zmartwionym.
Arivan skinęła głową i westchnęła siadając na podłodze po turecku. Z kąta sali spojrzał na nią Samuel i widząc jej wyraz twarzy, odłożył książkę i wstał, aby do niej podejść.
—  Nie mogę przestać myśleć o Vladimirze. Nie odzywa się od tygodnia. Martwię się o niego. Nie powinien zniknąć na tak długo bez wieści, szczególnie teraz kiedy Lucyfer szykuje się na wojnę. Wie, że może stać się jego celem —  wyznała dziewczyna, i przeczesała dłonią rozpuszczone włosy. 
Próbowała zahamować emocje, ale nie szło jej to nigdy dobrze. Wyczytała w Księdze, że Wybrana będzie zawsze czuć wszystko o wiele bardziej, również uczucia innych i to jest jej słabością, ale i siłą. Musi tylko nauczyć się nad tym panować, a jej to nie szło za dobrze.
—  Vladimir jest dorosły i wie co robi. Napewno nie dałby się schwytać Upadłym, jest zbyt sprytny na nich. Może po prostu poluje, albo szuka dodatkowych sprzymierzeńców dla ciebie  —  powiedział spokojnie Magnus, patrząc w jej zielone oczy pełne zmartwienia i troski. 
Wiedział ile ta dziewczyna zniosła bólu, straty i mimo to nie poddała się i nadal walczyła. Podziwiał ją za to i dlatego był gotów umrzeć za nią.
—  Niby kogo jeszcze? —  zapytała sucho, patrząc na swoje dłonie pokryte niewielkimi bliznami po wielu starciach z demonami.
—  Czarowników. Oprócz mnie jest tu ich niewiele, a zapewne Lucyfer chcę mieć moją rasę po swojej stronie. Vlad pewnie próbuje przekonać resztę, aby dołączyła do twojej armii  —  odpowiedział mężczyzna.
—  Albo knuje jak nas stąd wyrzucić —  rzucił nagle Samuel, który stał obok czarownika i przyglądał się swojej ukochanej z troską. 
Musiał jej w końcu to powiedzieć.
—  Co ty mówisz Samuel? Nie zrobiłby tego. Jest po naszej stronie —  powiedziała zdenerwowana Arivan, podnosząc na niego wzrok.
—  Wiem, ale jego ojciec tylko czeka na pretekst, żeby się nas wszystkich stąd pozbyć. — odpowiedział nerwowy, przypominając sobie to co usłyszał tamtego wieczoru, gdy wracał do pokoju po krótkiej rozmowie na korytarzu z Lukasem.
— Skąd to wiesz? To poważne zarzuty —  odezwał się Magnus, przeszywając go wzrokiem.
Chłopak nie mógł wyczuć czy czarownik go lubił czy nienawidził. Samuel chwilę milczał, czując na sobie wzrok dziewczyny i mężczyzny oczekujących wyjaśnienia.
— Jeżeli mówisz tak, bo nie lubisz Vlada to...
— Nie nie mówię tego, bo go nie trawię chociaż tak jest, ale dlatego że słyszałem ich rozmowę ponad tydzień temu —  odpowiedział w końcu, patrząc raz na niego raz na nią.
—   O czym była ta rozmowa ? —  zapytała natychmiast Arivan, wstając i krzyżując dłonie na piersi.
Samuel wziął głęboki oddech i zaczął mówić:
—  Słyszałem jak wściekły Valentaine mówił, że nie nadajesz się do prowadzenia armii, bo jesteś gówniarą i że Emilia na królową fearie to kompletna głupota. Uważał, że to on powinien zostać dowódcą i władcą fearie, bo ty sprowadzisz na nich zagładę.
— Cały czas tak gadał to nie jest tajemnicą, że uważa mnie za małolatę, która nie nadaje się do roli Wybranej —  skomentowała Arivan oschle, ale Samuel mówił dalej.
—  To nie wszystko. Vladimir powiedział, że muszą zaczekać, a potem uderzyć na was i zabrać ci władzę. Za to jego ojciec stwierdził, że nie będzie czekał i że muszą zacząć działać natychmiast i zabrać ci władze. — dokończył i zamilknął, patrząc to na Magnusa, to na Arivan i czekając na ich reakcję.
— Zawsze twierdziłem, że on jest chory  —  odezwał się w końcu czarownik, ale nie brzmiał jakby żartował.
—  Ale co on chcę wykombinować. Nie powiedział nic konkretnie i to mnie najbardziej martwi —  powiedział chłopak, patrząc na milczącą ukochaną, która nie podnosiła głowy.
—  Ari powiedz coś —  poprosił, a dziewczyna czuła na sobie wzrok obu chłopaków i czuła się coraz słabiej. Jeszcze brakowało jej wewnętrznych konfliktów, pomiędzy nimi.
—  Nie możemy powiedzieć nic Lukasowi i tak ma za dużo zmartwień —  odezwała się nagle stanowczo, podnosząc na nich wzrok.
—  Dlaczego? Załatwiłby Valentaina i byłby spokój —  powiedział zdenerwowany na wampiry Samuel.
—  Lukas ma już dostatecznie dużo na głowie. Sama to załatwię, a was proszę o milczenie i obserwowanie tego durnia, bo jeszcze będziemy mieli tu jakiś bunt —  powiedziała ostro i stanowczo.
—  Magnus możesz jej przetłumaczyć, bo mnie nie posłucha —  zwrócił się do czarownika chłopak z nadzieją, że stanie po jego stronie. Ten jednak uśmiechnął się blado do Wybranej i powiedział:
—  Ona tutaj rządzi, więc musimy się słuchać Samuel, bo jeszcze nas spali  —  miał to być chyba żart, ale zabrzmiał poważnie.
Arivan uśmiechnęła się i widząc zasmuconą minę ukochanego pocałowała go w polik, zapewniając że nic się jej nie stanie. Nie mogła jednak powiedzieć tego o Vladzie, którego miała już serdecznie dosyć.
***********************
Chłopak obudził się na kanapie w salonie, w którym już od dawna nie był. Bolał go brzuch, co nie było częste, ale dobrze wiedział o co chodziło.
Rozejrzał się za swoją przyjaciółką, która akurat weszła do salonu z tacą i ziółkami w szklance. Uśmiechnęła się na jego widok i postawiła tacę na stoliku obok kanapy.
—  Jak się czujesz ? —  zapytała, dotykając jego głowy. Była jednak zimna tak jak cały on przez to, że był wampirem.
Vladimir najpierw przyjrzał jej się uważnie. Wyglądała inaczej niż przy ich ostatnim spotkaniu. Teraz miała długie fioletowe włosy zaplecione w luźny warkocz i jaśniejszą cerę. Jej oczy takie same jak kiedyś świeciły niezwykłym błękitem, zupełnie jakby widać w nich było ocean. To znak szczególny czarownicy którą była. Miała na sobie długą suknie w kolorze jasnego fioletu, która pasowała do włosów. Miała też spory dekolt, ale nie pokazywała jej całych piersi, które dawniej widział doskonale. Były piękne i takie delikatne, gdy je całował.
—  Jakbym dostał kołkiem w brzuch —  zażartował wampir, siadając na kanapie i uśmiechając się do niej.
—  Nic dziwnego. W coś ty się wplątał Vlad?
— W nic. Dobrze wiesz jakie teraz są czasy, aż zdziwiłem się, że nie dołączyłaś do armii — odpowiedział spokojnie.
—  To nie dla mnie. Nie jestem stronnicza i nie chcę spotykać wielu osób, wole być sama. Puki co miewam się dobrze,a ty dlaczego uciekłeś z zamku? Podobno byłeś najbliższym przyjacielem samej Wybranej —  zapytała ciekawa Katerina. 
Zawsze była ciekawska i chciała wszystko wiedzieć,  ale tę cechę lubił w niej chłopak najbardziej. Nic się przed nią nie ukryło.
—  Nie jestem jak widać. Nie mogłem znieść tego wszystkiego i potrzebowałem odsapnąć  —  odpowiedział znudzony, starając sobie nie przypominać o Arivan. 
Tęsknił za nią i to bardzo, ale nie potrafił znieść tego, że wybrała syna Lucyfera zamiast niego. Był strasznie wściekły na nią za to, ale również martwił się czy wszystko było z nią w porządku.
— Właśnie się domyśliłam, ale nie wyszło ci to na dobre, ale dlaczego zostawiłeś tą całą Wybraną skoro ją kochasz? —  zapytała, uśmiechając się krzywo i nie spuszczając z niej wzroku. 
Wampir uśmiechnął się krzywo, kiwając głową. Dobrze wiedział, że Katerina potrafiła wyczuć bardzo dużo i była niezwykle spostrzegawcza.
—  Ona mnie nie kocha —  odpowiedział sucho i zamilknął.
—  Biedny Vlad powinieneś już dawno zrozumieć że miłość jest dla śmiertelnych — powiedziała spokojnie czarownica, wiedząc co czuł. 
Dawno temu i ona zakochała się w śmiertelniku i skończyło się to tym, że przez pięćdziesiąt lat zamknęła się w swoim mieszkaniu w Australii i nie wychodziła z niego. Dopiero dziesięć lat temu wróciła tutaj. Chciała oszczędzić tego jemu.
— Śmiertelnicy zawsze umierają, a my jesteśmy nieśmiertelni, dlatego dla nas nie powinna istnieć miłość, bo zawsze kończy się bólem straty — dodała smutno i zapatrzyła się na chwilę na obraz nad kanapą.
— A jednak ciężko jest ją powstrzymać, nawet w umarłym sercu jak moje — powiedział sucho Vlad i również zamyślił się. 
Przypomniała mu się Arivan, podczas tańca na jej urodzinach. Była taka piękna i niewinna. Tak mocno ją kochał. Szkoda tylko, że ona nie odwzajemniała jego uczuć.
— Dlatego musimy zapomnieć o naszych miłościach i wiązać się tylko z nieśmiertelnymi — odezwała się po dłuższej chwili Katerina z uśmiechem na ustach. — A właśnie Vlad miałam ci coś powiedzieć i zupełnie zapomniałam. Nie możesz u mnie zostać — dodała po chwili, a on spojrzał na nią lekko zdziwiony.
— Dlaczego? Myślałem że mi pomożesz — powiedział wampir.
— Chciałabym, ale... — zaczęła czarownica, ale wtedy rozległo się pukanie do drzwi. 
Kobieta wstała, aby otworzyć drzwi, ale wtedy coś wyczuła. Tę ciemną aurę, która emanowała z czwórki mężczyzn stojących za drzwiami wejściowymi. Wiedziała kim byli.
— No i mamy kłopoty — powiedziała tylko i wyprostowała się, aby przyjąć gości. — Siedź tutaj cicho i nie ruszaj się — dodała, po czym wyszła z pokoju, aby otworzyć drzwi.
— Witam, w czym mogę wam pomóc — odezwała się spokojnie Katerina do gości, a Vladimir przysłuchiwał się dokładnie, bojąc się o swoją starą przyjaciółkę.
— Szukamy pewnego wampira i wiemy, że jest u ciebie — odezwał się jeden mężczyzna, a on od razu rozpoznał, że to Upadły. 
Chciał już wybiec, ale pamiętał o co prosiła go znajoma. Dlatego siedział spokojnie na kanapie i czekał na przebieg wydarzeń.
— Coś się wam musiało pomylić. Nie było u mnie wampira od ponad pięćdziesięciu lat i wtedy też został tylko na jedną noc. — zażartowała kobieta, próbując zapanować nad emocjami. Nie chciała sprowadzić na siebie i przyjaciela zguby.
— Wydaje nam się, że jednak nie — powiedział mężczyzna i chwilę potem drzwi salonu otworzyły się z hukiem i pokazało się w nich czterech mężczyzn,a wśród nich jeszcze Katerina. Vlad momentalnie wstał i napiął mięśnie, czekając na atak wroga.
— Kłamałaś. Brać ją — zwrócił się ostro do kobiety i dwóch z nich chwyciło ją unieruchamiając. 
Rzucała się, a w jej oczach widział strach i błaganie o pomoc. Ruszył jej na pomoc, ale Upadły zagrodził mu drogę. Wampir próbował się wyrwać, ale zaraz złapał go drugi i nie miał dosyć siły, aby się uwolnić. Mimo to wciąż walczył. Nie chciał, aby stała się jej krzywda. Była dla niego bardzo ważna i nie mógł jej stracić. Nie wytrzymałby tego. Starczyło, że stracił Wybraną.
Katerine trzymał tylko jeden Upadły Anioł, ale i tak nie mogła się wyrwać. Miała mało siły, po tym jak zużyła sporo magii na uratowanie Vladimira.
— Teraz będziesz patrzył jak umiera — zapowiedział mężczyzna i jednym szybkim ruchem podszedł do czarownicy i poderżnął jej gardło mieczem. 
Nawet się nie zawahał. Krew bluzgnęła na podłogę, a ona zaczęła się krztusić. Włożyli jej do gardło jarzębinę i puścili. Upadła na ziemię dusząc się. Nic nie mogła zrobić i wiedziała, że zaraz umrze. Poddała się i nie walczyła.
Vladimir dostał szału widząc umierającą przyjaciółkę i zaczął się rzucać. Wyrwał jedną dłoń i uderzył drugiego, który jednak nie puścił go. Zaczęli się szarpać i wtedy właśnie jeden z nich wbił mu miecz w plecy. Vlad krzyknął i upadł na kolana na podłogę, po czym spojrzał na Katerinę, której oczy nie były już lśniące tylko zupełnie wygasłe. Patrzyły na niego z strachem i bólem,a on do końca życia nie mógł zapomnieć tego widoku. Upadł na ziemię, czując jak braknie mu sił. Wiedział, że to go nie zabije, ale stracił wiele sił. W dodatku śmierć Kateriny zabrała mu kolejny powód do walki. Było mu wszystko jedno, co się z nim stanie.
— Przepraszam — wyszeptał do zmarłej czarownicy, a po jego policzkach spłynęła samotna łza w kolorze krwi. 
                                   ****************************
 Witam was po baaaardzo długiej przerwie. Wiem, że miałam tutaj już nie wracać, ale zmieniłam zdanie. Nie będę się tłumaczyć dlaczego, po prostu ja bez pisania to nie ja. Dlatego postanowiłam dokończyć tę powieść, a potem kto wie, może napiszę coś innego. Puki co mam nadzieję, że to wam się spodoba i chociaż część z was dotrwa do końca. Przepraszam za tą długą przerwę i czekam na wasze opinie. Do zobaczenia przy kolejnym rozdziale buziaki :*
Ps. Kolejny rozdział powinnam dodać w ciągu dwóch tygodni MAX :*
                                  - Dont Cry To Me

środa, 13 lipca 2016

UWAGA!!!

          Bardzo mi przykro, ale nie mam już kompletnie weny. Z resztą widzę totalny brak aktywności na blogu. Przykro mi z tego powodu, ale no niestety takie jest życie. Ja od września zaczynam naukę w technikum i muszę się na tym skupić. Gdybym jeszcze widziała tutaj waszą aktywność to bym została, ale tak się żegnam. Może za kilka lat znajdziecie moją inną opowieść na pułkach w księgarniach, ale puki co odchodzę z bloga i chyba nie wrócę już tutaj. Chyba że na inną tematykę, ale tak to koniec. Smutno mi, ale widzę, że nikt nie będzie po mnie płakał. Nie wiem co jeszcze mam powiedzieć, więc zostało mi tylko ŻEGNAJCIE!         - Dont Cry To Me 


poniedziałek, 4 lipca 2016

Rozdział.13.

Rozdział dedykuję Patrycji Bębenek, dzięki której znów mam ochotę pisać :*      
       Następnego dnia Arivan obudziła się w miękkiej pościeli swojego łóżka. Nie wiedziała jak się przeniosła z parapetu na łóżko, ale podejrzewała, że pomógł w tym Samuel, bo teraz nie było go obok niej. Zlękła się, ale patrząc w okno i widząc, że słońce jest prawie w samym szczycie, to pomyślała, że poszedł coś zjeść. Dochodziło już południe.
Niechętnie podniosła się i usiadła na kołdrze, rozglądając się po sali. Zobaczyła piękną czerwono-czarną sukienkę, przewieszoną przed krzesło, a obok niej na stoliku swój naszyjnik, bransoletkę i nóż, który wczoraj dostała z okazji urodzin. Ucieszyły ją one.
Powoli przeciągnęła się, rozciągając mięśnie,a  wtedy z łazienki wyszedł Samuel. Miał na sobie czarną koszulę i eleganckie spodnie. Włosy były ułożone w modną fryzurę, przez co wyglądał jeszcze przystojniej i seksowniej.
- Wstałaś śpiochu  - powiedział z uśmiechem na ustach i usiadł obok niej na łóżku. Objął ją jedną dłonią i przyciągnął do siebie.
- Jak znalazłam się na łóżku? I co to za okazja? Urodziny były wczoraj - zapytała Arivan, zerkając na niego i uśmiechając się lekko.
- Przeniosłem cię nad ranem. Dlaczego nie obudziłaś mnie jak wstałaś?
- Nie chciałam, abyś się martwił. Musiałam ochłonąć i pomyśleć - odpowiedziała obojętnie i spuściła wzrok na swoje dłonie, ułożone płasko na kolanach.
- Nad czym?
- Nad wszystkim co się teraz dzieję. Jeszcze kilka miesięcy temu miałam karę i zesłano mnie na ziemię, gdzie poznałam ciebie. Teraz jestem Wybraną i mam pokonać Lucyfera, który w dodatku jest twoim ojcem - powiedziała, a w jej głosie słychać było jakąś ostrość. Chłopak nie dziwił się temu i rozumiał ją całkowicie. Chciał zapomnieć, że Pierwszy Upadły to jego tata, ale niestety ta świadomość cały czas powracała.
- Ej nie jesteś sama. Pomogę ci jak tylko mogę, ale nie możesz się ode mnie oddalać. Jesteśmy razem i musimy się wspierać tak? - zapytał Samuel, a ona od razu skinęła głową, ale nie patrzyła mu w oczy. Dopiero po chwili podniosła głowę i zerknęła na niego.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, czemu się tak wystroiłeś - przypomniała, a on uśmiechnął się szerzej i pogłaskał ją po włosach.
- Dzisiaj będzie koronacja Emilii i to ty masz jej dokonać,  pamiętasz? Przyniosłem ci sukienkę, którą wybrała Marlena. Nie zostało dużo czasu, więc powinnaś zacząć się szykować - powiedział spokojnie, a ona westchnęła i skinęła głową, po czym wstała i ruszyła w kierunku łazienki, zbierając po drodze sukienkę i czystą bieliznę z szafy.
- Za chwilę wracam - powiedziała, zanim zamknęła za sobą drzwi toalety. Nie chciała brać długiej kąpieli. Zamiast tego szybko wykąpała się pod prysznicem i nałożyła czystą bieliznę. Wiedziała, że po mimo koronacji trzeba być czujnym, dlatego założyła także wygodniejszy kostium w razie walki. Dopiero na to założyła piękną czerwoną sukienkę, która kończyła się przed kolanem i była na ramiączkach. Jej czarne serca nadawały lekko mroczny i poważny ton, ale to w niej najbardziej zachwycało.
Stanęła przed lustrem i rozczesała włosy, po czym upięła je w wysoki kok i wpięła w niego ładną czarną różę, która leżała na umywalce. Nie malowała się, bo uważała to za zbędne.
Wyszła z łazienki i nie spojrzała nawet na Samuela. Założyła szybko czerwone baleriny i dopiero podeszła do łóżka, patrząc na chłopaka.
- Wyglądasz pięknie - pochwalił i wstał. Objął ją w pasie i pocałował mocno w usta, a ona założyła dłonie na jego szyję i przysunęła się jeszcze bliżej do niego.
- Zaraz rozpoczynamy zebranie - usłyszeli głos zza drzwi, należący do Marka. Oderwali się od razu od siebie i westchnęli niemal równocześnie.
- Już idziemy! - odpowiedział głośno Samuel i uśmiechnął się do Arivan.
- No to musimy iść - zwrócił się do niej i splótł jej dłoń ze swoją. Dziewczyna odpowiedziała mu tylko uśmiechem i ruszyła do drzwi, ciągnąc go za sobą.
         Szybko doszli na plac przed zamkiem i ujrzeli mnóstwo osób. Na samych jednak środku stał Lukas, który był ubrany w elegancki garnitur, trzymał w dłoniach koronę fearie, która dawniej była własnością Semiry, ale ta rzadko ją nosiła. Był to tylko symbol władzy. Tuż obok Blackwella stał Valentaine ubrany jak zwykle po staroświecku i mierzący wszystkich podejrzliwym wzorkiem. Po drugiej stronie Nienarodzonego stał Magnus z bladym uśmiechem na twarzy, zerkający na Emilię i Marka, którzy stali co prawda wśród reszty, ale na przodzie rzędu.  Dziewczyna miała upięte włosy z wplecionymi czarnymi różami oraz elegancką bordową sukienkę na ramiączkach. Wyglądała na bardzo zestresowaną i nie było jej się, co dziwić. Arivan posłała jej pocieszający uśmiech, po czym ruszyła do przodu na miejsce obok Lukasa. Krok za nim stała Marlena, która wyglądała na zmartwioną. Nie wiadomo było czym, ale widać to było gołym okiem.Wybrana nie zwróciła na to większej uwagi, ponieważ szukała jednej osoby wśród tłumów. Powinien być przy ojcu, ale nigdzie nie było go. Zmartwiła się tym, ale zdawała sobie sprawę, że musi się skupić na swoim przemówieniu, aby nie zasiać w armii paniki, niepewności i kłótni.
Stanęła tuż obok Blackwella, a zaraz za nią ustawił się Samuel, kładąc jej na moment dłoń na ramieniu. Arivan wzięła głęboki oddech, czując się nieco lepiej i zerknęła na mężczyzna obok siebie, który uśmiechnął się zachęcająco i rozpoczął, aby uspokoić tłum.
- Witajcie. Wiemy, że się niepokoicie i pewnie macie wiele pytań do Wybranej, ale pozwólcie jej najpierw coś powiedzieć. Wyjaśni również sprawę, która zapewne trapi zwłaszcza fearie - powiedział Nienarodzony i wskazał gestem dłoni, aby dziewczyna wystąpiła do przodu. Zrobiła tak, ale czuła jak w jej gardle rosie coraz większa gula. Rozejrzała się po zebranych i widząc ich przeróżne miny, czuła w sercu wielkie poczucie winy. Ilu już umarło na tej wojnie? Ilu bezbronnych dzieci straciło życie, rodziców, całe rodziny? Ilu rannych cierpi katusze w szpitalu? Ile umarło już w agonii?
A za to wszystko ona obwiniała siebie.
- Wiem, że wielu z was jest na mnie złych i nie dziwię się im. Ja... nie wiem co powiedzieć tym, którzy stracili bliskich lub są ranni. Jedyne co to, że przepraszam was i mam nadzieję, że mimo wszystko jakoś mi wybaczycie i dalej będziecie walczyć po naszej stronie. Nie chodzi mi oto, że boję się stawić im czoła sama, choć tak jest, ale oto że ta walka to nie moja osobista sprawa. To sprawa nas wszystkich. Dobrze wiecie jacy są Upadli i że na mojej śmierci się to nie skończy. Wymordują wszystkich, bo uważają ich za gorszych od siebie. Chociaż wcale tak nie jest. Wszyscy jesteśmy równi. Wilkołak czy wampir. Fearie czy czarodziej. Każde z nas choć różni się od drugiego to jest jedno co nas łączy i co powinno zawsze być w naszych głowach, sercach, a jest to mianowicie nasza rodzina. Każdy z nas ją ma i chcę chronić. Dlatego nie mordujmy się, nie kłócimy, nie bijmy, ale współpracujmy. Traktujmy się na równi, wspierajmy, brońmy i bądźmy jedną armią. A tedy ta armia pokona Upadłych i przywróci spokój na naszych krainach. Ja jestem tego pewna - powiedziała pewna siebie Arivan, nie wierząc samej sobie, że potrafiła wygłosić taką mowę. Czuła jakby wychodziło to z jej głębi. Zupełnie nie myślała co mówiła. Po prostu pozwoliła, aby to jej serce ją wyręczyło. I chyba się udało, bo wszyscy milczeli i patrzyli na nią skupionym wzrokiem. Niektórzy wręcz płakali, a inni uśmiechali się.
Cisza trwała zaledwie kilka sekund, bo zaraz ktoś zaczął klaskać, a za nim wszyscy inni. I tak Arivan zupełnie nie wiedziała, co powinna zrobić. Ludzie klaskali, krzyczeli i gwizdali w jej stronę, mówiąc że będą z nią do końca. Wybranej jedna łza spłynęła po policzku ze wzruszenia.
- Dobrze, dobrze ale już się uspokójcie - powiedziała po chwili, chcąc opanować tłum. Zamilkli wszyscy, słysząc jej słowa i czekając co dalej przemówi.
- Cieszę się, że jesteście i będziecie walczyć ramię w ramię ze mną, ale jest jeszcze jedna sprawa dotycząca fearie - Ari zamilkła na moment i zerknęła na Emilię, która skinęła tylko głową i uśmiechnęła się blado, chociaż była cała spięta.
- Pewnie już wiecie, że królowa Semira umarła po ranach jakie odniosła, walcząc przeciwko tym potworom razem ze swoim ludem. Wykazała się wielką odwagą i siłą, a my będziemy o niej pamiętać. Jest jednak sprawa kto powinien po niej objąć władzę. I nie martwcie się nie będę to ja. Uważam, że powinna to być także fearie. Moją propozycją jest Emilia, która jest córką Semiry. Jest cudowną, mądrą dziewczyną i wiem, że sobie poradzi. Chcę jednak, aby była to zgoda tłumu. Mam nadzieję, że podejmiecie dobrą decyzję - powiedziała Wybrana poważnym tonem i rozejrzała się po wszystkich zebranych z rasy fearie, po czym wzięła głęboki oddech i zapytała:
- Kto jest za, niech podniesie rękę? - Nie musiała czekać nawet kilku sekund, a wszyscy już podnieśli dłonie z spokojem na twarzy i lekkim uśmiechem, zerkając na Emilię, która patrzyła na swoje nogi, chcąc uniknąć tych wszystkich ciekawych spojrzeń. Na jej twarzy pojawił się rumieniec.
- Widzę, że nikt nie jest przeciw, więc proszę Emilio podejdź - przemówiła spokojnie po chwili Wybrana i wskazała gestem na rudowłosą dziewczynę. Ta wyprostowała się i ruszyła w jej stronę.
Kiedy tylko znalazła się tuż przed nią, to Ari uśmiechnęła się, aby ją wesprzeć. Sama dokładnie nie wiedziała jak miała przebiegać koronacja, ale słyszała już o kilku i na dwóch była, więc dosyć wiedziała jak to zrobić i co powiedzieć.
- Emilio Lee córko królowej Semiry, władczyni Morskich Błękitów i ludu fearie, przyrzekasz godnie nosić koronę i sprawować władzę? - zapytała Emilię, która już wcześniej klęknęła jak przystawało na koronacji. Patrzyła skupiona na Nienarodzoną.
- Przyrzekam
- Obiecujesz sprawiedliwie sądzić swój lud i bronić go przed złem?
- Obiecuję
- Czy wyrzekasz się oszustwa i zdrady swojej rasy?
- Wyrzekam się
- Czy jesteś gotowa przejąć po swojej matce władzę i dalej rządzić Morskimi Błękitami tak samo dobrze jak ona?
- Tak - odpowiedziała Emilia, której głos lekko drżał z emocji. Patrzyła na brunetkę, która odwróciła się i przyjęła od Marleny koronę, po czym znów zwróciła się twarzą do Emi.
- Z mojej mocy i woli ludu mianuję cię królową Morskich Błękitów i ludu fearie aż po kres twoich dni - powiedziała głośno Arivan, nakładając na głowę dziewczyny koronę.
- A teraz wstań królowo Emilio - dodała, a rudowłosa momentalnie wstała. Jak na zawołania tłumy fearie zaczęły wiwatować i krzyczeć jej imię ze szczęścia. Na ten gest królowa się uspokoiła i widocznie rozluźniła. Machała do nich i próbowała uspokoić, ale chwilę to trwało.
- Dobrze skoro to załatwione to myślę, że możemy.... - zaczęła Arivan, gdy tłum uspokoił się już i znów był posłuszny.
- A co jeżeli zaatakują to miejsce? Raz już to zrobili - odezwał się obcy głos wśród zebranych. Wiadomo tylko było, że należał do mężczyzny.
- Wtedy będziemy się bronić i wygnamy ich - odpowiedziała natychmiast Wybrana, szukając tego kto był autorem pytania.
- A nie możemy znaleźć Pół Raju? - spytał ktoś inny. Tym razem kobieta.
Arivan zerknęła na Lukasa, który wydawał się być zaskoczony, że ktoś w ogóle o tym wspomniał. Na moment trwała cisza, a dziewczyna szukała w umyśle czegoś na temat miejsca, które wymieniła kobieta. Znalazła po chwili urywek tekstu Księgi Mędrców, którą ostatnią czytała. Pół Raj to miejsce, gdzie wszystkie rasy mogły znaleźć schronienie przed swoimi wrogami. Nikt nie wiedział, gdzie ono było, bo dostęp do bramy, która pozwala tam przejść mieli tylko Mędrcy. Tylko oni potrafili to zrobić. Niestety dziewczyna nie mogła znaleźć zaklęcia, które otworzyłoby przejście.
- Staram się odnaleźć sposób na przejście tam i otworzenie tej bramy, ale na razie nie mam nic konkretnego - powiedziała po dłuższej chwili Wybrana i skupiła wzrok na tłumie, który przysłuchiwał jej się odważnie.
- Czyli ono istnieje? Będziemy tam bezpieczni? - zapytało jakieś dziecko, które wychyliło się na sam przód rzędu i patrzyło na dziewczynę z wielkim strachem i bólem w swoim ślicznych dziecięcych oczach, które widziały już tylko śmierci.
- Istnieję i odnajdę je - odpowiedziała, patrząc dziecku w oczy. Był to chłopiec, który miał może sześć lat i zaszytą ranę na policzku.
- A jeżeli będzie za późno? Jeżeli wcześniej Lucyfer zaatakuję nas wszystkimi siłami Piekieł? - zapytała ostro kobieta, stojąca za chłopczykiem i patrząca nieufnie na wszystkich zebranych na środku koła.
- Nie mogę wam obiecać,  że odnajdę Pół Raj, ale obiecuję, że zrobię wszystko, abyście byli bezpieczni. Jestem Wybraną z przepowiedni i dlatego oddam życie za was i za naszą wolność. Nie pozwolę, aby Upadli zwyciężyli. Prędzej skonam - powiedziała twardo Arivan i rozejrzała się po zebranych, którzy słuchali jej słów uważnie. Dziewczyna nie oczekiwała żadnych reakcji, ale nagle kilka osób wyrwało się uniosło dłoń zamkniętą w pięść, po czym uderzyło się nimi w pierś. Zaraz za nimi zawtórowała reszta. Był to wyraz hołdu i szacunku dla Arivan, która wzruszyła się na ten gest i uśmiechnęła pod nosem, sama do siebie.
                                          ***************************
                 Młody wampir chodził po ulicach Los Angeles, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia przechodniów. Miał w nosie, co sobie pomyślą i tak kiedyś umrą, a on nie. Ubrany był w swój ulubiony czarny sweter i jeansy. Wyszedł z domu wczoraj i nie chciał tam wracać. Nie potrafił patrzeć na Arivan u boku Samuela. Uważał go za potwora i dlatego usunął się zupełnie na bok. Nie obchodziła go złość taty, bo i tak nie interesował się nim. Chłopak pragnął po prostu odpocząć chwilę od tego całego bajzlu. Jak tylko odnalazł się Samuel to Ari zupełnie odrzuciła go na bok. Skupiła się tylko na synu Lucyfera, chcąc go odzyskać. Nie zauważyła, że to Vlad był przy niej, pomagał jej, troszczył się i próbował chronić. Ona jednak wolała tego bruneta, który nie raz targnął na jej życie. Mogła go tłumaczyć, że nie panował nad sobą, bo miał w sobie krew najgorszych książąt piekieł, ale dla wampira to nie było żadne usprawiedliwienie.
 -Gdyby ją kochał to by się powstrzymał - mruknął do siebie pod nosem i kopnął puszkę, leżącą na chodniku. Był wkurzony i coraz bardziej spragniony. Tylko, że nie wody.
     Zatrzymał się przy jednym z zaułków, gdzie stała jakaś młoda blondynka w krótkiej sukience. Miała mocny makijaż i gdy tylko spojrzała na Vladimira, wiadomo było, że spodobał jej się od razu. To był ten urok wampirów, któremu ciężko się było oprzeć. Chłopak uśmiechnął się krzywo i podszedł do niej. Nie zaczynał nawet rozmowy. Przyparł ją po prostu do ściany i zaczął się z nią namiętnie całować. Nie były to usta Arivan, ale obudziła się w nim dzika żądza nad którą nie umiał zapanować.
Na początku blondynka opierała się, ale zaraz uległa i pozwoliła mu, aby muskał jej szyję, nie wiedząc co zaraz się stanie. Vlad coraz mocniej przygryzał jej skórę, czując pulsującą żyłę na jej szyi. Miał wielką ochotę na jej krew i przestawał się już hamować.
Jego dłoń znalazła się pod niej sukienką i podciągnął ją do góry, po czym zaczął macać jej kobiecość. Dziewczyna oddychała głośno i pojękiwała, co chwile, a chłopak stracił zupełnie kontrolę. Momentalnie wbił się w jej szyję i zaczął ssać jej krew. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, ale zaraz umilkła, tracąc siły. Vladimir coraz mocniej pieścił jej koleżankę, ssąc słodką ciecz z jej żył i czerpiąc z tego radość.
 Gdy napił się już dostatecznie, puścił ją, a ta osunęła się na ziemię, nie przytomna. Nie przejmował się nią, bo wiedział, że przeżyję. Będzie po prostu słabsza przez kilka dni. Wampir chciał już wyjść z powrotem na chodnik, gdy usłyszał na sobą szyderczy śmiech. Rozpoznał go od razu i momentalnie odwrócił się na pięcie, stając w oko w oko z dwójką Upadłych.
- Zawsze musisz wykorzystywać dzi*wki ? - zapytał jeden z nich, patrząc na niego uważnie.
- Nie twój interes - syknął tylko Vlad, bacznie ich obserwując. Domyślał się, po co tutaj przyszli i czego chcieli, ale nie należał do osób, które się poddawały. On walczył zawsze do końca i teraz nie miał zamiaru postępować inaczej.
- Co tak ostro do starych kumpli. Ostatnim razem byłeś milszy, jak przyszedłeś z Arivan. A właśnie co u niej?... A no tak zapomniałem wybrała Samuela. Widzisz dla niej potwór z Piekła jest lepszy od ciebie. Och biedulku - powiedział Upadły Anioł, podchodząc do niego i klepiąc w polik. Chłopak wzdrygnął się i odsunął od niego.
- Spadaj. Nie mam nastroju do rozmowy
- Ale za to my tak - wtrącił się drugi mężczyzna, stając obok swojego brata.
- Czego chcecie? - rzucił oschle Vlad, patrząc na nich z pod rzęs.
- Nie my, a nasz pan. Chciałby cię zobaczyć, a ja myślę, że jesteś mądry i pójdziesz z nami po dobroci - powiedział demon z Piekła, uśmiechając się do niego chłodno i pokazując mu swój miecz, który trzymał w dłoni. Wykonany był z materiału, który potrafił ranić wampiry i to śmiertelnie.
- To się mylisz - syknął wampir i pokazał mu swoje kły, napinając mięśnie i szykując się do ataku.
- No cóż... to twój błąd - powiedział i zamachnął się. Vladimir jednak był szybszy i wzbił się w powietrze, po czym odbił się od muru i wylądował na plecach brata Upadłego, chwytając go za kark. Uśmiechnął się krzywo w stronę tamtego i zatopił kły w szyi potwora, który zawył z bólu i zaczął się szarpać, aby zrzucić wroga z siebie. Jednak chłopak doskonale się trzymał i chociaż ich krew była ohydna to ssał dalej. Jego brat patrzył na niego, starając się dotrzeć od niego, ale było za późno. Vlad uchylił się od ostrza miecza i momentalnie skręcił kark Upadłemu, który padł na ziemię nie żywy. Jego ciało zaczęło zamieniać się w popiół i znikać. Vlad wiedział, że to wyjątkowo bolesny proces, co sprawiło mu satysfakcję.
- Skończysz jak twój braciszek - rzucił z szyderczym uśmiechem i spojrzał na Upadłego, który wydawał się być zbyt zszokowany tym co się przed chwilą stało. Jednak nagle ocknął się i ruszył na wampira, z dziką furią. Zaczął go bardzo szybko atakować, a Vlad nie zawsze uchronił się od ciosu. Starał się wbić w szyję wroga, ale nie miał do niej dostępu. Próbował jak tylko szło.
W pewnym momencie potknął się o coś i zachwiał, a wtedy ostrze Upadłego Anioła przebiło jego bok. Wampir zawył z bólu i w tej agonii, wbił się w szyję potwora, która była akurat odsłonięta. Nie zwracał uwagi na miecz w swoim ciele. Złość była w jego żyłach i zapanowała nad nim. Momentalnie wyssał całą krew, po czym kopnął martwe ciało i spojrzał na niego. Splunął z pogardą w jego stronę, a następnie spojrzał na ostrze w swoim boku. Wyciągnął je jednym szybkim ruchem i poczuł jak miękną mu nogi. Nie był w stanie ustać, więc opadł na kolana pod ścianą i przycisnął dłoń do rany, chcąc zatamować ranę na brzuchu. Wiedział, że bez pomocy nie przeżyję i będzie łatwym celem dla reszty Upadłych. Nie chciał jednak wzywać ojca, bo dowiedziałaby się o tym Arivan, a on nie miał ochoty jej widzieć. Nie po tym jak go zraniła.
Została mu więc ostatnia osoba, która mogła mu pomóc, nie miał jednak pojęcia czy to zrobi. Była jednak tylko ona, a on nie miał czasu do zastanawiania.
Wolną dłonią wyjął telefon i wybrał numer do starej przyjaciółki. Odebrała po trzech sygnałach.
- Słucham?
- Katarina? Musisz mi pomóc...
                                        **************************
Hej! Witam was przy nowy rozdziale. Mam nadzieję, że się wam spodobał i wrócicie do komentowania :* Czekam na to, bo brakuję mi motywacji. Myślę o zamknięciu, więc potrzebuję was. Proszę uaktywnijcie się :* Czekam na was i do zobaczenia :* (oby)
     - Dont Cry To Me

niedziela, 19 czerwca 2016

Rozdział.12.

  Lucy szła wolnym krokiem, ubrana w krótkie, niebieskie spodenki i czarną bluzkę na ramiączkach. Jej krótkie, blond włosy były rozpuszczone, a twarz bez makijażu. Wilkołaki nie lubiły się malować i ona nie stanowiła wyjątku. Wolała swoje osobiste piękno, a do brzydkich nie należała.
W dłoniach miała małe pudełeczko,owinięte papierem ze wzorem małych piesków. Urocze i chyba miało odzwierciedlać ich rasę.
Dziewczyna miała dobry humor pomimo ostatniej bitwy i kolejnego pogrzebu, który zakończył się godzinę temu. Nienawidziła takich uroczystości zwłaszcza, że pochowano kilkunastu likantropów, a w tym trzech jej przyjaciół. Było jej ciężko, smutno i miała ochotę zemścić się na Upadłych, ale ojciec nauczył ją, że cierpliwość popłaca. Dlatego czekała i starała się myśleć pozytywnie, aby nie zepsuć tego dnia Wybranej. Chociaż pewnie ona nie miała teraz do tego głowy to Lucy poszperała w odpowiednich źródłach i znalazła datę urodzenia Ari. Wypadało to dokładnie dzisiaj i dlatego razem z resztą stada znaleźli odpowiedni prezent i szła teraz do sali ćwiczeń, aby jej go wręczyć.
Przechodziła akurat przez korytarz, gdzie większość mieszkańców to wampiry. Zaraz zaczęła się jeżyć i zrobiła się bardziej czujna. Może i był rozejm w trakcie wojny, ale ona i żaden inny likan nie ufały Dzieciom Nocy i dlatego zawsze spodziewali się najgorszego. Próbowała nie zwracać uwagi na wścibskie spojrzenia mężczyzn, aż natrafiła na jedno, które znała. Brunet stał przy ścianie i zerkał na boki. Widziała, że był zdenerwowany i dlatego podeszła do niego
  —  Samuel, coś się stało? — zapytała Lucy, stając przed nim. Podniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się lekko.
— Nie. Ten bufon wkurza mnie gadaniem  — odpowiedział szorstko, zaplatając ręce na piersi i zerkając na bok, jakby czekał tylko aż ktoś wyjdzie zza drzwi.
— Valentaine? On każdego doprowadza do furii, ale trzeba to przemilczeć. Nie możemy pogorszyć teraz sytuacji i tak mamy za dużo problemów - powiedziała i uśmiechnęła się miło, odgarniając kosmyk włosów z twarzy. Chłopak skinął tylko głową i zamilkł na chwilę.
  — Co tam masz?  — zapytał nagle, patrząc na jej rękę, w której była paczka.
  — Prezent dla Arivan  — odpowiedziała od razu weselej i pokazała mu pudełko. Samuel otworzył szeroko oczy i wpatrywał się w nią, jakby chciał usłyszeć, że to tylko żart.
  — Nie pamiętasz o jej urodzinach?  —  spytała zaskoczona Lucy.
  — Wypadło mi z głowy. Dzisiaj 13 września?  — zapytał dla pewności, a gdy ona skinęła głową uderzył się otwartą dłonią w czoło.
  — Jaki ze mnie głupek? Jak mogłem zapomnieć?  — pytał sam siebie i zaraz przeprosił Lucy, po czym pobiegł korytarzem bez słowa. Musiał jak najszybciej dać Arivan coś, co było dosyć piękne, aby dorównać jej w jakimś procencie.
Lucy patrzyła za nim chwilę, kiwając głową na boki z lekkim uśmiechem. Rozśmieszyło ją jego zdenerwowanie i zakłopotanie. Myślała, że wiedział i pierwszy wręczył jej prezent, a tu się okazało, że nie. Zdziwiło ją to, ale nie chciała tam dłużej stać, dlatego ruszyła dalej do sali ćwiczeń, która była już niedaleko.
Zobaczyła duże drzwi na końcu korytarza i nie zapukała nawet. Otworzyła je po prostu i weszła do środka. Od razu uderzyło ją jasne światło dnia, które wpadało przez szklane ściany. Następnie ujrzała młodą Nienarodzoną, która cała spięta stała na środku sali, a wokół niej wzrastały coraz wyżej korzenie drzew. Miała przymknięte oczy, a dłonie wyciągnięte przed sobą. Szeptała coś do siebie pod nosem i starała się równo oddychać. Naprzeciw niej stał Magnus, przyglądając jej się uważnie. Jego niebieski płacz miał przypalony dół, ale prócz tego był cały i zdrowy. Jego czarne włosy, postawione na żel miały dodatkowy brokat, a usta wykrzywiły się w delikatnym uśmiechu, kiedy zobaczył młodą córkę Luki, swojego dawnego przyjaciela.
  — Arivan możesz skończyć  — zarządził Bane i natychmiast Wybrana opuściła dłonie i otworzyła zdziwione oczy, a korzenie momentalnie wrosły z powrotem w podłogę. Czarownik zerknął na niepewną liknatropkę i zaraz w jego ślady poszła Arivan.
— Co tutaj robisz? — zapytała spokojnie dziewczyna, ale nadal oddychała szybciej. Zużyła sporo energii na ćwiczenia i teraz ciężko jej było ustać na nogach bez zachwiania.
  — Chciałam ci złożyć najlepsze życzenia od całego stada  — odpowiedziała po chwili Lucy i podeszła do Nienarodzonej. Przytuliła ją, chociaż tamta była zaskoczona i chyba nie wszystko rozumiała. Wzięła pudełko od blondwłosej i uśmiechnęła.
— Nie mów mi, że zapomniałaś o swoich urodzinach? — spytała, przyglądając jej się uważnie. Nagle Ari uderzyła się w czoło i zaśmiała nerwowo.
  — Zapomniałam, że dzisiaj jest 13  — przyznała i zerknęła na Magnusa, który już wyjmował coś z kieszeni płaszcza. Podszedł do niej i wręczył paczuszkę.
  — Nie miałem czasu, aby zapakować — powiedział i przytulił ją mocno, składając życzenia. Podziękowała mu, po czym usiadła na ławce pod jednym ze szklanych ścian. Najpierw otworzyła prezent od wilkołaków, a Lucy przyglądała jej się uważnie. W środku był stary sztylet. Jego ostrze były jednak bardzo dobrze naostrzone. A na krawędzi wyryto napis w obcym języku "Se luchar hasta que gane"
  — Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą — powiedziała po przetłumaczeniu i spojrzała z szerokim uśmiechem na dziewczynę. — Piękny  — pochwaliła, a Lucy wydawała się być zachwycona jej opinią. Wybrana włożyła go do pochwy, która była przyczepiona do jej pasa z bronią. Przyda się i to na pewno.
  — Zobaczymy co nasz czarownik wymyślił  — skomentowała, biorąc do rąk woreczek od niego.
  — Uwierz mi przyda ci się, ale dowiesz się do czego w odpowiednim czasie i to sama musisz odgadnąć kiedy  — odpowiedział z uśmiechem i zachęcił, aby zobaczyła co było w środku. Posłała mu zdziwione spojrzenie, ale otworzyła woreczek. W środku był niebiesko-czerwony pył, który miał zapewne jakieś magiczne zdolności.
  — Wyjawisz mi do czego służy?
  — Mówiłem ci. Dowiesz się w swoim czasie  — odpowiedział zagadkowo i posłał jej szeroki uśmiech. Pokiwała tylko głową  i westchnęła, po czym schowała zamknięty woreczek do kieszeni przy pasie.
  — Oho chyba się spóźniliśmy  — odezwał się Lukas w drzwiach. Zaraz po nim pojawiła się Marlena, która w dłoniach trzymała tort w kolorze może. Na górze był napis "Sto lat", a na obrzeżach piękne czerwone różyczki.
  — Nie no, wy też? — zapytała ze śmiechem Wybrana, wstając, gdy podszedł do niej mężczyzna. Przytuliła go i podziękowała za życzenia, a następnie przyjęła prezent. Był to spory miecz owinięty w ozdobny papier.
  — Nie wiedziałem, co ci kupić  — wytłumaczył się, a ona uśmiechnęła się w jego stronę i przyjrzała uważniej ostrzu. Wygrawerowane na nim były gwiazdy przeplatane kolcami róży. Nie miała pojęcia, co to oznaczało, ale skądś kojarzyła ten wzór.
— Gwiazdy i kolce róż to znak rodu twojej matki. Kiedyś się urodziłaś, zamówiła go i kazała wręczyć ci na siedemnaste urodziny. Wiedziała, co się wydarzy i chciała, abyś miała jej cząstkę ze sobą  — wyjaśnił i zobaczył, jak w oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Wszyscy spoważnieli i nagle zamilkli, patrząc na Wybraną.
  — Zobacz napis na dole  — dodał po chwili, a ona obróciła miecz, aby widzieć dokładniej rączkę.
  —" Nigdy nie sprzymierz się z piekłem. Jego pokusy są chwilowe, a cierpienie wieczne" — wyrecytowała na głos, po czym przytuliła mocno Lukasa.
  — Dziękuje - wyszeptała cicho w jego stronę. Objął ją mocno i przycisnął do siebie. Chwilę tak trwali. Arivan opanowywała emocje i próbowała się nie rozpłakać.
  — No dobrze koniec smutasów. Kto chcę tort? - Ciszę przerwała Marlena, która postawiła ciasto na stole i czekała z nożem w ręce na resztę. Wszyscy spojrzeli na nią, a Ari oderwała się od Nienarodzonego, po czym z uśmiechem podeszła do kobiety. Stanęła obok stołu i szybko przypięła miecz do pasa razem z pochwą od Lukasa.
— Ja chcę ten z różyczką - zażyczyła sobie dziewczyna i wzięła jeden z talerzyków, ustawiony obok tortu. Nie chciała myśleć o nie obecności ukochanego, ale miała złe przeczucia. Bardzo się o niego martwiła, a nie widziała go już od kilku godzin.
— Tak zaczynacie bez nas?  — Do uszu Arivan dotarł wesoły głos Emilii. Dziewczyna odwróciła się w jej stronę z uśmiechem i talerzykiem w dłoniach.
  — Jakbyśmy śmieli  — odpowiedziała brunetka i przyjrzała się przyjaciółce. Miała na sobie czarną bluzkę z krótkim i spódniczkę w tym samym kolorze z powodu żałoby po śmierci matki. Blondyn obok niej miał również ciemne spodnie. ale jego koszula była w kolorze błękitu, co podkreślało oczy chłopaka.
Rudowłosa szybko podeszła do jubilatki i przytuliła ją, składając życzenia, po czym wręczyła małe pudełeczko. Wybrana otworzyła je powoli i zobaczyła złote kolczyki w kształcie księżyca w nowiu. Były piękne i przez sekundę widziała w nich biały blask. Zupełnie jakby zmieniały kolor.
— Piękne
  — To kolczyki fearie. Są nie tylko ładne, ale również magiczne — zmieniają kolor - wyjaśniła z uśmiechem Emilia, a jej przyjaciółka uśmiechnęła się i podziękowała, po czym szybko założyła je i odgarnęła włosy, aby były widoczne.
  — Czy ktoś spróbuje mojego tortu, bo nie wiem czy jest dobry  — odezwała się nagle Marlena lekko rozdrażnionym tonem, a wszyscy spojrzeli w jej stronę.
— Jak ty robiłaś to będziemy zdychać trzy dni, albo zamienimy się w żaby - powiedział Magnus z szerokim uśmiechem, a kobieta posłała mu ostrzegawcze spojrzenie i wyciągnęła dłoń z nożem w jego kierunku.
  — Uważaj. Wiesz, że jestem tak dobra jak ty  — ostrzegła z chytrym uśmieszkiem.
  — No no, bo się przestraszę
  — Nie pozabijajcie mi się tutaj — wtrącił się Lukas, zerkając raz na jednego raz na drugiego.
  — Właśnie nie na moich urodzinach - dodała Arivan i zjadła kawałek tortu. - Jest pyszny - powiedziała szczerze do Marleny i zachęciła resztę, aby spróbowali. Posłuchali jej i przez chwilę zapanowała cisza, po czym zaczęli chwalić wypiek kobiety. Humor chyba wszystkim dopisywał, a impreza powoli się rozkręcała. Nawet Ari zapomniała na moment o Samuelu i nieobecnym Vladzie. Chciała po prostu po świętować w swoje urodziny.
****************************
Przyjęcie trwało już dwie godziny, a Wybrana odczuwała coraz większy niepokój. Nie przyszedł żaden z chłopaków. Był król wampirów, ale nie miał pojęcia co działo się z jego synem. Podobno wyszedł gdzieś na spacer o świcie, ale nie wrócił do tej pory. Valentaine nie przejmował się jednak tym za bardzo. Wkurzyło to Arivan, ale nie chciała wywoływać kłótni, dlatego sama postanowiła ich poszukać. Przeprosiła tylko Lukasa i oznajmiła mu, że wychodzi zaczerpnąć świeżego powietrza. Zostawiła większość prezentów i po prostu opuściła salę, ale mając przy sobie miecz po rodzicach. Trzymała na nim jedną dłoń, ale nie ze strachu. Po prostu uspokajało ją to i wprawiało w taki spokój. Czuła jakby jej mama stała tuż obok i kładła swoją smukłą dłoń na jej, po czym zerkała na nią z pokrzepiającym uśmiechem. Niemal namacalny był także dotyk ręki jej taty na swoim ramieniu, który chciał dodać jej otuchy i siły, przed tym co czekało ją w najbliższym czasie. Niedawno zakończyła się bitwa, a niebawem miała rozpocząć ostateczna wojna.
Doszła do jednego z okien, wzdłuż korytarzy i zatrzymała się. Wyjrzała przez jedne z nich. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak samo, ale kiedy dokładniej się przyjrzała to zobaczyła coś, co sprawiło, że na ustach pojawił się jej uśmiech. Przez plac, gdzie ćwiczyli młodzi żołnierze jej armii, ujrzała Samuela. Szedł szybkim krokiem do drzwi, a dłonie trzymał schowane za sobą. Arivan nie zastanawiała się długo nad tym co robi. Ruszyła po prostu biegiem do głównych drzwi, aby zobaczyć ukochanego chłopaka. Mijała po drodze sporo osób, ale nie zatrzymywała się. W biegu dziękowała tym, którzy składali życzenia. Powinna z nimi porozmawiać, ale teraz myślała tylko o spotkaniu z brunetem. Nie widziała go tylko kilka godzin, ale bardzo stęskniła się za nim. W dodatku miała od rana jakieś złe przeczucia. Nie potrafiła stwierdzić czego to dotyczyło, ale przez cały ten stres i sprawę z Upadłymi, mogła być po prostu przewrażliwiona.
Biegła tak szybko, że nie zauważyła przed sobą  chłopaka. Wpadła na niego i gdyby nie silne ramiona, to leżałaby zapewne na ziemi poobijana.
—  Spokojnie, po sobie coś zrobisz — odezwał się Samuel z uśmiechem, trzymając ją mocno w swoich ramionach. Uniosła głowę i spojrzała na jego twarz, po czym rzuciła mu się na szyję i pocałowała mocno, pod wpływem chwili.
— A to za co? — zapytał wesoło. dotykając jej policzka, gdy już oderwała swoje wargi od jego.
— Gdzie byłeś? Martwiłam się — powiedziała szybko i spoważniała odrobinę.
— Musiałem zapakować prezent dla jubilatki — odpowiedział bez żadnych tajemnic i pokazał jej pudełko owinięte czerwonym papierem ozdobnym. Wybrana uśmiechnęła się i wzięła je w ręce, po czym spojrzała w jego oczy.
— Dziękuję, ale nie musiałeś — powiedziała i zaczęła drzeć papier.
— I po co ja się tak starałem — zażartował i objął ją jedną dłonią, patrząc na jej twarz, która nie odrywała wzroku od pudełeczka. Otworzyła je powoli, a jej usta zastygły na wpół otwarte z wrażenia. W środku znajdował się śliczny naszyjnik. Słońce połączone z księżycem, a pomiędzy nimi małe, czerwone serduszko, które pod odpowiednim kątem mieniło się niczym diament. Arivan nie potrafiła powstrzymać zachwytu i pisnęła ze szczęścia, przenosząc wzrok na chłopaka.
— Podoba ci się?
— Jest piękny. Skąd go masz? — zapytała od razu i zapięła go szybko, po czym ułożyła na swoim dekolcie.
— Dostałem go jak byłem małym chłopcem od mamy. Mówiła, że pewna pani dała mi go w szpitalu po urodzeniu. Teraz wiem, że to moja biologiczna matka. Miał mnie chronić, a teraz chcę aby chronił ciebie — wyjaśnił powoli i spokojnie, a dziewczyna wpatrywała się w niego nieco zbita z tropu.
— Ale skąd go masz?
— Wróciłem na chwilę do dawnego domu — odpowiedział od razu.
— Przecież to nie było bezpieczne. Mógł tam być Lucyfer — powiedziała przestraszona na samą myśl Arivan i przytuliła go mocno, bojąc się że zaraz zniknie.
— Nic mi nie jest. Nie bój się — uspokoił ją i mocno objął, aby się uspokoiła.
— Nie mogę cię ponownie stracić — wyszeptała w jego bluzkę i przymknęła oczy, aby powstrzymać łzy.
— Nie stracisz kochanie — powiedział jej prosto do ucha, a następnie pocałował  ją w sam środek czoła. Uśmiechnęła się nieznacznie i wtuliła z powrotem w niego, będąc spokojniejszą, mając go przy sobie.
Stali tak dłuższą chwilę, aż wreszcie Ari uniosła głowę i spojrzała w jego oczy.
— Wracamy na imprezę? — spytała z uśmiechem i położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Dopiero teraz zorientowała się, że miał na sobie elegancką czarną koszulę i ciemne jeansy. Wyglądał bosko przez co jeszcze bardziej miała na niego ochotę. Nie chciała jednak wyjść na nie wiadomo kogo i zmuszać go do czegoś. Spędzili ze sobą upojne chwile i niby było lepiej między nimi, ale nadal nie było całkowicie jak dawniej. Samuel wciąż miał momenty, że musiał opanowywać atak i dziewczyna widziała to. Jednak zawsze udawało mu się to. Przez to Arivan z powrotem uwierzyła, że on jest dawnym sobą. Jej ukochanym chłopcem. Już nie bała się mówić jak mocno go kochała i ile dla niej znaczył.
— Tak. Co to za impreza urodzinowa bez jubilatki  —  odpowiedział chłopak i wyrwał dziewczynę z chwilowej zadumy. Spojrzała na niego zdziwiona, ale zaraz ogarnęła się i skinęła głową, po czym chwyciła go za rękę i ruszyli drogą powrotną do sali. Teraz się nie spieszyli, ponieważ mieli siebie nawzajem.
Wybrana bawiła się nowym naszyjnikiem, podziwiając jego piękno i magię, którą w sobie nosił. Wyglądał tak cudownie i sprawiał, że niemal czuła na sobie jego ogromną moc i jakiś czysty blask, który bił od niego.
Do sali doszyli dosyć szybko. Kiedy znaleźli się już w niej, impreza rozkręcała się na dobre. Pojawiło się jeszcze kilka osób, które Ari znała tylko przelotnie. Lukas rozmawiał o czymś z Magnusem pod oknem. a obok niego stała Marlena, którą nieznacznie obejmował jedną ręką. Dziewczyna uśmiechnęła się na ten widok, bo twierdziła, że Blackwellowi brakuje kobiety i to bardzo. Cały czas odkąd go znała był sam i nie widać go był nawet przelotnie z jakoś panną. Może ukrywał związki w sekrecie, a może po prostu ich nie było.
Emilia i Mark tańczyli przytuleni do siebie w rytm wolnej muzyki i szeptali coś do siebie cicho. Rudowłosa wydawała się walczyć sama ze sobą. Raz na jej twarzy był uśmiech, a zaraz poważna mina i łzy w oczach. Łatwo się było domyślić, że spowodowane było to stratą matki.
Król wampirów jak zwykle obracał się  tylko w towarzystwie swojej rasy, która pogardliwie zerkała na Luka i Lucy, którzy stali kawałek dalej i śmiali się z żartu młodego likantropa. Nie przejmowali się Dziećmi Nocy. Przyzwyczajeni byli do takiego zachowania, a ich przywódca uczył ich, aby nie dawać się sprowokować. Nie potrzebne nam spory i awantury w tych trudnych czasach - mówił zawsze swojemu stadu.
Cała impreza wydawała się być świetnym oderwaniem od strasznej rzeczywistości i tragedii, które były coraz częstsze.
— Pozwoli pani, abym porwał panią na jeden taniec? - Usłyszała obok siebie znajomy głos i od razu odwróciła się uradowana, rzucając się na szyję młodemu wampirowi. Objął ją mocno i rzucając tylko ostre spojrzenie Samuelowi, odwzajemnił uścisk.
— Gdzie ty byłeś Vlad? - zapytała od razu brunetka i spojrzała w jego ciemne oczy, chcąc wyczytać z nich prawdę. Po ostatniej kłótni bała się, że straciła go na zawsze, a potrzebowała go bardzo w swoim życiu. Był dla niej jak brat. Teraz jednak była tak uradowana jego widokiem, że zapomniała o tamtej rozmowie i pocałunku.
— Szukałem prezentu dla ciebie — odpowiedział bez wahania i wyjął z kieszeni marynarki czarne pudełko, przewiązane białą wstążką.
— Nie trzeba było —  powiedziała, ale przyjęła je z uśmiechem i szybko otworzyła.
W środku była srebrna bransoletka z zawieszką w kształcie kła wampira. Wyglądała przepięknie, a Arivan od razu rozpoznała jaki to kamień.
— Diament — szepnęła pod nosem, dotykając kła. Był chłodny i mroczny, a zarazem piękny. Tak jak same Dzieci Nocy.
— Najczystszy, tak jak ty — powiedział Vladimir z tym niesamowitym uśmiechem na swoich krwistych ustach. Na policzkach Wybranej pojawiły się rumieńce, gdy usłyszała komplement. Zapięła szybko bransoletkę i przyjrzała jej się na swoim nadgarstku.
— Czy zasłużyłem na taniec? — spytał niby swobodnie Vlad, ale ona wyczuła w jego głosie nutę napięcia. Zupełnie jakby bał się odmowy.
Arivan zerknęła tylko na Samuela, który uśmiechnął się nieco sztucznie i skinął głową na zgodę. Pocałowała go szybko w polik i pozwoliła, aby Vlad pociągnął ją na środek sali, gdzie leciała wolna piosenka. Jedną dłoń położył na jej talii, a drugą splótł z jej na wysokości ich uszu. Przysunęła się trochę do niego, tak że dzieliło ich może kilka centymetrów. Wampir był doskonałym tancerzem, więc dziewczyna nie musiała się o nic martwić. Poruszali się zgrabnie w rytm muzyki, a on co chwilę obracał ją i sprawnie przysuwał ją do siebie.
  — Wracając do naszej rozmowy. Nie chcę, abyś źle się z tym czuł Vlad - zaczęła Arivan, patrząc w jego oczy. Przez pierwszy moment nie odpowiedział i wydawał się stać jakiś obcy. Jakby oddalił się od niej, chociaż był bardzo blisko.
— Nie wracajmy do tego
— Ale ja chcę. Jesteś dla mnie jak brat. Najlepszy przyjaciel i kocham cię, ale nie tak jak ty byś chciał — nie dawała za wygraną brunetka. Nie zwracali uwagi na pozostałą resztę, która zaczęła na nią zerkać. Samuel stał pod ścianą i również obserwował ją bacznie. Nie chciał tego okazywać, ale był zazdrosny o nią i to bardzo. Uczucie, które dawniej do niej darzył powracało i to sprawiało, że bał się ją stracić.
— Dlaczego? Przecież pomagam ci jak tylko umiem, a ty i tak wolisz jego —  syknął ostro Vladimir, zaciskając mocniej dłoń na jej talii.Zabolało ją to, ale nie okazała nic.
  —  Serce nie sługa — szepnęła cicho, bojąc się jego reakcji.
Prychnął tylko i obrócił ją szybko, po czym przycisnął do siebie z całej siły.
— To czemu twoje pokochało potwora? — zapytał twardo i nie pozwolił jej się odsunąć.
— Nie jest potworem
— Jest, a ty się oszukujesz. Uważasz go za dobrego chłopca, ale prawda jest taka, że to syn Lucyfera, Upadły Anioł. Antychryst według chrześcijan, a ty nadal jesteś ślepa na to — powiedział cicho, ale od jego tonu dziewczynę przeszły dreszcze po skórze. Uścisk zimnych dłoni sprawiał jej nie przyjemne uczucie i próbowała się odsunąć, ale Vlad trzymał ją mocno i nie pozwalał na to.
— Puść mnie Vlad — poprosiła spokojnie, ale czuła jak rosły w niej nerwy. Nienawidziła, gdy ktoś obrażał Samuela, nie znając go.
— Dobrze, ale pamiętaj, że ja cię ostrzegałem i chociaż żyję wiecznie to nie będę czekał tyle na ciebie —  powiedział tylko i puścił ją. Ukłonił się jak dżentelmen i odszedł powoli, uśmiechając się. Jednak Ari wiedziała, że to fałszywy uśmiech. Zrobiło jej się przykro, a zarazem była zła. Nie zrobiła nic czym by sobie zasłużyła na takie traktowanie. Nie miała wpływu na uczucia, ani swoje ani jego. Dlaczego więc on obwiniał o to ją. Nie potrafił zrozumieć, że ona traktowała go jak brata, a nie ukochanego.
Dziewczyna otrząsnęła się po chwili i odeszła z środka sali. Stanęła przy stoliku, gdzie stało jeszcze kilka małych pudełek z prezentami. Nie zwracała za bardzo na nie uwagi. Starała się powstrzymać łzy, które pojawiały się w oczach.
Oparła dłonie na blacie stolika i oddychała głęboko, patrząc przed siebie. Wtedy dostrzegła jedno pudełko, które szczególnie przyciągnęło jej uwagę. Było złoto czarne i miała dziwną aurę. Od razu wyczuła kłopoty i dlatego sięgnęła po nie. Okazało się większe od reszty i cięższe. Nie miała zamiaru fatygować Magnusa, aby sprawdził, czy było z nim wszystko w porządku. Nie chciała popsuć mu zabawy. Dlatego sama postanowiła się z nim uporać.
Wzięła je w ręce i skierowała się do wyjścia. Nie patrzyła na nikogo innego. Chciała sama pobyć przez chwilę i dowiedzieć się, co było w środku pudełka.
Szybko znalazła mały pokój, w którym była tylko kilka razy. Należał do Lukasa i to tutaj spędzał on najwięcej czasu. Myślał, planował i starał się rozwiązywać problemy.
Arivan usiadła na jasnej sofie i zaczęła otwierać prezent. Czuła jak kropla potu pojawiła jej się na czole, a wszystkie mięśnie się napięły. Wiedziała, że było to coś złego. Od razu wyczuła, że to od nikogo z jej armii. To należało do kogoś innego. Wstrzymała oddech, gdy zobaczyła czarną tkaninę. Wyjęła ją powoli i ujrzała czarną sukienkę, która sięgała może do jej kolan. Miała spory dekolt i złote zakończenia. Wyglądała ładnie i pewnie Wybrana od razu by ją założyła, gdyby nie mała karteczka, która wypadła z pod sukienki. Była w szarym kolorze, zaś litery miały krwistoczerwony kolor. Widząc pierwszą literę podpisu, już przeszły ją dreszcze, a gdy sięgała po nią to dłoń jej drżała.
" Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Mam nadzieję, że prezent się podoba i na pewno będziesz wyglądać w tym przepięknie. Obyś ubrała ją na nasze spotkanie, a ono nastąpi już wkrótce
Lucyfer"
Na moment dziewczyna zapomniała jak się oddycha. Z całej siły ściskała kartkę. W oczach miała łzy i czuła przeraźliwy strach, który pojawiał się w całym jej ciele. Nie z powodu całego listu,a ostatnich słów, które były tam napisane. To zapowiedź ostatecznego starcia, które miało nadejść niebawem. A ona strasznie bała się tego spotkania. Jego wynik przesądzić miał o losach całego świata. Bała się zawieść swoich bliskich i całą resztę armii. Nie wytrzymałaby tego. Już  dosyć było bólu. Dosyć łez, krwi i śmierci niewinnych. Miała zamiar skończyć z tym jak najszybciej, ale wciąż nie wiedziała do końca jak.
  — Mogę wejść? — usłyszała znajomy głos zza drzwi. Uśmiechnęła się, zerkając na Samuela i skinęła głową, aby wszedł. W czasie, kiedy on zamykał drzwi to ona spaliła szybko kartkę w swoich dłoniach, aby nie było dowodu. Nie chciała go martwić i niepotrzebnie denerwować. To był jej problem.
— Wszystko gra? - — zapytał chłopak, siadając obok niej. Odłożyła sukienkę do pudełka i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem na ustach.
— Tak. Jestem tylko trochę zmęczona - odpowiedziała Arivan i pozwoliła, aby objął ją jedną dłonią i przysunął do siebie.
— Wiem, ale mam nadzieje, że dzisiejszy dzień był dobrą odskocznią od całego bajzlu — powiedział, a ona skinęła głową. Nie miała ochoty odpowiadać, bo miał rację, ale mimo wszystko ona nadal myślała o zbliżającym się starciu z Lucyferem. Szczególnie po prezencie od niego.
— Powinnaś balować do rana, a nie siedzieć tutaj sama — dodał po chwili, a dziewczyna uśmiechnęła się blado.
— Nie mam ochoty. Wolę z tobą tutaj posiedzieć
— Jestem do usług — odpowiedział od razu, a Wybrana wtuliła się w jego klatkę piersiową. Tylko wtedy zapominała o strachu, bólu czy poczuciu winy. W jego silnych ramionach czuła się bezpieczna i spokojna. Nic nie było jej straszne.
— Na pewno dobrze się czujesz?  — zapytał zmartwiony i zaczął głaskać ją po plecach.
— Tak — bruknęła cicho, ale nie chamsko. Nie chciała być nie miła dla niego.
 Przez chwilę panowała cisza. Do momentu, gdy Samuel zobaczył pudełko koło jej nóg, a w nim czarną kreację. Od razu wziął ją do rąk i spojrzał na dziewczynę, unosząc jedną brew.
— Od kogo to? — spytał z uśmiechem, ale w jego głosie od razu słychać było nerwowość.
— Nie wiem, nie było karteczki — skłamała, wzruszając obojętnie ramionami i zabierając mu pudełko. Odłożyła je z powrotem na podłogę, po czym uśmiechnęła się i spojrzała  mu w oczy. Nienawidziła kłamstwa i unikała go jak ognia, ale teraz czuła, że tak będzie lepiej. Samuel miał dosyć zmartwień.
— A nie od Vlada? Pewnie chciałby cię w tym zobaczyć  — rzucił niby swobodnie, ale słychać było jego zgryźliwość. Ari uśmiechnęła się krzywo, widząc to.
— A ty zazdrosny jesteś? — zapytała żartem, patrząc na niego z lekko przechyloną głową na bok, przez co wyglądała zabawnie.
— Nie... to znaczy... oj tak, bo widzę jak na ciebie patrzy — powiedział ostro, unikając jej wzroku. Dziewczynie schlebiało to jak był zazdrosny, ale bała się kolejnych kłótni. Starczyła jej ostatnia z Vladimirem. Był dla niej jak brat, a robił jej wyrzuty o coś czemu nie była winna.
— A wiesz jak ja na ciebie? — zapytała z uśmiechem, dotykając jego podbródka i zmuszając, aby na nią spojrzał. Skrzyżował z nią spojrzenie swoich niebiesko-szarych tęczówek, w których krył sie strach mieszany z miłością.
— Wiem, ale wiem też co on do ciebie czuję Widzę to i nie jestem ślepy, że dla ciebie jest równie ważny
— Jest dla mnie jak brat to fakt i kocham go jak brata, ale to ciebie kocham nad życie — przerwała mu spokojnym tonem. Widziała jak Samuel powstrzymuję swoje nerwy, aby nie wybuchnąć. Doceniała to, ale znała sama siebie i doskonale zdawała sobie sprawę, że długo tak się nie pociągnie. W końcu się nie wytrzyma i wybuchnie.
— Po prostu jestem zazdrosny — odpowiedział Samuel i opuścił głowę, patrząc na swoje dłonie, które teraz leżały płasko na jego kolanach.
— To nic złego tylko zaufaj mi, że ja chcę być z tobą. Nie z nim — powiedziała spokojnie, ale w głębi poczuła się dziwnie. Jakby była wredna i zdradziła Vlada, chociaż wcale z nim nie była. Jednak miała poczucie winy, że tak powiedziała.
Chłopak skinął tylko głową i objął ją z powrotem jedną dłonią, po czym przysunął jeszcze bliżej siebie. Położyła głowę na jego ramieniu i wpatrzyła się w jeden punkt przed sobą.
— Vladimir mnie nienawidzi i chętnie rozerwałby mnie na strzępy —  powiedział zamyślony brunet, głaszcząc ramię dziewczyny. Ta przez pierwszą chwilę nic nie odpowiedziała. Sama dokładnie nie wiedziała, co brzmiałoby odpowiednio w tamtej chwili.
— Mnie także nienawidzi — bruknęła pod nosem oschle, czując jak w oczach pojawiły jej się łzy. Bolało ją to,że traciła przyjaciela, ale nic nie potrafiła na to zaradzić.
— Nie nienawidzi cię. Kocha cię
— Ale ja nie kocham go tak jak on by chciał — powiedziała sucho, nie odrywając wzroku od punktu na ścianie. Zamyśliła się i nic już nie odpowiedziała. Samuel również. Siedzieli przytuleni do siebie i po prostu myśleli. Każde coś innego. Arivan o wiadomości od Lucyfera i tym jak szybko przyjdzie ostateczne starcie, a Samuel o Vladimirze i jego uczuciach do Wybranej. Nie dziwił mu się ani trochę i gdyby nie to jak mocno mu na niej zależało to pozwoliłby, aby była z nim, ale nie umiał. Po prostu kochał ją i umierał bez niej. Będąc potworem stworzonym przez Upadłych pragnął jej śmierci, ale w środku zawsze była jakaś mała część, która powstrzymywała go przed tym. Dawniej tego nie rozumiał, ale teraz wiedział, że to jego serce. Mogli zmienić jego umysł, lecz serce zawsze pamięta o swoich uczuciach i ranach. Tego najsilniejsze tortury nie potrafią zmienić.
Siedzieli tak jakiś czas, gdy nagle drzwi się otworzyły i wszedł przez nie Lukas. Miał lekki uśmiech na twarzy i widząc parę młodych chciał się wycofać, ale Samuel uśmiechnął się lekko, po czym zaprosił go gestem do środka.
— Nie chciałbym wam przeszkadzać, ale powinniście wypocząć przed jutrem - powiedział spokojnie i oparł się plecami o biurko, zerkając na nich. Arivan uniosła zdziwiona brew i zadała mu nieme pytanie.
— Jutro ma się odbyć koronacja Emilii i to ty masz jej dokonać — wyjaśnił z uśmiechem na ustach, chociaż w jego oczach krył się niepokój. Z resztą w tamtych czasach to nie było dziwne uczucie i towarzyszyło im praktycznie cały czas.
— A nie może ktoś inny? — zapytała Wybrana. Widać była na niej zmęczenie gołym okiem. Miała worki pod oczami, wychudła sporo, ale przez treningi wzmocniła sobie jeszcze bardziej mięśnie. Miała bledszą cerę, a jej zielone tęczówki, wydawały się jakby lekko zamglone. Wszyscy mieli ciężko, ale przecież to ona dźwigała największy ciężar. Obwiniała się o śmierci tych ludzi na bitwach, toczyła walkę z samą sobą, próbując opanować moce, chcące przejąć nad nią władzę. A przede wszystkim to ona została wybrana to stanięcia oko w oko z Lucyferem i walkę z nim. A jak wiadomo pierwszy Upadły Anioł był najsilniejszym demonem i mogła przypłacić życiem, sprzeciwienie się mu. Już wielu tak skończyło. Niestety  nie było już możliwości, aby się wycofała. Za dużo zależało od tego starcia. Życie wszystkich ras. Istnienie ich świata i tego, w którym wychował się Samuel. Jednak dla niej głównie chodziło o bezpieczeństwo i spokój jej najbliższych, którzy może nie byli jej krewnymi przez DNA, ale kochała ich jeszcze mocniej. To oni byli przy niej cały czas. Walczyli z nią, chronili i byli gotowi oddać życie w jej sprawie.
— Emilia nalegała abyś była to ty — powiedział Lukas, a ona potrząsnęła głową wyrywając się z zamyślenia. Nadal miała w głowie słowa Lucyfera i nie myślała o niczym innym.
— Zgoda zrobię to
— To dobrze, bo chyba by mnie zabiła, jakbyś odmówiła — zażartował Blackwell, uśmiechając się szerzej i patrząc na nią z troską w oczach. - A i przed tym musisz wygłosić kilka słów. Nie będę ci mówił o co chodzi, bo ty doskonale wiesz i radzisz sobie z takimi sprawami. Nawet lepiej ode mnie - dodał po chwili namysłu i wyprostował się. Zamierzał wyjść z pokoju i zostawić parę samą, ale kiedy był już przy drzwiach zatrzymał go głos Arivan:
— Masz mi coś za złe? Albo ukrywasz coś? — Zdziwiony jej pytaniami odwrócił się i spojrzał na nią, bacznie się jej przyglądając. Niby była spokojna, ale coś w jej postawie mówiło o podejrzliwości.
— Nie i nie. Dlaczego tak myślisz?
— Bo zachowujesz się inaczej. Zawsze byłeś poważny,a ostatnio zmieniłeś się i to na dobre, ale teraz... teraz znów robisz się ostry. O co ci chodzi? Zrobiłam coś źle? To mi powiedz — powiedział sucho dziewczyna. Nie spuszczała go z niego wzroku, jakby chciała przebić go na wskroś i dowiedzieć się wszystkiego. Lukas uniósł jedną brew i zerknął na Samuela, ale ten tylko zaprzeczył skinieniem głowy, również nie rozumiejąc wybuchu Wybranej.
— Ari jesteś zmęczona...
— Nie jestem i niech odpowie — przerwała swojemu ukochanemu, gdy tylko zaczął bronić starszego Nienarodzonego.
  — Samuel ma rację. Jesteś zmęczona i powinnaś wypocząć.
— Nie dopóki mi nie powiesz
— Ale naprawdę nie jestem o nic zły. Po prostu teraz mamy tak trudny czas, że staram się wszystko ogarnąć i pomóc ci jak umiem - wytłumaczył, ale jej ta odpowiedź chyba nie wystarczyła, bo wstała i podeszła bliżej niego.
— Zmieniłeś się o moim wybuchu w Morskich Błękitach. Uważasz, że nie dam sobie rady z Lucyferem i chcesz stanąć za mnie tak? - spytała ostro, mierząc go wzrokiem.
— Nie... to znaczy chciałbym zastąpić cię w tej walce — powiedział spokojnie i wziął głęboki wdech, zastanawiając się co powiedzieć dalej. — Ale nie dlatego, że myślę, że jesteś za słaba. Zastąpiłbym cię, gdybym mógł, bo nie chcę aby stała ci się krzywda — dokończył, a przy ostatnich słowach głos minimalnie mu się załamał, co od razu zauważyła Arivan. Dziewczyna poczuła się głupio, że tak wybuchła i opuściła głowę.
— Nie wiem co mi jest. Nie chciałam tak się zachować — szepnęła sama do siebie i poczuła dłoń Blackwella na swoim ramieniu.
— Nic się nie stało. Rozumiem, że jesteś zdenerwowana, ale pamiętaj jedno - Przerwał i uniósł jej głowę, trzymając za podbródek. - Nie jestem twoim wrogiem. Będę zawsze za tobą stał i obronię cię w każdej chwili. Jesteś wszystkim co mam i nie pozwolę aby stała cie się krzywda - powiedział poważnie, po czym uśmiechnął się, pocałował ją w czoło, jak robił to jej zmarły tata, po czym otworzył drzwi.
— Dobranoc — powiedział do nich, po czym wyszedł z pokoju i zostawił ich samych.
Arivan stała otępiała i wpatrywała się w drzwi. Samuel od razu wstał i podszedł do niej, obejmując ją od tyłu i zamykając w szczelnym uścisku,
— Idziemy spać? — zapytał, a ona tylko skinęła głową i ruszyła do wyjścia, chwytając go za rękę.
Całą drogę do sypialni Arivan szli w milczeniu. Żadne nie umiało zacząć rozmowy i byli zmęczeni dzisiejszym dniem. Kiedy już znaleźli się w sypialni to od razu przebrali się w piżamę, po czym weszli do łóżka i położyli się.
— Wszystko gra? — zapytał Samuel, leżąc na plecach. Dziewczyna skinęła tylko głową i przytuliła się do jego piersi, zamykając oczy.
— Nie chcę cię po prostu stracić — szepnęła, jeżdżąc palcem po jego nagim torsie.
— Nigdy już cię nie zostawię —  obiecał, po czym objął ją mocniej i zamknął oczy.
Obaj byli tak zmęczeni, że zasnęli już po kilku minutach, jednak Arivan szybko się obudziła. W pokoju panowała ciemność, a jedyne światło dawał blask księżyca, przebijający się przez okna. Dziewczyna spojrzała na chłopaka, ale tak uroczo spał, że nie miała serca go obudzić. Wyślizgnęła się najciszej jak umiała z pod kołdry, po czym wyszła z łóżka. Podeszła do okna i usiadła na parapecie, podciągając nogi pod brodę. Oparła głowę o szybę i zapatrzyła się na jasny księżyc, który był na niebie. Chciałaby być tak wolna i jasna jak on. Móc zapomnieć o wszelkich problemach i zmartwieniach i po prostu świecić na niebie dając ludziom spokój i jakąś dziwną radość.
Ona natomiast czuła się ciężka i zmęczona. Cały czas miała w głowie treść listu od Lucyfera i bała się tego starcia. Bała się stanąć przed nim i strasznie przerażała ją myśl o przegranej. Wciąż widziała twarz tego demona, na której był ten przerażający uśmiech.
Rozmyślając tak o ostatnich wydarzeniach poczuła się strasznie senna. Oczy same jej się zamykały, aż w końcu zapadła w głęboki sen, czując chłód na skroni od zimnej szyby.
                                    ********************************
Cześć i czołem! Witam was po tej dłuuuugiej przerwie i przepraszam za nie obecność, ale niestety krucho było u mnie z czasem. Miałam wyjazd na drugi koniec polski, ale już wróciłam i teraz postaram się dodawać już częściej te rozdziały. Mam nadzieję, że nie opuściliście jeszcze mnie i będzie nadal czytać o losach Arivan i jej bliskich. Jest to już ponad połowa drugiej części  i bardzo się cieszę, że było tutaj was aż tyle. Mam nadzieję, że wybaczycie mi moją nie obecność. Nie będę się usprawiedliwiać. Mówię tylko przepraszam i mam nadzieję, że wrócicie tutaj i będzie ze mną do końca, dając mi motywację do pisania :* 
Do zobaczenia wkrótce :*
 - Dont Cry To Me
Ps. Pamiętajcie o grupie. Będą tam informacje :* Czytelnicy Nienarodzeni